Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała…

Czy A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej to kolejna celebrycka książeczka dla małolat, które żyją tylko Instagramem? Lansowanie depresji jako świeżego trendu, podczas gdy wszędzie hula motywacja, inspiracja, parcie na sukces i coaching? A może kolejne wodolejstwo upstrzone milionem tanich grafik, bo przecież w dzisiejszych czasach ludzie nie czytają, tylko oglądają obrazki?

Dobra, z tymi grafikami trochę się zgodzę. Ale o tym potem.

Zacznę bowiem od tego, że ja Katarzynę Nosowską szanowałam, ale z bezpiecznej odległości. W gimnazjum słuchałam HEY. Jednej piosenki, bo katowałam Byłabym do zacięcia się… czego właśnie? Płyty? Na YouTube się nie słuchało wtedy. Ha, już wiem, to był stary dobry Winamp… Nigdy nie czytałam jej felietonów, nie należałam do grona obsesyjnych fanek, na hasło: Nosowska myśłałam: ok, wiem, o kogo chodzi, jest dobrze.

W tym roku Instagram sprzedał mi tę artystkę krótkimi filmikami, które uznałam za nawet zabawne, ale do książki A ja żem jej powiedziała, która miała być przedłużeniem bądź uzupełnieniem tej aktywności Katarzyny Nosowskiej, podeszłam z dużą rezerwą. Z drugiej strony, Wielka Litera wydawała zawsze bardzo wartościowe tytuły, więc nie mogło być chyba aż tak źle… Postanowiłam sprawdzić. Zamówiłam. Rabat z Taniej Książki zapewnił mi zakupy dwóch książek za 10 zł, więc się za dużo nie wykosztowałam, a ksiażkę pochłonęlam w trzy wieczory.

Mogłabym w jeden, ale w pewnym momencie zaczęłam ryczeć. Zrobiło mi się ciężko. I tę wątpliwą przyjemność, a bardziej mądrość, musiałam sobie po prostu dozować.

A ja żem jej powiedziała to krótkie felietony Katarzyny Nosowskiej, w których porusza wiele tematów. Dorastanie, wychowywanie dzieci, celebryctwo, kłopoty z facetami, strach, nadwaga, seks, komercja… To tylko niektóre z nich. Artystka często posługuje się sarkazmem. Robi to bardzo sprawnie, smaga nim czytelnika jak wytrawny szermierz, a jej broń z reguły albo skłania do refleksji, albo bawi do łez.

Wszystko to wydaje się dosyć lekkie, miłe, sympatyczne w odbiorze, zwłaszcza że książka wypełniona jest od pierwszej do ostatniej strony grafiką, która ma trochę brukowy charakter. Większość z nich nie przypadła mi do gustu, każda z innej parafii, niby adekwatna do tekstu, ale dla mnie zbyt pstrokata i odwracająca uwagę od słów autorki. Bez wątpienia można było złożyć tę książkę lepiej, ale cóż poradzić.

No i właśnie, w swojej książce Nosowska między wierszami udziela porad. Tak mi się właśnie zaczęło wydawać. Może jest to tylko moje subiektywne odczucie? Napiszcie koniecznie, czy też odnieśliście takie wrażenie, dobrze? Bo z tekstów Nosowskiej, która urodziła się w 1971 roku, a zatem ma obecnie 47 lat, bije mądrość kobiety jeszcze bardziej dojrzałej. Takiej mędrczyni, która w życiu bardzo dużo przeszła i nie boi się o tym opowiedzieć. Czytając, wzruszałam się, bo czułam, że wreszcie mam kobiece guru. Jakbym nagle zyskała najwspanialszą na świecie Ciocię Kasię. Osobę, która wie, przez co przechodzę (aż za dobrze), potrafi pocieszyć i powiedzieć, co zrobić, by wyjść z sytuacji z szacunkiem do siebie, bo to w życiu jest najważniejsze.

Lektura uświadomiła mi, że nigdy nie miałam wzorca kobiecego, który mogłabym podziwiać, szanować i naśladować. Nikt nie nauczył mnie radzić sobie z mężczyznami. Nie powiedział, że nieważne, co zrobisz, ważne, byś pamiętała o własnej wartości. Katarzyna Nosowska snuje opowieść o tym, jak z dumą wybrnąć nawet ze skrajnych sytuacji. Kiedy mężczyzna zdradzi albo uderzy. Lub co robić, kiedy trzeba wybierać między kasą a godnością. To mi żeś powiedziała, Kaśka.

