Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Wczoraj, po ponad dwudziestu pięciu latach żywota, uświadomiłam sobie, że nie jestem geniuszem. Wiem, trochę późno. To straszne, że przez taki szmat czasu żyłam w nieprawdziwej wersji rzeczywistości… Rzecz sprowadzała się do tego, że w mojej pracy doszłam do muru z wywieszonym na nim transparentem: nie wiem, co dalej. Rozbiłam ten mur, jak zwykle, kilka minut później, ale zrozumiałam, że pokonywanie tego typu przeszkód nie jest moim wrodzonym talentem, tylko szeregiem wyuczonych czynności, które powtarzam, by wprowadzić się w odpowiedni stan.

Jeśli więc szukacie natchnienia (weny), sposobu na rozwiązanie życiowego problemu albo nowego pomysłu na poderwanie chłopaka, przedstawiam Wam 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł. Bo wyzwalanie w sobie kreatywności można zrobić doraźnie (o tym będzie pierwsze 5 punktów tego wpisu), ale warto też o swoją kreatywność dbać stale (o tym, jak możecie się domyślić, jeśli nie jesteście bakteriami albo pierwotniakami, będzie kolejne 5 punktów).

 Dodam jeszcze, że im częściej stosujecie się do wszystkich 10 wskazówek, tym jesteście mniej zestresowani. Świadomość, że zawsze uda Wam się wymyślić coś wspaniałego albo znaleźć owocne wyjście z problemu, działa jak balsam na duszę. Dzięki temu Wasz mózg nie wariuje, produkując toksyczne myśli, typu: nie dam rady, jestem beznadziejny, to już koniec świata, życie mi się zawaliło. Tylko uruchamia nowy mechanizm: OK, jest sytuacja, musimy ją natychmiast rozwiązać. I tak się dzieje.

5 szotów kreatywności (odurzenie nowymi pomysłami: natychmiastowe!)

1. Oddychanie i medytacja

Podejrzewam, iż słyszałeś, że człowiek musi jeść i pić wodę, by żyć. Toteż jesz i pijesz, by nie zaliczyć przypadkowego zgonu, prawda? Przecież to oczywiste!

Na pewno też gdzieś w podstawówce pani od biologii powiedziała, że nasz gatunek potrzebuje również tlenu, by dobrze funkcjonować. Ale oddychanie to przecież odruch bezwarunkowy, prawda? Nawet, kiedy nasza świadomość jest wyłączona, jak podczas snu, i tak oddychamy.

I tak, i nie.

Czasy się zmieniły, ewolucja postępuje. W większości poruszamy się samochodami i prowadzimy biurowy tryb życia, więc nasz oddech stał się płytszy niż kilkadziesiąt jeszcze lat temu. Wdychamy powietrze częściej płucami i już nawet skórą, niż przeponą. I nie jest to dostateczne, by odpowiednio dotlenić nasz mózg.

Kojarzysz, co się dzieje, gdy nadmuchasz trzy baloniki, jeden za drugim? Kręci ci się w głowie, masz lekką fazę, czujesz się trochę głupkowato?

Wyobraź sobie, że nie oddychając prawidłowo, stan Twojego umysłu jest właśnie taki. Tylko utrzymuje się permanentnie, więc nie obserwujesz u siebie z zadziwieniem narastającej głupawki.

By odpowiednio dotlenić swój mózg, codziennie (staram się z samego rana, przed pracą, ale nie zawsze mi to wychodzi) wykonuję co najmniej 7 minut ćwiczeń oddechowych. Pomaga mi w tym najlepsza jak do tej pory wg mnie wymyślona aplikacja, czyli Prana Breath. Jest przekozacka! Są w niej różne ćwiczenia oddechowe, których wykonanie jest początkowo trudne, ale i dostarczające mnóstwo satysfakcji. A profitów jest mnóstwo:

  • uspokojenie gonitwy myśli,
  • skupienie umysłu na bieżącej czynności,
  • odzyskanie poczucia kontroli w codziennych zadaniach,
  • zwiększenie zdolności poszukiwania innowacyjnych rozwiązań,
  • stymulacja kreatywności,
  • zmniejszenie nasilenia bólu migrenowego.

To tylko niektóre z nich! Po siedmiominutowej sesji często kręci mi się w głowie od wdychanego tlenu i jestem na swoistej fazie, ale bardzo pozytywnej! Czuję, że mogę przenosić góry. Polecam gorąco. Dajcie koniecznie znać, czy aplikacja również Wam się spodobała!

2. Ruch

Pot jest jak WD-40 dla umysłu: smaruje zardzewiałe zawiasy w mózgu i sprawia, że myślenie staje się bardziej płynne. Ćwiczenia pozwalają umysłowi uzyskać dostęp do nowych pomysłów, dotąd schowanych w podświadomości.

To słowa Christophera Berglanda, triatlonisty i pisarza. Trudno się z nimi nie zgodzić! Kiedy jestem zmęczona psychicznie, uwielbiam odpocząć, męcząc się fizycznie. Ruch wyzwala endorfiny, i choć tkanka tłuszczowa zaczyna się spalać dopiero po 20 minutach ćwiczeń, to poprawę samopoczucia możemy już zauważyć po kwadransie! Wystarczy więc kilkanaście przysiadów, szybki bieg wokół biurowca, w którym pracujecie czy kilka ćwiczeń z ciężarkami, by uruchomić w sobie proces kreatywności!

