Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Nie powinnaś była tego pisać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam to zdanie. Albo: wstyd, że opowiadasz takie rzeczy publicznie. Albo jeszcze pełne wyrzutu: jak mogłaś tak mnie podsumować na blogu! Pamiętam też: ale musisz mieć wielkie ego, skoro piszesz o sobie bloga. Za każdym razem, kiedy spotykałam się z takimi zdaniami pod swoim adresem, brałam je głęboko do siebie. Bolało.

Czasem dalej boli, zwłaszcza, jeśli coś takiego mówi własna mama. Na szczęście, było to dawno, dotyczyło Piromanów, nie bloga, no i racja była po obu stronach. Książkę oczywiście trudniej unicestwić niż bloga, bo tak, zastanawiałam się nad jego usunięciem, też sporo czasu temu, po zrozumieniu, że moi znajomi mnie czytają. I część z nich widziała siebie w zupełnie innych opisywanych przeze mnie ludziach. (Bossy widział siebie pewnie w każdym akapicie*). W końcu jednak zamiast podawania mglistych przykładów, stwierdziłam, że będę szczera. Jeśli będę wspominać o innych ludziach, to z imienia i nazwiska, ewentualnie ksywy lub przez pryzmat tego, kim dla mnie ta osoba jest. Powtórzę: chciałam być szczera i prawdomówna.

I wtedy się okazało, że prawda nie istnieje.

Inspiracją do napisania tego wpisu jest post Miniaturowej, która wychodzi z założenia, że tak długo, jak jesteś uczciwy i nie zdradzasz sekretów, zwłaszcza tych rodzinnych, możesz sobie spokojnie pisać bloga i wszystkich, co na Ciebie psioczą, mieć po prostu w poważaniu. To piękne założenie. Utopijne. I dla mnie nie do zrealizowania.

Z dwóch powodów.

Pierwszy problem tkwi w mojej osobowości. Boję się mówić ludziom prosto w twarz, co mi się w nich nie podoba. Na blogu zaś jestem większym kozakiem. I nie chodzi o to, że krytykuję moich znajomych na forum publicznych, o nie! Tylko bardziej zdecydowana jestem, wystukując słowa na klawiaturze niż konfrontując się w cztery oczy z innym człowiekiem. Potem niektórzy myślą, że jestem odważna i wygadana. Błąd. Mam problemy z podejmowaniem decyzji i zdarza mi się nawet, że momentami zmieniam się w jąkałę. Dodatkowo temperament mam taki, a nie inny, więc zachodzą podejrzenia o mojej dwubiegunowości. Najpierw, w rzeczywistości, łażę wkurzona i rzucam mięsem na prawo i lewo, a kiedy wieczorem opisuję jakąś sytuację na blogu, potrafię już być całkowicie zen. Zatem część ludzi myśli sobie: ale fałszywe z niej krówsko. Nie chcę być fałszywa. Czasami (zwłaszcza w ostatnich miesiącach) po prostu częściej się boję, więc tracę pewność siebie i takie są efekty.

Drugi problem jest taki, że życie potrafi być cholernie skomplikowane. Niektóre historie, które przydarzają się mnie lub moim znajomym, zasługują bez wątpienia na opisanie. Po to, by kogoś ustrzec przed podobnymi wydarzeniami. Albo pokazać, że mimo wielu przeszkód można dalej żyć z wysoko podniesioną głową. Ale nie da się. Czasem czarne charaktery, na które trafiamy w swoim życiu, są zbyt znanymi, wpływowymi osobami i mogą nam zrobić jeszcze większą krzywdę. Innym razem, nawet z najlepszymi intencjami, możemy być źle zrozumiani, bo ci, którzy nas czytają, oceniają nas własną miarą, a nie zawsze ich sumienie jest czyste jak łza. Kiedy indziej trzeba po prostu dojrzeć, by podjąć się jakiegoś tematu, więc choć coś bardzo mnie gryzie, o czymś bardzo chciałabym napisać, czuję, że to jeszcze nie czas. A ten może nigdy nie nadejść. I to dodatkowo boli.

Ostatecznie dzień, w którym ludzie próbują zamknąć mi usta, przydarza mi się bardzo często. Ale tym akurat się nie przejmuję, bo wiem, że z moją pisaniną zawinę się dopiero po śmierci. Nie piszę po to, by pisać, tylko po to, by zmieniać świat na lepsze. Świadoma jestem tego, jak bardzo słowa mogą krzywdzić, ale wierzę również w ich uzdrawiającą moc. To dla Was, moich Czytelników, chcę być coraz odważniejsza i mądrzejsza. Jak najlepiej potrafić dobierać słowa, by moje intencje były jasne w przekazie.

