Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

A zatem stało się. Albo za wiele razy usłyszałeś, że blogowanie jest żałosne, albo straciłeś motywację do pisania, albo po prostu jeszcze nie zacząłeś i zastanawiasz się, czy to w ogóle ma sens. W każdym razie potrzebna Ci spora doza motywacji do pisania. Bardzo proszę! Oto moja historia. Bierz z niej, co tylko chcesz!

Zaczęłam blogować, chodząc do gimnazjum. Grubo ponad dziesięć lat temu. Pisałam potterowskie fanfiction o Lily Evans i Huncwotach. I jakieś tam drobne przemyślenia o nastoletnim życiu. Nie wiedziałam, po co ani dla kogo. Po prostu chciałam prowadzić bloga, napisałam to nawet w pamiętniku w ramach postanowień noworocznych.

Gdyby ktoś mi powiedział, że za nieco ponad dziesięć lat dzięki blogowi będę w stanie się utrzymać, stwierdziłabym…

OK, zawsze miałam nosa w kwestii pisania, jestem w stanie w to uwierzyć.

Ale jak wytrzymać aż dziesięć lat?! Jak znaleźć motywację do pisania bloga na taki szmat czasu?!

Jak znaleźćmotywację do blogowania FD

Nie wiedziałam. Po prostu pisałam. Poznawałam ludzi i ich teksty. Robiłam to, co czułam, że trzeba zrobić. Bo skąd miałam się dowiedzieć, jak prowadzić bloga?

Jako nastolatka nie miałam zielonego pojęcia o Jasonie Huncie (który zresztą wówczas był Kominkiem, przecierającym szlaki innym blogerom), bo nikt, absolutnie nikt nie użyłby epitetu sławny w zestawieniu z rzeczownikiem bloger. O Krzysztofie Gonciarzu usłyszałam dopiero w 2015 roku, kiedy razem z Kominkiem i Segrittą zaczęli reklamować Somersby. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że na blogu faktycznie można zarobić, ale nie obeszło mnie to specjalnie, bo właśnie wydawałam swoją debiutancką książkę, Piromanów, a wszystko inne miałam w pompie.

Aż w 2018 roku, czyli w szóstym roku prowadzenia bloga, zaczęło zgłaszać się do mnie mnóstwo ludzi, potrzebujących przewodnika w świecie literackim. Niektórzy potrzebowali recenzji, inni, jak się okazywało, pracy nad tekstem swojej książki, jeszcze inni chcieli znaleźć wydawcę. Pomyślałam sobie: może czas skończyć z odpisywaniem im tak, chciałabym pomóc, ale nie mogę, bo nie mam czasu? Pracuję na pełen etat, piszę książkę, nie dam rady?

Już chciałam przekazywać bloga w ręce najlepszego przyjaciela, ale… nie byłam w stanie tego zrobić. Fabryka Dygresji jest od początku do końca moja, taka prawda. Prędzej zrezygnuję z posady w wydawnictwie niż odpuszczę pisanie.

I tak też się stało.

Wiele razy, między innymi na Blog Conference Poznań, słyszałam z ust innych blogerów, że

siódmy rok prowadzenia bloga jest przełomowy dla kariery.

Albo odpuszczasz i niszczysz wszystko, albo wypływasz i zaczynasz sobie dawać radę. Wierząc kolegom z branży, stwierdziłam, że błędem będzie skupienie się na pracy dla kogoś innego, kiedy mogę pracować sama dla siebie. Siódmy rok już niedługo!

Złożyłam więc wypowiedzenie, a gdy znowu napisała do mnie na maila jakaś osoba, prosząc o recenzję swojego tekstu, napisałam: Bardzo dziękuję za wiadomość. Pańska książka ma objętość x arkuszy wydawniczych. Moja stawka za recenzję wynosi x zł. Jeśli opinia o książce będzie niekorzystna, zwracam 50% kosztów, a recenzję podsyłam Panu i nigdzie jej nie publikuję.

Dwa dni później trzymałam w ręku pierwsze kilka stów za przeczytanie książki.

Dwa miesiące później założyłam jednoosobową działalność gospodarczą Fabryka Dygresji Emilia Nowak.