Śmiało mogę powiedzieć, że ta książka mnie uratowała z opresji. Męczenia się z własnymi myślami. Po prostu zrobiłam krok naprzód. I nie było tragedii, wręcz przeciwnie. Katarzyna Nosowska podarowała mi zatem również odwagę.

Po lekturze stwierdzam, że autorka jest faktycznie prawdziwą, wszechstronnie uzdolnioną artystką, wspaniałą kobietą i wielkim człowiekiem. Bardzo bliskim i ciepłym, co udowadnia, dając czytelniczkom tak mądrą, prawdziwą książkę.

No i co? Czytaliście albo będziecie czytać? Bo ja bardzo, ale to bardzo polecam.

Wasza

Pamiętaj, że możesz zapisać się na mój newsletter! Uzyskać informacje o tych najwybitniejszych książkach, które warto przeczytać, by być lepszym, wrażliwszym człowiekiem, a ponadto otrzymywać inspirację na początek każdego tygodnia. To zawsze kilka miłych słów w życiu więcej. Zapraszam do grona Czytelników Fabryki Dygresji.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Będzie mi również miło, jeśli podarujesz mi lajka na Facebooku lub zaobserwujesz na Instagramie.

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Nie powinnaś była tego pisać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam to zdanie. Albo: wstyd, że opowiadasz takie rzeczy publicznie. Albo jeszcze pełne wyrzutu: jak mogłaś tak mnie podsumować na blogu! Pamiętam też: ale musisz mieć wielkie ego, skoro piszesz o sobie bloga. Za każdym razem, kiedy spotykałam się z takimi zdaniami pod swoim adresem, brałam je głęboko do siebie. Bolało.

Czasem dalej boli, zwłaszcza, jeśli coś takiego mówi własna mama. Na szczęście, było to dawno, dotyczyło Piromanów, nie bloga, no i racja była po obu stronach. Książkę oczywiście trudniej unicestwić niż bloga, bo tak, zastanawiałam się nad jego usunięciem, też sporo czasu temu, po zrozumieniu, że moi znajomi mnie czytają. I część z nich widziała siebie w zupełnie innych opisywanych przeze mnie ludziach. (Bossy widział siebie pewnie w każdym akapicie*). W końcu jednak zamiast podawania mglistych przykładów, stwierdziłam, że będę szczera. Jeśli będę wspominać o innych ludziach, to z imienia i nazwiska, ewentualnie ksywy lub przez pryzmat tego, kim dla mnie ta osoba jest. Powtórzę: chciałam być szczera i prawdomówna.

I wtedy się okazało, że prawda nie istnieje.

Inspiracją do napisania tego wpisu jest post Miniaturowej, która wychodzi z założenia, że tak długo, jak jesteś uczciwy i nie zdradzasz sekretów, zwłaszcza tych rodzinnych, możesz sobie spokojnie pisać bloga i wszystkich, co na Ciebie psioczą, mieć po prostu w poważaniu. To piękne założenie. Utopijne. I dla mnie nie do zrealizowania.

Z dwóch powodów.

Pierwszy problem tkwi w mojej osobowości. Boję się mówić ludziom prosto w twarz, co mi się w nich nie podoba. Na blogu zaś jestem większym kozakiem. I nie chodzi o to, że krytykuję moich znajomych na forum publicznych, o nie! Tylko bardziej zdecydowana jestem, wystukując słowa na klawiaturze niż konfrontując się w cztery oczy z innym człowiekiem. Potem niektórzy myślą, że jestem odważna i wygadana. Błąd. Mam problemy z podejmowaniem decyzji i zdarza mi się nawet, że momentami zmieniam się w jąkałę. Dodatkowo temperament mam taki, a nie inny, więc zachodzą podejrzenia o mojej dwubiegunowości. Najpierw, w rzeczywistości, łażę wkurzona i rzucam mięsem na prawo i lewo, a kiedy wieczorem opisuję jakąś sytuację na blogu, potrafię już być całkowicie zen. Zatem część ludzi myśli sobie: ale fałszywe z niej krówsko. Nie chcę być fałszywa. Czasami (zwłaszcza w ostatnich miesiącach) po prostu częściej się boję, więc tracę pewność siebie i takie są efekty.

