Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Płonę! Pot ścieka ze mnie kroplami wielkimi jak ziarna grochu. Temperatura w Poznaniu daleka jest od poezji. 33 stopnie w cieniu to dramat (tudzież patologia), ale i tak czuję się rewelacyjnie! Bo działo się i dziać się będzie. Już Wam opowiadam!

Pisanie

Wreszcie (po latach pierdolenia, że to robię) wzięłam się naprawdę do pisania. Pomogły mi w tym warsztaty literackie oraz zupełnie nowy projekt. Moja kolejna książka będzie lekką, zabawną, zmysłową i… dziwną powieścią dla kobiet. Opowiadać będzie o dwóch absolwentkach poznańskiej uczelni, Grażynie i Antoninie, które wyruszają w Sudety, by ratować rodzinny biznes jednej z nich. Będzie płomienny romans z pisarzem, góry i śpiewający karzeł. A to tylko część atrakcji. Napisałam 6 rozdziałów i cisnę dalej. Trzymajcie kciuki!

Do tego przeczytałam dwie godne uwagi książki, które trafiają do mojej feministycznej biblioteczki. To A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej i równie lekkie w lekturze Wzloty i upadki młodej Jane Young napisane przez Gabrielle Zevin. Pochłonęłam też Dżozefa Jakuba Małeckiego, ale o tym ze szczegółami nieco później…

Podróżowanie

W lipcu wybraliśmy się najpierw na Mazury i do Malborka, a potem na drugą już odsłonę obozu wędrownego (o pierwszej, sudeckiej, możecie przeczytać tu). Tym razem wytrwaliśmy w Beskidzie Niskim tylko trzy dni. Słabiaki-Poznaniaki. Ulewne deszcze i agresywne burze, a także nieoczekiwane odparzenia stóp (nie wiem, jak to się stało, łaziłam w tych butach cały rok!) i ból kolana (Darek, idź w końcu do lekarza, Pirenejów w ten sposób nie zrobisz) nieco zabrały nam przyjemność z wyprawy. W ciągu tych kilku dni przeszliśmy jednak ok. 60 kilometrów, więc średnią mamy całkiem niezłą. Tym bardziej, że w zeszłym roku szłam na lekko i nocowaliśmy w schroniskach, a teraz miałam spory plecak. Noce natomiast spędzaliśmy tam, gdzie padliśmy. Namiot kupiony w Decathlonie spisał się rewelacyjnie. Nie przeciekał, było w nim cieplutko… Ale jego czarne ścianki, które zupełnie nie przepuszczały światła, uwolniły moją wcześniej głęboko skrywaną klaustrofobię.

Atak obudził mnie pierwszej nocy.

Zupełnie zapomniałam, jak się oddycha!

Od tej pory spałam z głową przy otwartym wyjściu. Całe szczęście, że w nocy nie padało, bo miałabym zalane zatoki. A może i znając mój talent do robienia sobie krzywdy, utonęłabym w pojedynczej kropli deszczu? Kto wie? Jeśli chcecie przeczytać więcej o naszych przygodach w górach albo dowiedzieć się co nieco o fajnych miejscówkach na szlaku, dajcie znać w komentarzach, dobra?

Poza tym odwiedziliśmy też Londyn. To był mój pierwszy lot samolotem i pierwsza zagraniczna podróż. Byłam nie tylko oczarowana pięknem królewskiego miasta, ale i świetnie wypoczęłam w wybornym towarzystwie przyjaciół. Więcej już niedługo w osobnym wpisie.

Postaram się Wam wyjaśnić, jak to się stało, że wylądowaliśmy w pałacu sułtana i gdzie zjeść najlepsze pierogi ruskie w UK. A w ogóle zapraszam Was na mój podróżniczo-pierogowy profil na fejsie JEM PIEROGI. To trochę żart. A trochę nie.

Firma

Sezon letni to zdecydowanie nie są żniwa dla mojej branży. Lipiec pod względem klientów nie był dla mnie łaskawy, bo do recenzji zgłosiła się tylko jedna autorka. Ale nie ma tego złego, bo dzięki temu wraz z Justyną (o wszystkich, którzy w Fabryce pomagają produkować najlepsze dygresje przeczytasz TU) możemy bardziej poświęcić się innym zadaniom. Ja na przykład przygotowuję warsztaty na wrzesień/październik, które odbywać się będą stacjonarnie w Poznaniu. Zainteresowani? Więcej o warsztatach literackich w tym miejscu. Albo na mailu. Piszcie śmiało na fabrykadygresji@gmail.com!

Dorastanie

Weekend w Londynie uświadomił mi, że o czymś zapomniałam.
No bo książka się pisze, miłość kwitnie, zdrowie powoli wraca, spokój psychiczny już jest, dach nad głową na wsi wisi, klientów mam akurat tylu, coby sobie normalnie pracować i nie być niczyim niewolnikiem…
Ale hej.
Co z przyszłością?
Oszczędności? Kurde, nie mam.
Plan na to, gdzie chcę mieszkać? Nic z tych rzeczy. Kiedyś byłam zdecydowana na Poznań, teraz już nie wiem, czy w ogóle chcę osiąść gdzieś na stałe.
A część z moich znajomych ma już własne chaty i dzieciaki. Mi póki co własny dom ani tym bardziej dzieci niepotrzebne, i to wcale a wcale, ale jeśli coś ma się kiedyś zadziać w tym temacie, lepiej być na to przygotowanym, prawda? A może właśnie nie? Oto temat do przemyślenia.

Na koniec dodam, że zdjęcie w nagłówku sprezentował mi Mateusz Zimny, który będzie jeszcze miał okazję współpracować z Fabryką Dygresji. To on uwieczni chwile podczas spotkania autorskiego z Ewą Giurkowicz, które odbędzie się już 23 sierpnia w Poznaniu, przy ulicy Głogowskiej! Serdecznie zapraszam na to wydarzenie!

Uffff, jak gorąco.

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Jak zmotywować się do pisania? 5 skutecznych sposobów!

Co odróżnia pisarza amatora od profesjonalnego pisarza? Liczba wydanych książek. A żeby wydać, trzeba najpierw napisać. Tylko jak to zrobić, kiedy przyjaciółki piszą Ci wiadomości na messengerze, że je ewidentnie zaniedbujesz, a kumple prawie co wieczór próbują wyciągnąć na browarka?

