W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

W moim życiu nic się nie dzieje – 3 powody, dlaczego i 3 wskazówki, jak to naprawić

Oj, biedactwo ty moje! Pogłaskałabym cię po główce i przytuliła, bo życie jest takie paskudne. Wokół tylko szare budynki, ci sami nudni ludzie i wkurzający szef. Nikt nie zasłużył na tak miałkie życie. To absolutnie nie jest twoja wina, przecież jesteś ciekawą, inteligentną osobą, to ze światem jest coś nie tak!

Gówno prawda. To jest twoja wina, pieprzony malkontencie. Weź się w garść, dobra? Już ja cię nauczę!

To może najpierw o mnie, bo to mój tekst czytasz i to najwyraźniej w jakimś celu.

W przyszłym tygodniu skończę dwadzieścia sześć lat. W ubiegłym miesiącu zrezygnowałam z pracy na etacie. Nie mam żadnych oszczędności. Państwo oferuje mi na szczęście ubezpieczenie jako osobie bezrobotnej oraz dotacje na założenie działalności gospodarczej. Mam głowę na karku, w 90% wypełnioną pomysłami, a w 10% obawami. W sercu marsza gra mi wolność, ale w weekend i tak rzucam wszystko i jadę w Bieszczady, w maju prawdopodobnie wybieram się do Warszawy, w lipcu jadę na 10 dni na Mazury oraz najprawdopodobniej w Tatry, w sierpniu – Sopot, we wrześniu – Londyn?, a w listopadzie powinnam wylądować na co najmniej 4 dni w Krakowie. Gdzieś po drodze zahaczę o Pragę.

Nie jeździłam tyle nawet pracując w wydawnictwie podróżniczym.

Facebook pokazuje mi, że od stycznia poznałam siedemdziesiąt nowych osób, tyle samo polubiło mój blog na przełomie marca i kwietnia.

Nie jestem przemęczona, wysypiam się wreszcie solidnie, nie chcę za bardzo narzekać, a gdybym już chciała, to nie mam na co.

W tym momencie naprawdę wiem, że ze wszystkim sobie poradzę, nie od razu, powolutku, ale z uśmiechem na twarzy.

Myślicie, że jestem szalona?

Myślicie, że mnie obchodzi to, co myślicie?

Brutalna prawda o byciu szczęśliwym jest taka, że nasz komfort uzależniamy bardzo często od oczekiwań ludzi, którzy nas otaczają. Chcemy, by dobrze o nas myśleli, więc marnujemy nasz własny czas (najcenniejszy surowiec w tym uniwersum, kochani!), by spełnić ich wymagania. Pragniemy być przez nich lubiani, akceptowani, bo jeśli nie, to kto nam pomoże? Kto nas wesprze w trudnej sytuacji?

Wyobraźcie sobie, ze nawet, jeśli przez całe życie będziemy komuś pomagać i latać wokół niego z wywieszonym jęzorem, będąc na każde skinienie, ta osoba i tak może nas zawieźć, gdy my będziemy jej potrzebowali.

A co z tego, jeśli inni powiedzą, że jesteśmy egoistycznymi borsukami albo niewdzięcznymi kapibarami?

Może jesteśmy, i co?

Jeśli nie ty zadbasz o siebie, to nikt inny za ciebie tego nie zrobi.

Ale jeśli ty nie zatroszczysz się o swój własny czas i swoje własne priorytety, zrobi to kto inny. Dostosowując je pod siebie.

Bo jeśli po ośmiu godzinach pracy przychodzisz do domu i snujesz się z kąta w kąt, ktoś z rodziny na przykład nie będzie miał skrupułów, żeby wetknąć ci dziecko do opieki, choć nie masz na to najmniejszej ochoty. Jeśli nie masz odwagi powiedzieć szefowi w pracy, że nie chcesz wypełniać nowych obowiązków, to będziesz je wypełniać. A gdy ktoś cię irytuje swoją paplaniną, a ty nie powiesz mu, żeby zamknął twarz, bo boisz się, że ta osoba się obrazi (sic!), to dalej czeka cię wysłuchiwanie głupot.

Czy już wiesz, dlaczego w Twoim życiu nic się nie dzieje?

Dalej uważasz, że to nie jest Twoja wina? Okej, to teraz ja posłucham Twoich wymówek.

Nie mam kasy

Brakuje mi pieniędzy, żeby gdzieś pojechać.
(Ale żeby sobie pójść codziennie na obiad za pięćdziesiąt złotych to spoko).
To była moja wymówka praktycznie od urodzenia do zeszłego roku, przez ćwierć wieku, dacie wiarę? Człowiek strasznie wolno uczy się nowych rzeczy.
Zdobywanie kasy samej w sobie jest genialną przygodą, obfitującą w całkiem sporo emocji. Ostatnie lata mojej kariery zawodowej uświadomiły mi, że kasy się nie zarabia, tylko kasę się organizuje. Do tego dochodzi kwestia priorytetów i chęci, ale jeśli zaplanujesz sobie wyjazd na lipiec, to od stycznia jesteś w stanie po prostu odłożyć te pieniądze – to najprostsza droga. Czasami okazuje się, że na wyjazd na drugi koniec Polski na długi weekend wystarczy Ci 300 zł!
To naprawdę tak dużo?

