6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

Czasami nie robimy ważnych dla naszego rozwoju rzeczy nie dlatego, że jesteśmy leniwi. Po prostu nie czujemy się szczególnie dobrze. Jest nam smutno, mdło albo niemrawo. Zważywszy na aktualną porę roku, deszczową, ponurą jesień — nic dziwnego. Zastój sprawi jednak, że na dłuższą metę będzie nam jeszcze gorzej. Co zatem robić, by nie przestawać się rozwijać i wygrać z jesiennym letargiem? Mnie pomaga 6 czynników, o których piszę poniżej.

Może dlatego, że jestem kryptoperfekcjonistką, albo przez to, że urodziłam się jako jedynaczka, interesuje mnie bycie najlepszą. We wszystkim, czego się dotknę. Inaczej po prostu nie podejmuję wyzwania. Dlatego nie lubię sprzątać, bo albo muszę to zrobić perfekcyjnie, albo w ogóle. Codzienność jest dla mnie zatem wojną ze słabościami, a czynności dnia powszedniego — bitwami do wygrania. Takie bardzo życiowe RPG. Na szczęście mam zawsze pod ręką artefakty, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce, bym na wieczór nie odczuwała pustki po źle spożytkowanym dniu.

glenn-carstens-peters-1905921. Plan

Nie ma, absolutnie nie ma nic lepszego, niż własnoręczne wykreślanie zrealizowanych zadań. Długopisem, nie poprzez dotknięcie elementu aplikacji. Wypisanie sobie planu działania na każdy następny dzień z samego rana lub wieczorem (dzięki czemu możemy wstać pełni werwy) jest moim zdaniem dużo lepsze niż wklepanie zadań do aplikacji. Todoist i wszystkie inne podobne może i są skuteczne, ale mamy tak mało do czynienia z odręcznym pisaniem w dorosłym życiu codziennym, że nawet jeśli nie prowadzimy pamiętnika, warto cokolwiek napisać na kartce. Żeby trochę rozruszać mózg. Dzięki takiemu odręcznemu planowi napisałam pierwszą książkę, czyli Piromanów, i dzięki takiemu właśnie planowi jestem w trakcie pisania drugiej. Ostatnio też udaje mi się systematycznie robić pranie (dla mnie to spory wyczyn!), a w pracy już w ogóle bym poległa (Asana, choć bardzo dobra, przy moim natłoku obowiązków kreatywnych jest tylko wspomaganiem).

2. Hymn bojowy

Śmiejcie się, ale bez piosenki z Mulan, czyli Mężczyzn zrobię z was, wczoraj ani nie dojechałabym do dentysty Brać się do roboty, wroga bić już czas! Abstrachując już od tego, czy tekst utworu jest poprawny politycznie w XXI wieku (no trąci seksizmem, ale właśnie o dominacji mężczyzn w świecie opowiada ten film i udowadnia, że bez kobiet jakakolwiek cywilizacja za daleko by nie zaszła), nic mnie tak nie inspiruje do podniesienia tyłka. Musicie być jak szalona rzeka, jak tajfun który obali mur, a równocześnie tak tajemniczy, jak księżyc co wygląda tu zza chmur. To chyba jedno z moich życiowych mott. Siła!

jake-lucifer-343605

3. Słowa mentora

W dziedzinie literatury moim niekwestionowanym mistrzem jest John Irving. Jego Świat według Garpa jest moją biblią pisarstwa. Gdybym za wczasu nie wypisała ulubionych cytatów, egzemplarz Świata już dawno rozsypałby mi się w rękach. Tyle cennych wskazówek do pisania nie znalazłam w żadnej innej książce. Słowa Johna Irvinga popychają mnie w ramiona rzemiosła. Co jednak z pozostałymi czynnościami?

Będą z Wami totalnie szczera, od kiedy Matt pokazał mi film Krok pierwszy, to właśnie Krzysztof Gonciarz jest dla mnie chyba wzorem do naśladowania pod względem dobrego życia. A to, że ostatnio przebiegł maraton, wcześniej będąc okrągłym pączuszkiem, co pokazuje w jednym z ostatnich vlogów, jest dla mnie naprawdę najlepszą motywacją do ruszania się. Ile można siedzieć na dupie przed komputerem i po co, skoro można poznawać świat na własne oczy? I uwielbiam tekst Gonciarza, który jest taki bezpardonowy i prostolinijny, ale prawdziwy tak bardzo, że ciągle mam go gdzieś z tyłu głowy: Jak się napierdala, to nawet, jak nie wychodzi, to wychodzi.

4. Konkurencja

Sporo czasu mi zajęło, żeby dojść do tego, jaki wpływ ma na mnie konkurencja i jak to wykorzystać na swoją korzyść. Na początku, kiedy ktoś z mojego bliższego lub dalszego otoczenia był dalej ode mnie w naszym wspólnym fachu, dobijało mnie to. Zupełnie nie potrafiłam sobie z tym poradzić. No jak to, ktoś jest szybszy i zdolniejszy ode mnie? To najlepszy powód do załamywania się i płaczu. Na szczęście z wiekiem zmądrzałam. Nie można oczekiwać bycia na przodzie wyścigu, skoro nawet się nie próbuje.

Teraz bardzo często podglądam moją konkurencję. Pisarzy, blogerów, wydawnictwa. Tylko że nie myślę o nich zupełnie jak o konkurentach, którym trzeba coś zabrać, bo inaczej oni zabiorą mi. Ich sukces jest przecież sukcesem całej branży, w której wspólnie tkwimy. Dlatego jeśli ktoś np. opublikuje kolejną książkę, cieszę się, bo przeciera kolejne szlaki. Jeśli ktoś ma większe zasięgi ode mnie (czyli z milion innych ludzi), staram się podpatrzeć, co takiego fajnego robi, a co i ja mogłabym wymyślić, by było to oryginalne, moje, a i jeszcze bardziej skuteczne.

alexis-brown-82988

5. Doping

Wszystko to jednak byłoby nieprzydatne, gdybym nie wiedziała, po co tworzę. Bo o ile ćwiczę dla swojego zdrowia, to nie piszę tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Mam misję. Docierać do ludzi, otwierać im głowy i zmuszać do tego, by wlali sobie do niej trochę oliwy dzięki temu, co u mnie przeczytają. A przy tym podarować im trochę rozrywki. Najcenniejsze jest zatem, kiedy dowiaduję się, że mój trud nie idzie na marne i są osoby, którym moja twórczość się podoba. I to o Was mówię. Każdy komentarz pod notką, na Facebooku czy Instagramie, każda opinia pod moją książką na Lubimyczytać.pl, nawet łapka w górę, to dla mnie ogromne wsparcie i bezcenna motywacja. To najlepsze, co może spotkać twórcę, bez względu na uprawianą przez niego dziedzinę. I przy tej okazji Wam dziękuję. Tak wiele dla mnie znaczycie, że…

6. Nagroda

… tak, to Wy jesteście dla mnie najlepszą nagrodą. To, że mam Czytelników i że ich przybywa. Że przy różnych okazjach mogę poznać Was — wspaniałych, wartościowych ludzi. I dzięki Wam przeżyć fantastyczne przygody, przemiłe spotkania, mnóstwo cudownych chwil, w różnych miejscach Polski, przy przeróżnych okazjach. Jesteście najlepsi. Kiedy jest mi trudno, zimno i źle, myślę sobie, jak to wspaniale będzie spotkać się z nowymi osobami, wysłuchać ich historii podczas spotkania autorskiego, kiedy wreszcie skończę drugą książkę, i jak miło będzie z Wami usiąść przy jakimś napoju po wszystkich tych promocyjnych ceregielach.