Podobno i Einstein obmyślił swoją teorię względności, jeżdżąc rowerem!

3. Podpatrywanie innych

Na tych, co bezmyślnie kopiują innych, wołało się w dzieciństwie: papuga. Ja sama muszę przyznać, że mnie strasznie ostatnio zirytowało, kiedy znalazłam w sieci nieudolnie zgapioną wersję moich kart pracy Bohater Prawdziwy 2.0, nad którymi tak długo pracowałam… Nikt nie lubi podrabiaczy, zżynaczy i plagacistów. Nic dziwnego. To przestępcy.

Istnieje też powiedzenie: naśladownictwo to największa forma komplementu.

Praca innych może nas zainspirować i sprawić, że sami wpadniemy na różne pomysły. Ważne, by były nasze, indywidualne, a osiągnięcia innych sprawiły, że zapragniemy zrobić coś dużo lepiej, albo stworzyć coś zupełnie innego, ale za sprawą czyjegoś słowa lub dzieła.

Mnie bardzo przekonuje działalność Krzysztofa Gonciarza, którą ukazuje w DailyVlogach. Gdyby nie to, że Gonciarz przygotowuje się do maratonu, czy umiałabym się zmotywować wczoraj do ruszenia tyłka i przejechania rowerem 30 km? Czy nie był przypadkiem jednym z czynników, dla których rzuciłam pracę i postanowiłam otworzyć własną firmę, zbudowaną na renomie bloga? Zdarza się, że Gonciarz wspomni o jakiejś tematyce w jednym z odcinków ledwie zdaniem, a ja sobie myślę: aha, oto idealny pomysł na nowy blogowy wpis!

Oczywiście inspiruje mnie dużo innych twórców, ale kilkuminutowy szocik z vloga Gonciarza od razu sprawia, że zaczynam żywiej funkcjonować.

4. Burza mózgów ze znajomymi

Czasem, kiedy nie jestem pewna swojego pomysłu, potrzebuję jego rozwinięcia albo uporządkowania pewnych spraw, przegaduję go z Sikorą albo moim chłopakiem. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam rację. Dodają odwagi do dalszego działania, a nierzadko podsuwają naprawdę genialne pomysły. To właśnie dlatego Sherlock bujał się z Watsonem!

Jeszcze za czasów pracy w wydawnictwie, kiedy jakaś myśl świtała mi w głowie, uwielbiałam wyjść na środek biura i przedstawić swoją koncepcję. Podczas wspólnej burzy mózgów rozbudowywaliśmy ten pomysł, przerzucaliśmy się hasłami, każdy dokładał do idei jakąś cegiełkę. Synergia potrafi zdziałać cuda!

5. Planowanie

Że niby planowanie jest tylko dla sztywniaków? A artyści zawsze idą na żywioł?

Terefere.

W momencie, kiedy mam jedynie mglistą wizję tego, co należałoby zrobić, muszę sobie wszystko rozpisać. Jeśli widzę efekt, do jakiego chcę dojść, ale nie do końca wiem, co zrobić, by znaleźć się w punkcie, który będzie mnie satysfakcjonował, biorę kartkę i długopis. Skupiam się na problemie i puszczam wodze fantazji. Wyspisuję wszystko, co przyjdzie mi do głowy. Po pewnym czasie wykreślam totalne nonsensy, a resztę porządkuję w kolejności. Kiedy mam czarno na białym, od czego należy zacząć, a co zrobić potem, po pierwsze jestem spokojniejsza, a po drugie… Pojawiają się inne pomysły! Pomiędzy jednym punktem na liście a drugim jest cała nieskończoność inspiracji, dodatkowych czynności, które mogę wykonać, by osiągnąć cel.

Próbowaliście?

5 składników koktajlu PSK (Permanentnego Stanu Kreatywności)

6. Radość

To, nad czym pracujesz, musi sprawiać Ci radość. Inaczej Twoja kreatywność będzie zablokowana.

Jeśli nienawidzisz swojej pracy, mam dla Ciebie dobrą radę: rzuć ją i zajmij się czymś bardziej satysfakcjonującym. (Ja wiem, tak się łatwo mówi, a rzeczywistość rzuca kłody pod nogi… Ale jeśli masz takie myśli, koniecznie przeczytaj mój wpis Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić oburącz).

A jeśli średnio cię jara, jak na przykład mnie pisanie rozdziału książki, w którym nie ma ani jednej erotycznej sceny? A i tak wiesz, że tego nie przeskoczysz, to musi być odhaczone i koniec?

Dorzuć składnik radości! Zakładając, że czynność dłuży Ci się niczym szary papier toaletowy, weź kolorowy mazak i dorysuj na nim motylki! Przy odrobinie szczęścia, odcisną Ci się na pośladzie i będziesz mieć najoryginalniejszy tyłek w mieście!

Kolejne nudne zebranie w pracy, które nie przynosi konkluzji? Zrób z siebie pajaca i przytakuj szefowi, może w to uwierzy. Ty będziesz mieć lepszy humor, a szef również, bo ironii w Twoich tekstach na pewno nie wyczuje!

Każde zadanie, które wykonujesz, rób w swoim stylu i trzymaj dystans. Świat się nie zawali, gdy go nie wykonasz, a jeśli to, czym się zajmujesz, nie przynosi Ci radości… To po co w ogóle to robić?

Dla pieniędzy?