Co zrobić, by zamiast grania w Play Station czy choćby sprzątania mieszkania wreszcie usiąść na tyłku przed laptopem? Jak znaleźć motywację, by napisać książkę? Wreszcie? Tę, o której rozmyślasz już od tylu miesięcy? Powiem Ci, co mnie motywuje do pisania, dzięki czemu w ostatnie dwa dni spłodziłam ponad 80 tysięcy znaków ze spacjami.

1. Inni pisarze

Nic tak bardzo mnie nie cieszy, jak sukces moich kolegów z branży. I nic jednocześnie tak bardzo nie wjeżdża mi na ambicję! Kiedy słyszę o kolejnej książce, którą wydaje X, aż się trzęsę ze złości! Skąd on ma na to tyle czasu?, zastanawiam się. Szybko znajduję odpowiedź. On na pewno nie zastanawia się nad tym, kto ile książek wydaje, tylko siedzi zgarbiony nad laptopem i wystukuje kolejne znaki, aż do utraty tchu!


Kolejna nagroda literacka u Z? Rany! Dlaczego na mojej półce nad sedesem nie widnieje jeszcze żadna?!
Pierwsza wskazówka: poznaj innych piszących. Możesz obserwować pisarzy na Instagramie (np. @sylwia.chutnik, @remigiuszmroz czy @jakubzulczyk) albo Facebooku. Albo poznać ich osobiście, spotykać się z nimi w regularnych odstępach czasu i chwalić się swoimi postępami. W kupie siła, jak to mówią! Doskonałą do tego okazją są np. targi książki albo warsztaty literackie. Tak się składa, że we wrześniu ruszają te prowadzone przeze mnie w Poznaniu, więc jeśli jesteś z okolicy i chcesz otrzymać więcej informacji, napisz na fabrykadygresji@gmail.com lub zapisz się na newsletter poniżej.

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Druga wskazówka: czytajcie innych pisarzy! Ich słowa naprawdę mają potężną moc. Na początku ubiegłego roku przygotowałam dla Was 15 cytatów, które motywują do pisania. Możecie zacząć od tego!

2. Postęp procentowy

Kiedy zaczynam pisać książkę i zdaję sobie sprawę z tego, że nie zrobiłam planu wydarzeń, najpierw przez pięć minut wyrzucam sobie, jak wielkim łochem jestem, nie szczędząc nieeleganckich epitetów, po czym biorę zeszyt i naprawiam swój błąd.
Daleka jestem od stwierdzenia, że ci, którzy piszą powieści bez planu zdarzeń, są idiotami.
Po prostu zastanawia mnie, jak to się dzieje, że przy takiej obfitości wątków nie tracą napięcia fabularnego i panują nad wszystkimi punktami konstrukcyjnymi.
Hm, a może nie panują?
Nieważne. Plan zdarzeń jest mi niezbędny nie tylko po to, by napisać świetny tekst, od którego czytelnik nie może się oderwać. Jest mi potrzebny również po to, by oszacować, ile mniej więcej moja książka będzie liczyć znaków ze spacjami, a co za tym idzie – arkuszy wydawniczych oraz stron w druku. W ten sposób mogę bardzo precyzyjnie określić czas pisania i wiedzieć, jak bardzo zaawansowany będzie mój tekst za kilka miesięcy. Dzięki temu jestem w stanie wyznaczyć sobie cel, korzystając z metody SMART. Jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście, zapraszam  do lektury artykułu Moniki Syminowicz.
A ja rysuję sobie jeszcze w zeszycie pasek postępu. Słupek na 100 kratek. Każda zakolorowana kratka odpowiada każdemu kolejnemu napisanemu procentowi powieści. Nie ma to jak obserwować, że rzeczywiście kniga rośnie!

3. Ludzie dookoła

Z jednej strony strasznie demotywują. Nawet ci najbliżsi! Bo kiedy pod koniec dnia wypełnionego od wczesnego ranka pisaniem, zapadam się wreszcie w fotelu i piszę do ukochanego, a potem się dowiaduję, że on sprzątał dom, potem oglądał serial, a teraz jest na piwku, to… czuję zazdrość. Myślę sobie: też bym wyskoczyła na małe co nieco.
Ale zdradzę Wam sekret. Przeprowadziłam się na kilka miesięcy na wieś, do domu rodziców, gdzie nie mam za dużo znajomych. Po to, by unikać takich pokus jak nieustanne wypady na miasto czy opalanie łydek nad Rusałką. Tak, pisarz musi być pustelnikiem. Przez jakiś czas.
No, poza tym, wiecie, słabe jest trochę mówienie o sobie: jestem pisarzem, jestem pisarzem!, a na koncie tylko jedna książka, albo w ogóle. Wydaje mi się, że ludzie patrzą na mnie czasami z dystansem i myślą sobie: ona to już nic po Piromanach nie napisze. Cóż, trzeba tę wiarę wyprowadzić z błędu, tej!
Kiedy skończę tę książkę, to zacznę obdzwaniać wszystkich znajomych. Żodyn mi nie umknie, żodyn! Męczyć ich będę solidnie, by ruszyli kupry i posiedzieli ze mną na mieście. Zapraszać na shopping, a niedługo później moje spotkania autorskie. Bo oni dalej będą mieli wolne tylko w weekend, a na mnie czeka laba tak długa, jak tylko tego zapragnę.

4. Wizja skończenia

Ale laba nie oznacza w tym przypadku wypoczynku. Mówię tylko o odcięciu się od dotychczasowych obowiązków, czyli głównie monotonii siedzenia przed komputerem i wystukiwania kolejnych słów. Bo książkę napisaną trzeba wydać, a wydaną – promować!
John Irving (mój literacki mistrz, jakby ktoś jeszcze nie wiedział), napisał:

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Ergo: mimo że postęp procentowy w pisaniu mojej książki wynosi na razie dopiero 30%, ostatnie zdanie już zapisałam. I wiem, co będzie, gdy podpiszę z wydawcą umowę.
Bajlando w ch**! jak zawołała kiedyś z ogromnym entuzjazmem moja zacna współlokatorka, którą gorąco pozdrawiam. Akurat był to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu, bo wyrzucili ją z pracy. Mniejsza o to. Będę sobie jeździć od radia do telewizji, robić YouTube’y, odwiedzać biblioteki, udzielać wywiadów, spotykać się z czytelnikami i hulać po targach książki. Czyli wszystko, czego nie zrobiłam lub zrobiłam za mało przy promocji Piromanów. Teraz sobie odbiję za wszystkie czasy! A każde kolejne postawione w G-docsie słowo zbliża mnie do tych pięknych momentów.