Nie mam czasu

A prowadzisz kalendarz?
Bo właściwa odpowiedź brzmi: mam czas, co prawda dopiero za dwa miesiące, ale wtedy akurat widzę puste rubryczki w moim organizerze.
Jeśli nie potrafisz ogarnąć swojego kalendarza Google albo papierowego harmonogramu, to jest coś z Tobą faktycznie nie tak. Nie masz pojęcia, ile czasu przepierdalasz, więc może najpierw to sprawdź, potem zaplanuj kilkanaście minut na dziwienie się i mówienie wszystkim dookoła, jakie życie jest jednak proste i fajne, jak się człowiek zorganizuje, a potem zacznij korzystać z planowania! Przejrzyj sobie ten rok, wyznacz czas na urlop, poszukaj dłuższych weekendów i imprez, które się wówczas odbywają, po czym jedź na te najbardziej interesujące!
A za dnia – naprawdę nie znajdziesz dwóch, trzech godzinek raz w tygodniu na robienie czegoś nowego po pracy? Może sport, kurs gotowania, pisanie książki albo bloga, cokolwiek poza gapieniem się w telefon…?

Nie mam z kim

Pewnie dlatego, że jesteś za fajna.
Zarabiasz tyle i tyle, nie będziesz zadawać się z kimś, kto zarabia mniej. A może masz doktorat z tego i z tego, więc osoby z wykształceniem średnim z góry traktujesz jako opóźnione intelektualnie. Z tamtą laską też się nie będziesz przyjaźnić, bo ma kolczyk w złym miejscu i nazywa ludzi chorymi pojebami, a to przecież takie bez klasy czy taktu. Poza tym w twoim wieku to większość już jest ohajtanych i dzieciatych, więc naprawdę trudno o nowych znajomych z podobnego rocznika.
Hm, a może skumpluj się z kimś 10, 20 lat starszym albo młodszym od siebie?
Odrzuć swoją dumę i uprzedzenia, ludzie są ciekawi niezależnie od tego, czy ich zainteresowania, religia albo statut społeczny pokrywają się z Twoim. Często wręcz przeciwnie.
Zanim kogoś ocenisz i zdyskwalifikujesz, spróbuj go poznać.
Mieszkasz w małej miejscowości? Spróbuj Internetu.
Nikt nie chce Cię zaprosić na piwo w dużej miejscowości? Sama kogoś zaproś, jak nie na piwo, to na planszówki.
Nie czekaj, aż ktoś przejmie inicjatywę, sama inicjuj!
Wyjdź człowiekowi naprzeciw z uśmiechem na twarzy, bo wszyscy mamy takie same potrzeby. Chcemy mieć z kim porozmawiać, obejrzeć serial, zjeść popcorn, pogadać o codzienności, bez względu na to, ile mamy lat!
A już ostatecznie: czy naprawdę potrzebujesz człowieka do wszystkiego? Nie możesz mieć jakiegoś zajęcia, którego podejmiesz się samodzielnie? Samotne wyprawy przecież też są cudowne!

Oto moje wiosenne przesłanie.
(Zimą pewnie bym powiedziała, że życie jest do dupy i nie warto się starać o cokolwiek, i tak wszyscy umrzemy).
No ale wiecie, ile razy można komuś powtarzać, żeby się ogarnął, skoro można napisać to raz i potem tylko wysyłać mu linka?
Trochę mi głupio, że zrzuciłam na Was tekst na grubo ponad tysiąc dwieście słów, ale jeśli obrana tutaj filozofia do Was w miarę przemawia, to polecam jako lekturę dopełniającą książkę Rafaela Santandreu Być szczęśliwym na Alasce. Uwaga: wewnątrz nie ma ani jednego słowa o Alasce. Za to sporo o byciu szczęśliwym albo przynajmniej o skończeniu ze szkodliwym, malkontenckim pierdoleniem.

Na koniec jeszcze jedna myśl do rozważenia.
Może nie jesteś w istocie typem, który lubi przygody, nowych ludzi, ciekawe doznania…? Może pasuje ci bura codzienność, ludzie, których spotykasz codziennie, nie potrzebujesz wcale nowości. Netflix, piwko i kanapa w domu też ma swój urok, zawsze można popisać z jakimś starym znajomym na fejsie… Ja nie mówię, że to jest złe, rozumiemy się? I nie chcę, żebyś to rzucił, jeśli taki tryb życia ci odpowiada.
Ale zrozum to, zaakceptuj i przestań gadać na około, że tak ci źle i niewygodnie, i przykro, i ciągle coś nie tak, bo… to twój wybór. Stałość, pewna doza rutyny, zaufane grono znajomych – w tym nie ma nic złego, a jeśli ktoś z tego powodu ci ciśnie, więc udajesz, że ci to nie pasuje, skończ z tym.

Po prostu bądź ze sobą szczery.

Ale wyjdź z chałupy od czasu do czasu, bo słońce pięknie świeci i warto pooddychać świeżym powietrzem.

Pozdro!

Jeśli tekst Ci się spodobał, daj mi kopa do kolejnych tekstów – zasadź mi lajka na fanpage.