Uwierz mi, że jest mnóstwo rzeczy, których nie zrobiłabym absolutnie za żadne pieniądze (np. nie zostałabym księgową, bo w to nie umiem, jest to dla mnie na maksa trudne i w ogóle mnie to nie kręci). A dopiero, kiedy w tym, czym się zajmujesz, będzie prawdziwa pasja, ludzie za to Cię docenią – również finansowo.

7. Czytanie

6 minut czytania obniża poziom kortyzolu w organizmie o 68% (źródło), co oznacza, że wybitne lekarstwo na stres zostało odkryte dawno, dawno temu. I jest nim dobra książka!

Rozluźnieni łatwiej wpadamy na dobre pomysły, ale podążając myślami za bohaterem, po części naprawdę się w niego wcielamy. Ponieważ myślimy o wykonywanych przez niego czynnościach, naszemu mózgowi poniekąd wydaje się, że faktycznie się tym zajmuje. W ten sposób możemy uaktywnić takie jego części, których na co dzień w ogóle nie używamy. Czytanie wytwarza nowe połączenia w mózgu, a dodatkowo pobudza (źródło, polecam, bardzo ciekawy, szczegółowy artykuł, jeśli lubicie takie kognitywistyczne zagwozdki).

Czasem warto poczytać również poradniki. Czasem, choć o czymś wiemy, to o tym zapominamy, a książka tego typu może nam bezpośrednio o tym przypomnieć. I ponownie zainspirować!

8. Podróżowanie

Przebywając długo w jednym miejscu, przyzwyczajamy się. Żyjemy ze świadomością, że nic nas nie zaskoczy, bo dobrze znamy nasze otoczenie. Tracimy czujność i wrażliwość na szczegóły. Słowem, sabotujemy naszą kreatywność.

Kiedy całkiem niedawno trafiłam do Londynu, mój mózg został zbombardowany przez nowe bodźce. Wszystko było inne: budownictwo, ulice, samochody, ludzie, zapachy (i ceny ;/). Pomysł na opowiadanie czy notkę na bloga pojawiał się za każdym rogiem! Chciałam sfotografować dosłownie wszystko, bo każdy zaułek wydawał się niezwykle pociągający! A w moim rodzinnym mieście albo Poznaniu nie ma już tak dobrze.

Na szczęście nie muszę za każdym razem wyjeżdżać tak daleko, by uruchomić swoją kreatywność.

Wypad w góry czy nad jezioro w zasięgu województwa, jeżdżenie rowerem po nowej trasie czy zwiedzenie pobliskich ruin jest dla mnie wystarczającym bodźcem do tego, by spłodzić jakieś nowe dzieło. I nieważne, czy to łono natury czy miejska dżungla. Wszędzie można dostrzec artyzm.

9. Obcowanie ze sztuką

Choć warto też wybrać się w miejsce, w którym artyzm jest skondensowany w jednym miejscu. Galeria sztuki albo wystawa fotografii znajomego czy koncert, bo czemu nie? Dobrym pomysłem jest też obejrzenie filmu o nieco trudniejszej fabule niż Avengersi albo skosztowanie serialu trochę poważniejszego niż Przyjaciele. Odwiedzenie strony internetowej muzeum i poczytanie o życiu słynnych artystów jest również niegłupie! Najważniejsze, by robić to stale, nie od święta. Dbajmy o nasycenie naszych wrażeń estetycznych tak samo, jak dbamy o napełnienie swoich żołądków!

I najważniejsze.

10. Notes

Bo najwięcej inspiracji jest w nas samych.

Kiedy tylko coś wpadnie nam do głowy, warto to zapisać. Nie ruszajmy się zatem bez notatnika, choćby najmniejszego! Trzymajmy go blisko łóżka, bierzmy ze sobą nawet na zakupy. (No dobrze, od biedy może być telefon z odpowiednią aplikacją, ale pisanie długopisem również wyzwala kreatywność).

Dla mnie notowanie dialogów moich bliskich stanowi wielką inspirację do gagów w książkach. Kiedy pracuję nad jednym projektem, wpada nagle do głowy pomysł dotyczący innego tematu. By się nie rozpraszać, notuję myśl w kajecie i wracam do pracy.

Często słyszę autorów, z którymi współpracuję, że mają naprawdę super pomysły i gdyby spisywali je na bieżąco, wena nigdy by ich nie opuszczała. A kiedy siedzą przy komputerze, męczą się niemiłosiernie, nie mogąc nic wymyślić.

Słuchajcie: notes to podstawa. Kiedy przeglądam własne notatki, jednak wraca do mnie przeświadczenie o własnym geniuszu, nawet, jeśli jest ono nieprawdziwe.

Na koniec nie życzę Wam kreatywności, bo wiem, że sami potraficie już o nią zadbać.

A jeśli macie jeszcze inne sposoby na to, by wpadać na genialne pomysły, to koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach!

Tymczasem!

Wasza

Jeśli spodobał Ci się wpis, koniecznie sprawdź poniższe!

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Co odróżnia pisarza amatora od profesjonalnego pisarza? Liczba wydanych książek. A żeby wydać, trzeba najpierw napisać. Tylko jak to zrobić, kiedy przyjaciółki piszą Ci wiadomości na messengerze, że je ewidentnie zaniedbujesz, a kumple prawie co wieczór próbują wyciągnąć na browarka?

Co zrobić, by zamiast grania w Play Station czy choćby sprzątania mieszkania wreszcie usiąść na tyłku przed laptopem? Jak znaleźć motywację, by napisać książkę? Wreszcie? Tę, o której rozmyślasz już od tylu miesięcy? Powiem Ci, co mnie motywuje do pisania, dzięki czemu w ostatnie dwa dni spłodziłam ponad 80 tysięcy znaków ze spacjami.