5. Święty spokój (lub jego ułuda)

A kiedy będę miała już tego dosyć, kiedy obrzydnie mi Poznań, Warszawka i Kraków, z wielką radością zaszyję się znów na wsi, otworzę tę notkę (bo nie piszę jej tylko dla Was, ale również dla siebie) i zacznę powoli, po kawałeczku, jeść kolejnego słonia. To znaczy pisać kolejną powieść. Bo, cytując znów Johna Irvinga:

tak zwane zakończenia i początku są złudzeniami.

Z życzeniami jak najszybszego uzyskania stanu bajlando w chu**,

Wasza

PS
Lubicie Hanka Moody’ego? Ja też! Jesteśmy w tym samym klubie. Dajcie wyraz swojej sympatii, lubiąc również Fabrykę Dygresji na Facebooku!

 

Listopad — parapetówka z dementorem i trzy wykastrowane koty, czyli na szczęście okazuje się, że dalej jestem pisarką

Listopad — parapetówka z dementorem i trzy wykastrowane koty, czyli na szczęście okazuje się, że dalej jestem pisarką

Słysząc dźwięk budzika, zrywam się, by go wyłączyć i przez chwilę siedzę rozwalona na łóżku, nie wiedząc, co się dzieje. Najpierw sobie myślę: oesu, ale dobrze pospałam, nie pamiętam, jak się nazywam i gdzie jestem. Może już sobota? Potem, w ciężkich buciorach,  powraca świadomość, tupiąc głośno i rujnując poranek. Jest dopiero wtorek, wczoraj siedziałaś w pracy do dziewiętnastej, a potem poszłaś do miasta się napić. A teraz chluśniesz sobie wodą w twarz, opatulisz szalem i pobiegniesz przez Półwiejską znowu do biura. I powtórzysz scenariusz co najmniej dziesięciogodzinnego zapierdolu.

Pewnie nie narzekałabym tak, gdyby aura była bardziej sprzyjająca. Gdybym nie topiła się w odmętach czarnych myśli i walczyła desperacko o haust powietrza. Gdyby na dworze zamiast mrozu i pozbawionego koloru nieba świeciło ciepłe słońce. Gdybym w perspektywie miała jeszcze kilka par majtek na zmianę. I gdyby moim śniadaniem nie była zaczęta w zeszłym tygodniu paczka prażynek. I gdyby nie moja Przyjaciółka Jagódka, nie myślałabym w ogóle o wolnym. Ale zadzwoniła do mnie, żeby powiedzieć, że zrobiła już rezerwację na trzy dni w Międzyzdrojach.

Dodatkową niesprzyjającą okolicznością jest ósemka, powoli wyrastająca gdzieś w tyle mojej paszczy. Czuję się co kilka dni, jakbym miała w ustach UFO, wraz ze statkiem kosmicznym i dyskoteką na pokładzie. I to, że dzisiaj właśnie mijają dokładnie trzy lata, odkąd pracuję w wydawnictwie. Bardzo dziwnie mnie to nastraja. W ogóle, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, iż ostatnie trzy miesiące nie były najlepsze, i co było tego główną przyczyną, to myślę sobie, że najwyższy czas to zmienić.

Bossy zapytał mnie ostatnio, kiedy będą Piromani 2. Odpowiedziałam, że nigdy. Nie chodzi o to, że nie przewiduję kontynuacji mojego debiutu literackiego, wręcz przeciwnie (tylko że pod tytułem Piromanki, bo treść z pewnością będzie bardziej feministyczna). Nie wyobrażam sobie braku kontynuacji przygód Lidki. Przecież wymyśliłam je (po części sama przeżyłam) bardzo dokładnie. Ale to nie jest mój priorytet na 2018 rok.

Otóż na początku 2018 roku ukaże się na pewno (co najmniej jedno) moje opowiadanie w kwartalniku Fabularie. (Tak, będzie można kupić w Empiku). Nosi tytuł O trzech wykastrowanych kotach. Na pytanie, o czym traktuje tekst, wersja dla mojej mamy brzmi: o kotach. Pamiętajcie i mnie nie sprzedajcie (przynajmniej nie tanio, dobra?), gdyby przyszło Wam rozmawiać z Mirką. Między nami dodam, że pełna nieoficjalna wersja opowiadania brzmiała O trzech wykastrowanych kotach, czyli metafora mężczyzny po czterdziestce. Różnie można interpretować to, co napisałam, ale tekst ma zdecydowanie silny rys erotyczny. Pada tam słowo kutas i kilka życiowych mądrości, czyli jak najbardziej mój styl znany Wam z Piromanów został zachowany. Jednym z wątków jest choroba głównej bohaterki (oczywiście młodej pisarki, no jakżeby inaczej). Choroba albo z prawdziwej miłości, albo po prostu z powodu uganiania się za kocurami. No co kto woli, ja Wam nie powiem, co myśleć.

No i piszę dalej drugą książkę, miałam ją skończyć 30 grudnia. Nie uda się na pewno, ale szanse na publikację pod koniec 2018 roku wciąż jakieś tam są.

Wiecie, co? Gdybym nie miała oparcia w pisaniu, to naprawdę bym sobie nie poradziła z własną głową.
Oczywiście, nie chcę tu umniejszać wsparcia moich bliskich, dzięki którym zachowuję względną stabilność, otrzymuję od nich ciepło i bliskość, ale wiecie, jak to jest. Im bardziej Ci na kimś zależy, tym bardziej ta osoba może Cię skrzywdzić, nawet mimowolnie. Troska o rodziców, przyjaciół czy chłopaka/dziewczynę też potrafi być wyczerpująca.