Wnioski?

Nie trzeba być celebrytą ani super influencerem z kilkuset tysięcznymi zasięgami, by zarabiać na blogu. Nie trzeba reklamować produktów, tylko umiejętnie zaprezentować swoje talenty i wykorzystać je do zbudowania biznesu. Wszystko, czego trzeba, to chcieć i działać. Ja się przecież nawet praktycznie nie reklamowałam, nie wkładałam żadnej kasy w AdWords i dwa razy ustawiłam reklamę strony na Facebooku, na co wydałam łącznie niespełna 100 zł.

Po prostu pisałam.

I Ty też będziesz pisać.

Nawet wtedy, gdy będą się z Ciebie śmiać, wymawiać słowo blogerka z pogardą albo uważać, że blogowanie jest dla dzieciaków, a nie poważnych ludzi.

W sumie, co racja, to racja. Nie czuję się poważnym człowiekiem. Wiem jednak, że

blogowanie to zajęcie dla osób kreatywnych i nieprzeciętnych.

Pasjonatów życia. Ludzi ogarniętych szałem działania, którzy są na bakier z malkontenctwem.

Takich ludzi uwielbiam i z nich biorę przykład. Do takiego grona ludzi chcę przynależeć i to z nimi pragnę być utożsamiana.

Moja przygoda z blogowaniem to chyba wcale nie jest przygoda. To część mojego życia, z której próbowałam zrezygnować, ale po prostu nie potrafiłam.

Niskie słupki w statystykach nigdy za bardzo mnie nie obchodziły. Kiedy widziałam spadek, po prostu zastanawiałam się, co zrobić, by były wyższe. Zmuszało mnie to do wytężenia mózgownicy i poszukania ciekawszych tematów. Do lepszego pisania. Ale przenigdy nie pomyślałam, by przestać pisać, bo za mało ludzi odwiedza moją stronę! Przecież nawet jeśli pomogę moim pisaniem jednej osobie (a oto mój cel, by tworzyć treści z pożytkiem dla czytelników), to moja misja będzie w 100% zrealizowana!

Jak znaleźć motywację do pisania bloga?

Nie szukaj, ona jest w Tobie i Twoim blogowaniu! Przeczytaj sobie poprzednie teksty, popatrz, o czym piszą inni blogerzy. Porozmawiaj z nimi. Zapoznaj się z wcześniejszymi komentarzami swoich czytelników. Może o coś zapytali i z odpowiedzi na to pytanie zrodzi się cały tekst?

Tak jak właśnie ten i kilka kolejnych o blogowaniu?

Trzymam za Ciebie kciuki!

Twoja

PS!
Jeśli wpis przyniósł Ci pożytek, nie zapomnij dokonać subskrypcji!

Mail

Czy można nauczyć się pisania i jak to zrobić?

Czy można nauczyć się pisania i jak to zrobić?

Pisanie jest jak matematyka. Jeśli wiesz, jak wykonać równanie, możesz znaleźć x. Im więcej równań rozwiążesz, tym szybciej i sprawniej będziesz liczyć. Jeśli napiszesz jedną książkę, nie staniesz się bestsellerowym autorem. Ale jeśli napiszesz kilka, Twoje teksty będą coraz lepsze i chętniej czytane. Musisz tylko się dowiedzieć, jak to zrobić.

Ale tak, można nauczyć się pisania. I jestem tego najlepszym przykładem.

Wiem, że przede mną jeszcze długa droga. Tak naprawdę człowiek powinien uczyć się całe życie. Pisarze nie stanowią wyjątku od reguły. Nie rodzisz się pisarzem z całą wiedzą a propos prawidłowego zapisu dialogów. I tego, że prawidłowe pisanie nie wystarczy, bo trzeba nabrać mistrzowskich umiejętności, by zostać należycie docenionym przez czytelnika. Dowiedziałam się tego dopiero po opublikowaniu debiutanckich Piromanów. Jak i wielu innych rzeczy…

Skąd czerpać wiedzę?

