Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Siedem rewelacyjnych podróży, niezliczona ilość spotkań z barwnymi postaciami, odebranie Nagrody Magellana w Warszawie na PGE Narodowym, 113 zdobytych punktów GOT, miłość, fajerwerki na Moście św. Rocha, dżungla, dwie przeprowadzki… I momenty słabości. O tym, dlaczego rok 2017 był najlepszym rokiem mojego życia i dlaczego przyszły będzie również, w corocznym podsumowaniu, ja, Emilka Teofilka, dla Was, najmilsi!

Tytułem wstępu: to już szóste podsumowanie noworoczne na Fabryce dygresji. Poniżej możecie sprawdzić, jak wyglądał rok

20122013 (w skrócie: beznadziejnie), 2014, 2015 (w skrócie: zajebiście), 2016.

Wniosek jest jeden, Emilka dorasta. W tym roku bardzo to odczułam. W 2016 roku postanowiłam sobie, że przyspieszę, tymczasem rok 2017 upłynął mi spokojnie. W dosyć szybkim tempie, faktycznie, ale pamiętam, iż pisząc tamte słowa, miałam na myśli moją karierę literacką. Pisanie książki nie poszło mi tak dobrze, jak planowałam. Zboczyłam za to w… podróżowanie.

To z pewnością zasługa wyjątkowego mężczyzny, który skradł moje serce. Dzięki jego stałej obecności w moim życiu nie czuję się już taką nieodpowiedzialną szczeniarą jak wcześniej, która chodziła wiecznie z petem w mordzie, robiła z siebie niezrozumianą artystkę i co chwila zakochiwała w innym osobniku o wątpliwej zdatności do faktycznego statecznego użycia. A może jego obecność jest po prostu wynikiem metamorfozy, która zaczęła się już wcześniej? Zaczęłam odczuwać potrzebę opiekowania się innymi istotami, bo ingerowanie w sprawy innych ludzi i pragnienie uratowania ich, choć sami woleli zaprzepaścić siebie i swój rozwój, za bardzo mnie wyczerpywały. W końcu zrozumiałam, że podejmując karkołomne próby zbawienia ludzi wydawałoby się mi bliskich, siebie samej nie zbawię, a o to tu przecież chodziło. Dlatego kupiłam sobie (i otrzymałam w licznych prezentach) zieloną szajkę, która co chwila powiększa swe grono.

Processed with VSCO with c1 preset

Ale wybaczcie, to wszystko dygresja, miało być o podróżowaniu. Jak co roku z Agatą wybrałyśmy się na Kolosy. Balety z bandą podróżników jak zwykle obfitowały w intensywne doznania, a przy okazji rozmówiłam się z gdyńskim wydawnictwem, które skroiło mój tekst. Na szczęście ich reakcja była szybka i taktowna, więc po przeczytaniu przeprosin i zadośćuczynieniu szkód, udzieliłam rozgrzeszenia, bo każdy może popełnić błąd i każdy powinien mieć szansę jego naprawienia. Tak więc kwas anulowany.

W międzyczasie skończyłam 25 lat.

Nie planowałam więcej wyjazdów aż do maja na Warszawskie Targi Książki, ale tuż po Kolosach spadły mi klapki z oczu i zadurzyłam się jak porąbana, więc postanowiłam wyruszyć w Beskidy razem z nowym chłopakiem. Wtedy zrozumiałam, w jak opłakanej kondycji jestem, bo łażenie po pagórkach z plecakiem wyglądało mniej więcej tak: dziesięć metrów, postój, dziesięć metrów, postój, pięć metrów, postój, kurwa mać, ja pierdolę, nie idę dalej. Ostatecznie, kiedy ukochany wziął mój plecak, jakoś zmusiłam się do marszu, ale nie potrafiłam się cieszyć pięknymi widokami. Z opresji wyratowała mnie Ciocia Ebi, u której zaliczyliśmy nocleg. Było nam szalenie miło gościć w pałacu Ebi i jej szanownego mężonka. Zapraszamy w dalszym ciągu do Poznania, koniecznie!