Byłabym jednak tępą dzidą, gdybym zapomniała wspomnieć o imprezie. Dziękuję wszystkim gościom za uczestnictwo w parapetówce i przyniesienie przepięknych zielonych maluszków, które dołączyły do mojej miejskiej dżungli. Cieszę się, że pomimo depry i wypruwania sobie flaków po dziesięć godzin w robocie, wciąż o mnie pamiętacie i przyszliście w tak licznym gronie. Boże, jak mi się dobrze zrobiło, gdy zobaczyłam Wasze pysie. Szczególne podziękowania dla Buby, który jako jedyny uwierzył w to, że impreza jest przebierana, więc zrobił furorę w kostiumie dementora. I dla Andrzeja, który, kiedy zwierzałam mu się z moich przeżyć, powiedział szczerze: o rety, a ja myślałem, że u ciebie bardziej kolorowo. Konkluzja? Nie wierzcie mediom społecznościowym. Raczej staram się ukrywać moje doliny, by nie zarażać Was wirusem depresji.

Chociaż może nie, w końcu pierwszy odcinek mojego kanału na YouTube nosi roboczy tytuł Lęki, narkotyki i obsesje, czyli kiła i mogiła wśród literatów. Chyba, że pomożecie mi wymyślić lepszy (na przykład w komentarzach poniżej), to się ustosunkuję. Ale żeby odcinek został wypuszczony, jak już wielokrotnie wspominałam, na Facebooku Fabryki dygresji musi widnieć liczba 1K. Zatem wiecie, co robić, ale dziękuję już za pierwsze szesnaście subskrypcji, to bardzo miłe.

Trzy wnioski na koniec.
Po pierwsze, mniej przejmować się pracą.
Po drugie, jeść zdrowe rzeczy i zacząć znowu ćwiczyć.
Po trzecie, więcej czytać.
(Bo przeczytałam tylko nowego Miłoszewskiego i Artemis, a w kolejce fenomenalne Włam się do mózgu Radka Kotarskiego i Samotna Lalka o amerykańskiej pisarce Dare Wright).

Oto moja recepta na szczęście. A Wasza, na te trudne, ostatnie dni roku 2017?
Proszę o podpowiedzi.

Wszystkie dobrego, moi mili!

Wasza

Emilia

Jak znaleźć czas na pisanie, kiedy masz wymagającą pracę?

Jak znaleźć czas na pisanie, kiedy masz wymagającą pracę?

Miewam momenty, gdy marzę o dożywotnim L4 albo byciu już w tym punkcie, kiedy jestem freelancerem. Potem mi się przypomina, że mam rewelacyjną pracę, która na ogół nie doprowadza mnie do szału, a przynosi mnóstwo satysfakcji. Jest jednak bardzo trudna i wymaga nieustannego zaangażowania, sporadycznie nawet w środku nocy… I jak w takich warunkach napisać notkę na bloga, a co dopiero drugą książkę?!

Poniżej 5 wskazówek, jak znaleźć czas na pisanie, kiedy jesteś w podobnej sytuacji do mnie, czyli pracujesz na etat i zależy Ci, by rozwijać się zawodowo. Niezależnie od tego, co musisz napisać (posty na zapas, pracę magisterską czy książkę), najważniejsza jest…

1. Świadomość zakończenia dzieła.

john irving

John Irving, źródło: http://cdn.prod.elseone.nl

Nie są to moje słowa, tylko kogoś o wiele mądrzejszego. Mój mistrz, John Irving, w Świecie według Garpa zawiera wiele cennych porad dla pisarzy, dlatego polecam Wam z całego serca tę książkę. To istna skarbnica wiedzy o tworzeniu literatury. Powinna być biblią każdego pisarza. Sami zobaczcie.

[…] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że „człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie”. Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej; po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.

Przypomnij sobie ostatnią rzecz, którą ukończyłeś, to rewelacyjne uczucie, będące satysfakcją z wykonanej pracy! Z napisaniem utworu może być podobnie. Warto, byś od początku miał przed oczyma zakończenie, by wiedzieć, do czego zmierzasz.

Jeśli cechuje Cię słomiany zapał i tak naprawdę nigdy jeszcze niczego nie skończyłeś, masz pod górkę. Nie masz czego sobie przypominać. Na szczęście, jako pisarz, powinieneś mieć fantazję, więc wyobraź sobie po prostu, że stawiasz ostatnie słowo, a po nim kropkę. To jeden z najlepszych momentów Twojego życia, obiecuję Ci to.

Niestety, nawet Ci z nas, którzy mają niesamowicie bujną wyobraźnię, czasem miewają problemy z wyobrażeniem sobie tak prozaicznych momentów. Dlatego warto powiedzieć sobie, że nawet słonia można zjeść po kawałeczku. I w ten sposób przejść do punktu drugiego.

2. Zaplanuj swój tekst!

Wstęp, rozwinięcie i zakończenie to dobre na początek. Zrób ramowy plan swojego nowego postu. O czym chcesz opowiedzieć czytelnikowi? Jakie argumenty powinieneś zawrzeć w swojej pracy? Jak rozpoczęła się przygoda głównego bohatera Twojej powieści? I każdego innego? Jak rozwinęła i w jaki sposób kończy? Napisz to. Długopisem. Na kartce. A potem wykreślaj. Zrobiłam tak w przypadku mojej pierwszej książki, Piromanów. Napisałam ją w trzy miesiące! Dlatego polecam właśnie takie rozwiązanie i gwarantuję skuteczność.

Jak zrobić perfekcyjny plan? Postaram się Wam wyjaśnić to za tydzień…

Ale plan, nawet najlepszy, sam się nie zrealizuje. Dodatkowo zatem, co może Cię zadziwi, zrealizuj krok trzeci, czyli…

3. Popadnij w uzależnienie!

William S Burroughs

William S. Burroughs, źródło: https://codepen.io/YolandaKok/pen/jALbBB

Siła nawyku to nie przelewki. Palę papierosy, więc znam się na rzeczy. Rzygam już nikotyną, nie jest mi do niczego potrzebna. Ale są pewne sytuacje, kiedy mój mózg łaknie zapalenia papierosa, bo jest przyzwyczajony do wykonywania tej czynności. Pamiętaj: mózg jest leniwy. Kiedy raz go zaprogramujesz, będzie dążył do tego, żeby powtarzać wyuczoną czynność, bo nie jest miłośnikiem zmian. Dlatego najtrudniej zacząć, a potem już jakoś leci.