Z książek o pisaniu. Maszyna do pisania Katarzyny Bondy czy Pamiętnik rzemieślnika Stephena Kinga, które już polecałam na blogu, to tylko wierzchołek góry lodowej. Zresztą, kiedy czytam klasykę, Hemingwaya, Dickensa czy mojego mistrza, Johna Irvinga, podświadomie chłonę ich umiejętności i potem intuicyjnie znajduję rozwiązania, sama pisząc. Dlatego zasada nr jeden brzmi: bez czytania nie ma pisania!

Po drugie bardzo dużo zyskałam dzięki amerykańskim storytellerom i selfpublisherom. Wczytywałam się w ich blogi, oglądałam występy na TED, pochłaniałam e-booki i newslettery. Jeśli jesteście z angielskim za pan brat, mogę polecić Wam choćby szkółkę Positive Writer prowadzoną przez Bryana Hutchinsona. Dzięki niemu nabrałam odwagi i rozmachu w swoim pisaniu.

Gdybym jednak nie poszła na warsztaty literackie, nie miałabym z kim omówić swoich tekstów. Nikt z moich znajomych nie pisze. A jeśli nawet, to amatorsko, a nie profesjonalnie, jak ja. Dlatego warsztaty w grupie spodobały mi się przede wszystkim dlatego, że od razu uzyskałam feedback od innych autorów oraz od doświadczonego nauczyciela. Dowiedziałam się kilku nowych technicznych rzeczy oraz utwierdziłam się w przekonaniu, że… cóż, jestem zajebista w tym, co robię.

W grupie czy samemu?

Pisarz nie jest zwierzęciem stadnym. Zwłaszcza, jeśli mówimy o zawodowym pisarzu. Musi schować się w swojej norze na kilka miesięcy, by spłodzić książkę pośród kurzu, zarośniętych pleśnią kubków oraz przepoconych dresów. Dopiero potem otwiera drzwi swojego schronu i wtedy… Lgnie do ludzi jak ćpun na głodzie do narkotyków. Bo człowiek potrzebuje towarzystwa innych, tak po prostu.

I tak, lepiej pisze się samemu. Ale praca nad powieścią to nie tylko jej napisanie. To przedyskutowanie konceptu, postaci, redagowanie, wykreślanie… To już zdecydowanie lepiej robić w grupie, po konsultacji z doświadczonymi specjalistami, no bo nawet, jeśli gadasz do siebie, to masz tylko jeden mózg. I do nowych rozwiązań samemu nie dojdziesz, a inna osoba może Ci pokazać coś niezwykłego, na co wcześniej w ogóle nie zwracałeś uwagi.

Dodatkowo w grupie wytwarza się niesamowita energia. Rozmowy o swoich tekstach są jak żywioł! Rodzą zupełnie nowe koncepty, przesuwają nasze horyzonty myślowe i mobilizują do działania jak nic innego. Jeśli jesteś w stu procentach zmotywowany do pisania, siadasz przy komputerze i jesteś w stanie ciurkiem napisać pięć stron, to po takiej grupowej pracy masz 500% motywacji! Przybiegasz z warsztatów prosto do laptopa i zasuwasz, póki nie padniesz na pysk, a potem piszesz dalej! To coś cudownego!

No i nie oszukujmy się, jako pisarze jesteśmy spragnieni pochwał. Będziemy chcieli zabłysnąć na kolejnym spotkaniu poprawionym tekstem lub dalszą jego częścią, więc to dla nas dodatkowa mobilizacja. A gdy ktoś na naszym poziomie pisania wyrazi swój zachwyt… To znaczy dużo więcej niż pochwała z ust mamy, koleżanki czy ukochanego, którzy niewiele wspólnego mają z pisaniem.

Jak nauczyć się pisania?

Poprzez czytanie, praktykę, rozmowę i udoskonalanie.

Musisz przeczytać kilka, kilkanaście, kilkaset książek, by załapać, o co chodzi w wielkim pisaniu. Potem pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Kolejnym etapem jest dyskusja nad tekstem. Pokaż go profesjonalistom i nie załamuj się, gdy usłyszysz krytykę. Przecież jeszcze nie wydałeś książki i nie stałeś się pośmiewiskiem. To jest Twój czas na dalszą pracę z tekstem! Zadawaj pytania, redaguj, wykreślaj, przerabiaj. To czas na udoskonalanie tego, co stworzyłeś. Bo zawsze może być lepiej!