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Siedem rewelacyjnych podróży, niezliczona ilość spotkań z barwnymi postaciami, odebranie Nagrody Magellana w Warszawie na PGE Narodowym, 113 zdobytych punktów GOT, miłość, fajerwerki na Moście św. Rocha, dżungla, dwie przeprowadzki… I momenty słabości. O tym, dlaczego rok 2017 był najlepszym rokiem mojego życia i dlaczego przyszły będzie również, w corocznym podsumowaniu, ja, Emilka Teofilka, dla Was, najmilsi!

Tytułem wstępu: to już szóste podsumowanie noworoczne na Fabryce dygresji. Poniżej możecie sprawdzić, jak wyglądał rok

20122013 (w skrócie: beznadziejnie), 2014, 2015 (w skrócie: zajebiście), 2016.

Wniosek jest jeden, Emilka dorasta. W tym roku bardzo to odczułam. W 2016 roku postanowiłam sobie, że przyspieszę, tymczasem rok 2017 upłynął mi spokojnie. W dosyć szybkim tempie, faktycznie, ale pamiętam, iż pisząc tamte słowa, miałam na myśli moją karierę literacką. Pisanie książki nie poszło mi tak dobrze, jak planowałam. Zboczyłam za to w… podróżowanie.

To z pewnością zasługa wyjątkowego mężczyzny, który skradł moje serce. Dzięki jego stałej obecności w moim życiu nie czuję się już taką nieodpowiedzialną szczeniarą jak wcześniej, która chodziła wiecznie z petem w mordzie, robiła z siebie niezrozumianą artystkę i co chwila zakochiwała w innym osobniku o wątpliwej zdatności do faktycznego statecznego użycia. A może jego obecność jest po prostu wynikiem metamorfozy, która zaczęła się już wcześniej? Zaczęłam odczuwać potrzebę opiekowania się innymi istotami, bo ingerowanie w sprawy innych ludzi i pragnienie uratowania ich, choć sami woleli zaprzepaścić siebie i swój rozwój, za bardzo mnie wyczerpywały. W końcu zrozumiałam, że podejmując karkołomne próby zbawienia ludzi wydawałoby się mi bliskich, siebie samej nie zbawię, a o to tu przecież chodziło. Dlatego kupiłam sobie (i otrzymałam w licznych prezentach) zieloną szajkę, która co chwila powiększa swe grono.

Processed with VSCO with c1 preset

Ale wybaczcie, to wszystko dygresja, miało być o podróżowaniu. Jak co roku z Agatą wybrałyśmy się na Kolosy. Balety z bandą podróżników jak zwykle obfitowały w intensywne doznania, a przy okazji rozmówiłam się z gdyńskim wydawnictwem, które skroiło mój tekst. Na szczęście ich reakcja była szybka i taktowna, więc po przeczytaniu przeprosin i zadośćuczynieniu szkód, udzieliłam rozgrzeszenia, bo każdy może popełnić błąd i każdy powinien mieć szansę jego naprawienia. Tak więc kwas anulowany.

W międzyczasie skończyłam 25 lat.

Nie planowałam więcej wyjazdów aż do maja na Warszawskie Targi Książki, ale tuż po Kolosach spadły mi klapki z oczu i zadurzyłam się jak porąbana, więc postanowiłam wyruszyć w Beskidy razem z nowym chłopakiem. Wtedy zrozumiałam, w jak opłakanej kondycji jestem, bo łażenie po pagórkach z plecakiem wyglądało mniej więcej tak: dziesięć metrów, postój, dziesięć metrów, postój, pięć metrów, postój, kurwa mać, ja pierdolę, nie idę dalej. Ostatecznie, kiedy ukochany wziął mój plecak, jakoś zmusiłam się do marszu, ale nie potrafiłam się cieszyć pięknymi widokami. Z opresji wyratowała mnie Ciocia Ebi, u której zaliczyliśmy nocleg. Było nam szalenie miło gościć w pałacu Ebi i jej szanownego mężonka. Zapraszamy w dalszym ciągu do Poznania, koniecznie!

W Warszawie rozwaliliśmy z Sikorą i Arunem system, zdobywając nagrodę dla Wydawnictwa Dygresje Nagrodę Magellana. Fajne jest to, że moja praca daje mi możliwość stworzenia sobie wydawnictwa, którego nazwa będzie pochodzić od mojego bloga, i że mogę sobie pojeździć po Polsce. Już w miesiąc później bowiem wybraliśmy się do Ząbkowic Śląskich na festiwal PodRóżni – festiwal o krok dalej. Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale praca w wydawnictwie podróżniczym zniechęciła mnie trochę do podróżowania. Nie miałam ochoty poznawać świata, bo wiedziałam już, co może mi się przydarzyć na Sulawezi czy gdybym pokonywała wózkiem sklepowym kilometry gdzieś w południowoamerykańskiej głuszy… Ale kiedy ukochany powiedział mi o wyprawie w Sudety, po początkowym wahaniu (ze względu na mękę w Beskidach) postanowiłam ruszyć tyłek. Kupiliśmy solidne buciory, śpiwory i wsiedliśmy bladym świtem w pociąg. Moja kochliwość jest chyba nieodłącznym elementem mojego charakteru, ale tym razem zakochałam się w dzikiej górskiej naturze.