1. Inni pisarze

Nic tak bardzo mnie nie cieszy, jak sukces moich kolegów z branży. I nic jednocześnie tak bardzo nie wjeżdża mi na ambicję! Kiedy słyszę o kolejnej książce, którą wydaje X, aż się trzęsę ze złości! Skąd on ma na to tyle czasu?, zastanawiam się. Szybko znajduję odpowiedź. On na pewno nie zastanawia się nad tym, kto ile książek wydaje, tylko siedzi zgarbiony nad laptopem i wystukuje kolejne znaki, aż do utraty tchu!


Kolejna nagroda literacka u Z? Rany! Dlaczego na mojej półce nad sedesem nie widnieje jeszcze żadna?!
Pierwsza wskazówka: poznaj innych piszących. Możesz obserwować pisarzy na Instagramie (np. @sylwia.chutnik, @remigiuszmroz czy @jakubzulczyk) albo Facebooku. Albo poznać ich osobiście, spotykać się z nimi w regularnych odstępach czasu i chwalić się swoimi postępami. W kupie siła, jak to mówią! Doskonałą do tego okazją są np. targi książki albo warsztaty literackie. Tak się składa, że we wrześniu ruszają te prowadzone przeze mnie w Poznaniu, więc jeśli jesteś z okolicy i chcesz otrzymać więcej informacji, napisz na fabrykadygresji@gmail.com lub zapisz się na newsletter poniżej.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Druga wskazówka: czytajcie innych pisarzy! Ich słowa naprawdę mają potężną moc. Na początku ubiegłego roku przygotowałam dla Was 15 cytatów, które motywują do pisania. Możecie zacząć od tego!

2. Postęp procentowy

Kiedy zaczynam pisać książkę i zdaję sobie sprawę z tego, że nie zrobiłam planu wydarzeń, najpierw przez pięć minut wyrzucam sobie, jak wielkim łochem jestem, nie szczędząc nieeleganckich epitetów, po czym biorę zeszyt i naprawiam swój błąd.
Daleka jestem od stwierdzenia, że ci, którzy piszą powieści bez planu zdarzeń, są idiotami.
Po prostu zastanawia mnie, jak to się dzieje, że przy takiej obfitości wątków nie tracą napięcia fabularnego i panują nad wszystkimi punktami konstrukcyjnymi.
Hm, a może nie panują?
Nieważne. Plan zdarzeń jest mi niezbędny nie tylko po to, by napisać świetny tekst, od którego czytelnik nie może się oderwać. Jest mi potrzebny również po to, by oszacować, ile mniej więcej moja książka będzie liczyć znaków ze spacjami, a co za tym idzie – arkuszy wydawniczych oraz stron w druku. W ten sposób mogę bardzo precyzyjnie określić czas pisania i wiedzieć, jak bardzo zaawansowany będzie mój tekst za kilka miesięcy. Dzięki temu jestem w stanie wyznaczyć sobie cel, korzystając z metody SMART. Jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście, zapraszam  do lektury artykułu Moniki Syminowicz.
A ja rysuję sobie jeszcze w zeszycie pasek postępu. Słupek na 100 kratek. Każda zakolorowana kratka odpowiada każdemu kolejnemu napisanemu procentowi powieści. Nie ma to jak obserwować, że rzeczywiście kniga rośnie!

3. Ludzie dookoła

Z jednej strony strasznie demotywują. Nawet ci najbliżsi! Bo kiedy pod koniec dnia wypełnionego od wczesnego ranka pisaniem, zapadam się wreszcie w fotelu i piszę do ukochanego, a potem się dowiaduję, że on sprzątał dom, potem oglądał serial, a teraz jest na piwku, to… czuję zazdrość. Myślę sobie: też bym wyskoczyła na małe co nieco.
Ale zdradzę Wam sekret. Przeprowadziłam się na kilka miesięcy na wieś, do domu rodziców, gdzie nie mam za dużo znajomych. Po to, by unikać takich pokus jak nieustanne wypady na miasto czy opalanie łydek nad Rusałką. Tak, pisarz musi być pustelnikiem. Przez jakiś czas.
No, poza tym, wiecie, słabe jest trochę mówienie o sobie: jestem pisarzem, jestem pisarzem!, a na koncie tylko jedna książka, albo w ogóle. Wydaje mi się, że ludzie patrzą na mnie czasami z dystansem i myślą sobie: ona to już nic po Piromanach nie napisze. Cóż, trzeba tę wiarę wyprowadzić z błędu, tej!
Kiedy skończę tę książkę, to zacznę obdzwaniać wszystkich znajomych. Żodyn mi nie umknie, żodyn! Męczyć ich będę solidnie, by ruszyli kupry i posiedzieli ze mną na mieście. Zapraszać na shopping, a niedługo później moje spotkania autorskie. Bo oni dalej będą mieli wolne tylko w weekend, a na mnie czeka laba tak długa, jak tylko tego zapragnę.