Dlatego tak długo, jak będziecie czuli, że pomagacie swoimi tekstami choć jednej osobie, warto, byście prowadzili swoje blogi. Nawet, jeśli zalewa Was fala hejterstwa albo złośliwości ze strony innych osób. Oni nie wiedzą, jak wiele odwagi trzeba, by tworzyć, zwłaszcza w takiej formie, jaką jest blog. Jak wiele delikatności, mądrości i pracy trzeba włożyć w to, by nasze słowa stanowiły prawdziwą wartość. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Z życzeniami spokojnej pracy twórczej,

Wasza

Emilia
_______________________________________
* Bossy, wiesz, że się droczę. Tłumaczę się, bo wiem, że czytasz i dostanie mi się po uszach, ale czymże byłby świat bez Twoich drobnych złośliwości? Cieplutko pozdrawiam!
10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

Nie mogłam spać. Męczyłam się w pracy. Przychodziłam później, wychodziłam wcześniej, wszystko mnie uwierało. Co najmniej raz w tygodniu bolała mnie głowa. I to tak, że chciało mi się wymiotować, miałam mroczki przed oczami i modliłam się o szybką śmierć. Kiedy dochodziłam w miarę do siebie, bałam się odebrać telefony od autorów, uzupełnić tabelkę w arkuszu kalkulacyjnym, wysłać maila. Ponieważ potem rzeczy działyby się dalej, a ja musiałabym pójść za nimi.

Tymczasem wpadłam do dziury, z której nie mogłam wyjść. Zrozumiałam, że choroba, przed którą uciekałam kilka lat, znowu mnie dogania. Że uciekając, zrobiłam kółko i znalazłam się w tej samej norze. Nie potrafiłam wstawić prania, pościelić łóżka, zmyć naczyń czy choćby powiedzieć bez wybuchu płaczu, o co mi tak naprawdę chodzi i czym się denerwuję. Udawanie, że wszystko jest ok, urosło do rangi niewykonalnego zadania. Miałam już dość.

Poszłam więc do lekarza.

Kiedy weszłam i pani doktor zapytała mnie, z czym do niej przychodzę, wybuchnęłam niepohamowanym płaczem, który trwał, trwał i trwał…

A chciałam tylko powiedzieć, że nie mogę zasnąć.

Praktycznie uciekłam z gabinetu po odebraniu recept. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie wymyślę, skończę jako powykręcana z nerwów roślina.

Zamiast pójścia na terapię wybrałam zatem terapię na własną rękę. Z pewnością nie jest to w żadnej mierze rozsądne, ale tak naprawdę jedynym, co kiedykolwiek mi pomagało, było pisanie. Wróciłam do prowadzenia pamiętnika. Zaczęłam więcej opisywać swoje życie na blogu. I wiecie co? Natychmiast zobaczyłam jak na dłoni pewne sprawy, powtarzające się wzorce, najistotniejsze rzeczy, przesłonięte wcześniej przez tysiąc błahostek bez żadnego znaczenia.

Bardzo dużo było we mnie uczuć. Tak dużo nieulokowanych emocji, głównie tęsknoty i niewypowiedzianych słów, o czym pisałam w poprzedniej notce, że wyniszczyły mój organizm i totalnie go spustoszyły. Wiecie, bo to nie tak, że kiedy cierpi nasza psychika, ciało pozostaje obojętne. Znowu z tego całego nieszczęścia stałam się tłustą orką. Oprócz pisania zatem wróciłam do ćwiczeń. Mój organizm tego właśnie potrzebował. Dyscypliny. Im bardziej męczyłam ciało, tym lepiej wypoczywał mózg.

Jedna z recept na depresję to pisanie i bieganie.

Z dnia na dzień zaczęłam być o wiele bardziej szczęśliwa. Kiedy przebiegłam dwa kilometry bez żadnego zatrzymywania się, nabrałam sił do rozwiązywania moich kolejnych problemów. Potem było już tylko lepiej.

Ale nie łudzę się, że na dłuższą metę poradzę sobie bez specjalisty. Wiem dokładnie, kiedy znów dopadnie mnie ten stan. Dlatego na terapię na pewno się wybiorę, to kwestia czasu.

Zapytacie mnie pewnie, że skoro i tak wiem, że pójdę, czemu nie zrobię tego teraz?

Bo pozwalam sobie na płacz.

Wcześniej tego nie robiłam i dostawałam na łeb. A teraz, jak mnie coś boli albo gdy jest mi smutno, po prostu płaczę. Bóle głowy spadły co najmniej o połowę.

Od kiedy płaczę, czuję się szczęśliwa.

Wydaje mi się, że wszystkie te trzy czynności: bieganie, pisanie i płakanie, sprowadzają się do tego, by być… prostszym człowiekiem. Kiedy jesteś zmęczony, lepiej widzisz pewne sprawy. Formułujesz myśli w prostszy sposób, bo nie masz siły po raz kolejny roztrząsać tego samego wydarzenia pod innym kątem. Fajnie jest wieczorem mieć siłę tylko na zanotowanie kilku zdań w pamiętniku, umycie się i pójście spać kamiennym snem. I byłabym tu niesprawiedliwa wobec Was i siebie, gdybym nie przyznała, że najlepiej jest też zasnąć w błogich objęciach drugiej osoby. Ciepło i wsparcie, które znajduję w ramionach mojego chłopaka, jest tak niesamowitą przyjemnością, że wciąż mam wrażenie, iż nie do końca na nią zasługuję.