Człowiekiem jestem i dla ludzi żyję. Jestem o tym przekonana.

A Czy Wy macie coś, co niezawodnie sprawia, że tak, jak Wam się nie chciało, to po tym właśnie zaczyna Wam się chcieć? Co to takiego? Im więcej takich czynników, tym łatwiej będzie nam się zmotywować do działania. A właśnie czytam sobie nową książkę Zygmunta Miłoszewskiego i jedyne, o czym myślę, to fakt, że życie jest po to, by działać. Bo nie wiadomo, kiedy nam przeleci przez palce.

Trzymajcie się w takim razie, dajcie znać o swoich motywatorach i powodzenia w realizacji planów!

Wasza

Emilia

Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym,

Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym,

jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz

 

Kiedy otwierasz rano oczy, masz dwie opcje. Wstać albo nie.

To jest ten najcięższy moment każdej doby, kiedy powraca do Ciebie świadomość, a razem z nią natrętne myślenie. Że na dworze jeszcze jest ciemno, prawie tak samo, jak w Twoim sercu. Że trzeba się szybko ubrać, bo zimno, a przecież nie ma się siły robić niczego szybko, więc to jest problem. I w pracy też problemy, rzeczy do pozałatwiania. Jak to wszystko udźwignąć, wykonać te telefony, nakłonić kogoś do zrobienia czegoś, skoro samemu nie można zmusić się do czegokolwiek?

Będzie niedobrze. Zapytają Cię, czemu się nie uśmiechasz i czy coś Ci dolega. Nie wyplujesz im prosto w twarz, że czujesz się jak gówno, no i jakim cudem jeszcze tego nie zauważyli, bo to niegrzeczne. A nawet, jeśli to Cię nie obchodzi, to i tak bez sensu, wdawanie się w dyskusje na temat pomocy, kiedy wiadomo, że i tak ci nikt nie pomoże. Łatwiej będzie przylepić ten cholerny uśmiech, pokiwać głową parę razy, dostać skurczu karku i bólu brzucha od tego wszystkiego, zwymiotować własną hipokryzją, a potem iść do domu.

Obijać się od ściany do ściany, pluć sobie w brodę, że znowu się nie chce, że znowu się nie może chcieć, już się zwyczajnie chcieć nie potrafi. Albo dalej udawać. Zobowiązywać się do wykonywania czynności i ich nie podejmować. Rozwlekać wszystko w czasie, być przyczyną nerwów przełożonych albo kolegów z zespołu, nie odbierać telefonu od rodziców, przyprawiać własną matkę o palpitacje serca, kiedy nie może się z Tobą skontaktować. A potem jeszcze przez to mieć wyrzuty sumienia. I udawać, że nie słyszy się domofonu, kiedy przyjaciele są już na tyle zdesperowani, że bez zapowiedzi postanawiają Ci wbić do mieszkania. Albo podejść do drzwi, wystękać, że grypa żołądkowa, znowu zapętlić się w kolejnych kłamstwach, sprawić, że już nie jest im Cię żal, tylko są po prostu wkurwieni, bo ile razy można wyciągać pomocną dłoń i w zamian dostawać liścia?

No więc będziesz leżeć, nie będziesz wychodzić z łóżka, bo to, co poza pościelą, czyli rzeczywistość, uwiera, gryzie, kopie…

I nie będę Cię oszukiwać, w życiu pięknych chwil jest nieporównywalnie mniej niż tych obrzydliwych, śmierdzących, bezbarwnych. Nikt Cię nie będzie klepał po główce, gdy stłuczesz sobie kolano, nikt nie będzie klaskał, kiedy załatwisz jakąś sprawę. W dodatku, choćbyś nie wiadomo, jak bardzo byś się starał, prędzej czy później pojawi się człowiek, który sprawi, że najchętniej strzeliłbyś sobie w łeb. A potem Ty, dlatego, że dałeś się złamać, będziesz sprawiać, że Twoi bliscy będą chcieli sobie strzelić w łeb przez Ciebie. Z bezradności wobec Twojego stanu. A potem niestety część z nich wzruszy ramionami i pójdzie dalej, pomyśliwszy sobie, że to Twoja sprawa, jak chcesz gnić w łóżku, chlastać się po nadgarstkach, gadać godzinami o tym, jakie wszystko jest bez sensu albo po prostu się zabić, no to OK. Nie wszyscy muszą umierać na raka albo zawał serca, ktoś musi popełnić samobójstwo, jakieś urozmaicenie na cmentarzu musi być.

Ale ostatnio spodobała mi się idea życia na przekór. Może Tobie też przypadnie do gustu.

Skoro tak łatwo być zgnojonym przez ludzi, ja nie będę.

Skoro inni tak łatwo się poddają, ja nie muszę.

Skoro prawie każdy, kogo zapytam, mówi, że ma depresję, ja nie będę. Już abstrahując od tego, co tam mam na skierowaniu do specjalisty wypisane. Albo w jak wielkim stopniu moje słowa zakrawają na typowe wyparcie. Czy tam zaprzeczenie.

Póki jeszcze czuję, mogę wstać. Dla mnie niewstawanie, choć kuszące, nie jest w tym momencie opcją. Choć jest ciężko, ludzie, których mam wokół siebie, są zbyt wspaniali na to, żebym ich po raz kolejny zawiodła.

I jeśli został w Tobie choć cień umiłowania do życia, iskra miłości do osób, które masz blisko siebie… Wstaniesz z łóżka.

Pójdziesz dalej.

Powolutku.

Jak znaleźć czas na pisanie, kiedy masz wymagającą pracę?

Jak znaleźć czas na pisanie, kiedy masz wymagającą pracę?

Miewam momenty, gdy marzę o dożywotnim L4 albo byciu już w tym punkcie, kiedy jestem freelancerem. Potem mi się przypomina, że mam rewelacyjną pracę, która na ogół nie doprowadza mnie do szału, a przynosi mnóstwo satysfakcji. Jest jednak bardzo trudna i wymaga nieustannego zaangażowania, sporadycznie nawet w środku nocy… I jak w takich warunkach napisać notkę na bloga, a co dopiero drugą książkę?!