Kiedy zatem dysponujesz już planem, ustal czas na pisanie. W doskonałym scenariuszu byłaby to minimum godzina każdego dnia. (Serio, godzina to minimum, ja wiem, że inni piszą, wystarczy chociaż 15 minut, ale co zrobisz przez te żałosne 15 minut? Czasem dłużej koncentrujesz się na postawieniu klocka w kiblu, a co dopiero na napisaniu dobrego fragmentu)!

Nie znam Twojego grafiku, więc nie mam pojęcia, jak wyglądają Twoje popołudnia. Pewnie przychodzisz styrany z pracy, wpieprzasz obiad i marzysz o drzemce, ale w sumie jest już ciemno, więc lądujesz w wyrze, oglądając Netflixa. I tyle pożytku z tego dnia powszedniego. Skwituję to krótko: nędza. Kto chce wygrywać, ten nie może spać! Obudź się zatem. Wiem, że się nie chce. Tylko właśnie wtedy, kiedy tak bardzo masz wszystkiego dosyć, zadaj sobie pytanie: czy nie lepiej zadbać o to, by wszystkiego się chciało? Przecież będąc uznanym pisarzem, możesz sobie pozwolić na o wiele więcej niż wówczas, gdy wciąż będziesz harował na etacie. A od czegoś trzeba zacząć, więc rusz dupsko.

Wiesz, kiedy mnie się najlepiej pisze?
Wracam z pracy, jem obiad i zamiast drzemać (choć bardzo mi się chce, naprawdę!), oglądam sobie YouTube albo jeden odcinek jakiegoś serialu. Albo czytam książkę. Czekam, aż mi się wszystko ułoży w żołądku i po dwóch godzinach wykonuję aktywność fizyczną. Albo idę potruchtać, albo robię pilates. I potem jestem wręcz przeładowana energetycznie, więc łatwiej mi znowu zabrać się do pracy. Sadzam więc poślady przed laptopem i trzaskam, ile mogę. Ile konkretnie?

No właśnie.

4. Wiedz, kiedy przestać.

Stephen King, źródło: http://bezszyldu.pl

Stephen King, źródło: http://bezszyldu.pl

Choć najlepiej nie przestawaj. Jeśli już Ci dobrze idzie, nie zatrzymuj się. Od jednej zarwanej nocki jeszcze nikt nie umarł. Odejdź od edytora tekstu dopiero, kiedy ukończysz wyznaczony sobie wcześniej poziom. To może być jeden punkt z Twojego planu zdarzeń, albo półtora (niektórzy, np. Stephen King w swoim Pamiętniku rzemieślnika, uważają, że lepiej kończyć pisanie w punkcie, w którym wciąż mamy flow i łatwo będzie nam ruszyć dalej). To może być 10 stron. Albo 10 000 znaków ze spacjami. Wyznacz sobie limit, który musisz bezwarunkowo spełnić, by móc z czystym sumieniem umyć się i położyć do spania. Niech nie będzie to czas spędzony przed kompem, bardzo Cię proszę! Wiemy, jak bardzo bywa bezproduktywny, więc niech będzie to coś namacalnego, ok? Obiecasz? Nie mnie, bądźmy poważni. Obiecaj sobie z przyszłości! Tej wspaniałej, pracowitej osobie, która wykonała ogromną pracę i została za to nagrodzona w postaci pięknie wydanej, sprzedającej się, bardzo dobrej książki.

Już?

Super, to teraz powiedz o tym innym.

5. Sprawdź, jak bardzo zależy na Tobie bliskim.

Nie musisz od razu kazać im wypieprzać z Twojego życia, co to, to nie. Ale uświadom ich, że od godziny tej jesteś po prostu niedostępny. Nie ma Cię. Przechodzisz do innego wymiaru, skąd nie ma powrotu do następnego dnia. Nie jesteś stworzony po to, by być na zawołanie innych ludzi w każdym momencie Twojego życia. Nawet, jeśli chodzi o Twojego męża/narzeczonego/konkubenta/kochanka/chłopaka, na widok którego masz kisiel w majtkach. Nawet, jeśli chodzi o Twoją matkę czy dziecko. Twoim świętym obowiązkiem wobec siebie jest rozwój.

I uwierz mi, choć ludzie wokół Ciebie będą narzekać, psioczyć na Ciebie, mówić, że Ci już na nich najwyraźniej nie zależy, albo że jesteś egoistą… To prawdziwym szacunkiem obdarzą Ci wtedy, gdy skończysz to, co zacząłeś. I wówczas poznasz, kto kocha Cię najbardziej.

 

A na koniec powiem Ci, że oczywiście na czas pisania wyłączasz telefon i Internet. Jeśli czegoś nie wiesz, zostawiasz lukę w zdaniu albo cały akapit. Dodajesz notatkę: sprawdzić podczas pierwszej redakcji. Inaczej nigdy nie skończysz. Rozumiesz? Internet to Twój największy wróg.

I fajnie byłoby też, gdybyś nie podjadał w trakcie pisania, za to pił dużo płynów. Ale wiem, marzenia ściętej głowy, i te pe.

Nie wiem, jak Ty, ale ja w 2018 chcę mieć na koncie już drugą wydaną książkę, więc bierz się do roboty.

Twoja

Emilia

Jeśli podobał Ci się wpis, zapraszam do wyrażenia opinii. W komentarzu albo na Facebooku:

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Magdalena Pioruńska – Z Szuflady do Twierdzy i na salony!

Pamiętacie recenzję Twierdzy Kimerydu? Postanowiłam przybliżyć Wam postać autorki oraz kulisy powieści. Nie tylko dlatego, że Magdalena Pioruńska jest bardzo interesującą personą, zaś książka pewnym ewenementem we współczesnej literaturze polskiej. Wydaje mi się, że z lektury poniższej rozmowy będziecie mogli się sporo nauczyć.

Emilia Teofila Nowak: To jak w końcu, Twierdza Kimerydu jest Twoją debiutancką powieścią czy było coś wcześniej? Różne źródła różnie mówią.