Drugi problem jest taki, że życie potrafi być cholernie skomplikowane. Niektóre historie, które przydarzają się mnie lub moim znajomym, zasługują bez wątpienia na opisanie. Po to, by kogoś ustrzec przed podobnymi wydarzeniami. Albo pokazać, że mimo wielu przeszkód można dalej żyć z wysoko podniesioną głową. Ale nie da się. Czasem czarne charaktery, na które trafiamy w swoim życiu, są zbyt znanymi, wpływowymi osobami i mogą nam zrobić jeszcze większą krzywdę. Innym razem, nawet z najlepszymi intencjami, możemy być źle zrozumiani, bo ci, którzy nas czytają, oceniają nas własną miarą, a nie zawsze ich sumienie jest czyste jak łza. Kiedy indziej trzeba po prostu dojrzeć, by podjąć się jakiegoś tematu, więc choć coś bardzo mnie gryzie, o czymś bardzo chciałabym napisać, czuję, że to jeszcze nie czas. A ten może nigdy nie nadejść. I to dodatkowo boli.

Ostatecznie dzień, w którym ludzie próbują zamknąć mi usta, przydarza mi się bardzo często. Ale tym akurat się nie przejmuję, bo wiem, że z moją pisaniną zawinę się dopiero po śmierci. Nie piszę po to, by pisać, tylko po to, by zmieniać świat na lepsze. Świadoma jestem tego, jak bardzo słowa mogą krzywdzić, ale wierzę również w ich uzdrawiającą moc. To dla Was, moich Czytelników, chcę być coraz odważniejsza i mądrzejsza. Jak najlepiej potrafić dobierać słowa, by moje intencje były jasne w przekazie.

Dlatego tak długo, jak będziecie czuli, że pomagacie swoimi tekstami choć jednej osobie, warto, byście prowadzili swoje blogi. Nawet, jeśli zalewa Was fala hejterstwa albo złośliwości ze strony innych osób. Oni nie wiedzą, jak wiele odwagi trzeba, by tworzyć, zwłaszcza w takiej formie, jaką jest blog. Jak wiele delikatności, mądrości i pracy trzeba włożyć w to, by nasze słowa stanowiły prawdziwą wartość. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Z życzeniami spokojnej pracy twórczej,

Wasza

Emilia
_______________________________________
* Bossy, wiesz, że się droczę. Tłumaczę się, bo wiem, że czytasz i dostanie mi się po uszach, ale czymże byłby świat bez Twoich drobnych złośliwości? Cieplutko pozdrawiam!
10 najważniejszych momentów 2017. Czad, Magellan i brak słów

10 najważniejszych momentów 2017. Czad, Magellan i brak słów

10 najważniejszych momentów 2017. Czego mnie nauczyły?
Zaczynamy nowy, codzienny cykl. Część pierwsza. Trzy, dwa, jeden, start!

Kolosy, 2016.

Sikora wyciągnęła mnie na papierosa. I rzekła:
— Ty, patrz, to ten podróżnik od tej świetnej prezentacji. Podobno szuka wydawcy, ale wszyscy boją się go publikować.
Podeszłyśmy. Porozmawiałyśmy. Raz, drugi, trzeci…

Przeczytałam maszynopis. Totalny odjazd!

Kilka miesięcy napiętej korespondencji i telefonów. (Boże, ile ten człowiek może gadać)!
Wreszcie, we wrześniu, nakładem nowo powstałego Wydawnictwa Dygresje, została opublikowana pierwsza książka. Czad. W poszukiwaniu straconego, autorstwa Aruna Milcarza, podróżnika od tej świetnej prezentacji.
Tytuł po pół roku został uhonorowany Nagrodą Magellana. Niesamowite wyróżnienie po pół roku działalności nowej marki, którą zbudowałyśmy we dwie, czterema rękami. Coś wspaniałego, napawającego czystą radością.

Był tylko jeden mankament.

Żebym mogła odebrać nagrodę, musiałam stanąć na środku sali na PGE Narodowym i przemówić do kilkudziesięciu osób. Osób, które w branży wydawniczej przepracowały często ponad kilkadziesiąt lat. Osób mądrzejszych ode mnie, nieporównywalnie bardziej doświadczonych.