Poniżej 5 wskazówek, jak znaleźć czas na pisanie, kiedy jesteś w podobnej sytuacji do mnie, czyli pracujesz na etat i zależy Ci, by rozwijać się zawodowo. Niezależnie od tego, co musisz napisać (posty na zapas, pracę magisterską czy książkę), najważniejsza jest…

1. Świadomość zakończenia dzieła.

john irving

John Irving, źródło: http://cdn.prod.elseone.nl

Nie są to moje słowa, tylko kogoś o wiele mądrzejszego. Mój mistrz, John Irving, w Świecie według Garpa zawiera wiele cennych porad dla pisarzy, dlatego polecam Wam z całego serca tę książkę. To istna skarbnica wiedzy o tworzeniu literatury. Powinna być biblią każdego pisarza. Sami zobaczcie.

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że „człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie”. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Przypomnij sobie ostatnią rzecz, którą ukończyłeś, to rewelacyjne uczucie, będące satysfakcją z wykonanej pracy! Z napisaniem utworu może być podobnie. Warto, byś od początku miał przed oczyma zakończenie, by wiedzieć, do czego zmierzasz.

Jeśli cechuje Cię słomiany zapał i tak naprawdę nigdy jeszcze niczego nie skończyłeś, masz pod górkę. Nie masz czego sobie przypominać. Na szczęście, jako pisarz, powinieneś mieć fantazję, więc wyobraź sobie po prostu, że stawiasz ostatnie słowo, a po nim kropkę. To jeden z najlepszych momentów Twojego życia, obiecuję Ci to.

Niestety, nawet Ci z nas, którzy mają niesamowicie bujną wyobraźnię, czasem miewają problemy z wyobrażeniem sobie tak prozaicznych momentów. Dlatego warto powiedzieć sobie, że nawet słonia można zjeść po kawałeczku. I w ten sposób przejść do punktu drugiego.

2. Zaplanuj swój tekst!

Wstęp, rozwinięcie i zakończenie to dobre na początek. Zrób ramowy plan swojego nowego postu. O czym chcesz opowiedzieć czytelnikowi? Jakie argumenty powinieneś zawrzeć w swojej pracy? Jak rozpoczęła się przygoda głównego bohatera Twojej powieści? I każdego innego? Jak rozwinęła i w jaki sposób kończy? Napisz to. Długopisem. Na kartce. A potem wykreślaj. Zrobiłam tak w przypadku mojej pierwszej książki, Piromanów. Napisałam ją w trzy miesiące! Dlatego polecam właśnie takie rozwiązanie i gwarantuję skuteczność.

Jak zrobić perfekcyjny plan? Postaram się Wam wyjaśnić to za tydzień…

Ale plan, nawet najlepszy, sam się nie zrealizuje. Dodatkowo zatem, co może Cię zadziwi, zrealizuj krok trzeci, czyli…

3. Popadnij w uzależnienie!

William S Burroughs

William S. Burroughs, źródło: https://codepen.io/YolandaKok/pen/jALbBB

Siła nawyku to nie przelewki. Palę papierosy, więc znam się na rzeczy. Rzygam już nikotyną, nie jest mi do niczego potrzebna. Ale są pewne sytuacje, kiedy mój mózg łaknie zapalenia papierosa, bo jest przyzwyczajony do wykonywania tej czynności. Pamiętaj: mózg jest leniwy. Kiedy raz go zaprogramujesz, będzie dążył do tego, żeby powtarzać wyuczoną czynność, bo nie jest miłośnikiem zmian. Dlatego najtrudniej zacząć, a potem już jakoś leci.

Kiedy zatem dysponujesz już planem, ustal czas na pisanie. W doskonałym scenariuszu byłaby to minimum godzina każdego dnia. (Serio, godzina to minimum, ja wiem, że inni piszą, wystarczy chociaż 15 minut, ale co zrobisz przez te żałosne 15 minut? Czasem dłużej koncentrujesz się na postawieniu klocka w kiblu, a co dopiero na napisaniu dobrego fragmentu)!

Nie znam Twojego grafiku, więc nie mam pojęcia, jak wyglądają Twoje popołudnia. Pewnie przychodzisz styrany z pracy, wpieprzasz obiad i marzysz o drzemce, ale w sumie jest już ciemno, więc lądujesz w wyrze, oglądając Netflixa. I tyle pożytku z tego dnia powszedniego. Skwituję to krótko: nędza. Kto chce wygrywać, ten nie może spać! Obudź się zatem. Wiem, że się nie chce. Tylko właśnie wtedy, kiedy tak bardzo masz wszystkiego dosyć, zadaj sobie pytanie: czy nie lepiej zadbać o to, by wszystkiego się chciało? Przecież będąc uznanym pisarzem, możesz sobie pozwolić na o wiele więcej niż wówczas, gdy wciąż będziesz harował na etacie. A od czegoś trzeba zacząć, więc rusz dupsko.

Wiesz, kiedy mnie się najlepiej pisze?
Wracam z pracy, jem obiad i zamiast drzemać (choć bardzo mi się chce, naprawdę!), oglądam sobie YouTube albo jeden odcinek jakiegoś serialu. Albo czytam książkę. Czekam, aż mi się wszystko ułoży w żołądku i po dwóch godzinach wykonuję aktywność fizyczną. Albo idę potruchtać, albo robię pilates. I potem jestem wręcz przeładowana energetycznie, więc łatwiej mi znowu zabrać się do pracy. Sadzam więc poślady przed laptopem i trzaskam, ile mogę. Ile konkretnie?

No właśnie.

4. Wiedz, kiedy przestać.

Stephen King, źródło: http://bezszyldu.pl

Stephen King, źródło: http://bezszyldu.pl

Choć najlepiej nie przestawaj. Jeśli już Ci dobrze idzie, nie zatrzymuj się. Od jednej zarwanej nocki jeszcze nikt nie umarł. Odejdź od edytora tekstu dopiero, kiedy ukończysz wyznaczony sobie wcześniej poziom. To może być jeden punkt z Twojego planu zdarzeń, albo półtora (niektórzy, np. Stephen King w swoim Pamiętniku rzemieślnika, uważają, że lepiej kończyć pisanie w punkcie, w którym wciąż mamy flow i łatwo będzie nam ruszyć dalej). To może być 10 stron. Albo 10 000 znaków ze spacjami. Wyznacz sobie limit, który musisz bezwarunkowo spełnić, by móc z czystym sumieniem umyć się i położyć do spania. Niech nie będzie to czas spędzony przed kompem, bardzo Cię proszę! Wiemy, jak bardzo bywa bezproduktywny, więc niech będzie to coś namacalnego, ok? Obiecasz? Nie mnie, bądźmy poważni. Obiecaj sobie z przyszłości! Tej wspaniałej, pracowitej osobie, która wykonała ogromną pracę i została za to nagrodzona w postaci pięknie wydanej, sprzedającej się, bardzo dobrej książki.

Już?

Super, to teraz powiedz o tym innym.