4. Wizja skończenia

Ale laba nie oznacza w tym przypadku wypoczynku. Mówię tylko o odcięciu się od dotychczasowych obowiązków, czyli głównie monotonii siedzenia przed komputerem i wystukiwania kolejnych słów. Bo książkę napisaną trzeba wydać, a wydaną – promować!
John Irving (mój literacki mistrz, jakby ktoś jeszcze nie wiedział), napisał:

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Ergo: mimo że postęp procentowy w pisaniu mojej książki wynosi na razie dopiero 30%, ostatnie zdanie już zapisałam. I wiem, co będzie, gdy podpiszę z wydawcą umowę.
Bajlando w ch**! jak zawołała kiedyś z ogromnym entuzjazmem moja zacna współlokatorka, którą gorąco pozdrawiam. Akurat był to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu, bo wyrzucili ją z pracy. Mniejsza o to. Będę sobie jeździć od radia do telewizji, robić YouTube’y, odwiedzać biblioteki, udzielać wywiadów, spotykać się z czytelnikami i hulać po targach książki. Czyli wszystko, czego nie zrobiłam lub zrobiłam za mało przy promocji Piromanów. Teraz sobie odbiję za wszystkie czasy! A każde kolejne postawione w G-docsie słowo zbliża mnie do tych pięknych momentów.

5. Święty spokój (lub jego ułuda)

A kiedy będę miała już tego dosyć, kiedy obrzydnie mi Poznań, Warszawka i Kraków, z wielką radością zaszyję się znów na wsi, otworzę tę notkę (bo nie piszę jej tylko dla Was, ale również dla siebie) i zacznę powoli, po kawałeczku, jeść kolejnego słonia. To znaczy pisać kolejną powieść. Bo, cytując znów Johna Irvinga:

tak zwane zakończenia i początku są złudzeniami.

Z życzeniami jak najszybszego uzyskania stanu bajlando w chu**,

Wasza

PS
Lubicie Hanka Moody’ego? Ja też! Jesteśmy w tym samym klubie. Dajcie wyraz swojej sympatii, lubiąc również Fabrykę Dygresji na Facebooku!

 

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

A zatem stało się. Albo za wiele razy usłyszałeś, że blogowanie jest żałosne, albo straciłeś motywację do pisania, albo po prostu jeszcze nie zacząłeś i zastanawiasz się, czy to w ogóle ma sens. W każdym razie potrzebna Ci spora doza motywacji do pisania. Bardzo proszę! Oto moja historia. Bierz z niej, co tylko chcesz!

Zaczęłam blogować, chodząc do gimnazjum. Grubo ponad dziesięć lat temu. Pisałam potterowskie fanfiction o Lily Evans i Huncwotach. I jakieś tam drobne przemyślenia o nastoletnim życiu. Nie wiedziałam, po co ani dla kogo. Po prostu chciałam prowadzić bloga, napisałam to nawet w pamiętniku w ramach postanowień noworocznych.

Gdyby ktoś mi powiedział, że za nieco ponad dziesięć lat dzięki blogowi będę w stanie się utrzymać, stwierdziłabym…

OK, zawsze miałam nosa w kwestii pisania, jestem w stanie w to uwierzyć.

Ale jak wytrzymać aż dziesięć lat?! Jak znaleźć motywację do pisania bloga na taki szmat czasu?!

Jak znaleźćmotywację do blogowania FD

Nie wiedziałam. Po prostu pisałam. Poznawałam ludzi i ich teksty. Robiłam to, co czułam, że trzeba zrobić. Bo skąd miałam się dowiedzieć, jak prowadzić bloga?

Jako nastolatka nie miałam zielonego pojęcia o Jasonie Huncie (który zresztą wówczas był Kominkiem, przecierającym szlaki innym blogerom), bo nikt, absolutnie nikt nie użyłby epitetu sławny w zestawieniu z rzeczownikiem bloger. O Krzysztofie Gonciarzu usłyszałam dopiero w 2015 roku, kiedy razem z Kominkiem i Segrittą zaczęli reklamować Somersby. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że na blogu faktycznie można zarobić, ale nie obeszło mnie to specjalnie, bo właśnie wydawałam swoją debiutancką książkę, Piromanów, a wszystko inne miałam w pompie.

Aż w 2018 roku, czyli w szóstym roku prowadzenia bloga, zaczęło zgłaszać się do mnie mnóstwo ludzi, potrzebujących przewodnika w świecie literackim. Niektórzy potrzebowali recenzji, inni, jak się okazywało, pracy nad tekstem swojej książki, jeszcze inni chcieli znaleźć wydawcę. Pomyślałam sobie: może czas skończyć z odpisywaniem im tak, chciałabym pomóc, ale nie mogę, bo nie mam czasu? Pracuję na pełen etat, piszę książkę, nie dam rady?

Już chciałam przekazywać bloga w ręce najlepszego przyjaciela, ale… nie byłam w stanie tego zrobić. Fabryka Dygresji jest od początku do końca moja, taka prawda. Prędzej zrezygnuję z posady w wydawnictwie niż odpuszczę pisanie.

I tak też się stało.

Wiele razy, między innymi na Blog Conference Poznań, słyszałam z ust innych blogerów, że

siódmy rok prowadzenia bloga jest przełomowy dla kariery.

Albo odpuszczasz i niszczysz wszystko, albo wypływasz i zaczynasz sobie dawać radę. Wierząc kolegom z branży, stwierdziłam, że błędem będzie skupienie się na pracy dla kogoś innego, kiedy mogę pracować sama dla siebie. Siódmy rok już niedługo!