Processed with VSCO with c1 preset

Później minęły trzy lata mojej pracy w firmie, powiedziałam po raz pierwszy kocham Cię i na zaproszenie Jagódki udałam się nad morze, gdzie po raz kolejny zakosztowałam natury. Samej udało mi się ogarnąć szlaki! Odwiedziłyśmy Woliński Park Narodowy, widziałyśmy żubry, przeszłyśmy plażą pieszo z Międzyzdrojów do Świnoujścia, wdrapałyśmy się na pierwszą w naszym życiu latarnię morską i łapałyśmy autostopa, by uciec przed dzikami.

A potem z najbliższymi stałam na Moście św. Rocha, w samym centrum Poznania i widziałam fajerwerki wystrzeliwane dookoła, a najpiękniejsze nad katedrą, bo odbijały się w nieprzeniknionej tafli Warty.

I tak, bywało w tym roku wkurwę ciężko. Kiedy miałam załamanie nerwowe, kiedy zerwałam niszczącą mnie relację (a może nawet dwie…?), kiedy dowiadywałam się mrocznych sekretów z przeszłości, kiedy trzeba było iść do sądu, kiedy po raz pierwszy zderzyłam się ze śmiercią koleżanki z liceum, która popełniła smobójstwo… To prawda. Życie łamało mnie w pół sporo razy.

Ale wszystko, co się wydarzyło, dobre czy złe, stanowiło dla mnie cenną naukę.

Znajoma, będąca chyba pod wpływem moich wpisów o depresji, wywnioskowała, że jest u mnie do bani, więc zaoferowała swoje ramię do wypłakiwania się. Andrzej, kiedy mu opowiadałam, co u mnie słychać, stwierdził, że wydawało mu się, że u mnie jest bardziej kolorowo. Nie ukrywam, że rok 2017 spłynął parę razy moimi gorzkimi łzami, nie kąpałam się w złocie i diamentach ani nie jadłam na śniadanie bitej śmietany z tęczową posypką, ale pomimo tego to był chyba najlepszy rok mojego życia. Może nie najlepszy… Najpełniejszy. Najbardziej świadomie przeżyty prawdziwie, a nie przeżyty marzeniami. Tak się cieszę, że się udało.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Nie, jak twierdzi p. Jacek Walkiewicz, co cię nie zabije, to cię nie zabije. Nie czuję się mocniejsza, czuję się bardziej wrażliwa…

Już Was pewnie zanudziłam na śmierć, ale ten wpis akurat, wybaczcie, ten jeden właśnie, nie jest dla Was, tylko dla mnie.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale chyba pozbyłam się też uporczywych bólów głowy.

Przeczytałam trochę książek, spośród których Wzgórze psów Jakuba Żulczyka i Czarną Wojciecha Kuczoka stawiam absolutnie na pierwszym miejscu.

1

Kupiłam sobie wreszcie okulary, ponownie więc stałam się okularnikiem.

Dowiedziałam się, że moje opowiadanie ukaże się w czasopiśmie Fabularie. (To już w tym miesiącu)!

I planuję, by rok 2018 był kolejnym najlepszym rokiem mojego życia.

Nie wiem do końca, jak to zrobić. Niby miałam dużo postanowień, ale wszystkie są chyba nie są na dłuższą metę istotne. Jedyne, co powinnam zrobić, to pomnożyć moje szczęście dzięki ciężkiej pracy. Zaraz w końcu Kolosy i premiera Oceanu o Olku Dobie, mojego najgrubszego projektu w pracy na ten kwartał, a wcześniej festiwal podróżniczy Śladami Marzeń… Czuję, że potrzebuję bardziej się zorganizować, a ten wpis to początek tej procedury. W końcu potrzebuję wygospodarować mnóstwo czasu na dokończenie książki…

Z blogiem mam głębszą rozkminę. Chciałam sobie zrobić pół roku urlopu, a moi przyjaciele zdeklarowali się, że będą za mnie przygotowywać dla Was teksty, ale, cholera… Przeglądałam wszystkie wpisy. Wasze reakcje, słowa kluczowe, statystyki… Jeśli odpuszczę w tym roku, który może być kluczowy lub blisko kluczowego, tego wiecie, jebnięcia, mogę coś zaprzepaścić… Dlatego dalej się waham. No, trza tutaj ostro pogłówkować, jak to rozwiązać, bo mam niestety tylko jedno życie i 24 godziny do dyspozycji.

Ale, na dobrą sprawę, jeśli 2018 rok miałby wyglądać jak 2017, byłabym przeszczęśliwa.

Na koniec, sobie i Wam, życzę mnóstwa czasu na poznawanie nowych, fascynujących ludzi, rozwijające podróże po Polsce i świecie, zacieśnianie więzów rodzinnych, relacji przyjacielskich i romantycznych, zdrowia. Satysfakcji w każdej dziedzinie Waszego życia. I nawet, jeśli to życie będzie Was łamać (niestety nie da się tego uniknąć), byście potrafili szybko się ogarnąć, posklejać do kupy i trwać naprzekór wszystkim trudom.

Wasza

Emilia

 

10 najważniejszych momentów 2017. Góry!

10 najważniejszych momentów 2017. Góry!

Nigdy nie byłam za granicą. Nigdy nie byłam na prawdziwych wakacjach. Urlop od kilku lat najczęściej spędzałam w mieście, zastanawiając się gorączkowo, co się dzieje beze mnie w firmie. Aż tu nagle mój chłopak mówi: idziemy kupić śpiwory i jedziemy w Sudety.