5. Sprawdź, jak bardzo zależy na Tobie bliskim.

Nie musisz od razu kazać im wypieprzać z Twojego życia, co to, to nie. Ale uświadom ich, że od godziny tej jesteś po prostu niedostępny. Nie ma Cię. Przechodzisz do innego wymiaru, skąd nie ma powrotu do następnego dnia. Nie jesteś stworzony po to, by być na zawołanie innych ludzi w każdym momencie Twojego życia. Nawet, jeśli chodzi o Twojego męża/narzeczonego/konkubenta/kochanka/chłopaka, na widok którego masz kisiel w majtkach. Nawet, jeśli chodzi o Twoją matkę czy dziecko. Twoim świętym obowiązkiem wobec siebie jest rozwój.

I uwierz mi, choć ludzie wokół Ciebie będą narzekać, psioczyć na Ciebie, mówić, że Ci już na nich najwyraźniej nie zależy, albo że jesteś egoistą… To prawdziwym szacunkiem obdarzą Ci wtedy, gdy skończysz to, co zacząłeś. I wówczas poznasz, kto kocha Cię najbardziej.

 

A na koniec powiem Ci, że oczywiście na czas pisania wyłączasz telefon i Internet. Jeśli czegoś nie wiesz, zostawiasz lukę w zdaniu albo cały akapit. Dodajesz notatkę: sprawdzić podczas pierwszej redakcji. Inaczej nigdy nie skończysz. Rozumiesz? Internet to Twój największy wróg.

I fajnie byłoby też, gdybyś nie podjadał w trakcie pisania, za to pił dużo płynów. Ale wiem, marzenia ściętej głowy, i te pe.

Nie wiem, jak Ty, ale ja w 2018 chcę mieć na koncie już drugą wydaną książkę, więc bierz się do roboty.

Twoja

Emilia

Jeśli podobał Ci się wpis, zapraszam do wyrażenia opinii. W komentarzu albo na Facebooku:

25 rzeczy, które możesz na spokojnie pierdolić, kiedy jesteś 25-letnią kobietą

25 rzeczy, które możesz na spokojnie pierdolić, kiedy jesteś 25-letnią kobietą

Jak już kilka osób zauważyło (pozdrawiam z tej strony Weronikę, Boharka i mojego najukochańszego Lorda Fathera), choć datę urodzin ukryłam na Facebooku, niebawem kończę 25 lat. Myślałam, że będzie to smutna rocznica, bo wciąż mam na koncie tylko jedną opublikowaną książkę, ale okazuje się, iż nie ma to w tym momencie dla mnie zupełnie żadnego znaczenia. Jest to zasługa moich najbliższych, których grono powiększyło się w stosunku do zeszłego roku. A jak wiadomo, od takiego przybytku głowa nie ma prawa boleć. Nie pamiętam, kiedy byłam tak spokojna, szczęśliwa i kompletna, jak teraz. Z okazji moich urodzin życzę więc wszystkim Wam tego, co najważniejsze: MIŁOŚCI. I dziękuję, że jesteście.

A teraz powiem Wam, co macie pierdolić, żeby być takimi farciarzami, jak i ja. Przynajmniej w wieku 25 lat.

Pierdolcie zatem:

  1. Brzydką pogodę.
    Było już tak pięknie, kiedy miesiąc temu wygrzewałam się w promieniach słońca z papierosem w ręku, mając pod sobą magiczną panoramę na jedno z piękniejszych poznańskich skrzyżowań i jeszcze słodszą perspektywę kolejnych godzin. Tymczasem końcówka kwietnia, a tu śnieg, grad, zawiane ucho. Można by się załamać, gdyby nie świadomość, że po kwietniu zawsze przychodzi maj, a póki co można grzać się pod kołdrą. I zima ma swoje plusy.
  2. Wstyd.
    Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Uważam, że poczucie wstydu to coś, co najbardziej nas niszczy. Strach przed działaniem z powodu obawy przed kompromitacją hamuje nas bardziej niż inne czynniki. Nawet, jeśli palniesz głupotę albo puścisz pawia przed setką ludzi, uwierz: to mogło zdarzyć się każdemu. Straciłam bardzo dużo czasu na niepotrzebne rozpamiętywanie krępujących mnie chwil, kiedy powinnam ugryźć się w język, spojrzeć gdzie indziej albo trzymać ręce przy sobie. Niepotrzebnie. Lepiej wyciągnąć wnioski na przyszłość i iść naprzód.
  3. Hygge.
    Jasny gwint, żyjemy w Polsce. Nie potrzebujemy dziesięciu koców z Ikei i specjalnych lampek, żeby pokonać stany depresyjne. Wizyta u psychiatry jest sto razy skuteczniejsza niż wypierdalanie hajsu w kosmos.
  4. Wyrzuty sumienia.
    Nie da się być idealnym. Możemy próbować i róbmy to, czyniąc dobro i starając się być lepszym z każdym dniem. Ale każdy popełnia błędy i niechcący krzywdzi inne osoby. Kiedy tak się stanie, przeprośmy. Pochylmy głowę ze skruchą. Odpokutujmy nasze winy, o ile się da. Pamiętajmy o tym, co zrobiliśmy źle, by nie powtarzać błędów, ale nie katujmy się bez końca wspomnieniami, których nie zmienimy.
  5. Oglądanie seriali.
    Róbmy to tylko po to, by się odstresować i gdy fabuła naprawdę nas zachwyci. Nie traćmy wielu godzin każdego dnia, ślęcząc przed komputerem czy telewizorem, by oglądać wymyślone życie nieistniejących ludzi. Piszmy własne scenariusze. 
  6. To, co ludzie o Tobie mówią.
    Niektórzy cały czas będą Ci powtarzać, że masz zrzucić na wadze, choć tego samego dnia inni zdziwią się, jak bardzo schudłaś. Kiedy zajmiesz głos w dyskusji, część powie, że trzeba było trzymać buzię na kłódkę, a inni będą mieć pretensje, że nie poruszyłaś danego problemu jeszcze bardziej. Jednym spodoba się Twoja twórczość, drudzy stwierdzą, że jest grafomańska. Kto ma rację? Cóż… Naprawdę będziesz tracić czas na zastanawianie się? Nie lepiej po prostu wzruszyć ramionami? 
  7. To, czego ludzie o Tobie nie mówią, a powinni.
    Komentując Twój wygląd, ludzie często zapominają o Twojej osobowości. Nie zawsze usłyszysz od nich to, czego chciałbyś posłuchać, a często – zupełnie na odwrót. Zamiast słów wsparcia zgarniesz opierdol, zamiast wdzięczności otrzymasz marudzenie. No i trudno.
  8. Się.
    Z facetami, kobietami albo oboma płciami naraz, nieważne, w jakiej konfiguracji, jeśli masz chętkę. Rób to z zabezpieczeniem, ale często i gęsto. Seks jest cudowny. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej.
  9. Fastfoody.
    Uważasz, że nie ma na świecie czegoś pyszniejszego niż frytki z maka albo czisek na bombie? Otóż nie, istnieją rzeczy, które smakują wybitnie o każdej porze dnia i nocy, w każdym stanie umysłu, a nie zawierają trucizn takich jak choćby nadtlenki lipidowe.
  10. Podziały międzyludzkie.
    Mój współlokator jest z PiS-u, a sprzeczamy się troszkę tylko wtedy, kiedy jest jego kolej na sprzątanie. Nie sądzę, żeby dzieciak z Aleppo mógł podrzucić mi bombę pod samochód (tym bardziej, że go nie mam), więc nie mam nic przeciwko podzieleniem się z nim skrawkiem mojego kraju. Wpieprzam wołowinę namiętnie jak wytrawny padlinożerca, ale podziwiam wegetarian. Ty tak możesz. 
  11. Politykę.
    Chore dla mnie jest ekscytowanie się słowami polityków – a jak wiadomo, te przeważnie rzucane są na wiatr. Co innego słowa pisarzy – są przynajmniej solidnie uargumentowane tonami przeczytanej przez nich literatury. 
  12. Pacyfizm.
    Walcz o swoje ideały. Nie siedź cicho, kiedy ludzie obok Ciebie cierpią.
  13. Obiecanki-cacanki,
    że niby całujesz się dopiero na trzeciej randce, podczas gdy próbowałaś z milion razy od 18 roku życia i ani razu ci się to nie udało. (Ech). 
  14. Śmianie się z żartów, które Cię nie bawią.
    Może nie masz poczucia humoru, ale przynajmniej nie bądź zakłamany. 
  15. Przeciętne książki.
    Miałam kiedyś taką manię, że gdy sięgałam po jakiś tytuł, musiałam doczytać do końca. Płaciłam przez to kolosalne kary w bibliotece i niszczyłam sobie życie. Na świecie powstało zbyt wiele cudownych tekstów, by przebijać się przez te średnie, jeśli ktoś Cię nie błaga o to na klęczkach. 
  16. Odbieranie telefonów i odpisywanie na wiadomości od razu, gdy ktoś się do Ciebie dobija.
    Po prostu się szanuj. Nie mam nic więcej do powiedzenia w tej kwestii.
  17. Wkurwianie się na innych ludzi.
    Po co, skoro można podejść do nich z uśmiechem? Mogłabym za każdym razem trzaskać drzwiami, gdy ktoś mnie lekceważy, ale to nudne. Grożenie innym lub niekończące się rozmowy, które nie przynoszą żadnych efektów (a wychodzę z założenia, że do trzech razy sztuka), potrafią naprawdę zmęczyć. Szkoda energii. Zamiast wdawać się w jałowe dyskusje, po prostu uśmiechnij się. I rób swoje. Wiem, jakie to trudne. Cały czas się tego uczę.
  18. Martwienie się o brak pieniędzy.
    Lepiej odsapnąć i zastanowić się, co zrobić, by je mieć. Pożyczka od współlokatorki? Odpada, wciąż wisisz jej siedemdziesiąt ziko za dodatkowe zajęcia. Kreska w banku? To może być niezłe tymczasowe rozwiązanie. Ale praca, choćby dorywcza, to jest to. To nie jest tak, że musisz wykonywać zawód, w jakim się kształcisz lub związany z Twoją największą pasją, by zarobić szybkie pieniądze. Czasem wystarczy zastanowić się, co robisz dobrze. Albo co w ogóle możesz robić. I nawet, jeśli ta praca w Twoim mniemaniu hańbi (choć wciąż mówię o legalny sposobach na zarabianie!), to po prostu nie umieścisz jej w swojej ce fałce. I włala.
  19. Odkładanie rzeczy na później.
    Nie mam na myśli takich banałów jak umycie kibla czy kupno kiecki na dancing. Chodzi mi raczej o bardziej istotne dla Twojej egzystencji. Po co planować założenie firmy na za dziesięć lat, skoro nie wiadomo, czy jeszcze wtedy będziesz żył? Jeśli chcesz coś zrobić, zastanów się, jak zrobić to w szybszym terminie. Odkładanie wymarzonych wakacji na emeryturę też jest niewskazane. Jak z Twoim reumatyzmem zdobędziesz Rysy? Postaraj się, by każdy Twój dzień był wypełniony zarówno ciężką pracą, jak i przyjemnościami. Ani jednego, ani drugiego nie odkładaj na później. Później może być czarna dupa, a nie w czasy na Bahamach. Albo płacz i zgrzytanie zębami ludzi, którym wynajmujesz mieszkanie, bo zwlekałeś z opłaceniem rachunku za internet. Humor sytuacyjny mode on! 
  20. Ludzi, którzy nic nie dają w zamian.
    Kiedy po jakimś czasie zaczyna do Ciebie docierać, że byłaś naiwniarą w stylu Orgona ze Świętoszka i dałaś się ojebać jakiemuś Tartuffe’owi może nie z hajsu, a własnego czasu lub uczuć, po prostu ucieknij. Masz błogosławieństwo całego świata, a przynajmniej tej lepszej części. 
  21. Marazm
    Czy wiesz, że to, iż nic się nie dzieje w Twoim życiu, jest najczęściej Twoją winą? Zrób coś nowego, spotkaj się z innymi niż zwykle ludźmi, sięgnij po świeżą literaturę i wyjdź ze swojej komnaty żalu. Nie trzeba wiele, by zacząć żyć. Na każdym rogu czekają na Ciebie wspaniałe możliwości. Czasem wystarczy choćby przejrzeć Facebooka i wziąć udział w niebanalnym przedsięwzięciu.
  22. Roztkliwianie się nad przeszłością
    W Trainspotting 2 mamy do czynienia z tymi samymi ćpunami, co w części pierwszej tego wspaniałego filmu w reżyserii Danny’ego Boyle’a. Główna postać żeńska w bezpardonowy sposób informuje Rentona i Simone’a, że żyją przeszłością, skąd biorą się wszystkie, dosłownie wszystkie ich problemy teraźniejszości. Ty masz zrobić inaczej. Jeśli chcesz ćpać, ćpaj codzienność, ale nigdy nie roztkliwiaj się nad przeszłością. Nigdy. Masz zbyt wiele do zaoferowania światu, by boleć nad tym, co stało się wczoraj. A film, obie jego części, serdecznie polecam.
  23. Odpowiedzi wielokrotnego wyboru (A, B czy C).
    W szkole rzadko kiedy uczą prawdziwie przydatnych rzeczy. A to, co starają Ci się wbić do głowy, nie zawsze ma przełożenie w zetknięciu z rzeczywistością. W życiu nigdy nie ma do wyboru opcji A lub B. To tylko ułuda. Sekret tkwi w odpowiedziach otwartych. Im większe pole do popisu ma Twoja wyobraźnia, tym szybciej wyjdzie z opresji. Pamiętaj: liczba wyborów, jakie możesz podjąć, jest nieograniczona. Wystarczy włączyć mózg.
  24. Bycie w cieniu, jeśli chcesz błyszczeć.
    Nie każdemu psu na imię Burek. Jeśli czujesz, że wykonywanie poleceń innych sprawia Ci przyjemność i zapewnia komfort psychiczny – to też jest ok. Ale jeśli długotrwałe skrywanie się w cieniu innych osób po prostu Cię męczy, daj sobie z tym spokój. Po skończeniu osiemnastu lat jedyne, do czego jesteś w pewien sposób zobowiązany, to prawo kraju, którego jesteś obywatelem, a i od tego są wyjątki. Ty nic nie musisz. Ale możesz – i masz do tego święte prawo – pragnąć. Chcieć od życia więcej i więcej. Dlatego rób to, na co masz ochotę, nie krzywdząc innych. Błyszcz światłem własnym, nie odbitym. Zasługujesz na to. 
  25. Udawanie, że czujesz się ok, kiedy nazywają cię dorosłą.
    Nieprawda, za każdym razem masz ochotę podbiec do najbliższego okna, otworzyć je na oścież i wydrzeć się: nie chcę być kurwa dorosłaaaa!