Pewnie dlatego, kiedy wreszcie opuściłam bezpieczne miejsce pośród publiczności i stanęłam przed mikrofonem, wydukałam tylko pospiesznie, że dziękuję Agacie Sikorskiej i oddałam głos Arunowi.

Wtedy właśnie, w maju 2017, zrozumiałam, że muszę wreszcie nauczyć się mówić. Że może czas wziąć przykład z Aruna.

Nie należę do osób, które przekazują jeden prosty komunikat w formie rozległej wypowiedzi, zawierającej obrazowe przykłady i porównania. Zawsze powtarzam, że lepiej mi się pisze niż mówi. Trudno mi na głos sformułować w odpowiedniej kolejności wszystkie myśli kotłujące się w głowie. Robię mnóstwo błędów językowych, a w obecności autorytetów zaczynam się jąkąć. Zdecydowanie wolę słuchać mądrzejszych od siebie niż samej mówić.

Ale mimo że milczę, nie znaczy to, że nie mam nic do powiedzenia.

Wręcz przeciwnie.

Niektóre niewypowiedziane słowa tak bardzo uwierają, że zostawiają na duszy ogromne odciski, które nie chcą się zagoić.

Do tej pory noszę w sobie szereg takich bolesnych niewypowiedzianych zdań. Na przykład:
Czy kiedyś przestaniesz uciekać?
Czy wiesz, kim naprawdę jestem?
Dlaczego nie chcesz mi opowiedzieć o swoim domu rodzinnym?
Kocham cię.
Jestem z ciebie dumna.
Nie bój się, zawsze przy tobie będę.
Duszę się przy tobie.
Nie traktuj mnie jak swoją zabawkę.

To są paradoksalnie bardzo proste sformułowania. Przynajmniej pod względem gramatyki. Tylko że ich głośne wypowiedzenie zmusza adresata wypowiedzi do reakcji. A ja z góry zakładam, że reakcja będzie negatywna i odbije się na mnie w bardzo zły sposób. Że zaboli bardziej niż cisza.

Nieprawda. Cisza jest najdotkliwsza. To przez nią traci się ludzi.

Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że mój strach przed odrzuceniem nie wynika z niepewności drugiej osoby, tylko samej siebie.

Jeśli odpowiedź na zadane pytania byłaby pozytywna, co bym zrobiła?
Czy gdybym na wyznanie miłości usłyszała: ja ciebie też, sama pierwsza nie wzięłabym nóg za pas?
Czy gdybym powiedziała komuś, że jestem z niego dumna, to czy później nie musiałabym zostać przy tej osobie i obserwować każdy kolejny sukces, pozostając w jej cieniu?

Mam jeszcze w sobie na tyle bezczelności, by powiedzieć, że nie czuję się tchórzem.
Jestem raczej zapatrzoną w siebie egoistką, która myśli tylko o końcówce własnego nosa i nie liczy się z uczuciami innych ludzi. Bo nie mówiąc im tego, co czuję, zatajam przed nimi obraz prawdziwej rzeczywistości. Jakim trzeba być debilem, żeby uniemożliwiać najbliższym poznanie prawdy o samych sobie?

Możecie mnie wyśmiać, ale uważam, że jeśli nauczę się mówić o rzeczach trywialnych i przyzwyczaję do kontaktu z większą grupą osób, odbierając feedback od dalszych znajomych albo zupełnie obcych ludzi, to coś się zmieni. Być może wówczas nauczę brać się odpowiedzialność za każde wypowiedziane słowo.

Dlatego chcę mówić do ludzi za pośrednictwem YouTube. Kiedy tylko na FB wybije 1K, zacznę publikować filmiki, na których będę mówić dużo i głośno, by przyzwyczaić się do swojego prawdziwego głosu.

A może dopiero go poznać.

Co o tym myślicie?

Jak zawsze Wasza,

Emilia

Zmiany są dobre

Szczerze? Tytuł notki miał brzmieć zmiany są trudne, ale kiedy wpisałam sobie zmiany w Google, podpowiedź brzmiała zmiany są dobre, a zatem, żeby ohydnie się wypozycjonować, właśnie taka tytulatura. Prawda rozkłada się fifty-fifty. Zmiany są i dobre, i trudne, a nawet cholernie trudne. Ale nigdy złe. Przynajmniej nie całkowicie. Jeśli chcesz obalić moją tezę, zapraszam do bezwzględnego ataku w komentarzach. 