Zanim zdałam sobie do końca sprawę z tego, co to znaczy, już byłam ciągnięta bladym świtem za rękę na dworzec i sadzana w pociągu. Kilka godzin później, jeszcze jadąc w kierunku Szklarskiej Poręby, poznałam przesympatyczną parę przyjaciół mojego chłopaka, przodownika PTTK i fajną młodzież, z którymi miałam spędzić najbliższe dni.

Chodziliśmy od schroniska do schroniska. Cały dzień wędrówki z przerwą obiadową, a potem kolejne kilometry w górę i w dół, pośród ogromu przyrody, szumiących wodospadów, zielonych drzew i majestatycznych skał. Byłam zgrzana, upocona, zmęczona i ogromnie z siebie zadowolona. Zwłaszcza, kiedy weszliśmy na Słoneczniki. Kilkudziesięciominutowe wchodzenie po schodach, gdzie z każdym stopniem było już coraz zimniej, stanowiło bardzo oczyszczające doznanie. Kiedy znalazłam się na szczycie, drżąc z zimna, pomyślałam, że jeśli coś będzie mi kiedykolwiek sprawiało trudność, pomyślę sobie o tej wędrówce. I od razu będzie mi lepiej.

Działa.

Telefon rozładował mi się chyba już na drugi dzień. W schroniskach, jak się okazało, gniazdek z energią elektryczną jak na lekarstwo. Jedno w dziesięcioosobowym pokoju. Nawet nie chciało mi się pchać do kontaktu.

Wszystko miało swój urok. Spanie w namiocie harcerskim w kanadyjce i szczypiące w nos zimno. Zapierające dech w piersiach widoki. To, że do szczęścia tak naprawdę wystarczy kubek z wrzątkiem, byle coś zjeść oraz miejsce na rozłożenie śpiwora, byle trochę pospac. Poznawanie historii życia nowo poznanych ludzi. Ponowne zdanie sobie sprawy z tego, że nie jesteśmy samotnymi wyspami. Wszyscy mamy podobny bagaż, który musimy dźwigać przez życie.

Najważniejsze jest to, że obok jest osoba, która nas złapie za rękę, gdy będzie nam za ciężko, i podciągnie nas w górę. Że mamy z kim podzielić się ciężarem. Że pilnujemy się wzajemnie, by nie upaść. Że możemy dostosowywać swoje tempo podróży, jeśli jest różne, ale możemy też iść w różnym tempie, w tę samą stronę, wciąż będąc razem.

Doświadczyłam tego podczas tej wyprawy nieraz, dosłownie i w przenośni.

Processed with VSCO with c1 preset

Góry? Polecam.

Emilia

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

Katarzyna Maniszewska — Podróżnik bez powodu!

Wiecie, za co przede wszystkim uwielbiam moją pracę? Za to, że mogę poznawać fantastycznych ludzi. Chciałabym się z Wami nimi podzielić, bo dostarczają mi mnóstwo inspiracji, życiowej mądrości oraz są osobami, z których można śmiało brać przykład. Jedną z nich jest Katarzyna Maniszewska. Nieprzeciętna osobowość, a do tego autorka książek Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia oraz Podróżnik bez powodu. W 40 dni dookoła świata. Ta ostatnia ma dziś premierę!

Emilia Teofila: Kasiu, jesteś osobą bardzo wszechstronną — ukończyłaś germanistykę i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, jesteś doktorem nauk humanistycznych, pracujesz jako wykładowczyni, jesteś członkiem Rady Naukowej Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, lecz przede wszystkim… podróżniczką! Co bardziej Cię ukształtowało jako osobę – uniwersytet czy świat poza nim? Co doradziłabyś młodzieży, która właśnie zastanawia się nad wyborem własnej życiowej drogi – pójście na studia, czy pójście w nieznane?

Katarzyna Maniszewska: Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa, ale nie określiłabym się osobą wszechstronną. To nie jest tak, że jestem fizykiem i, dajmy na to, hobbystycznie muzykologiem. Moje zainteresowania są wobec siebie komplementarne, np. prowadzę w Collegium Civitas zajęcia  „Geografia terroryzmu”, które pozwalają mi łączyć wątki podróżnicze z bezpieczeństwem. Ale odpowiadając na pytanie, generalnie uważam, że każdy powinien wybierać swoją własną drogę. Nie jestem rzecz jasna przeciwnikiem studiów, uważam, że edukacja formalna rozszerza horyzonty, a i w życiu zawodowym nie jest bez znaczenia, ale szczerze przyznaję, że więcej nauczyły mnie podróże niż szkoła. Zresztą, obecnie podczas studiów istnieje  wiele możliwości podróżowania, wymian studenckich, stypendiów, staży zagranicznych etc. i bardzo zachęcam do korzystania z tych opcji! 

ET: Skąd w Tobie zrodziła się pasja do podróży?

KM: Chyba z lektury. A konkretnie przeczytanych w dzieciństwie książek takich jak Kon Tiki, Robinson Crusoe, W 80 dni dookoła świata czy przygód Tomka Wilmowskiego. Postanowiłam w dorosłym życiu realizować swoje dziecięce marzenia. 🙂

ET: Czego można się nauczyć, zwiedzając świat?