    I tak miał właśnie brzmieć ten punkt. Ale, tak w zasadzie, nie mam pojęcia, dlaczego kilka dni temu zapisałam powyższe zdania. Przeżyłam ćwierć wieku. Zrobiłam w życiu kilka fajnych rzeczy. Mnóstwa nie zrobiłam, ale chcę. Nikt nie jest w stanie mi niczego zabronić, a odpowiadam sama za siebie od bardzo długiego już czasu. I choć czasem mam ochotę skryć się przed całym światem, tak naprawdę wolę wychodzić mu naprzeciw. Dorosła stałam się więc już dawno temu.
    I wcale nie czuję się z tym źle.

 

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Pamiętacie recenzję Twierdzy Kimerydu? Postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki oraz kulisy powieści. Nie tylko dlatego, że Magdalena Pioruńska jest bardzo interesującą personą, zaś książka pewnym ewenementem we współczesnej literaturze polskiej. Wydaje mi się, że z lektury poniższej rozmowy będziecie mogli się sporo nauczyć.

Emilia Teofila Nowak: To jak w końcu, Twierdza Kimerydu jest Twoją debiutancką powieścią czy było coś wcześniej? Różne źródła różnie mówią.

Magdalena Pioruńska: Moją pierwszą wydaną książką była notabene książka naukowa na temat rozpadu byłej Jugosławii o jakże oryginalnym tytule: Przyczyny rozpadu byłej Jugosławii w XX. wieku. Potem mój krótki tekst z innego uniwersum fantasy Witajcie w Zoa znalazł się w antologii Dziedzictwo Gwiazd. Moje opowiadanie Ceres trafiło zaś do magicznej antologii opowiadań o Opolu Festiwal Natchnienia. Mogę się pochwalić długim stażem w środowisku literackim. Przez trzy lata uczestniczyłam czynnie w organizowaniu festiwali poświęconych fantastyce we Wrocławiu i Opolu. Prowadziłam spotkania autorskie, zapraszałam pisarzy i kontaktowałam się nawet z zagranicznymi gwiazdami. Ponadto przeprowadziłam kilka konkursów literackich i graficznych na Szufladzie moim portalu kulturalno-literackim, który w sierpniu tego roku skończy sześć lat. Byłam też jurorką przy konkursach literackich na festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu.

Myślę, że moja absolutnie autonomiczna książka musiała się wreszcie pojawić na rynku. Od paru lat byłam na to skazana.

ETN: Ile zajęło Ci napisanie Twierdzy Kimerydu? Od pierwszego pomysłu na powieść do momentu powzięcia decyzji o zwróceniu się do wydawcy?

MP: Twierdza Kimerydu to moja praca dyplomowa w Studium Literacko-Artystycznym w Krakowie. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Od Ono. Kim jest Ono? To specyficzna personifikacja mojego natchnienia, która ujawniła swoje istnienie na zajęciach z poezji właśnie w Studium Literacko-Artystycznym.

Pewnego dnia napisałam długi wiersz z dialogami pomiędzy dziewczyną a stworem, który wiernie towarzyszył jej w podróży po prehistorycznych lasach. Ono tak bardzo spodobało się moim kolegom z roku i wykładowcom, że samoistnie otrzymało dłuższy żywot. Napisałam więc całą serię dziwnych wierszy o Ono i jego Pani, z którą przemierzało fantastyczne światy. Ono miało długi ogon, pomarańczowe ślepia i chowało dłonie w czerwonych rękawiczkach, z których wystawały długie pazury. Teraz nie pamiętam kto, ale chyba któraś z moich koleżanek ze studiów, nazwała Ono dinozaurem. W pewnym momencie Ono zaczęło też coraz mocniej kształtować swój charakter i śmielej poczynać sobie w kontaktach ze swoją Panią. Tak właśnie stworzyłam postać Tyrsa.

Pierwszy dinozaur, który przyszedł mi na myśl przy krystalizacji tej postaci, to oczywiście welociraptor, a właściwie utahraptor, na którym wzorował się Michael Crichton, tworząc swój Park Jurajski. A ponieważ nigdy nie zabieram się za pisanie bez przygotowania, poświęciłam pół roku na oglądanie filmów przyrodniczych z serii Dicovery Channel i BBC na temat życia prehistorycznych gadów w tym szczególnie raptorów, choć najbardziej ujęła mnie historia małego Allozaura ze zwichniętą szczęką. Te obrażenia już w dorosłym życiu zmusiły go do szukania przymierza z roślinożercami…

Sięgnęłam też po książkę uznanego paleontologa Roberta T. Bakkera Raptor Red. Śledzimy w niej losy młodej raptorzycy i jej konfliktowej siostry. Wzruszyło mnie rodzinne życie raptorów, ich usilne i bardzo ludzkie trzymanie się w stadzie i walka o przetrwanie każdego jego członka. Reszta jakby wymyśliła się sama. Chociaż teraz z perspektywy czasu myślę, że Tyrs Mollina nie do końca odegrał rolę mojego Ono. Może to jednak jego mały braciszek Taniel?

Ale wracając do twojego pytania: samo napisanie powieści trwało trochę ponad miesiąc napisałam ją w lipcu ubiegłego roku. Proces jej wymyślania i analizowania poszczególnych wątków trwał za to niecałe dwa lata, począwszy od momentu narodzin Ono.

IMG_20170317_191738_processed

Źródło: archiwum prywatne Magdaleny Pioruńskiej

ETN: Co sprawiło Ci największe wyzwanie podczas pisania?

MP: Anna. Miałam ogromny problem z tą postacią. W miarę jak postępowała fabuła, szybko okazało się, że chłopaki skradli ją w całości, Anna w porównaniu z nimi wypadła bardzo blado. Nie lubiłam pisać jej kolejnych narracji. Wydawały mi się takie uniwersalne, zwyczajne, sztampowe… Wiesz, Anna wprowadza wątek szczeniackiej miłości pomiędzy porządną, szanowaną kobietą a nieokrzesanym buntownikiem. Kiedy to zauważyłam, doszłam do wniosku, że może moja książka powinna mieć trochę inny wydźwięk. Może powinna na całej linii zrywać z różnymi, literackimi stereotypami, w tym właśnie zaginać konwencję romansową. Dopiero wtedy udało mi się wyciągnąć tę bohaterkę z cienia i zrobić z nią coś interesującego. Powiem ci szczerze zmusiło mnie do tego to, że dałam jej oddzielną narrację, wyobrażając sobie, że okaże się całkiem inną postacią. Niestety pomyliłam się i dzięki temu Twierdza Kimerydu wcale nie jest romansem.