Magdalena Pioruńska: Moją pierwszą wydaną książką była notabene książka naukowa na temat rozpadu byłej Jugosławii o jakże oryginalnym tytule: Przyczyny rozpadu byłej Jugosławii w XX. wieku. Potem mój krótki tekst z innego uniwersum fantasy Witajcie w Zoa znalazł się w antologii Dziedzictwo Gwiazd. Moje opowiadanie Ceres trafiło zaś do magicznej antologii opowiadań o Opolu Festiwal Natchnienia. Mogę się pochwalić długim stażem w środowisku literackim. Przez trzy lata uczestniczyłam czynnie w organizowaniu festiwali poświęconych fantastyce we Wrocławiu i Opolu. Prowadziłam spotkania autorskie, zapraszałam pisarzy i kontaktowałam się nawet z zagranicznymi gwiazdami. Ponadto przeprowadziłam kilka konkursów literackich i graficznych na Szufladzie moim portalu kulturalno-literackim, który w sierpniu tego roku skończy sześć lat. Byłam też jurorką przy konkursach literackich na festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu.

Myślę, że moja absolutnie autonomiczna książka musiała się wreszcie pojawić na rynku. Od paru lat byłam na to skazana.

ETN: Ile zajęło Ci napisanie Twierdzy Kimerydu? Od pierwszego pomysłu na powieść do momentu powzięcia decyzji o zwróceniu się do wydawcy?

MP: Twierdza Kimerydu to moja praca dyplomowa w Studium Literacko-Artystycznym w Krakowie. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Od Ono. Kim jest Ono? To specyficzna personifikacja mojego natchnienia, która ujawniła swoje istnienie na zajęciach z poezji właśnie w Studium Literacko-Artystycznym.

Pewnego dnia napisałam długi wiersz z dialogami pomiędzy dziewczyną a stworem, który wiernie towarzyszył jej w podróży po prehistorycznych lasach. Ono tak bardzo spodobało się moim kolegom z roku i wykładowcom, że samoistnie otrzymało dłuższy żywot. Napisałam więc całą serię dziwnych wierszy o Ono i jego Pani, z którą przemierzało fantastyczne światy. Ono miało długi ogon, pomarańczowe ślepia i chowało dłonie w czerwonych rękawiczkach, z których wystawały długie pazury. Teraz nie pamiętam kto, ale chyba któraś z moich koleżanek ze studiów, nazwała Ono dinozaurem. W pewnym momencie Ono zaczęło też coraz mocniej kształtować swój charakter i śmielej poczynać sobie w kontaktach ze swoją Panią. Tak właśnie stworzyłam postać Tyrsa.

Pierwszy dinozaur, który przyszedł mi na myśl przy krystalizacji tej postaci, to oczywiście welociraptor, a właściwie utahraptor, na którym wzorował się Michael Crichton, tworząc swój Park Jurajski. A ponieważ nigdy nie zabieram się za pisanie bez przygotowania, poświęciłam pół roku na oglądanie filmów przyrodniczych z serii Dicovery Channel i BBC na temat życia prehistorycznych gadów w tym szczególnie raptorów, choć najbardziej ujęła mnie historia małego Allozaura ze zwichniętą szczęką. Te obrażenia już w dorosłym życiu zmusiły go do szukania przymierza z roślinożercami…

Sięgnęłam też po książkę uznanego paleontologa Roberta T. Bakkera Raptor Red. Śledzimy w niej losy młodej raptorzycy i jej konfliktowej siostry. Wzruszyło mnie rodzinne życie raptorów, ich usilne i bardzo ludzkie trzymanie się w stadzie i walka o przetrwanie każdego jego członka. Reszta jakby wymyśliła się sama. Chociaż teraz z perspektywy czasu myślę, że Tyrs Mollina nie do końca odegrał rolę mojego Ono. Może to jednak jego mały braciszek Taniel?

Ale wracając do twojego pytania: samo napisanie powieści trwało trochę ponad miesiąc napisałam ją w lipcu ubiegłego roku. Proces jej wymyślania i analizowania poszczególnych wątków trwał za to niecałe dwa lata, począwszy od momentu narodzin Ono.

IMG_20170317_191738_processed

Źródło: archiwum prywatne Magdaleny Pioruńskiej

ETN: Co sprawiło Ci największe wyzwanie podczas pisania?

MP: Anna. Miałam ogromny problem z tą postacią. W miarę jak postępowała fabuła, szybko okazało się, że chłopaki skradli ją w całości, Anna w porównaniu z nimi wypadła bardzo blado. Nie lubiłam pisać jej kolejnych narracji. Wydawały mi się takie uniwersalne, zwyczajne, sztampowe… Wiesz, Anna wprowadza wątek szczeniackiej miłości pomiędzy porządną, szanowaną kobietą a nieokrzesanym buntownikiem. Kiedy to zauważyłam, doszłam do wniosku, że może moja książka powinna mieć trochę inny wydźwięk. Może powinna na całej linii zrywać z różnymi, literackimi stereotypami, w tym właśnie zaginać konwencję romansową. Dopiero wtedy udało mi się wyciągnąć tę bohaterkę z cienia i zrobić z nią coś interesującego. Powiem ci szczerze zmusiło mnie do tego to, że dałam jej oddzielną narrację, wyobrażając sobie, że okaże się całkiem inną postacią. Niestety pomyliłam się i dzięki temu Twierdza Kimerydu wcale nie jest romansem.

ETN: Dlaczego zdecydowałaś się na narrację pierwszoosobową, skoro jest tak mnóstwo postaci? Nie uważasz, że lepiej byłoby spróbować opowiadać historię z pomocą narratora wszechwiedzącego?

MP: Całe życie pisałam książki z perspektywy narratora wszystkowiedzącego i to nie było dla mnie dobre. Rozwlekałam wątki, rozbudowywałam światy, mnożyłam bohaterów. Z biegiem czasu sama zapominałam, jaki był główny wątek powieści i jego główny bohater. Narracja z perspektywy czterech bohaterów to i tak duże z mojej strony ustępstwo. Ja nie cierpię głównych bohaterów zarówno w książkach, jak i w filmach. Ciągnie mnie właśnie w stronę antybohaterów i ludzi z otoczenia protagonisty, którzy zwykle wydają mi się bardziej interesujący. Dlatego też nie chcę mówić, że Tyrs Mollina jest głównym bohaterem Twierdzy Kimerydu. Owszem, pod koniec dojrzewa do tej roli, ale na szczęście wciąż czuwa nad nim Tycjan, a zmiana nastroju i scenerii wcale nie oznacza, że w drugiej części Twierdzy nie pojawią się jego godni konkurenci.