KM: Podróże to kopalnia wiedzy o świecie, o kulturze, historii, geografii, ale także o sobie samym. Otwierają oczy. Zwłaszcza podróże w pojedynkę, z plecakiem, pozwalają sprawdzić się w różnych sytuacjach, często znacząco wykraczających poza tzw. strefę komfortu. 

ET: Jacy są ludzie poza granicami Polski i czy można liczyć na pomoc nieznajomych?

KM: Przekonałam się podczas podróży, że ludzie nawet w najodleglejszych zakątkach globu są w gruncie rzeczy tacy sami, mają podobne potrzeby, marzenia, troski… Spotkałam się z ogromną życzliwością, serdecznością, gościnnością. Chociaż, jak to mawiam, idiotów nie brakuje w żadnym kręgu kulturowym i pod żadną szerokością geograficzną, więc — jak i w Polsce — są osoby otwarte i gościnne, skore do pomocy, a są i osoby niekulturalne, obawiające się obcych, pełne uprzedzeń i stereotypów.

ET: Jakie było Twoje najintensywniejsze przeżycie pośród wszystkich dotychczasowych podróży?

KM: Nie wiem naprawdę. Każda podróż przynosiła bardzo intensywne emocje – od euforii po skoku na bungee w Zambii czy też kiedy zobaczyłam po raz pierwszy posągi na Wyspie Wielkanocnej do skrajnej złości przy próbie kradzieży moich rzeczy w Zimbabwe czy też wulgarnych zaczepkach w Indiach. Ale ponieważ zawsze, nawet z niesympatycznych perypetii wychodzę cało i zdrowo, to traktuję to wszystko jako część doświadczenia, jakim są podróże.

ET: Dziś wyjątkowy dzień – premiera Twojej kolejnej książki, Podróżnika bez powodu. W 40 dni dookoła świata. Jak znalazłaś pośród codziennych obowiązków czas na pisanie?

KM: Pisałam podczas urlopu – oto cały sekret 🙂 Notatki robiłam podczas podróży, potrzebowałam kilku tygodni w spokoju, że wszystko spisać i szczęśliwie mi się to udało. Jestem dość zdyscyplinowaną osobą, jak sobie coś postanowię to zwykle się tego trzymam. Późniejsza praca nad edycją tekstu poszła sprawnie, dzięki Twojej fachowej pomocy, moja droga Redaktorko! (Emilia jest redaktorem mojej książki — przypis KM 😉

mockup_podroznik

Sprawdź na http://www.sorus.pl/ksiazka/podroznik-bez-powodu-w-40-dni-dookola-swiata/

ET: Co mówią Twoi najbliżsi o Twoim bakcylu podróżniczym? Czy wyjazdy nie utrudniają Ci prowadzenia życia prywatnego?

KM: Mam to szczęście, że mam świetnych przyjaciół i rodzinę, która mnie wspiera, więc podróże nie są żadnym problemem w życiu prywatnym. Moi bliscy po prostu kibicują mi w realizacji podróżniczych pasji.

ET: Co w życiu przynosi Ci najwięcej satysfakcji — podróże, pisanie, a może jeszcze co innego?

KM: Największą satysfakcję przynosi mi praca nauczyciela — kiedy widzę, że młodzież nie tylko rozumie, chętnie się uczy, ale i dyskutuje, nie boi się wyrażać własnego zdania, szanuje opinie innych, angażuje w zajęcia, i przede wszystkim myśli — to jest największa satysfakcja. Sprawić, żeby zajęcia były dla nas wspólną intelektualną przygodą to jest ogromne wyzwanie, ale też prawdziwa radość dla wykładowcy.

ET: Czy określiłabyś siebie mianem feministki?

KM: Nie lubię etykietek, zwłaszcza tak szerokich i różnorako interpretowanych. Jestem po prostu sobą. Uważam, że wszyscy ludzie są równi i dyskryminacja z jakiegokolwiek powodu nie powinna mieć miejsca. A już na pewno nie z powodu płci. Ale niestety dyskryminacja kobiet ma miejsce. I to nie tylko w odległych zakątkach globu, ale i w naszym kraju. Uważam, że kobiety powinny mieć nie tylko na papierze równe prawa z mężczyznami, a także równe traktowanie (np. w miejscu pracy) i równy szacunek (autentyczny, a nie czysto deklaratywny). 

ET: Gdzie według Twojej opinii lepiej żyje się kobietom: w Polsce czy za granicą? Czy byłaś może w kraju, w którym kobiety są naprawdę równe mężczyznom?

KM: To bardzo szerokie zagadnienie… W wielu miejscach kobiety traktowane są przedmiotowo, i to uprzedmiotowienie ma różne oblicza. Pisałam o tym trochę w poprzednim „Podróżniku”. Byłam w miejscach, gdzie kobiety traktowane są właściwie jak własność mężczyzny, spotkałam taką sytuację np. w Papui Zachodniej, gdzie w tradycyjnym modelu rodziny, kobieta zajmuje się dziećmi, domem i pracą, a mężczyźni nie robią całymi dniami nic, przy czym żonę można kupić za jednego prosiaka. Byłam też w miejscach, gdzie dba się o równy status kobiet i mężczyzn, dobrym przykładem są kraje skandynawskie. Polska jest pewnie gdzieś w środku tej skali. Z jednej strony nasi rodzimi „dżentelmeni” często perorują, jak to wielce szanują kobiety, w mankiet buchną, na 8 marca przylecą z kwiatkiem, ale z drugiej strony odnoszę wrażenie, że część z nich najchętniej by kobiety zamknęła w domach i sprowadziła do ról podobnych do przywołanych w papuaskich wioskach…

ET: Jak powinna zadbać o siebie współczesna kobieta, by być szczęśliwym człowiekiem?