To prawda, że depresja jest domeną artystów. Ale i przy okazji chorobą, na którą zapadnie niedługo większość naszej cywilizacji. Staliśmy się bardzo wygodni i przez to mniej odporni na stres. Nie umiemy radzić sobie z ciśnieniem, które wywołują w nas oczekiwania innych.

O tym właśnie napisałam książkę pt. Piromani. Strasznie śmieszne jest to, że prawie trzy lata po jej wydaniu przechodzę w dużej mierze przez to samo, co wtedy, zarówno autorka, jak i główna bohaterka.

Nie wystarczy coś napisać, jak się okazuje. Trzeba czytać kilka razy to samo i wysnuwać z tego wnioski. A dodatkowo nie ma co się silić na udawanie, że jest się twardym i ze wszystkim dajemy sobie radę. Dopiero po zaakceptowaniu własnych słabości stajemy się naprawdę silni.

To byłam ja, 

Wasza

Emilia

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

6 czynników, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce

Czasami nie robimy ważnych dla naszego rozwoju rzeczy nie dlatego, że jesteśmy leniwi. Po prostu nie czujemy się szczególnie dobrze. Jest nam smutno, mdło albo niemrawo. Zważywszy na aktualną porę roku, deszczową, ponurą jesień — nic dziwnego. Zastój sprawi jednak, że na dłuższą metę będzie nam jeszcze gorzej. Co zatem robić, by nie przestawać się rozwijać i wygrać z jesiennym letargiem? Mnie pomaga 6 czynników, o których piszę poniżej.

Może dlatego, że jestem kryptoperfekcjonistką, albo przez to, że urodziłam się jako jedynaczka, interesuje mnie bycie najlepszą. We wszystkim, czego się dotknę. Inaczej po prostu nie podejmuję wyzwania. Dlatego nie lubię sprzątać, bo albo muszę to zrobić perfekcyjnie, albo w ogóle. Codzienność jest dla mnie zatem wojną ze słabościami, a czynności dnia powszedniego — bitwami do wygrania. Takie bardzo życiowe RPG. Na szczęście mam zawsze pod ręką artefakty, które sprawiają, że zaczyna mi się chcieć, kiedy bardzo mi się nie chce, bym na wieczór nie odczuwała pustki po źle spożytkowanym dniu.

glenn-carstens-peters-1905921. Plan

Nie ma, absolutnie nie ma nic lepszego, niż własnoręczne wykreślanie zrealizowanych zadań. Długopisem, nie poprzez dotknięcie elementu aplikacji. Wypisanie sobie planu działania na każdy następny dzień z samego rana lub wieczorem (dzięki czemu możemy wstać pełni werwy) jest moim zdaniem dużo lepsze niż wklepanie zadań do aplikacji. Todoist i wszystkie inne podobne może i są skuteczne, ale mamy tak mało do czynienia z odręcznym pisaniem w dorosłym życiu codziennym, że nawet jeśli nie prowadzimy pamiętnika, warto cokolwiek napisać na kartce. Żeby trochę rozruszać mózg. Dzięki takiemu odręcznemu planowi napisałam pierwszą książkę, czyli Piromanów, i dzięki takiemu właśnie planowi jestem w trakcie pisania drugiej. Ostatnio też udaje mi się systematycznie robić pranie (dla mnie to spory wyczyn!), a w pracy już w ogóle bym poległa (Asana, choć bardzo dobra, przy moim natłoku obowiązków kreatywnych jest tylko wspomaganiem).

2. Hymn bojowy

Śmiejcie się, ale bez piosenki z Mulan, czyli Mężczyzn zrobię z was, wczoraj ani nie dojechałabym do dentysty Brać się do roboty, wroga bić już czas! Abstrachując już od tego, czy tekst utworu jest poprawny politycznie w XXI wieku (no trąci seksizmem, ale właśnie o dominacji mężczyzn w świecie opowiada ten film i udowadnia, że bez kobiet jakakolwiek cywilizacja za daleko by nie zaszła), nic mnie tak nie inspiruje do podniesienia tyłka. Musicie być jak szalona rzeka, jak tajfun który obali mur, a równocześnie tak tajemniczy, jak księżyc co wygląda tu zza chmur. To chyba jedno z moich życiowych mott. Siła!

jake-lucifer-343605

3. Słowa mentora

W dziedzinie literatury moim niekwestionowanym mistrzem jest John Irving. Jego Świat według Garpa jest moją biblią pisarstwa. Gdybym za wczasu nie wypisała ulubionych cytatów, egzemplarz Świata już dawno rozsypałby mi się w rękach. Tyle cennych wskazówek do pisania nie znalazłam w żadnej innej książce. Słowa Johna Irvinga popychają mnie w ramiona rzemiosła. Co jednak z pozostałymi czynnościami?