Warto mieć też swojego mistrza. Przewodnika po literackim świecie. Nieobligatoryjnie oczywiście, ale mi w pisaniu bardzo pomaga John Irving. Poprzez lekturę jego powieści, czytanie wywiadów oraz literackich porad, mam świadomość, że kiedyś, dzięki ciężkiej pracy, na pewno zbliżę się do ideału. Od nastoletniej pisarki fanfiction o Harrym Potterze, poprzez maleńki debiut i publikacje opowiadań w czasopismach, aż na półki w Empiku.

Tego życzę sobie i Wam!

PS
Pamiętaj, żeby zapisać się na newsletter, by otrzymywać porady literackie, a także garść motywacji i informacje o promocjach!

Mail

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Nie powinnaś była tego pisać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam to zdanie. Albo: wstyd, że opowiadasz takie rzeczy publicznie. Albo jeszcze pełne wyrzutu: jak mogłaś tak mnie podsumować na blogu! Pamiętam też: ale musisz mieć wielkie ego, skoro piszesz o sobie bloga. Za każdym razem, kiedy spotykałam się z takimi zdaniami pod swoim adresem, brałam je głęboko do siebie. Bolało.

Czasem dalej boli, zwłaszcza, jeśli coś takiego mówi własna mama. Na szczęście, było to dawno, dotyczyło Piromanów, nie bloga, no i racja była po obu stronach. Książkę oczywiście trudniej unicestwić niż bloga, bo tak, zastanawiałam się nad jego usunięciem, też sporo czasu temu, po zrozumieniu, że moi znajomi mnie czytają. I część z nich widziała siebie w zupełnie innych opisywanych przeze mnie ludziach. (Bossy widział siebie pewnie w każdym akapicie*). W końcu jednak zamiast podawania mglistych przykładów, stwierdziłam, że będę szczera. Jeśli będę wspominać o innych ludziach, to z imienia i nazwiska, ewentualnie ksywy lub przez pryzmat tego, kim dla mnie ta osoba jest. Powtórzę: chciałam być szczera i prawdomówna.

I wtedy się okazało, że prawda nie istnieje.

Inspiracją do napisania tego wpisu jest post Miniaturowej, która wychodzi z założenia, że tak długo, jak jesteś uczciwy i nie zdradzasz sekretów, zwłaszcza tych rodzinnych, możesz sobie spokojnie pisać bloga i wszystkich, co na Ciebie psioczą, mieć po prostu w poważaniu. To piękne założenie. Utopijne. I dla mnie nie do zrealizowania.

Z dwóch powodów.

Pierwszy problem tkwi w mojej osobowości. Boję się mówić ludziom prosto w twarz, co mi się w nich nie podoba. Na blogu zaś jestem większym kozakiem. I nie chodzi o to, że krytykuję moich znajomych na forum publicznych, o nie! Tylko bardziej zdecydowana jestem, wystukując słowa na klawiaturze niż konfrontując się w cztery oczy z innym człowiekiem. Potem niektórzy myślą, że jestem odważna i wygadana. Błąd. Mam problemy z podejmowaniem decyzji i zdarza mi się nawet, że momentami zmieniam się w jąkałę. Dodatkowo temperament mam taki, a nie inny, więc zachodzą podejrzenia o mojej dwubiegunowości. Najpierw, w rzeczywistości, łażę wkurzona i rzucam mięsem na prawo i lewo, a kiedy wieczorem opisuję jakąś sytuację na blogu, potrafię już być całkowicie zen. Zatem część ludzi myśli sobie: ale fałszywe z niej krówsko. Nie chcę być fałszywa. Czasami (zwłaszcza w ostatnich miesiącach) po prostu częściej się boję, więc tracę pewność siebie i takie są efekty.