Złożyłam więc wypowiedzenie, a gdy znowu napisała do mnie na maila jakaś osoba, prosząc o recenzję swojego tekstu, napisałam: Bardzo dziękuję za wiadomość. Pańska książka ma objętość x arkuszy wydawniczych. Moja stawka za recenzję wynosi x zł. Jeśli opinia o książce będzie niekorzystna, zwracam 50% kosztów, a recenzję podsyłam Panu i nigdzie jej nie publikuję.

Dwa dni później trzymałam w ręku pierwsze kilka stów za przeczytanie książki.

Dwa miesiące później założyłam jednoosobową działalność gospodarczą Fabryka Dygresji Emilia Nowak.

Wnioski?

Nie trzeba być celebrytą ani super influencerem z kilkuset tysięcznymi zasięgami, by zarabiać na blogu. Nie trzeba reklamować produktów, tylko umiejętnie zaprezentować swoje talenty i wykorzystać je do zbudowania biznesu. Wszystko, czego trzeba, to chcieć i działać. Ja się przecież nawet praktycznie nie reklamowałam, nie wkładałam żadnej kasy w AdWords i dwa razy ustawiłam reklamę strony na Facebooku, na co wydałam łącznie niespełna 100 zł.

Po prostu pisałam.

I Ty też będziesz pisać.

Nawet wtedy, gdy będą się z Ciebie śmiać, wymawiać słowo blogerka z pogardą albo uważać, że blogowanie jest dla dzieciaków, a nie poważnych ludzi.

W sumie, co racja, to racja. Nie czuję się poważnym człowiekiem. Wiem jednak, że

blogowanie to zajęcie dla osób kreatywnych i nieprzeciętnych.

Pasjonatów życia. Ludzi ogarniętych szałem działania, którzy są na bakier z malkontenctwem.

Takich ludzi uwielbiam i z nich biorę przykład. Do takiego grona ludzi chcę przynależeć i to z nimi pragnę być utożsamiana.

Moja przygoda z blogowaniem to chyba wcale nie jest przygoda. To część mojego życia, z której próbowałam zrezygnować, ale po prostu nie potrafiłam.

Niskie słupki w statystykach nigdy za bardzo mnie nie obchodziły. Kiedy widziałam spadek, po prostu zastanawiałam się, co zrobić, by były wyższe. Zmuszało mnie to do wytężenia mózgownicy i poszukania ciekawszych tematów. Do lepszego pisania. Ale przenigdy nie pomyślałam, by przestać pisać, bo za mało ludzi odwiedza moją stronę! Przecież nawet jeśli pomogę moim pisaniem jednej osobie (a oto mój cel, by tworzyć treści z pożytkiem dla czytelników), to moja misja będzie w 100% zrealizowana!

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

Nie szukaj, ona jest w Tobie i Twoim blogowaniu! Przeczytaj sobie poprzednie teksty, popatrz, o czym piszą inni blogerzy. Porozmawiaj z nimi. Zapoznaj się z wcześniejszymi komentarzami swoich czytelników. Może o coś zapytali i z odpowiedzi na to pytanie zrodzi się cały tekst?

Tak jak właśnie ten i kilka kolejnych o blogowaniu?

Trzymam za Ciebie kciuki!

Twoja

PS!
Jeśli wpis przyniósł Ci pożytek, nie zapomnij dokonać subskrypcji!

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )
6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

Czasami nie robimy ważnych dla naszego rozwoju rzeczy nie dlatego, że jesteśmy leniwi. Po prostu nie czujemy się szczególnie dobrze. Jest nam smutno, mdło albo niemrawo. Zważywszy na aktualną porę roku, deszczową, ponurą jesień — nic dziwnego. Zastój sprawi jednak, że na dłuższą metę będzie nam jeszcze gorzej. Co zatem robić, by nie przestawać się rozwijać i wygrać z jesiennym letargiem? Mnie pomaga 6 czynników, o których piszę poniżej.

Może dlatego, że jestem kryptoperfekcjonistką, albo przez to, że urodziłam się jako jedynaczka, interesuje mnie bycie najlepszą. We wszystkim, czego się dotknę. Inaczej po prostu nie podejmuję wyzwania. Dlatego nie lubię sprzątać, bo albo muszę to zrobić perfekcyjnie, albo w ogóle. Codzienność jest dla mnie zatem wojną ze słabościami, a czynności dnia powszedniego — bitwami do wygrania. Takie bardzo życiowe RPG. Na szczęście mam zawsze pod ręką artefakty, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce, bym na wieczór nie odczuwała pustki po źle spożytkowanym dniu.

glenn-carstens-peters-1905921. Plan

Nie ma, absolutnie nie ma nic lepszego, niż własnoręczne wykreślanie zrealizowanych zadań. Długopisem, nie poprzez dotknięcie elementu aplikacji. Wypisanie sobie planu działania na każdy następny dzień z samego rana lub wieczorem (dzięki czemu możemy wstać pełni werwy) jest moim zdaniem dużo lepsze niż wklepanie zadań do aplikacji. Todoist i wszystkie inne podobne może i są skuteczne, ale mamy tak mało do czynienia z odręcznym pisaniem w dorosłym życiu codziennym, że nawet jeśli nie prowadzimy pamiętnika, warto cokolwiek napisać na kartce. Żeby trochę rozruszać mózg. Dzięki takiemu odręcznemu planowi napisałam pierwszą książkę, czyli Piromanów, i dzięki takiemu właśnie planowi jestem w trakcie pisania drugiej. Ostatnio też udaje mi się systematycznie robić pranie (dla mnie to spory wyczyn!), a w pracy już w ogóle bym poległa (Asana, choć bardzo dobra, przy moim natłoku obowiązków kreatywnych jest tylko wspomaganiem).