Będą z Wami totalnie szczera, od kiedy Matt pokazał mi film Krok pierwszy, to właśnie Krzysztof Gonciarz jest dla mnie chyba wzorem do naśladowania pod względem dobrego życia. A to, że ostatnio przebiegł maraton, wcześniej będąc okrągłym pączuszkiem, co pokazuje w jednym z ostatnich vlogów, jest dla mnie naprawdę najlepszą motywacją do ruszania się. Ile można siedzieć na dupie przed komputerem i po co, skoro można poznawać świat na własne oczy? I uwielbiam tekst Gonciarza, który jest taki bezpardonowy i prostolinijny, ale prawdziwy tak bardzo, że ciągle mam go gdzieś z tyłu głowy: Jak się napierdala, to nawet, jak nie wychodzi, to wychodzi.

4. Konkurencja

Sporo czasu mi zajęło, żeby dojść do tego, jaki wpływ ma na mnie konkurencja i jak to wykorzystać na swoją korzyść. Na początku, kiedy ktoś z mojego bliższego lub dalszego otoczenia był dalej ode mnie w naszym wspólnym fachu, dobijało mnie to. Zupełnie nie potrafiłam sobie z tym poradzić. No jak to, ktoś jest szybszy i zdolniejszy ode mnie? To najlepszy powód do załamywania się i płaczu. Na szczęście z wiekiem zmądrzałam. Nie można oczekiwać bycia na przodzie wyścigu, skoro nawet się nie próbuje.

Teraz bardzo często podglądam moją konkurencję. Pisarzy, blogerów, wydawnictwa. Tylko że nie myślę o nich zupełnie jak o konkurentach, którym trzeba coś zabrać, bo inaczej oni zabiorą mi. Ich sukces jest przecież sukcesem całej branży, w której wspólnie tkwimy. Dlatego jeśli ktoś np. opublikuje kolejną książkę, cieszę się, bo przeciera kolejne szlaki. Jeśli ktoś ma większe zasięgi ode mnie (czyli z milion innych ludzi), staram się podpatrzeć, co takiego fajnego robi, a co i ja mogłabym wymyślić, by było to oryginalne, moje, a i jeszcze bardziej skuteczne.

alexis-brown-82988

5. Doping

Wszystko to jednak byłoby nieprzydatne, gdybym nie wiedziała, po co tworzę. Bo o ile ćwiczę dla swojego zdrowia, to nie piszę tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Mam misję. Docierać do ludzi, otwierać im głowy i zmuszać do tego, by wlali sobie do niej trochę oliwy dzięki temu, co u mnie przeczytają. A przy tym podarować im trochę rozrywki. Najcenniejsze jest zatem, kiedy dowiaduję się, że mój trud nie idzie na marne i są osoby, którym moja twórczość się podoba. I to o Was mówię. Każdy komentarz pod notką, na Facebooku czy Instagramie, każda opinia pod moją książką na Lubimyczytać.pl, nawet łapka w górę, to dla mnie ogromne wsparcie i bezcenna motywacja. To najlepsze, co może spotkać twórcę, bez względu na uprawianą przez niego dziedzinę. I przy tej okazji Wam dziękuję. Tak wiele dla mnie znaczycie, że…

6. Nagroda

… tak, to Wy jesteście dla mnie najlepszą nagrodą. To, że mam Czytelników i że ich przybywa. Że przy różnych okazjach mogę poznać Was — wspaniałych, wartościowych ludzi. I dzięki Wam przeżyć fantastyczne przygody, przemiłe spotkania, mnóstwo cudownych chwil, w różnych miejscach Polski, przy przeróżnych okazjach. Jesteście najlepsi. Kiedy jest mi trudno, zimno i źle, myślę sobie, jak to wspaniale będzie spotkać się z nowymi osobami, wysłuchać ich historii podczas spotkania autorskiego, kiedy wreszcie skończę drugą książkę, i jak miło będzie z Wami usiąść przy jakimś napoju po wszystkich tych promocyjnych ceregielach.

Człowiekiem jestem i dla ludzi żyję. Jestem o tym przekonana.

A Czy Wy macie coś, co niezawodnie sprawia, że tak, jak Wam się nie chciało, to po tym właśnie zaczyna Wam się chcieć? Co to takiego? Im więcej takich czynników, tym łatwiej będzie nam się zmotywować do działania. A właśnie czytam sobie nową książkę Zygmunta Miłoszewskiego i jedyne, o czym myślę, to fakt, że życie jest po to, by działać. Bo nie wiadomo, kiedy nam przeleci przez palce.

Trzymajcie się w takim razie, dajcie znać o swoich motywatorach i powodzenia w realizacji planów!

Wasza

Emilia

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

W pewnym momencie swojego życia uświadamiasz sobie, że coś poszło nie tak. Niby się starałeś, żeby wszystko było dobrze, skończyłeś studia, znalazłeś pracę w firmie o niezłej opinii, masz przystojnego partnera czy tam zgrabną partnerkę i grono przyjaciół, ale… jakoś ci mało. Obok ciebie natomiast, w twoim fachu, jest ktoś, komu idzie dużo lepiej. Co więcej: afiszuje się ze swoimi sukcesami. I wkurwia cię to niemożebnie. Co zatem robisz? Zamiast postarać się samemu być lepszym? Postanawiasz utrudnić życie konkurentowi. Czyli po prostu mu dojebać.