Drugi problem jest taki, że życie potrafi być cholernie skomplikowane. Niektóre historie, które przydarzają się mnie lub moim znajomym, zasługują bez wątpienia na opisanie. Po to, by kogoś ustrzec przed podobnymi wydarzeniami. Albo pokazać, że mimo wielu przeszkód można dalej żyć z wysoko podniesioną głową. Ale nie da się. Czasem czarne charaktery, na które trafiamy w swoim życiu, są zbyt znanymi, wpływowymi osobami i mogą nam zrobić jeszcze większą krzywdę. Innym razem, nawet z najlepszymi intencjami, możemy być źle zrozumiani, bo ci, którzy nas czytają, oceniają nas własną miarą, a nie zawsze ich sumienie jest czyste jak łza. Kiedy indziej trzeba po prostu dojrzeć, by podjąć się jakiegoś tematu, więc choć coś bardzo mnie gryzie, o czymś bardzo chciałabym napisać, czuję, że to jeszcze nie czas. A ten może nigdy nie nadejść. I to dodatkowo boli.

Ostatecznie dzień, w którym ludzie próbują zamknąć mi usta, przydarza mi się bardzo często. Ale tym akurat się nie przejmuję, bo wiem, że z moją pisaniną zawinę się dopiero po śmierci. Nie piszę po to, by pisać, tylko po to, by zmieniać świat na lepsze. Świadoma jestem tego, jak bardzo słowa mogą krzywdzić, ale wierzę również w ich uzdrawiającą moc. To dla Was, moich Czytelników, chcę być coraz odważniejsza i mądrzejsza. Jak najlepiej potrafić dobierać słowa, by moje intencje były jasne w przekazie.

Dlatego tak długo, jak będziecie czuli, że pomagacie swoimi tekstami choć jednej osobie, warto, byście prowadzili swoje blogi. Nawet, jeśli zalewa Was fala hejterstwa albo złośliwości ze strony innych osób. Oni nie wiedzą, jak wiele odwagi trzeba, by tworzyć, zwłaszcza w takiej formie, jaką jest blog. Jak wiele delikatności, mądrości i pracy trzeba włożyć w to, by nasze słowa stanowiły prawdziwą wartość. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Z życzeniami spokojnej pracy twórczej,

Wasza

Emilia
_______________________________________
* Bossy, wiesz, że się droczę. Tłumaczę się, bo wiem, że czytasz i dostanie mi się po uszach, ale czymże byłby świat bez Twoich drobnych złośliwości? Cieplutko pozdrawiam!
10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

Nie mogłam spać. Męczyłam się w pracy. Przychodziłam później, wychodziłam wcześniej, wszystko mnie uwierało. Co najmniej raz w tygodniu bolała mnie głowa. I to tak, że chciało mi się wymiotować, miałam mroczki przed oczami i modliłam się o szybką śmierć. Kiedy dochodziłam w miarę do siebie, bałam się odebrać telefony od autorów, uzupełnić tabelkę w arkuszu kalkulacyjnym, wysłać maila. Ponieważ potem rzeczy działyby się dalej, a ja musiałabym pójść za nimi.

Tymczasem wpadłam do dziury, z której nie mogłam wyjść. Zrozumiałam, że choroba, przed którą uciekałam kilka lat, znowu mnie dogania. Że uciekając, zrobiłam kółko i znalazłam się w tej samej norze. Nie potrafiłam wstawić prania, pościelić łóżka, zmyć naczyń czy choćby powiedzieć bez wybuchu płaczu, o co mi tak naprawdę chodzi i czym się denerwuję. Udawanie, że wszystko jest ok, urosło do rangi niewykonalnego zadania. Miałam już dość.

Poszłam więc do lekarza.

Kiedy weszłam i pani doktor zapytała mnie, z czym do niej przychodzę, wybuchnęłam niepohamowanym płaczem, który trwał, trwał i trwał…

A chciałam tylko powiedzieć, że nie mogę zasnąć.

Praktycznie uciekłam z gabinetu po odebraniu recept. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie wymyślę, skończę jako powykręcana z nerwów roślina.