Moje liceum oszalało. Założyło profil na Facebooku i zaczęło się masowe wrzucanie zdjęć w serii „Z historii Kopernika”. W odcinku „Spotkanie integracyjne klas 1” z września 2008, zobaczyłam nasze stare wersje. Najpierw się śmiałam, potem płakałam. Zastanawiałam się, jak to się stało, że przeszliśmy takie metamorfozy i dlaczego tak szybko to nastąpiło?
Dużo osób było wtedy szczuplejszych. Teraz walczymy z nadwagą. Na zdjęciach wyglądamy na totalnie szczęśliwych, bo największym problemem było, czy uda nam się skompletować kostium hippisa i czy przypadkiem nie będziemy musieli w trakcie okienka wyskoczyć do szmateksu. Teraz chcielibyśmy spłacić długi, które zaciągnęliśmy na studia, wynajem mieszkania albo pieluchy. Nie mieliśmy żon, mężów, dzieci. Byliśmy wolni i myśleliśmy, że jeszcze długo tacy zostaniemy. I tragicznie się ubieraliśmy.
Opublikowanie fotografii z naszymi starymi wcieleniami przez starą szkołę stało się pretekstem do rozmowy o przeszłości ze znajomymi, których spotykamy w pociągu. Nadziałam się jakiś czas temu na mojego pierwszego kolegę od papierosa, który miał ogromny problem z dziewczynami, gdy chodziliśmy do ogólniaka. Po skończeniu szkoły był w długim związku, który niestety się skończył, a później przeskakiwał z kwiatka na kwiatek, aż wreszcie trafił na kolejną kobietę, z jaką udaje mu się utrzymywać pasjonującą relację. Co więc się stało, że życie osobiste zaczęło kwitnąć? Mój kumpel zmienił uczesanie i zaczął dbać o zarost. Czasem tak mało wystarczy, czym mój znajomy, którego zwykłam nazywać dawno temu Niedorobionym Muszkieterem, bardzo się ekscytował.