Co tam w pracy?

To był szalony tydzień. Wiele się zadziało. Latałam i czołgałam się, naprzemiennie. W pracy mam dwa rewelacyjne projekty. Wydajemy Podróżnika bez powodu. W 40 dni dookoła świata mojej ulubionej podróżniczki, Kasi Maniszewskiej. Kasia jest, jak powiedziała kiedyś Sikora, prawdziwą Wonder Woman wśród podróżników. Mądra, dowcipna, zdolna, ładna, a nade wszystko odważna. I do tego ćwiczy boks. Mój związek z pracą jest dosyć skomplikowany. Czasem niemiłosiernie mnie irytuje, ale mimo wszystko mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że kocham to, co robię. Zwłaszcza dlatego, że mogę poznawać tak wspaniałe osobistości, jak choćby Kasię, i brać z nich przykład.

Drugim projektem jest proces wydawniczy książki autorstwa Iwony Anny-Dylewicz pt. Teatr snów. Ponieważ główna bohaterka, czarownica, jest rudowłosa, od razu zapałałam do niej sympatią. Na tyle więc zżyłam się z książką, że sama postanowiłam zrobić jej skład, czego wcześniej zupełnie nie umiałam. Zatem mimo że pracuję już z wydawnictwie trzeci rok, wciąż się rozwijam. Nie mogę się nacieszyć. Mam nadzieję, że Wasza praca również obfituje w takie możliwości i ciekawe doznania. Dajcie znać w komentarzu, dobra?

A jeśli macie ochotę sami poznać tak ciekawe postaci i jeszcze wiele, wiele innych, mających na swoim koncie wydanie już niejednej książki, zapraszam do facebookowej grupy Kobiety piszą. Bawimy się tam dobrze i z kulturą, więc nie czekajcie, wbijajcie.

Co tam w blogosferze?

W ciągu ostatnich dni cieszyłam się niemal nieustannie. Mój ostatni post pt. Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs wywołał największe poruszenie jak do tej pory w historii bloga. Post dotarł do ponad ośmiu i pół tysiąca odbiorców. I wzbudził sporo kontrowersji. Nie wszystkie komentarze byłam w stanie przeczytać. Nie wszystkie chciałam. Ale wpadło mi w oko niestety o kilka za dużo. Najwięcej głupoty odnalazłam chyba w grupie Czytamy polskich autorów. Spodobał mi się zwłaszcza komentarz, przy którym mam czelność zatrzymać się na dłużej.

opiniafejs

Wydaje mi się, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę, czy nie jest przypadkiem tak, że żeby wyrobić sobie na jakiś temat opinię, trzeba się z danym tematem zapoznać? I czy nie jest tak, że Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk i Sylwia Chutnik ośmielają się sążniście zakląć w swoich tekstach? A ich teksty są znakomite, więc… tak, dużo się traci, jeśli ktoś pała obrzydzeniem do takiej błahostki jak stylizacja języka na brutalny, sążnisty, i, uwaga, normalny. Nie chcę, żeby wyszło, że porównuję się do największych polskich pisarzy współczesnych, zaraz mi ktoś wyjedzie z tekstem, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie (co też jest absurdalne, swoją drogą), ale w świetle prawa jesteśmy sobie równi. Wszyscy skończyliśmy te 18 lat. I jak nam kurwa gdzieś dobrze zagra, to czemu wyrzucać ją z ciepłego, wygodnego, tekstowego mieszkanka?

Ale dojedźmy smarkulę, co ona tam wie o pisaniu i czytaniu. Skopmy ją po twarzy, najlepiej brudnym glanem. Napiszmy po prostu, że tekst do dupy, nie podajmy żadnego powodu oprócz niezbyt wysublimowanego języka i rozkręćmy nagonkę. A potem czerpmy satysfakcję z tego, że odpowiedziała na jeden komentarz, bo widać, że ją hejty ruszyły, hehe, śmieszne.

Serio? To są ludzie rozmiłowani w literaturze?

Wiem, że często trudniej jest wyciągnąć rękę poprzez wskazanie słabych punktów w tekście oraz wypunktowanie jego zalet. Jeżeli komuś nie chce się wchodzić w sensowną polemikę, albo chociaż podjąć (dla niektórych, jak widać, tytanicznego wręcz) wysiłku przeczytania mniej niż jednej dziesiątej arkusza wydawniczego, to po co, po co, po co w ogóle się odzywać?

Dziękuję zatem wszystkim blogerom, którzy wypowiedzieli się w temacie. Wasze komentarze, zawierające doświadczenia i konkretne uwagi, są dla mnie niesamowicie cenne. (Wybaczcie, że nie na wszystkie jeszcze odpowiedziałam, ale to kwestia niedalekiej przyszłości). Widzę, że rynek wydawniczy jest zepsuty również i w światku internetowo-recenzenckim. Ale nie ma co załamywać rąk, tylko brać się do roboty. Wdzięczna jestem Wam przeogromnie, bo takie sytuacje przypominają mi o tym, jak ważna jest walka o dobry kontent i zadowolenie Czytelników. I siebie samych.