2. Hymn bojowy

Śmiejcie się, ale bez piosenki z Mulan, czyli Mężczyzn zrobię z was, wczoraj ani nie dojechałabym do dentysty Brać się do roboty, wroga bić już czas! Abstrachując już od tego, czy tekst utworu jest poprawny politycznie w XXI wieku (no trąci seksizmem, ale właśnie o dominacji mężczyzn w świecie opowiada ten film i udowadnia, że bez kobiet jakakolwiek cywilizacja za daleko by nie zaszła), nic mnie tak nie inspiruje do podniesienia tyłka. Musicie być jak szalona rzeka, jak tajfun który obali mur, a równocześnie tak tajemniczy, jak księżyc co wygląda tu zza chmur. To chyba jedno z moich życiowych mott. Siła!

jake-lucifer-343605

3. Słowa mentora

W dziedzinie literatury moim niekwestionowanym mistrzem jest John Irving. Jego Świat według Garpa jest moją biblią pisarstwa. Gdybym za wczasu nie wypisała ulubionych cytatów, egzemplarz Świata już dawno rozsypałby mi się w rękach. Tyle cennych wskazówek do pisania nie znalazłam w żadnej innej książce. Słowa Johna Irvinga popychają mnie w ramiona rzemiosła. Co jednak z pozostałymi czynnościami?

Będą z Wami totalnie szczera, od kiedy Matt pokazał mi film Krok pierwszy, to właśnie Krzysztof Gonciarz jest dla mnie chyba wzorem do naśladowania pod względem dobrego życia. A to, że ostatnio przebiegł maraton, wcześniej będąc okrągłym pączuszkiem, co pokazuje w jednym z ostatnich vlogów, jest dla mnie naprawdę najlepszą motywacją do ruszania się. Ile można siedzieć na dupie przed komputerem i po co, skoro można poznawać świat na własne oczy? I uwielbiam tekst Gonciarza, który jest taki bezpardonowy i prostolinijny, ale prawdziwy tak bardzo, że ciągle mam go gdzieś z tyłu głowy: Jak się napierdala, to nawet, jak nie wychodzi, to wychodzi.

4. Konkurencja

Sporo czasu mi zajęło, żeby dojść do tego, jaki wpływ ma na mnie konkurencja i jak to wykorzystać na swoją korzyść. Na początku, kiedy ktoś z mojego bliższego lub dalszego otoczenia był dalej ode mnie w naszym wspólnym fachu, dobijało mnie to. Zupełnie nie potrafiłam sobie z tym poradzić. No jak to, ktoś jest szybszy i zdolniejszy ode mnie? To najlepszy powód do załamywania się i płaczu. Na szczęście z wiekiem zmądrzałam. Nie można oczekiwać bycia na przodzie wyścigu, skoro nawet się nie próbuje.

Teraz bardzo często podglądam moją konkurencję. Pisarzy, blogerów, wydawnictwa. Tylko że nie myślę o nich zupełnie jak o konkurentach, którym trzeba coś zabrać, bo inaczej oni zabiorą mi. Ich sukces jest przecież sukcesem całej branży, w której wspólnie tkwimy. Dlatego jeśli ktoś np. opublikuje kolejną książkę, cieszę się, bo przeciera kolejne szlaki. Jeśli ktoś ma większe zasięgi ode mnie (czyli z milion innych ludzi), staram się podpatrzeć, co takiego fajnego robi, a co i ja mogłabym wymyślić, by było to oryginalne, moje, a i jeszcze bardziej skuteczne.

alexis-brown-82988

5. Doping

Wszystko to jednak byłoby nieprzydatne, gdybym nie wiedziała, po co tworzę. Bo o ile ćwiczę dla swojego zdrowia, to nie piszę tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Mam misję. Docierać do ludzi, otwierać im głowy i zmuszać do tego, by wlali sobie do niej trochę oliwy dzięki temu, co u mnie przeczytają. A przy tym podarować im trochę rozrywki. Najcenniejsze jest zatem, kiedy dowiaduję się, że mój trud nie idzie na marne i są osoby, którym moja twórczość się podoba. I to o Was mówię. Każdy komentarz pod notką, na Facebooku czy Instagramie, każda opinia pod moją książką na Lubimyczytać.pl, nawet łapka w górę, to dla mnie ogromne wsparcie i bezcenna motywacja. To najlepsze, co może spotkać twórcę, bez względu na uprawianą przez niego dziedzinę. I przy tej okazji Wam dziękuję. Tak wiele dla mnie znaczycie, że…

6. Nagroda

… tak, to Wy jesteście dla mnie najlepszą nagrodą. To, że mam Czytelników i że ich przybywa. Że przy różnych okazjach mogę poznać Was — wspaniałych, wartościowych ludzi. I dzięki Wam przeżyć fantastyczne przygody, przemiłe spotkania, mnóstwo cudownych chwil, w różnych miejscach Polski, przy przeróżnych okazjach. Jesteście najlepsi. Kiedy jest mi trudno, zimno i źle, myślę sobie, jak to wspaniale będzie spotkać się z nowymi osobami, wysłuchać ich historii podczas spotkania autorskiego, kiedy wreszcie skończę drugą książkę, i jak miło będzie z Wami usiąść przy jakimś napoju po wszystkich tych promocyjnych ceregielach.

Człowiekiem jestem i dla ludzi żyję. Jestem o tym przekonana.