ETN: Dlaczego zdecydowałaś się na narrację pierwszoosobową, skoro jest tak mnóstwo postaci? Nie uważasz, że lepiej byłoby spróbować opowiadać historię z pomocą narratora wszechwiedzącego?

MP: Całe życie pisałam książki z perspektywy narratora wszystkowiedzącego i to nie było dla mnie dobre. Rozwlekałam wątki, rozbudowywałam światy, mnożyłam bohaterów. Z biegiem czasu sama zapominałam, jaki był główny wątek powieści i jego główny bohater. Narracja z perspektywy czterech bohaterów to i tak duże z mojej strony ustępstwo. Ja nie cierpię głównych bohaterów zarówno w książkach, jak i w filmach. Ciągnie mnie właśnie w stronę antybohaterów i ludzi z otoczenia protagonisty, którzy zwykle wydają mi się bardziej interesujący. Dlatego też nie chcę mówić, że Tyrs Mollina jest głównym bohaterem Twierdzy Kimerydu. Owszem, pod koniec dojrzewa do tej roli, ale na szczęście wciąż czuwa nad nim Tycjan, a zmiana nastroju i scenerii wcale nie oznacza, że w drugiej części Twierdzy nie pojawią się jego godni konkurenci.

ETN: Którego ze swoich bohaterów lubisz najbardziej?

MP: Zdecydowanie Taniela Mollinę. Po pierwsze dlatego, że Tyrs naturalnie się przy nim zmienia. Taniel wydobywa z niego najlepsze cechy, trafia w jego czułe punkty, tym samym wzmacniając ich i tak już silną więź. Taniel jest ukochanym dzieckiem Tyrsa, jego małym schronieniem, światłem jego życia i być może jedyną osobą, przy której całkowicie czuje się sobą. Po drugie… czytałaś Twierdzę, wiesz jak trudnym i tajemniczym dzieckiem jest Taniel. Pisząc końcówkę książki, już byłam podekscytowana perspektywą drugiej części i wiedziałam, że dorastający Tanni będzie grał w niej jedną z głównych ról. Poza tym on ma boską moralność, a właściwie jej boski brak. Z jednej strony wydaje się być najbardziej ludzki z rodzeństwa raptorów, a z drugiej najbardziej przypomina zwierzę… Podejrzewam go o bardzo zwichniętą psychikę. Mam słabość do takich ludzi.

IMG_20170317_193951_processed

 

ETN: Czy Twoje postaci są wzorowane na kimś z Twojego bliskiego otoczenia? Wymyśliłaś ich sama od początku do końca, czy noszą cechy Twoich znajomych?

MP: Nie wiem. To zawsze dla mnie trudne określić, ile tak naprawdę rzeczywistości wkradło się do moich książek. Wiem za to na pewno, że moja relacja z pewnym specyficznym młodym człowiekiem wpłynęła na ukształtowanie niektórych przyjaźni i rodzinnych relacji w tej powieści. Wiesz, ciężko mnie zainspirować rzeczywistością. Łatwo się też nudzę, nie lubię tracić czasu na zamartwianie się drobiazgami. Owszem, potrafię mocno zainteresować się ludźmi, ale tylko tymi wybranymi przeze mnie. Mam taki wewnętrzny radar, który ciągnie mnie do ludzi utalentowanych, myślących inaczej o świecie i przez to często trudnych w odbiorze przez większość. Ale zdradzę ci za to, że przyjaźń Tyrsa i Tycjana, szczególnie kiedy razem imprezują i prowadzą swoje specyficzne rozmowy, to częściowo odbicie mojej przyjaźni z dziewczyną, z którą mieszkałam w akademiku podczas studiów. Ewcia, serdecznie cię z tego miejsca pozdrawiam. 😉

ETN: W książce mamy do czynienia z postacią Tulii, będącej również Tuliuszem, a może na odwrót. Rozbuchana seksualność tej nieokreślonej płciowo postaci pewnie budzi kontrowersje. Jaki jest Twój stosunek do transpłciowości?

MP: Otwarty. Jestem otwarta na środowisko LGBT, mam tam dobrych znajomych i to nawet bardzo dobrych. Nie mam nic przeciwko wątkom genderowym w powieściach. Sama je przecież propaguję na Szufladzie z działem gender, w którym Ania Godzińska, moja redaktorka, zajmuje się czytaniem i recenzowaniem powieści pod kątem genderowym.

Tuliusz miał być kontrowersyjny i tragiczny. Zresztą każda z moich hybryd miała być w jakiś sposób uszkodzona psychicznie, złamana przez życie. Pomyślałam sobie, że nie można być do końca normalnym, posiadając geny dinozaura. Chociaż wydaje mi się, że to nie te geny same w sobie sprawiły, że moi bohaterowie nie do końca radzą sobie z życiem. Twierdza Kimerydu to przede wszystkim powieść o inności i o reakcjach ludzi na tę inność. Moi chłopcy na swój sposób nauczyli się radzić sobie z ostracyzmem społeczności…

ETN: A co ma z tym wszystkim wspólnego schizofrenia, na którą zdaje się cierpieć postać?

MP: Słuchaj, nie chcę tutaj zdradzać zbyt dużo z fabuły książki, ale podpowiem ci, że może jest ona tylko wymówką… Może Tuliusz Donner po prostu nie akceptował samego siebie i na podobieństwo Normana Batesa z Psychozy Alfreda Hitchcocka do końca nie potrafił uwolnić się od cienia swojej matki?

ETN: Jestem bardzo ciekawa Twojego stosunku do gender studies. Niektóre Twoje postaci, np. Tyrsa Molliny, są tragicznie stereotypowe w swoim przywiązaniu do płci kulturowej. Ale z drugiej strony Tulia…? Zresztą, to kobiety tak naprawdę stoją za wszystkimi aferami, które napędzają fabułę Twojej książki, czyli głównie Anna i Arabella. Czy współczesna kobieta musi być przebiegła, inteligentna i zabójczo piękna? Czy to nie kolejny stereotyp?

MP: Wspomniałam ci wcześniej, że miałam kłopot z kreacją Anny. Za to Arabella jest moim zdaniem fantastyczną postacią. Jej motywacją jest bowiem chęć dorównania ojcu: szalonemu naukowcowi, ale też przede wszystkim czysta ciekawość, jaki będzie efekt każdego jej najokrutniejszego eksperymentu. Arabella miała być psychopatką, zimną suką. Miała przerażać. Miała niszczyć i wypalać po sobie ziemię. Anna jest od niej słabsza charakterologicznie i to wpłynęło na wszystkie jej decyzje. Bohaterka zmaga się z przeszłością, boleśnie dostrzegając przy tym, że tak naprawdę niewiele się zmieniło. Jest przez to ślepa na konsekwencje własnych czynów. Przyzwyczaiła się bowiem do roli tej lepszej siostry”.