Ja wiem jednak, że to nie tylko wygląd, ale również ogromna zmiana, jaka zaszła w jego psychice. Skończenie z desperackim poszukiwaniem lachy do przelecenia, skupienie się na własnych sprawach i dojrzałe podejście do kwestii wykształcenia oraz finansów. Dziewczyny mogą szukać chłopaka, z którym będą toczyły rozmowy utrzymane w dekadenckim klimacie, upijały się w piątek po lekcjach i chodziły za rękę po szkolnym korytarzu. Kobieta zaś szuka mężczyzny, by znaleźć w nim oparcie.
Kiedy z kolei patrzę na mojego wielkiego przyjaciela z LO oraz pierwszego czy nawet drugiego roku studiów i myśę o jego wielkich marzeniach – być właścicielem hotelu albo zwiedzać świat – czuję się rozczarowana. Z rodziną, którą ma już w momencie 23 lat, będzie ciężko spełnić te aspiracje, bo jego ograniczone finanse bardzo spowolnią ich spełnianie. Ale może jego marzenia się zmieniły od czasów LO? Może nie potrzebuje już podróżowania, bo znalazł szczęście tuż pod nosem?
Najgorzej z ludźmi, którzy wciąż mają te same marzenia, a nic z nimi nie zrobili. Dali się wciągnąć bagnu szarej codzienności. Praca, dom, w którym myśli się o pracy z nerwobólami w żołądku, a później znowu praca i może jakoś zwiążemy koniec z końcem. W tym czasie jednak roztyję się, bo tylko czipsy zapewniają mi iskierkę szczęśliwości. A kiedy wreszcie zrobię coś z moim talentem? Pewnie nigdy. Zły świat mi to uniemożliwia, przecież muszę z czegoś żyć, na tej kanapie, z tym pilotem w ręce. Jest mi całkiem dobrze, co, jeśli mi się nie uda? Nie, kanapa mnie kocha, a ja ją, przecież sobie ślubowaliśmy. Nic więcej się nie liczy.
Nie daj się kanapie! Ani temu, co ona symbolizuje.
By nie stać w miejscu, a zatem się nie cofać, potrzebujemy nieustannego rozwoju. Jeden z moich szefów ma napisane na tablicy wiszącej w biurze: WCIĄGAJ LUDZI W NAUKĘ BEZ KOŃCA. To bardzo mądry człowiek, swoją drogą. Uczymy się nie tylko z książek, ale i na własnych błędach. Jeżeli coś zrobiliśmy źle, czego skutkiem było np. stracenie ukochanej, to teraz robimy dobrze. Jak powiedział mój kolega z akademika, Michał G: Ten sam błąd, popełniony po raz drugi, nie jest już błędem, tylko świadomym wyborem. Popieram Michała w stu procentach. A zatem, by nie popełniać błędów, potrzebujemy zmian.
Boisz się zmian? Uważasz, że są niemożliwe do osiągnięcia, bo ludzie się nie zmieniają? Bullshit. Tylko idioci się nie zmieniają. Teraz nadszedł więc moment na podjęcie decyzji. Chcesz być idiotą czy nie chcesz? Pewnie nie chcesz, ale się boisz, że to i tak nie ma sensu, bo coś tam, cokolwiek, blabla, głupia wymówka, która czyni z ciebie niestety w dalszym ciągu idiotę. Spokojnie. Byłam idiotkąbardzo długi czas, a teraz wytłumaczę Ci, co zmieniło moje podejście i chęć wprowadzenia zmian do swojego życia. Przedtem jednak odpowiem na jedno fundamentalne pytanie.
Dlaczego tak bardzo boimy się zmian?
Ponieważ funkcjonuje w nas błędne przeświadczenie, że zmiany nie zawsze oznaczają lepsze. Jesteśmy ludźmi zniewolonymi przez przywiązanie do ustalonego porządku rzeczy i każda ingerencja w zaistniałą konstrukcję wydaje się nam zamachem na nasze życie. Zmienia się premier? Marudzimy, pewnie będzie gorzej. Umiera papież? Ożesz, następny na pewno nie będzie takim fajnym ziomkiem. Matka posprzątała w naszym pokoju? Kurwa, nic już nie znajdę. Znieśmy kilka przywilejów i wprowadźmy reformy? Veto, co mnie obchodzi dobro moich przyszłych prawnuków, wolę szybki hajs od Carycy.
Poza tym przyzwyczailiśmy się do tego, co mamy. I rzadko myślimy perspektywicznie. Dobrze jest nam na tej naszej kanapie, cisza i spokój. Kanapa nasza, pilot nasz i wielka dupa też nasza. Nie chcemy zrezygnować z tej strefy komfortu w imię biegania na mrozie o siódmej rano, bo na dziewiątą do pracy. Nie chcemy być seksowni, szczupli i zdrowi kiedyś tam, bo teraz jest teraz i jest ok bez żadnego wysiłku. Ale że za dziesięć lat, kiedy dostaniemy zawału serca, nie będą nas mogli wynieść na noszach przez drzwi, więc przyjedzie dźwig i wrecking ball bez siedzącej na niej Miley Cyrus, żeby nas ewakuować, rozwaliwszy ścianę budynku, o tym już nie pomyślimy.
Zmiany nie są złe!

Oczywiście, jeżeli nagle dostajemy SMS od komornika, że będzie nas odwiedzał przez najbliższe dziesięć lat, jeśli nie spłacimy długów, więc wybieramy rozsądne życie pod mostem, trudno stwierdzić, że to pozytywna zmiana. W zasadzie trzeba byłoby być wariatem, żeby tak uważać. Ale i z tej sytuacji można wyciągnąć wnioski, żeby się odkuć i wreszcie zmienić, zamiast taplać się w bagnie beznadziei i zbędnego użalania się nad sobą.

Dlaczego w końcu zaczęłam się zmieniać?