KM: W idealnym świecie kobieta powinna sama móc wybrać swoją drogę. Wolność wyboru drogi życia to – wg mnie – klucz do szczęścia. Przy czym nie ma – jak sądzę – jednej recepty na owo szczęście. Dla każdego oznacza ono inne priorytety, realizację innych celów. Ale kobiety powinny móc o sobie decydować – o swojej edukacji, wyborach życiowych, ścieżce zawodowej, realizacji zainteresowań. Takich możliwości życzę nam wszystkim!

Na zakończenie chcę serdecznie podziękować Kasi za to, że poświęciła swój czas, by odpowiedzieć na pytania. Mam nadzieję, że zapis tej rozmowy pokaże Wam, zwłaszcza młodszym czytelnikom, że w życiu można robić fantastyczne rzeczy. Takie, o jakich nam się zamarzy. Potrzeba do tego tylko uporu.

Wspomnę też, że kupując najnowszą książkę Kasi, możecie uczynić świat lepszym. Podróżniczka została ambasadorką akcji organizowanej przez Fundację im. Kazimierza Nowaka, Z dżungli na studia.

2

Polecam Wam również spotkania z Katarzyną Maniszewską podczas rozmaitych prelekcji w Warszawie. Daty wszystkich spotkań oraz ciekawostki na temat wizyt Kasi w różnych zakątkach świata są dostępne na Facebooku Podróżnika bez powodu. Zapraszam do polubienia! Mam nadzieję, że wywiad zainspiruje Was do odkrywania życia i walki o spełnianie swoich marzeń.

Joanna Grzymkowska-Podolak – Zakochani w świecie. Malezja

Joanna Grzymkowska-Podolak – Zakochani w świecie. Malezja

Najlepsza książka na lato 2017 wg serwisu granice.pl. Książka podróżnicza, w której dużo jest o podróżowaniu po samym sobie oraz relacji z najbliższym człowiekiem. Malezja to po Maroko i Indiach trzecia część cyklu Zakochani w świecie autorstwa Joanny Grzymkowskiej-Podolak, która podróżuje wraz z mężem, Jarosławem Podolakiem, w najatrakcyjniejsze turystycznie rejony globu.

Malezja jest krajem pięknym, ciekawym i kontrastowym. W jego stolicy, Kuala Lumpur, pysznią się wieżowce Petronas Towers, mające aż osiemdziesiąt osiem kondygnacji. Na obrzeżach zaś spokojnie, dostojnym krokiem, spacerują w najlepsze dystyngowane warany. To tam żyje najstarszy na świecie las, Taman Negara. I wszędzie dostępne są soczyste owoce, w tym również te najbrzydziej pachnące, jak duriany. Można też spotkać największe i być może najdziwniejsze kwiaty na świecie, raflezje. I właśnie tam, gdzie nowoczesność, biznes i technika świetnie rozwija się obok bujnej przyrody, udali się Zakochani w świecie.

Największą zaletą trzeciej książki Joanny Grzymkowskiej-Podolak jest to, że rozbudza ciekawość czytelnika od pierwszej strony. I, uwaga, zaspokaja ją, ale tylko w pewnej mierze. Przezabawna, głodna wrażeń i energiczna autorka przedstawia bowiem najrozmaitsze informacje o kraju. Opowiada na przykład o religii i świętach.

W Malezji obok meczetów stoją świątynie hinduskie i taoistyczne. Wszyscy, choć może każdy inaczej, celebrują chiński Nowy Rok, hinduskie święto światła Diwali czy muzułmańskie Urodziny Proroka Mahometa. Obok ortodoksyjnych muzułmanek, które nawet dłonie zasłaniają czarnymi rękawiczkami, przechadzają się Chinki ubrane w skąpe spódniczki. Nie mówiąc już o tym, że w wielu miejscach bez skrępowania pojawiają się osoby transseksualne!

Dalej przedstawia też z grubsza charakter malezyjskiej kuchni, wprost przebogatej w smaki. O tych pysznościach mogłabym czytać bez końca. Sęk w tym, że samo czytanie nie wystarcza. Podczas lektury bardzo często zapalała mi się w głowie lampka: jedź tam, poczuj to, zobacz, posmakuj. Mimo że pozornie powinnam mieć dosyć włóczęgi (dopiero wróciłam z urlopu, o czym pisałam ostatnio), naprawdę zaczęłam odczuwać potrzebę spakowania plecaka i opuszczenia domu. To jedna z największych zalet Zakochanych w świecie. Nieodmiennie motywują do podróży.