Co tam w głowie?

Na imprezie urodzinowej Boharka (z tego miejsca również, Przyjacielu, życzę Ci wszystkiego najlepszego) w Babilonie, dowiedziałam się od Andrzeja (w pewnych kręgach znanych jako Dr Zuo), że stałam się osobą o wiele bardziej stonowaną i chyba ogarniętą niż dwa, trzy lata temu. (O najgorszych i najśmieszniejszych, choć niekoniecznie prawdziwych wydarzeniach, możecie przeczytać w Piromanach). Muszę przyznać, że kiedyś uważałam bycie normalną za największą obelgę, ale o dziwo nie czułam się tą uwagą upokorzona. Kilka godzin wcześniej obudziłam się w ramionach chłopaka (mojego, prawdziwego) i pomyślałam prawie to samo. Że jest dobrze, bez udziwnień, spokojnie, pięknie wręcz.

Postanowiłam zatem się autosabotować. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego drzemie we mnie tak ogromne, palące wręcz pragnienie samodestrukcji. Ale wiecie, co się stało? Wszechświat mi nie pozwolił. Postawił przede mną monumentalny znak zakazu w postaci mojej wychowawczyni z LO. Biegłam sobie po mojej rodzinnej mieścinie, a tam ona. P. AK. Zdjęłam słuchawki, dałam się oślinić jej psu, a potem zamiast small talku, odbyłyśmy krótką, sensowną rozmowę o nadużywaniu władzy. O szacunku. O zasadach. O byciu w zgodzie z sobą.

Zatem choć miesza mi się to, czy mam jakąś osobowość, czy jej nie mam, przez co nie do końca wiem, kim jestem i czy coś w życiu osiągnę, nie tracę zbytnio czasu na rozmyślanie o tym.

Nie liczy się, ile mamy kasy w portfelu, o ile wiemy, że otrzymaliśmy ją za dobrze wykonaną robotę. Nie liczy się, jakie stanowisko piastujemy, o ile dobrze wykonujemy swoje obowiązki. Nieważne jest, ile osób będzie przeciwko Tobie, ważne, że Ty jesteś w zgodzie ze swoimi przekonaniami, gotów w każdym momencie je skorygować, kiedy ktoś przedstawi Ci godną argumentację. Proste. Banalne.

O wiele szczęśliwsi będziemy, jeśli zamiast zazdrościć innym, skupimy się na znalezieniu w sobie problemu i rozwiążemy go. Albo chociaż postaramy. A jeśli ktoś poprosi o radę, zamiast udzielać mu fałszywej wskazówki z uśmiechem na twarzy i czarnymi myślami w głowie, po prostu będziemy szczerzy. No bo czemu nie?

Kiedy zarzucono mi, że mój tekst został napisany bez szacunku, nie zdenerwowałam się. Gorszych bredni usłyszeć nie mogłam, więc niezbyt mnie to obeszło. Żywię ogromny szacunek do każdego przeżytego dnia, bo wiecie, tak ciężko czasem mi go rozpocząć… Żywię szacunek do każdej napotkanej mi osoby, bo wiem, że z każdego spotkania mogę czegoś się nauczyć. Życzę zatem sobie i Wam, byśmy nigdy o tym nie zapomnieli.

Na koniec podziękuję Wam jeszcze raz za to, że jesteście ciepli i wspierający. Że obdarzyliście mnie zaufaniem, dając łapkę Fabryce dygresji na Facebooku (stuknęło 800 polubień, wariactwo ;O) i jakiś czas temu 1000 na Instagramie. Wy chore dzikusy. Dodajecie mi skrzydeł.

Kłaniam się i życzę udanego tygodnia!

Wasza

Emilia

 

Bohater prawdziwy, cz. 6., ostatnia – Wprowadzenie postaci, czyli jak szybko spieprzyć całą powieść i odstraszyć czytelnika

Bohater prawdziwy, cz. 6., ostatnia – Wprowadzenie postaci, czyli jak szybko spieprzyć całą powieść i odstraszyć czytelnika

Nadeszła wiekopomna chwila. Zakończenie cyklu Bohater prawdziwy. Dziś odsłona szósta, ostatnia. Tym samym najważniejsza, od której być może powinnam zacząć, ale wierzę, że dzięki wcześniejszym postom z serii o Bohaterze prawdziwym zrozumiecie w pełni, co chcę Wam dzisiaj przekazać.

Czyli to, że bardzo łatwo możecie spierdolić swój tekst, jeśli zapomnicie o czytelniku.

Akcja książki nabiera rozpędu, kiedy wprowadzacie kolejnego bohatera. Gorąco apeluję, byście z każdej swojej postaci uczynili bohatera prawdziwego. Pełnowymiarową postać, która pozostanie w pamięci czytelnika na bardzo długi czas.

To, w jakich okolicznościach przedstawicie bohatera odbiorcy swojego tekstu, jest niezwykle istotne.