A Czy Wy macie coś, co niezawodnie sprawia, że tak, jak Wam się nie chciało, to po tym właśnie zaczyna Wam się chcieć? Co to takiego? Im więcej takich czynników, tym łatwiej będzie nam się zmotywować do działania. A właśnie czytam sobie nową książkę Zygmunta Miłoszewskiego i jedyne, o czym myślę, to fakt, że życie jest po to, by działać. Bo nie wiadomo, kiedy nam przeleci przez palce.

Trzymajcie się w takim razie, dajcie znać o swoich motywatorach i powodzenia w realizacji planów!

Wasza

Emilia

Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym,

Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym,

jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz

 

Kiedy otwierasz rano oczy, masz dwie opcje. Wstać albo nie.

To jest ten najcięższy moment każdej doby, kiedy powraca do Ciebie świadomość, a razem z nią natrętne myślenie. Że na dworze jeszcze jest ciemno, prawie tak samo, jak w Twoim sercu. Że trzeba się szybko ubrać, bo zimno, a przecież nie ma się siły robić niczego szybko, więc to jest problem. I w pracy też problemy, rzeczy do pozałatwiania. Jak to wszystko udźwignąć, wykonać te telefony, nakłonić kogoś do zrobienia czegoś, skoro samemu nie można zmusić się do czegokolwiek?

Będzie niedobrze. Zapytają Cię, czemu się nie uśmiechasz i czy coś Ci dolega. Nie wyplujesz im prosto w twarz, że czujesz się jak gówno, no i jakim cudem jeszcze tego nie zauważyli, bo to niegrzeczne. A nawet, jeśli to Cię nie obchodzi, to i tak bez sensu, wdawanie się w dyskusje na temat pomocy, kiedy wiadomo, że i tak ci nikt nie pomoże. Łatwiej będzie przylepić ten cholerny uśmiech, pokiwać głową parę razy, dostać skurczu karku i bólu brzucha od tego wszystkiego, zwymiotować własną hipokryzją, a potem iść do domu.

Obijać się od ściany do ściany, pluć sobie w brodę, że znowu się nie chce, że znowu się nie może chcieć, już się zwyczajnie chcieć nie potrafi. Albo dalej udawać. Zobowiązywać się do wykonywania czynności i ich nie podejmować. Rozwlekać wszystko w czasie, być przyczyną nerwów przełożonych albo kolegów z zespołu, nie odbierać telefonu od rodziców, przyprawiać własną matkę o palpitacje serca, kiedy nie może się z Tobą skontaktować. A potem jeszcze przez to mieć wyrzuty sumienia. I udawać, że nie słyszy się domofonu, kiedy przyjaciele są już na tyle zdesperowani, że bez zapowiedzi postanawiają Ci wbić do mieszkania. Albo podejść do drzwi, wystękać, że grypa żołądkowa, znowu zapętlić się w kolejnych kłamstwach, sprawić, że już nie jest im Cię żal, tylko są po prostu wkurwieni, bo ile razy można wyciągać pomocną dłoń i w zamian dostawać liścia?

No więc będziesz leżeć, nie będziesz wychodzić z łóżka, bo to, co poza pościelą, czyli rzeczywistość, uwiera, gryzie, kopie…

I nie będę Cię oszukiwać, w życiu pięknych chwil jest nieporównywalnie mniej niż tych obrzydliwych, śmierdzących, bezbarwnych. Nikt Cię nie będzie klepał po główce, gdy stłuczesz sobie kolano, nikt nie będzie klaskał, kiedy załatwisz jakąś sprawę. W dodatku, choćbyś nie wiadomo, jak bardzo byś się starał, prędzej czy później pojawi się człowiek, który sprawi, że najchętniej strzeliłbyś sobie w łeb. A potem Ty, dlatego, że dałeś się złamać, będziesz sprawiać, że Twoi bliscy będą chcieli sobie strzelić w łeb przez Ciebie. Z bezradności wobec Twojego stanu. A potem niestety część z nich wzruszy ramionami i pójdzie dalej, pomyśliwszy sobie, że to Twoja sprawa, jak chcesz gnić w łóżku, chlastać się po nadgarstkach, gadać godzinami o tym, jakie wszystko jest bez sensu albo po prostu się zabić, no to OK. Nie wszyscy muszą umierać na raka albo zawał serca, ktoś musi popełnić samobójstwo, jakieś urozmaicenie na cmentarzu musi być.

Ale ostatnio spodobała mi się idea życia na przekór. Może Tobie też przypadnie do gustu.

Skoro tak łatwo być zgnojonym przez ludzi, ja nie będę.

Skoro inni tak łatwo się poddają, ja nie muszę.

Skoro prawie każdy, kogo zapytam, mówi, że ma depresję, ja nie będę. Już abstrahując od tego, co tam mam na skierowaniu do specjalisty wypisane. Albo w jak wielkim stopniu moje słowa zakrawają na typowe wyparcie. Czy tam zaprzeczenie.

Póki jeszcze czuję, mogę wstać. Dla mnie niewstawanie, choć kuszące, nie jest w tym momencie opcją. Choć jest ciężko, ludzie, których mam wokół siebie, są zbyt wspaniali na to, żebym ich po raz kolejny zawiodła.

I jeśli został w Tobie choć cień umiłowania do życia, iskra miłości do osób, które masz blisko siebie… Wstaniesz z łóżka.

Pójdziesz dalej.

Powolutku.