ETN: Którego ze swoich bohaterów lubisz najbardziej?

MP: Zdecydowanie Taniela Mollinę. Po pierwsze dlatego, że Tyrs naturalnie się przy nim zmienia. Taniel wydobywa z niego najlepsze cechy, trafia w jego czułe punkty, tym samym wzmacniając ich i tak już silną więź. Taniel jest ukochanym dzieckiem Tyrsa, jego małym schronieniem, światłem jego życia i być może jedyną osobą, przy której całkowicie czuje się sobą. Po drugie… czytałaś Twierdzę, wiesz jak trudnym i tajemniczym dzieckiem jest Taniel. Pisząc końcówkę książki, już byłam podekscytowana perspektywą drugiej części i wiedziałam, że dorastający Tanni będzie grał w niej jedną z głównych ról. Poza tym on ma boską moralność, a właściwie jej boski brak. Z jednej strony wydaje się być najbardziej ludzki z rodzeństwa raptorów, a z drugiej najbardziej przypomina zwierzę… Podejrzewam go o bardzo zwichniętą psychikę. Mam słabość do takich ludzi.

IMG_20170317_193951_processed

 

ETN: Czy Twoje postaci są wzorowane na kimś z Twojego bliskiego otoczenia? Wymyśliłaś ich sama od początku do końca, czy noszą cechy Twoich znajomych?

MP: Nie wiem. To zawsze dla mnie trudne określić, ile tak naprawdę rzeczywistości wkradło się do moich książek. Wiem za to na pewno, że moja relacja z pewnym specyficznym młodym człowiekiem wpłynęła na ukształtowanie niektórych przyjaźni i rodzinnych relacji w tej powieści. Wiesz, ciężko mnie zainspirować rzeczywistością. Łatwo się też nudzę, nie lubię tracić czasu na zamartwianie się drobiazgami. Owszem, potrafię mocno zainteresować się ludźmi, ale tylko tymi wybranymi przeze mnie. Mam taki wewnętrzny radar, który ciągnie mnie do ludzi utalentowanych, myślących inaczej o świecie i przez to często trudnych w odbiorze przez większość. Ale zdradzę ci za to, że przyjaźń Tyrsa i Tycjana, szczególnie kiedy razem imprezują i prowadzą swoje specyficzne rozmowy, to częściowo odbicie mojej przyjaźni z dziewczyną, z którą mieszkałam w akademiku podczas studiów. Ewcia, serdecznie cię z tego miejsca pozdrawiam. 😉

ETN: W książce mamy do czynienia z postacią Tulii, będącej również Tuliuszem, a może na odwrót. Rozbuchana seksualność tej nieokreślonej płciowo postaci pewnie budzi kontrowersje. Jaki jest Twój stosunek do transpłciowości?

MP: Otwarty. Jestem otwarta na środowisko LGBT, mam tam dobrych znajomych i to nawet bardzo dobrych. Nie mam nic przeciwko wątkom genderowym w powieściach. Sama je przecież propaguję na Szufladzie z działem gender, w którym Ania Godzińska, moja redaktorka, zajmuje się czytaniem i recenzowaniem powieści pod kątem genderowym.

Tuliusz miał być kontrowersyjny i tragiczny. Zresztą każda z moich hybryd miała być w jakiś sposób uszkodzona psychicznie, złamana przez życie. Pomyślałam sobie, że nie można być do końca normalnym, posiadając geny dinozaura. Chociaż wydaje mi się, że to nie te geny same w sobie sprawiły, że moi bohaterowie nie do końca radzą sobie z życiem. Twierdza Kimerydu to przede wszystkim powieść o inności i o reakcjach ludzi na tę inność. Moi chłopcy na swój sposób nauczyli się radzić sobie z ostracyzmem społeczności…

ETN: A co ma z tym wszystkim wspólnego schizofrenia, na którą zdaje się cierpieć postać?

MP: Słuchaj, nie chcę tutaj zdradzać zbyt dużo z fabuły książki, ale podpowiem ci, że może jest ona tylko wymówką… Może Tuliusz Donner po prostu nie akceptował samego siebie i na podobieństwo Normana Batesa z Psychozy Alfreda Hitchcocka do końca nie potrafił uwolnić się od cienia swojej matki?

ETN: Jestem bardzo ciekawa Twojego stosunku do gender studies. Niektóre Twoje postaci, np. Tyrsa Molliny, są tragicznie stereotypowe w swoim przywiązaniu do płci kulturowej. Ale z drugiej strony Tulia…? Zresztą, to kobiety tak naprawdę stoją za wszystkimi aferami, które napędzają fabułę Twojej książki, czyli głównie Anna i Arabella. Czy współczesna kobieta musi być przebiegła, inteligentna i zabójczo piękna? Czy to nie kolejny stereotyp?

MP: Wspomniałam ci wcześniej, że miałam kłopot z kreacją Anny. Za to Arabella jest moim zdaniem fantastyczną postacią. Jej motywacją jest bowiem chęć dorównania ojcu: szalonemu naukowcowi, ale też przede wszystkim czysta ciekawość, jaki będzie efekt każdego jej najokrutniejszego eksperymentu. Arabella miała być psychopatką, zimną suką. Miała przerażać. Miała niszczyć i wypalać po sobie ziemię. Anna jest od niej słabsza charakterologicznie i to wpłynęło na wszystkie jej decyzje. Bohaterka zmaga się z przeszłością, boleśnie dostrzegając przy tym, że tak naprawdę niewiele się zmieniło. Jest przez to ślepa na konsekwencje własnych czynów. Przyzwyczaiła się bowiem do roli tej lepszej siostry”.

A Tyrs i Tuliusz… Cóż, myślę, że mimo dwóch totalnie sprzecznych postaw i podskórnej niechęci, łączy ich przecież coś ważniejszego potrzeba zrozumienia i przebywania blisko człowieka, który nie zadaje zbędnych pytań, po prostu oferuje wsparcie. Lubię tę ich kruchą przyjaźń. To w końcu Tyrs zawsze staje za Tuliuszem, nawet kiedy sypie się relacja Tuliusza i Tycjana. Chyba chodziło mi o to, żeby pokazać, że prawdziwa przyjaźń nie musi wcale opierać się na podobieństwach… Wiesz co? Są rzeczy ważniejsze, niż kulturowe nastawienie do płci. I właśnie one połączyły Tyrsa i Tuliusza.