Zamiast pójścia na terapię wybrałam zatem terapię na własną rękę. Z pewnością nie jest to w żadnej mierze rozsądne, ale tak naprawdę jedynym, co kiedykolwiek mi pomagało, było pisanie. Wróciłam do prowadzenia pamiętnika. Zaczęłam więcej opisywać swoje życie na blogu. I wiecie co? Natychmiast zobaczyłam jak na dłoni pewne sprawy, powtarzające się wzorce, najistotniejsze rzeczy, przesłonięte wcześniej przez tysiąc błahostek bez żadnego znaczenia.

Bardzo dużo było we mnie uczuć. Tak dużo nieulokowanych emocji, głównie tęsknoty i niewypowiedzianych słów, o czym pisałam w poprzedniej notce, że wyniszczyły mój organizm i totalnie go spustoszyły. Wiecie, bo to nie tak, że kiedy cierpi nasza psychika, ciało pozostaje obojętne. Znowu z tego całego nieszczęścia stałam się tłustą orką. Oprócz pisania zatem wróciłam do ćwiczeń. Mój organizm tego właśnie potrzebował. Dyscypliny. Im bardziej męczyłam ciało, tym lepiej wypoczywał mózg.

Jedna z recept na depresję to pisanie i bieganie.

Z dnia na dzień zaczęłam być o wiele bardziej szczęśliwa. Kiedy przebiegłam dwa kilometry bez żadnego zatrzymywania się, nabrałam sił do rozwiązywania moich kolejnych problemów. Potem było już tylko lepiej.

Ale nie łudzę się, że na dłuższą metę poradzę sobie bez specjalisty. Wiem dokładnie, kiedy znów dopadnie mnie ten stan. Dlatego na terapię na pewno się wybiorę, to kwestia czasu.

Zapytacie mnie pewnie, że skoro i tak wiem, że pójdę, czemu nie zrobię tego teraz?

Bo pozwalam sobie na płacz.

Wcześniej tego nie robiłam i dostawałam na łeb. A teraz, jak mnie coś boli albo gdy jest mi smutno, po prostu płaczę. Bóle głowy spadły co najmniej o połowę.

Od kiedy płaczę, czuję się szczęśliwa.

Wydaje mi się, że wszystkie te trzy czynności: bieganie, pisanie i płakanie, sprowadzają się do tego, by być… prostszym człowiekiem. Kiedy jesteś zmęczony, lepiej widzisz pewne sprawy. Formułujesz myśli w prostszy sposób, bo nie masz siły po raz kolejny roztrząsać tego samego wydarzenia pod innym kątem. Fajnie jest wieczorem mieć siłę tylko na zanotowanie kilku zdań w pamiętniku, umycie się i pójście spać kamiennym snem. I byłabym tu niesprawiedliwa wobec Was i siebie, gdybym nie przyznała, że najlepiej jest też zasnąć w błogich objęciach drugiej osoby. Ciepło i wsparcie, które znajduję w ramionach mojego chłopaka, jest tak niesamowitą przyjemnością, że wciąż mam wrażenie, iż nie do końca na nią zasługuję.

To prawda, że depresja jest domeną artystów. Ale i przy okazji chorobą, na którą zapadnie niedługo większość naszej cywilizacji. Staliśmy się bardzo wygodni i przez to mniej odporni na stres. Nie umiemy radzić sobie z ciśnieniem, które wywołują w nas oczekiwania innych.

O tym właśnie napisałam książkę pt. Piromani. Strasznie śmieszne jest to, że prawie trzy lata po jej wydaniu przechodzę w dużej mierze przez to samo, co wtedy, zarówno autorka, jak i główna bohaterka.

Nie wystarczy coś napisać, jak się okazuje. Trzeba czytać kilka razy to samo i wysnuwać z tego wnioski. A dodatkowo nie ma co się silić na udawanie, że jest się twardym i ze wszystkim dajemy sobie radę. Dopiero po zaakceptowaniu własnych słabości stajemy się naprawdę silni.