W Warszawie rozwaliliśmy z Sikorą i Arunem system, zdobywając nagrodę dla Wydawnictwa Dygresje Nagrodę Magellana. Fajne jest to, że moja praca daje mi możliwość stworzenia sobie wydawnictwa, którego nazwa będzie pochodzić od mojego bloga, i że mogę sobie pojeździć po Polsce. Już w miesiąc później bowiem wybraliśmy się do Ząbkowic Śląskich na festiwal PodRóżni – festiwal o krok dalej. Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale praca w wydawnictwie podróżniczym zniechęciła mnie trochę do podróżowania. Nie miałam ochoty poznawać świata, bo wiedziałam już, co może mi się przydarzyć na Sulawezi czy gdybym pokonywała wózkiem sklepowym kilometry gdzieś w południowoamerykańskiej głuszy… Ale kiedy ukochany powiedział mi o wyprawie w Sudety, po początkowym wahaniu (ze względu na mękę w Beskidach) postanowiłam ruszyć tyłek. Kupiliśmy solidne buciory, śpiwory i wsiedliśmy bladym świtem w pociąg. Moja kochliwość jest chyba nieodłącznym elementem mojego charakteru, ale tym razem zakochałam się w dzikiej górskiej naturze.

Processed with VSCO with c1 preset

Później minęły trzy lata mojej pracy w firmie, powiedziałam po raz pierwszy kocham Cię i na zaproszenie Jagódki udałam się nad morze, gdzie po raz kolejny zakosztowałam natury. Samej udało mi się ogarnąć szlaki! Odwiedziłyśmy Woliński Park Narodowy, widziałyśmy żubry, przeszłyśmy plażą pieszo z Międzyzdrojów do Świnoujścia, wdrapałyśmy się na pierwszą w naszym życiu latarnię morską i łapałyśmy autostopa, by uciec przed dzikami.

A potem z najbliższymi stałam na Moście św. Rocha, w samym centrum Poznania i widziałam fajerwerki wystrzeliwane dookoła, a najpiękniejsze nad katedrą, bo odbijały się w nieprzeniknionej tafli Warty.

I tak, bywało w tym roku wkurwę ciężko. Kiedy miałam załamanie nerwowe, kiedy zerwałam niszczącą mnie relację (a może nawet dwie…?), kiedy dowiadywałam się mrocznych sekretów z przeszłości, kiedy trzeba było iść do sądu, kiedy po raz pierwszy zderzyłam się ze śmiercią koleżanki z liceum, która popełniła smobójstwo… To prawda. Życie łamało mnie w pół sporo razy.

Ale wszystko, co się wydarzyło, dobre czy złe, stanowiło dla mnie cenną naukę.

Znajoma, będąca chyba pod wpływem moich wpisów o depresji, wywnioskowała, że jest u mnie do bani, więc zaoferowała swoje ramię do wypłakiwania się. Andrzej, kiedy mu opowiadałam, co u mnie słychać, stwierdził, że wydawało mu się, że u mnie jest bardziej kolorowo. Nie ukrywam, że rok 2017 spłynął parę razy moimi gorzkimi łzami, nie kąpałam się w złocie i diamentach ani nie jadłam na śniadanie bitej śmietany z tęczową posypką, ale pomimo tego to był chyba najlepszy rok mojego życia. Może nie najlepszy… Najpełniejszy. Najbardziej świadomie przeżyty prawdziwie, a nie przeżyty marzeniami. Tak się cieszę, że się udało.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Nie, jak twierdzi p. Jacek Walkiewicz, co cię nie zabije, to cię nie zabije. Nie czuję się mocniejsza, czuję się bardziej wrażliwa…

Już Was pewnie zanudziłam na śmierć, ale ten wpis akurat, wybaczcie, ten jeden właśnie, nie jest dla Was, tylko dla mnie.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale chyba pozbyłam się też uporczywych bólów głowy.

Przeczytałam trochę książek, spośród których Wzgórze psów Jakuba Żulczyka i Czarną Wojciecha Kuczoka stawiam absolutnie na pierwszym miejscu.