Po pierwsze, z powodu własnej nieodpowiedzialności i powiązanej z nią serii niefortunnych zdarzeń, znalazłam się w bardzo ciemnym zakamarku mojego umysłu. Stałam w nim przez bardzo długi czas ledwo żywa. Jak wyglądało to na zewnątrz? Nie ruszałam się praktycznie z mojego łóżka, spędzając każdą chwilę pod depresyjnym kocykiem. Myślałam, że gdy przeczekam niekorzystny czas, wszystko się ułoży. Naturalnie, był to błąd. Po kolejnym takim samym miesiącu (przespany dzień, bezsenna noc, ściskający dupę żal), kiedy nic się nie poprawiło, a wręcz było tylko gorzej (pędzące z zawrotną prędkością tramwaje nagle stały się bardzo pociągające), zrozumiałam. Albo wezmę widły i pozbędę się obornika, który wyprodukowałam, albo w nim utonę. Żadna inna opcja mi nie pomoże. 
A zatem sięgnęłam po widły. I mam je przy sobie cały czas, pamiętając, by być zawsze jak najdalej od tamtego mrocznego punktu na osi mojego życia. W ten sposób z każdym dniem staram się dokonywać coraz większych rzeczy. 
Po drugie, zmiany są naturalne. Aktualizowane są aplikacje w smartfonach, codziennie jakiś naukowiec odkrywa pewien wynalazek, powstają arcydzieła malarstwa – i świat już nie jest taki sam. Każda próba wypowiedziana przeciwko naturze kończy się w masakryczny sposób. Dochodzi do katastrofy ekologicznej, pęka tama i umiera czternaście tysięcy osób w nagłej powodzi, takie tam. 
Po trzecie, kocham moich bliskich i kocham siebie. Chcę, żeby mogli być ze mnie dumni, więc muszę stawać się coraz lepsza, ale najważniejsze, że chcę być lepsza dla samej siebie, a to oznacza nieustanny wysiłek i ciągłe zmiany. Nawet, jeśli nienawidzę swojej opony na brzuchu, to wiem, że ta opona to efekt mojego zaniedbamia, czyli hodowania cholesterolu pod wspomnianym już depresyjnym kocykiem, a prawdziwa ja jest bez opony, więc to tylko kwestia czasu i włożonej energii, bym wyglądała właśnie tak, jak chcę. Szanuję siebie, bo mam za co. Muszę więc zatem szanować też czas, jakim dysponuję. Co mówią w tej kwestii Budda i Coco Chanel, czyli dwa potężne autorytety dla masy osób?  
Nie wiem, jak Wy, ale ja się zgadzam. Najgorzej chyba, jeśli chodzi właśnie o czas. Jeszcze przedwczoraj wpadłam na jednego kielonka do pokoju znajomego, który świętował urodziny. Dlaczego tylko na jednego? A, bo rano do pracy, wolałabym być wypoczęta. Co, do pracy? Przecież na pracę będziesz miała resztę życia! Praca nie zając, nie ucieknie…
Jasne, że nie, ale trudno ją znaleźć, więc wolałabym ją utrzymać, skoro udało mi się podjąć tak dobrą. Poza tym każda kolejna sekunda naszego życia stawia przed nami jakiś wybór. Wstać rano na kacu i nic nie zrobić w pracy z powodu bólu głowy czy wstać rano bez kaca, wykonać efektywnie wszystkie zazdania i dostać premię? Grać przez godzinę w jakąś farmę czy inne zoo na Facebooku czy iść pobiegać? Kupić warzywa czy słoik nutelli?
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.
A zatem, po czwarte, zaczęłam patrzeć nieco dalej w przyszłość. I przestałam się bać własnego cienia. 
Jasne, kłopoty i tak mnie dopadną, jak każdego człowieka. Im więcej jednak ich pokonam, tym łatwiej będzie mi przebrnąć przez następne. Jak mówi mądry doktor Robert Anthony

Potrzeba dokonywania zmian jest właściwą odpowiedzą na problemy. Zamiast pytać „dlaczego mnie?”, „dlaczego teraz?”, czyteż „co dalej?”, możesz spytać „dlaczego nie?” […]. Nieszczęścia przytrafiają się nam z wielu powodów. Najważniejsze jest jednak co innego – ważne jest to, jak reagujemy na takie problemy. W chwili gdy przestałem traktować sytuacje niemożliwe osobiście i skupiłem się na możliwościach, zauważyłem zmiany: polepszyło mi się zdrowie, przestałem mieć problemy z pieniędzmi, pojawiła się w moim życiu miłość. A co ciekawsze – nie kosztowało mnie to wiele wysiłku.


Dla nielicznych, którzy dotrwali do końca tej krótkiej rozprawy o nadziei w beznadziei, krótka, ładna, prosta oraz bardzo mądra piosenka bardzo szanowanego przeze mnie muzyka. 

______________________________________________________________
1 Mam nadzieję, że wciąż jestem idiotką – patrząc z perspektywy mnie za dziesięć lat.2 Fragment z książki „Niemożliwe jest możliwe”.