Kojarzycie serial Stranger Things? Mamy tam wzorowy przykład tego, jak scenografia wpływa na odbiór postaci przez widza, ale podświadomie. Zwróćcie uwagę na to, że depresja aktorki granej przez Winonę Ryder podkreślana jest przez mdłe, duszące aż, brudnożółte światło. Zaś im straszniejsze wydarzenia mają miejsce w przebiegu akcji, tym więcej cieni i ciemności w kolejnych odcinkach. Jaka lekcja z tego płynie?

Skuteczniej zadziałasz na psychikę czytelnika, nie będąc dosłownym. Nie musisz pisać, że Twój bohater choruje na depresję. Wystarczy, że opiszesz pokrywające się pleśnią naczynia w zlewozmywaku i fakt, iż postać nie pamięta, kiedy uśmiechnęła się po raz ostatni, co w zasadzie jest dla niej bez znaczenia. Wykorzystaj opis wnętrza lub zewnętrznej aury, by umiejętnie wprowadzić bohatera.

W kwestii jego imienia, nazwiska bądź pseudonimu

nie mam dla Ciebie żadnej wskazówki.

To żart. W kwestii pisania zawsze mam coś do powiedzenia.

Postawiłabym na coś, co łatwo zapadnie w pamięć. Nazwisko Scalinmandagoofer jest dosyć trudne do przeczytania, więc zupełnie nie wiem, jak czytelnik miałby je zapamiętać. Chyba że byłaby to ważna postać. Zobacz! Jeśli sporządzisz ciekawy rys charakterologiczny i nie schrzanisz trywialnym pisaniem swojej postaci, przestanie być istotne to, jak się nazywa, więc nie ma co tracić kolejnych godzin na wymyślanie pięknego imienia i nazwiska. Można przez całą książkę pisać o jakimś bohaterze per X i dopiero na etapie redakcji nadać mu mniej lub bardziej adekwatne pseudo.

Z kolei warto się zastanowić nad tym, by

wyeksponować przy wprowadzeniu postaci coś, co będzie się nam z nią nieodmiennie kojarzyć do końca książki.

Albo uchylić rąbka tajemnicy dotyczącej bohatera prawdziwego, która zostanie ujawniona dopiero na koniec konkretnego wątku.

Wymyśliłam kiedyś, że główna bohaterka powieści, nad jaką aktualnie pracuję, zanim natknie się przypadkiem w mieście na swojego przyszłego ukochanego, będzie miała do czynienia z jagodami. Zatem kiedy znajdzie się w sklepie, kupując między innymi konfiturę jagodową, prędzej czy później zza którejś półki wyskoczy właśnie on. Później spotka się z nim w klubie Blueberry, a ich pierwszy raz być może odbędzie się w lesie, pośród jagodowych krzewów… Choć lepiej nie, z uwagi na kleszcze. No cóż, trzeba być nie tylko finezyjnym, ale i przede wszystkim praktycznym, jeśli chodzi o tworzenie prozy.

Największym grzechem u młodych lub starych, ale po prostu niezbyt zdolnych twórców,

jest banalne wprowadzanie postaci. Wysilcie się, zaklinam Was! Wymyślcie coś oryginalnego, to nie boli, a satysfakcjonuje. Nie musicie opisywać postaci od razu od twarzy, zwróćcie uwagę na jej ubrudzone buty albo wykwintną poszetkę. Przedstawcie ją czytelnikowi w dziwnej sytuacji. Niechże się tłumaczy z tego, że wyskakuje przez okno w stroju królika albo rzuca zgniłymi jajami w szybę auta. Czy to jest takie trudne?

Tymczasem, XXI wiek, polska literatura popularna:

Moja przyjaciółka, sprawczyni dzisiejszego wypadu, wisiała właśnie na szyi jakiegoś blondyna, wyglądającego na dwadzieścia trzy lata. 

(Jak można wyglądać na dokładnie 23 lata?! Dlaczego nie 22 albo 24?!Co to za różnica)?

Uśmiechnęłam się pod nosem. Michalinie z pewnością to nie przeszkadzało.

(Co miało jej nie przeszkadzać? Uśmiech kumpelki? Albo że ona wisi komuś cielskiem na szyi i przyprawia go o ból kręgosłupa czy wiek młodziana? Jeśli tak, to ile sprawczyni dzisiejszego wypadu miała lat? O kim jest ten akapit, do cholery)?!

Mimo iż zawsze byłam bardziej przebojowa

(znowu oderwanie uwagi od wprowadzanej postaci, skupienie na głównej bohaterce, fuj, w dodatku na cholerę ta bezpośredniość, fuj, fuj!),

to jednak ona stanowiła uosobienie męskich pragnień – niewysoka blondynka, z zadartym, małym nosem i niewinnymi niebieskimi oczami budziła w mężczyznach opiekuńcze instynkty.

Cóż za ohydny, banalny, powierzchowny wpis. Paulino Świst, autorko Prokuratora, prawniczką to Ty może jesteś, ale dobrą pisarką długo jeszcze nie. Nie martw się jednak, wszak i o wiele sławniejsze niż Ty, polskie autorki, również tak powierzchownie traktują swoich bohaterów.