1

Kupiłam sobie wreszcie okulary, ponownie więc stałam się okularnikiem.

Dowiedziałam się, że moje opowiadanie ukaże się w czasopiśmie Fabularie. (To już w tym miesiącu)!

I planuję, by rok 2018 był kolejnym najlepszym rokiem mojego życia.

Nie wiem do końca, jak to zrobić. Niby miałam dużo postanowień, ale wszystkie są chyba nie są na dłuższą metę istotne. Jedyne, co powinnam zrobić, to pomnożyć moje szczęście dzięki ciężkiej pracy. Zaraz w końcu Kolosy i premiera Oceanu o Olku Dobie, mojego najgrubszego projektu w pracy na ten kwartał, a wcześniej festiwal podróżniczy Śladami Marzeń… Czuję, że potrzebuję bardziej się zorganizować, a ten wpis to początek tej procedury. W końcu potrzebuję wygospodarować mnóstwo czasu na dokończenie książki…

Z blogiem mam głębszą rozkminę. Chciałam sobie zrobić pół roku urlopu, a moi przyjaciele zdeklarowali się, że będą za mnie przygotowywać dla Was teksty, ale, cholera… Przeglądałam wszystkie wpisy. Wasze reakcje, słowa kluczowe, statystyki… Jeśli odpuszczę w tym roku, który może być kluczowy lub blisko kluczowego, tego wiecie, jebnięcia, mogę coś zaprzepaścić… Dlatego dalej się waham. No, trza tutaj ostro pogłówkować, jak to rozwiązać, bo mam niestety tylko jedno życie i 24 godziny do dyspozycji.

Ale, na dobrą sprawę, jeśli 2018 rok miałby wyglądać jak 2017, byłabym przeszczęśliwa.

Na koniec, sobie i Wam, życzę mnóstwa czasu na poznawanie nowych, fascynujących ludzi, rozwijające podróże po Polsce i świecie, zacieśnianie więzów rodzinnych, relacji przyjacielskich i romantycznych, zdrowia. Satysfakcji w każdej dziedzinie Waszego życia. I nawet, jeśli to życie będzie Was łamać (niestety nie da się tego uniknąć), byście potrafili szybko się ogarnąć, posklejać do kupy i trwać naprzekór wszystkim trudom.

Wasza

Emilia

 

Na Nowy Rok 2017

Na Nowy Rok 2017

Dobrze jest prowadzić bloga. Dzięki niemu mogę zobaczyć, jak się czułam i co chciałam osiągnąć pięć, cztery, trzy i dwa lata temu. To już piąta noworoczna notka w Fabryce dygresji!

Mając jeszcze dwadzieścia lat, pisałam takie prostolinijne rzeczy; moje pragnienia było tak łatwo zaspokoić. Wciąż jestem tą osobą, co bardzo mnie cieszy. Rok 2013 był jednak chyba najgorszym w moim życiu i odczuwam ulgę, że mam go dawno za sobą, choć jego echo podszeptuje jeszcze do mnie złośliwie co jakiś czas, głównie pośród samotnie spędzonych nocy. Życzyłam sobie trochę więcej odwagi na 2014, a może po prostu mniej wstydu, i to się udało. Poznałam niesamowitych ludzi i stanęłam na nogi, a 2015 był dla mnie z kolei jednym z najlepszych.

W 2016 roku zrozumiałam, że im więcej pracuję, tym szczęśliwsza jestem. Żeby być w pełni zadowolonym, po prostu trzeba robić to, co się kocha. Po wielu tragikomicznych momentach, uniesieniach oscylujących na granicy absurdu, huśtawkach emocjonalnych i kilku głupich sytuacjach, przypomniałam sobie, na czym w istocie powinnam się skupić.

Choć 2016 rok nie należał do najłatwiejszych, jestem za niego ogromnie wdzięczna (filozofia Twardocha wciąż bardzo do mnie przemawia, jak i rok temu). Za wszystkie rzeczy, których się dowiedziałam, a zwłaszcza za utwierdzenie się w przekonaniu, kim naprawdę jestem. I na kogo mogę zawsze liczyć.