Nieocenione są wszak wskazówki dla podróżujących, które chcieliby odwiedzić Malezję. Z których lotów skorzystać, gdzie spędzić noc, jakie miejsca zobaczyć przede wszystkim. I miejsca te opisane są rewelacyjnie. Zagłębiwszy się w lekturę, świadomość czytania opuszcza nas i przed oczyma stają kolorowe obrazy, które autorka przedstawia z dużą wprawą. Całości dopełniają zdjęcia, dokumentujące spotkania z niesamowitymi zwierzętami czy ciekawymi postaciami. Jest ich całkiem sporo, choć większość możemy zobaczyć wychodząc poniekąd z książki, lecz cały czas przebywając na terytorium Zakochanych w świecie. Malezja jest bowiem książką interaktywną. Korzystając z aplikacji Tap2C, możemy lepiej eksplorować Malezję dzięki materiałom zgromadzonym przez Asię i Jarka. Bardzo mi się ten pomysł spodobał!

 

Większość z wymienionych wyżej aspektów można odnaleźć w innych książkach podróżniczych. Ale są pewne elementy, których nie uświadczy się nigdzie indziej. Przede wszystkim jest to, jak we wcześniejszych częściach, przyjemny humor. Prosty, sytuacyjny, skuteczny, np. wówczas, kiedy Asia śmieje się z Jarka, że ma w podróży dużą głowę i stanie się celem dla łowców na Borneo. Ponadto jest to książka o radzeniu sobie w podróży, a zatem nie tylko podziwianiu pięknych widoków, ale i sposobach na przetrwanie trudnych momentów, kiedy jest się zdanym na siebie i drugą osobę. Jak pisze sama autorka

Ale podróż to również sztuka wyboru i umiejętność podejmowania nie zawsze wygodnych decyzji.

Zakochani w świecie to nie jest książka w żaden sposób o psychologii związku, lecz dzięki lekturze można wiele w tej dziedzinie się nauczyć.

Nigdy nie kryjemy, że kłótnie i sprzeczki, czasem większe, czasem niewinne, jak ta o za dużą głowę, są stałym elementem naszych podróży. […] Podróże to kawałki naszego życia. Te wyjątkowe. W podróży jest czas na żarty, złośliwości, rozmowy, które pewnie nigdy nie odbyłyby się w stacjonarnym trybie. Myśli, umysł, ciało – po prostu nasze organizmy – funkcjonują inaczej. […] A trudno sobie wyobrazić bardziej intensywne bycie ze sobą niż podczas wspólnych wypraw. Kilka tygodni, miesięcy z mężem lub żoną, partnerem lub partnerką non stop. Dzień w dzień, noc w noc. Bylibyście na to gotowi? Zapewniam, że po jakimś czasie zostaje tylko prawda. […] O tym, jak nam samym ze sobą i ze sobą razem jest. […] Kilka tygodni, miesięcy w podróży – tak moim zdaniem powinno się „przetestować” człowieka, z którym chce się przeżyć resztę życia.

DSCN3181

Nie ukrywam, że choć Zakochani w świecie. Malezja jest książką świetną, to niepozbawioną wad. Czasem dłużyły mi się fragmenty, w których autorka opisywała sposób transportu z jednego miejsca na drugie. Akapity te dla mnie były za długie, czysto techniczne, nie bardzo mnie interesowały, bo przede wszystkim stawiam na akcję i refleksje. To zawsze najbardziej interesuje mnie w książkach podróżniczych, dlatego wielbię książki Piotra Strzeżysza, np. Powidoki, w których podróże stanowią jedynie tło dla rozwoju duchowego autora. Nie przepadam też za dialogami, a zapis codziennych rozmów Asi i Jarka uważałam za zbędny, nie wnoszący nic do relacji.

Kilka słów na temat wydania książki – Edipresse publikuje tytuły książek podróżniczych w sposób luksusowy. Twarda, szyta oprawa, intensywne kolory okładki, papier kredowy… Książka wygląda jak wspaniały album z podróży i doskonale prezentuje się na półce. Tak solidnie i z klasą. Pytanie, czy książka podróżnicza powinna tak wyglądać? Uważam, że nie do końca. Tutaj pozwolę sobie na delikatną refleksję.

Podróżnik to osoba mobilna. Kiedy akurat przebywa w domu, jeśli takowy ma, nie siedzi w miejscu, tylko biega i załatwia różne sprawy. W podróży zaś liczy się dla niego jak najlżejszy bagaż. Dlatego np. Kasia Maniszewska, autorka książek z serii Podróżnik bez powodu, na wyprawę w 40 dni dookoła świata zabrała tak naprawdę kilka kartek wyrwanych z przewodnika. Gdybym chciała wybrać się do Malezji, na pewno nie wzięłabym ze sobą książki Zakochanych w świecie, bo byłaby dla mnie zbyt wielkim obciążeniem. Żal byłoby mi też wyrywać kartki z praktycznymi informacjami, w końcu tomiszcze jest tak pięknie zaprojektowane… Dla mnie książka podróżnicza powinna być lekka, w miękkiej oprawie i przede wszystkim praktyczna swą fizyczną formą. Ale nie każdy musi się ze mną zgadzać. A Wy, moi drodzy Czytelnicy, jak sądzicie?

Zakochani w świecie. Malezja to książka bez wątpienia warta polecenia, nie ustępująca w niczym poprzednim częściom serii. Przeczytajcie koniecznie, jeśli wybieracie się w tamte rejony. A jeśli spodobała Wam się moja recenzja, zachęcam do polubienia fan page Fabryki dygresji na Facebooku!

;