A Tyrs i Tuliusz… Cóż, myślę, że mimo dwóch totalnie sprzecznych postaw i podskórnej niechęci, łączy ich przecież coś ważniejszego potrzeba zrozumienia i przebywania blisko człowieka, który nie zadaje zbędnych pytań, po prostu oferuje wsparcie. Lubię tę ich kruchą przyjaźń. To w końcu Tyrs zawsze staje za Tuliuszem, nawet kiedy sypie się relacja Tuliusza i Tycjana. Chyba chodziło mi o to, żeby pokazać, że prawdziwa przyjaźń nie musi wcale opierać się na podobieństwach… Wiesz co? Są rzeczy ważniejsze, niż kulturowe nastawienie do płci. I właśnie one połączyły Tyrsa i Tuliusza.

ETN: A Afryka? Dlaczego akcja nie dzieje się na wyspie w rodzaju Isla Nublar tylko na Czarnym Lądzie? I skąd w ogóle nazwa: Twierdza Kimerydu?

MP: Wcześniej to miała być Nikaragua. Serio, napisałam osiem rozdziałów o młodości Teobalda Elasmosa i ich akcja toczyła się… właśnie w Nikaragui. Potem to przemyślałam; pojawiło się Ono, akurat kiedy zabrakło mi pomysłów na pisanie i Teobald wylądował w Afryce w towarzystwie dinozaurów. Wybrałam Afrykę, ponieważ pasowała do mojej koncepcji totalitarnego świata. Gra w nim bowiem rolę wielkiego śmietnika Cesarstwa Europejskiego, które ją lekceważy i sukcesywnie niszczy. Kimeryd zaś to nazwa jednej z podepok Jury, kiedy na Ziemi żyły największe dinozaury. Pomyślałam, że skorzystam z wszelkich dobrodziejstw prehistorii.

ETN: Zamierzasz wyjechać do Afryki i pisać stamtąd książki? Jak w ogóle widzisz swoją literacką przyszłość? Czy za dziesięć lat Magdalena Pioruńska otrzyma Nagrodę Nike? Co jest Twoim największym celem?

MP: Niczego w swoim życiu nie wykluczam. Chcę się zmieniać. Chcę iść do przodu. Chcę być lepsza. Chcę pisać książki dużo książek i dalej prowadzić Szufladę i budować coraz lepszą markę. Mój sukces to efekt kilkuletniej ciężkiej pracy, orania tematu u samych podstaw, czasem z przygarbionymi ze zmęczenia plecami, ale nadal ze sztywnym kręgosłupem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mój się nie zgina, że niektórzy ludzie się tacy rodzą. Cieszę się, że widzisz we mnie kandydatkę do Nagrody Nike. 😀 Jestem tak próżna, że na pewno się z niej bardzo ucieszę. A potem pomyślę o Noblu. 😉

ETN: Jak wygląda Twój dzień powszedni i skąd bierzesz czas na pisanie? Czym na co dzień się zajmujesz?

MP: Pracuję w tygodniu. Głównie z młodymi ludźmi. Lubię młodzież, jest naprawdę ciekawa, dostarcza mi wiele tematów do rozważań i konstruowania fabuły. Ostatnio w związku z premierą Twierdzy Kimerydu, żyję w ciągłym biegu. Nie mam czasu dobrze zjeść, potrafię pół dnia chodzić głodna, jak wilk, bo zwyczajnie zapominam, że jestem głodna… Tak jak na przykład teraz, kiedy odpowiadam ci na pytania. Już dawno powinnam coś zjeść, no ale…

Właśnie. Jak się za coś zabieram na poważnie, to zwykle po drodze kruszę skały. 🙂 Czekam aż ten szum trochę ucichnie, moje życie się ustabilizuje i wrócę do spokojnego, regularnego pisania. Przypominam Ci, że poza pisaniem książek, zarządzam też portalem i piszę do niego teksty.

ETN: Jakie masz wskazówki dla osób, które marzą o wydaniu swojej debiutanckiej książki?

MP: Nie można zrażać się niepowodzeniami. Ale też nie zawsze zgadzać się z odmową. Może chodzi o to, żeby pokazać, że nie mieli racji, nie doceniając twojego talentu? Bo to się liczy przede wszystkim. Talent. A potem dopiero ciężka praca. I nie ukrywam, że przebojowość i odwaga bardzo się przydają.

ETN: Co dla Ciebie, jako czytelniczki, jest najcenniejsze w literaturze?

MP: Autentyczność. Inność. Czasem dziwność. Lubię, kiedy literatura czymś we mnie EPATUJE. Lubię coś mocno odczuwać i lubię, jak moje serce zamiera albo bije zbyt szybko.

ETN: Jakie książki możesz polecić, podobne do Twojej?

MP: Nie wiem, bo na nikim się nie wzorowałam. Kiedy pisałam o Tuliuszu, przypominał mi się za to bardzo ciekawy film Mandarynka o społeczności transwestytów w Hollywood. Zrobił na mnie ogromne wrażenie właśnie taką czułością i niezwykle kruchym pięknem na tle brudnego, odrażającego świata. Jeszcze raz chętnie polecę też Raptora Red. Mimo że bohaterka jest prehistorycznym gadem, a całość przypomina raczej zapis serialu przyrodniczego, książkę czyta się jednym tchem.

ETN: A gdybyś miała wybrać swój literacki wzór do naśladowania, jakiegoś twórcę, kto by to był?

MP: I tutaj mam znowu problem. A wiąże się on z moją specyficzną osobowością i światopoglądem. Nie wierzę we wzory do naśladowania. Nie wierzę w autorytety. Wierzę za to w mój talent, wierzę w to, że warto pisać mimo wszystko. A jako skrajna indywidualistka powiem ci jeszcze, że każdy artysta powinien sam odnaleźć swoją własną drogę. Nie tylko w pisaniu, ale również w życiu.

ETN: Kiedy kolejna książka?

MP: Kiedy się napisze. Będzie dłuższa od pierwszej części, bo akcja będzie się toczyć równocześnie w Afryce i w Europie. Ale już zaczęłam i świetnie się bawię w trakcie pisania.

Droga Magdaleno, bardzo dziękuję Ci za wartościową rozmowę. Myślę, że Twoje słowa będą pomocne dla każdego, kto marzy o pisaniu. Mnie wywiad z Tobą bardzo zainspirował i zmotywował do dalszej walki z samą sobą o dokończenie pisania książki. Życzę Czytelnikom, by śmiało brali z Ciebie przykład osoby tyleż samo pracowitej, co przebojowej i kreatywnej. A Tobie, by pisanie kolejnej książki dostarczyło Ci co najmniej tyle samo frajdy, co przy pierwszej części Twierdzy Kimerydu. Przy okazji zapraszam też wszystkich na jeden z moich ulubionych portali literackich www.szuflada.net. Naprawdę warto!