Młody, pewnie dwudziestoletni mężczyzna wszedł do małego pokoiku, uginając się pod ciężką adamaszkową kołdrą i ogromną puchową poduchą. […] Bogusia zaśmiała się, patrząc z sympatią na chłopaka, bo od pierwszego wejrzenia wzbudzał przyjazne uczucia: jasne włosy, grzywka opadająca na orzechowe oczy, dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechał. Stanowczo dało się go lubić.

Pozdrowienia dla Katarzyny Michalak i jej Sklepiku z niespodzianką.

Nie piszcie tak! Błagam Was! Na twarzy nie ma tylko oczu, ust i nosa! Włosy pozytywnych postaci nie muszą być jasne!

Weźmy zatem głębszy oddech i podelektujmy się fragmentem prozy mojego mistrza, wybitnego amerykańskiego powieściopisarza, Johna Irvinga.

Młody Kanadyjczyk, który nie mógł mieć więcej niż piętnaście lat, za długo się wahał. Jego stopy znieruchomiały na chwilę na kłodach dryfujących w dorzeczu powyżej zakrętu rzeki; zanim ktokolwiek zdążył chwycić jego wyciągniętą dłoń, znalazł się pod wodą. Jeden z drwali, próbując złapać długie włosy chłopaka, zanurzył rękę w lodowatej wodzie, gęstej prawie jak zupa. […] Chłopiec, znany jako Angel Pope z Toronto, zniknął bez śladu. 

I tyle go widzieli w Ostatniej Nocy w Twisted River. Ale bach! Od razu akcja, coś się dzieje! Młody chłopak, Kanadyjczyk, topi się! Ratunku! Kto złapie jego długie włosy? Kto uratuje biednego Angela Pope? Dlaczego, dlaczego przydarza mu się taka tragedia na samym początku książki? O co tu chodzi?!

Nie wiadomo. Ale żeby się dowiedzieć, będziemy czytać dalej. Tak się właśnie zaczynają najlepsze książki. Nie tylko amerykańskie. Sprawdźmy nasze rodzime podwórko.

Pierwsza książka, którą mam obok siebie, to Powidoki Piotra Strzeżysza. Nie powieść. Raczej szereg pocztówek literackich z długiej drogi. Ale i piękne, nasycone mnóstwem uczuć, choć oszczędne w słowach, epickie dzieło.

Geoff był nowy. […] Był to około pięćdziesięcioletni mężczyzna, bardzo szczupły, z dwiema rzadkimi kępkami siwych włosów i wielkimi, opadającymi na czubek nosa okularami. Siedział na wózku, mocno przechylony i przysypiał, albo tylko zdawał się przysypiać. Trudno było to dostrzec lub odgadnąć, bowiem szkła jego okularów pokrywała drobna siateczka, nadająca mu wygląd wielkiego owada […]. W lewej dłoni, czy też w dwóch sprawnych palcach, próbował utrzymać kubek z kawą, której wąska strużka ściekała po aluminiowej ściance na oparcie wózka.

Tak właśnie narrator poznaje mężczyznę, który później stanie się jednym z jego przyjaciół. Skojarzenie z owadem bardzo działa na wyobraźnię, prawda? Zmarszczki, siwe włosy, wózek inwalidzki, a ostatecznie niezdolność starego człowieka do utrzymania w ręce kubka z kawą. To przecież taka prozaiczna czynność. Wykonujemy ją kilka razy dziennie. W ogóle się nad nią nie zastanawiamy. I nagle Piotr Strzeżysz ukazuje niezwykłość swojego spotkania nie tylko ze starszą osobą, ale po prostu ze starością, za pomocą tak banalnego atrybutu, jakim jest kubek. Szok i niedowierzanie. Oraz wielki, wielki talent.

Chcesz stworzyć bohatera prawdziwego?

Obracaj się w środowisku ludzi prawdziwych, nie wydmuszek. Podpatruj ich codzienność. Odnajduj niezwykłość w prozaicznych zjawiskach. Wyszukuj cudownych rzeczy pośród szarej codzienności. Zapisuj. Czytaj jak najwięcej. I powracaj do notek o bohaterze prawdziwym. To cała moja wiedza na ten temat i mam nadzieję, że do czegoś Ci się przyda. Żywię nadzieję, że nasze kolejne książki – moje i Wasze – będą napisane dobrze i z wielkim szacunkiem do Czytelnika. To jest najważniejsze.

Podobał Ci się wpis? Nie zapomnij o uzupełnieniu kart pracy, które otrzymasz po zapisaniu się na newsletter. Będzie mi bardzo miło, jeśli wypowiedz się na temat cyklu Bohater prawdziwy. Czy chcesz więcej tego typu wpisów? Czy uważasz, że poszło mi nieźle? Może jednak tragicznie? Jeśli to pierwsze, zostaw lajka na Facebooku Fabryki dygresji i bądźmy w kontakcie! Jeśli to drugie, nie omieszkaj zamieścić swojej druzgoczącej opinii w komentarzu. Czekam z niecierpliwością!