To byłam ja, 

Wasza

Emilia

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

Czasami nie robimy ważnych dla naszego rozwoju rzeczy nie dlatego, że jesteśmy leniwi. Po prostu nie czujemy się szczególnie dobrze. Jest nam smutno, mdło albo niemrawo. Zważywszy na aktualną porę roku, deszczową, ponurą jesień — nic dziwnego. Zastój sprawi jednak, że na dłuższą metę będzie nam jeszcze gorzej. Co zatem robić, by nie przestawać się rozwijać i wygrać z jesiennym letargiem? Mnie pomaga 6 czynników, o których piszę poniżej.

Może dlatego, że jestem kryptoperfekcjonistką, albo przez to, że urodziłam się jako jedynaczka, interesuje mnie bycie najlepszą. We wszystkim, czego się dotknę. Inaczej po prostu nie podejmuję wyzwania. Dlatego nie lubię sprzątać, bo albo muszę to zrobić perfekcyjnie, albo w ogóle. Codzienność jest dla mnie zatem wojną ze słabościami, a czynności dnia powszedniego — bitwami do wygrania. Takie bardzo życiowe RPG. Na szczęście mam zawsze pod ręką artefakty, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce, bym na wieczór nie odczuwała pustki po źle spożytkowanym dniu.

glenn-carstens-peters-1905921. Plan

Nie ma, absolutnie nie ma nic lepszego, niż własnoręczne wykreślanie zrealizowanych zadań. Długopisem, nie poprzez dotknięcie elementu aplikacji. Wypisanie sobie planu działania na każdy następny dzień z samego rana lub wieczorem (dzięki czemu możemy wstać pełni werwy) jest moim zdaniem dużo lepsze niż wklepanie zadań do aplikacji. Todoist i wszystkie inne podobne może i są skuteczne, ale mamy tak mało do czynienia z odręcznym pisaniem w dorosłym życiu codziennym, że nawet jeśli nie prowadzimy pamiętnika, warto cokolwiek napisać na kartce. Żeby trochę rozruszać mózg. Dzięki takiemu odręcznemu planowi napisałam pierwszą książkę, czyli Piromanów, i dzięki takiemu właśnie planowi jestem w trakcie pisania drugiej. Ostatnio też udaje mi się systematycznie robić pranie (dla mnie to spory wyczyn!), a w pracy już w ogóle bym poległa (Asana, choć bardzo dobra, przy moim natłoku obowiązków kreatywnych jest tylko wspomaganiem).

2. Hymn bojowy

Śmiejcie się, ale bez piosenki z Mulan, czyli Mężczyzn zrobię z was, wczoraj ani nie dojechałabym do dentysty Brać się do roboty, wroga bić już czas! Abstrachując już od tego, czy tekst utworu jest poprawny politycznie w XXI wieku (no trąci seksizmem, ale właśnie o dominacji mężczyzn w świecie opowiada ten film i udowadnia, że bez kobiet jakakolwiek cywilizacja za daleko by nie zaszła), nic mnie tak nie inspiruje do podniesienia tyłka. Musicie być jak szalona rzeka, jak tajfun który obali mur, a równocześnie tak tajemniczy, jak księżyc co wygląda tu zza chmur. To chyba jedno z moich życiowych mott. Siła!

jake-lucifer-343605

3. Słowa mentora

W dziedzinie literatury moim niekwestionowanym mistrzem jest John Irving. Jego Świat według Garpa jest moją biblią pisarstwa. Gdybym za wczasu nie wypisała ulubionych cytatów, egzemplarz Świata już dawno rozsypałby mi się w rękach. Tyle cennych wskazówek do pisania nie znalazłam w żadnej innej książce. Słowa Johna Irvinga popychają mnie w ramiona rzemiosła. Co jednak z pozostałymi czynnościami?

Będą z Wami totalnie szczera, od kiedy Matt pokazał mi film Krok pierwszy, to właśnie Krzysztof Gonciarz jest dla mnie chyba wzorem do naśladowania pod względem dobrego życia. A to, że ostatnio przebiegł maraton, wcześniej będąc okrągłym pączuszkiem, co pokazuje w jednym z ostatnich vlogów, jest dla mnie naprawdę najlepszą motywacją do ruszania się. Ile można siedzieć na dupie przed komputerem i po co, skoro można poznawać świat na własne oczy? I uwielbiam tekst Gonciarza, który jest taki bezpardonowy i prostolinijny, ale prawdziwy tak bardzo, że ciągle mam go gdzieś z tyłu głowy: Jak się napierdala, to nawet, jak nie wychodzi, to wychodzi.