ETN: A Afryka? Dlaczego akcja nie dzieje się na wyspie w rodzaju Isla Nublar tylko na Czarnym Lądzie? I skąd w ogóle nazwa: Twierdza Kimerydu?

MP: Wcześniej to miała być Nikaragua. Serio, napisałam osiem rozdziałów o młodości Teobalda Elasmosa i ich akcja toczyła się… właśnie w Nikaragui. Potem to przemyślałam; pojawiło się Ono, akurat kiedy zabrakło mi pomysłów na pisanie i Teobald wylądował w Afryce w towarzystwie dinozaurów. Wybrałam Afrykę, ponieważ pasowała do mojej koncepcji totalitarnego świata. Gra w nim bowiem rolę wielkiego śmietnika Cesarstwa Europejskiego, które ją lekceważy i sukcesywnie niszczy. Kimeryd zaś to nazwa jednej z podepok Jury, kiedy na Ziemi żyły największe dinozaury. Pomyślałam, że skorzystam z wszelkich dobrodziejstw prehistorii.

ETN: Zamierzasz wyjechać do Afryki i pisać stamtąd książki? Jak w ogóle widzisz swoją literacką przyszłość? Czy za dziesięć lat Magdalena Pioruńska otrzyma Nagrodę Nike? Co jest Twoim największym celem?

MP: Niczego w swoim życiu nie wykluczam. Chcę się zmieniać. Chcę iść do przodu. Chcę być lepsza. Chcę pisać książki dużo książek i dalej prowadzić Szufladę i budować coraz lepszą markę. Mój sukces to efekt kilkuletniej ciężkiej pracy, orania tematu u samych podstaw, czasem z przygarbionymi ze zmęczenia plecami, ale nadal ze sztywnym kręgosłupem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mój się nie zgina, że niektórzy ludzie się tacy rodzą. Cieszę się, że widzisz we mnie kandydatkę do Nagrody Nike. 😀 Jestem tak próżna, że na pewno się z niej bardzo ucieszę. A potem pomyślę o Noblu. 😉

ETN: Jak wygląda Twój dzień powszedni i skąd bierzesz czas na pisanie? Czym na co dzień się zajmujesz?

MP: Pracuję w tygodniu. Głównie z młodymi ludźmi. Lubię młodzież, jest naprawdę ciekawa, dostarcza mi wiele tematów do rozważań i konstruowania fabuły. Ostatnio w związku z premierą Twierdzy Kimerydu, żyję w ciągłym biegu. Nie mam czasu dobrze zjeść, potrafię pół dnia chodzić głodna, jak wilk, bo zwyczajnie zapominam, że jestem głodna… Tak jak na przykład teraz, kiedy odpowiadam ci na pytania. Już dawno powinnam coś zjeść, no ale…

Właśnie. Jak się za coś zabieram na poważnie, to zwykle po drodze kruszę skały. 🙂 Czekam aż ten szum trochę ucichnie, moje życie się ustabilizuje i wrócę do spokojnego, regularnego pisania. Przypominam Ci, że poza pisaniem książek, zarządzam też portalem i piszę do niego teksty.

ETN: Jakie masz wskazówki dla osób, które marzą o wydaniu swojej debiutanckiej książki?

MP: Nie można zrażać się niepowodzeniami. Ale też nie zawsze zgadzać się z odmową. Może chodzi o to, żeby pokazać, że nie mieli racji, nie doceniając twojego talentu? Bo to się liczy przede wszystkim. Talent. A potem dopiero ciężka praca. I nie ukrywam, że przebojowość i odwaga bardzo się przydają.

ETN: Co dla Ciebie, jako czytelniczki, jest najcenniejsze w literaturze?

MP: Autentyczność. Inność. Czasem dziwność. Lubię, kiedy literatura czymś we mnie EPATUJE. Lubię coś mocno odczuwać i lubię, jak moje serce zamiera albo bije zbyt szybko.

ETN: Jakie książki możesz polecić, podobne do Twojej?

MP: Nie wiem, bo na nikim się nie wzorowałam. Kiedy pisałam o Tuliuszu, przypominał mi się za to bardzo ciekawy film Mandarynka o społeczności transwestytów w Hollywood. Zrobił na mnie ogromne wrażenie właśnie taką czułością i niezwykle kruchym pięknem na tle brudnego, odrażającego świata. Jeszcze raz chętnie polecę też Raptora Red. Mimo że bohaterka jest prehistorycznym gadem, a całość przypomina raczej zapis serialu przyrodniczego, książkę czyta się jednym tchem.

ETN: A gdybyś miała wybrać swój literacki wzór do naśladowania, jakiegoś twórcę, kto by to był?

MP: I tutaj mam znowu problem. A wiąże się on z moją specyficzną osobowością i światopoglądem. Nie wierzę we wzory do naśladowania. Nie wierzę w autorytety. Wierzę za to w mój talent, wierzę w to, że warto pisać mimo wszystko. A jako skrajna indywidualistka powiem ci jeszcze, że każdy artysta powinien sam odnaleźć swoją własną drogę. Nie tylko w pisaniu, ale również w życiu.

ETN: Kiedy kolejna książka?

MP: Kiedy się napisze. Będzie dłuższa od pierwszej części, bo akcja będzie się toczyć równocześnie w Afryce i w Europie. Ale już zaczęłam i świetnie się bawię w trakcie pisania.

Droga Magdaleno, bardzo dziękuję Ci za wartościową rozmowę. Myślę, że Twoje słowa będą pomocne dla każdego, kto marzy o pisaniu. Mnie wywiad z Tobą bardzo zainspirował i zmotywował do dalszej walki z samą sobą o dokończenie pisania książki. Życzę Czytelnikom, by śmiało brali z Ciebie przykład osoby tyleż samo pracowitej, co przebojowej i kreatywnej. A Tobie, by pisanie kolejnej książki dostarczyło Ci co najmniej tyle samo frajdy, co przy pierwszej części Twierdzy Kimerydu. Przy okazji zapraszam też wszystkich na jeden z moich ulubionych portali literackich www.szuflada.net. Naprawdę warto!