4. Konkurencja

Sporo czasu mi zajęło, żeby dojść do tego, jaki wpływ ma na mnie konkurencja i jak to wykorzystać na swoją korzyść. Na początku, kiedy ktoś z mojego bliższego lub dalszego otoczenia był dalej ode mnie w naszym wspólnym fachu, dobijało mnie to. Zupełnie nie potrafiłam sobie z tym poradzić. No jak to, ktoś jest szybszy i zdolniejszy ode mnie? To najlepszy powód do załamywania się i płaczu. Na szczęście z wiekiem zmądrzałam. Nie można oczekiwać bycia na przodzie wyścigu, skoro nawet się nie próbuje.

Teraz bardzo często podglądam moją konkurencję. Pisarzy, blogerów, wydawnictwa. Tylko że nie myślę o nich zupełnie jak o konkurentach, którym trzeba coś zabrać, bo inaczej oni zabiorą mi. Ich sukces jest przecież sukcesem całej branży, w której wspólnie tkwimy. Dlatego jeśli ktoś np. opublikuje kolejną książkę, cieszę się, bo przeciera kolejne szlaki. Jeśli ktoś ma większe zasięgi ode mnie (czyli z milion innych ludzi), staram się podpatrzeć, co takiego fajnego robi, a co i ja mogłabym wymyślić, by było to oryginalne, moje, a i jeszcze bardziej skuteczne.

alexis-brown-82988

5. Doping

Wszystko to jednak byłoby nieprzydatne, gdybym nie wiedziała, po co tworzę. Bo o ile ćwiczę dla swojego zdrowia, to nie piszę tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Mam misję. Docierać do ludzi, otwierać im głowy i zmuszać do tego, by wlali sobie do niej trochę oliwy dzięki temu, co u mnie przeczytają. A przy tym podarować im trochę rozrywki. Najcenniejsze jest zatem, kiedy dowiaduję się, że mój trud nie idzie na marne i są osoby, którym moja twórczość się podoba. I to o Was mówię. Każdy komentarz pod notką, na Facebooku czy Instagramie, każda opinia pod moją książką na Lubimyczytać.pl, nawet łapka w górę, to dla mnie ogromne wsparcie i bezcenna motywacja. To najlepsze, co może spotkać twórcę, bez względu na uprawianą przez niego dziedzinę. I przy tej okazji Wam dziękuję. Tak wiele dla mnie znaczycie, że…

6. Nagroda

… tak, to Wy jesteście dla mnie najlepszą nagrodą. To, że mam Czytelników i że ich przybywa. Że przy różnych okazjach mogę poznać Was — wspaniałych, wartościowych ludzi. I dzięki Wam przeżyć fantastyczne przygody, przemiłe spotkania, mnóstwo cudownych chwil, w różnych miejscach Polski, przy przeróżnych okazjach. Jesteście najlepsi. Kiedy jest mi trudno, zimno i źle, myślę sobie, jak to wspaniale będzie spotkać się z nowymi osobami, wysłuchać ich historii podczas spotkania autorskiego, kiedy wreszcie skończę drugą książkę, i jak miło będzie z Wami usiąść przy jakimś napoju po wszystkich tych promocyjnych ceregielach.

Człowiekiem jestem i dla ludzi żyję. Jestem o tym przekonana.

A Czy Wy macie coś, co niezawodnie sprawia, że tak, jak Wam się nie chciało, to po tym właśnie zaczyna Wam się chcieć? Co to takiego? Im więcej takich czynników, tym łatwiej będzie nam się zmotywować do działania. A właśnie czytam sobie nową książkę Zygmunta Miłoszewskiego i jedyne, o czym myślę, to fakt, że życie jest po to, by działać. Bo nie wiadomo, kiedy nam przeleci przez palce.

Trzymajcie się w takim razie, dajcie znać o swoich motywatorach i powodzenia w realizacji planów!

Wasza

Emilia