Otrzymałam od najbliższych najlepsze życzenia, jakie mogłam kiedykolwiek usłyszeć. Znacie mnie chyba jeszcze lepiej, niż ja sama. Mijają kolejne lata, a my wciąż jesteśmy ze sobą. Tacy Przyjaciele to najcenniejszy skarb; rodzina, którą sami wybraliśmy. W zdrowiu i w chorobie. W życiu i na papierze. Pośród szarej codzienności i totalnego obłędu. Tworzymy siebie wzajemnie. Czuję Was i słyszę w głowie nawet, gdy znajdujemy się daleko. Jesteście pomiędzy wyrazami w moim edytorze tekstu, a Wasze słowa wspominam przed zaśnięciem i budzę się z nimi na ustach. Uczyniliście te 12 miesięcy absolutnie wyjątkowymi. Wybawiłam się, odpoczęłam, ostatecznie nawet popadałam momentami w rutynę prawie już dorosłego człowieka…

A teraz czas przyspieszyć. Pościgać ze wskazówkami zegara.

W 2017 roku pragnę wrócić do rozbudowywania Fabryki dygresji.
Chcę spisać historię, którą żyję już od blisko dziesięciu lat.
Chcę nie chcieć przedmiotów, ale zawsze wiedzieć, czego chcę, no i żeby się nie nie chciało.
Chcę, by wszyscy moi bliscy byli zdrowi, i żeby mogli być ze mnie dumni, i żebym nigdy ich nie zawiodła.

Wszystkim, którzy czytają tego bloga, bo interesuje ich pisanie i czytanie, nie życzę wcale mnóstwa czasu na rozwijanie pasji, nie. Życzę świadomości, że życie jest jeszcze krótsze, niż się wydaje, więc…
(właśnie, kurwa, dochodzę do zaskakujących wniosków i zmienia mi się koncepcja życzeń)
… więc przede wszystkim zadbajcie o swoje szczęście. Nie ma sensu uszczęśliwiać całego świata. To jest Wasze życie, Wy jesteście jego panami, i tylko o nim możecie w pełni zadecydować. Spełnianie oczekiwań innych dla świętego spokoju to cholerna strata czasu, więc jeśli jest coś, co Was uszczęśliwia, poświęćcie się temu bez reszty. Bo człowiek człowiekowi człowiekiem. Kochajmy wszystkich, ale nie zapominajmy o miłości do siebie samych.
I tym, co tu czasami przychodzą, bo mnie znają, życzę tego samego. I sobie też, bo wiem, jakie to może być trudne.
Ale, jak zawsze powtarzam, jeżeli jest trudno, to znaczy, że warto.

Do przeczytania niebawem.

PS
Z roku na rok coraz trudniej pisze mi się o sobie.

PPS
Źródło grafiki: https://www.instagram.com/p/9L3k_DCkDU/?taken-by=zlepki.collages

 

Na Nowy Rok 2016

Stary roku 2015, byłeś zajebisty. 
Nie będę się chwalić tym, co osiągnęłam, bo przeważnie zapominam o tym na drugi dzień i już myślę o następnych górach do zdobycia*,  ale, no, większość momentów była cudowna i zdominowała chwile totalnie do dupy, które oczywiście też się zdarzały. Wspomnę może tylko o tym, o czym i tak wszyscy znajomi trąbili, bo przemilczenie tego faktu byłoby pewnie trochę nie w porządku wobec wersji Emilki z 2014 roku. 
Robiliśmy z kumplem obczajkę aktorek na Filmwebie i nagle zauważyliśmy, że któraś z nich jest w moim wieku. Kiedy padło pytanie mojego kolegi: zobacz, ona ma 23 lata i zagrała już w filmie, a ty co osiągnęłaś? Odpowiedziałam: napisałam i wydałam książkę. I zamknęłam mu usta. Warto było ślęczeć nad tymi Piromanami, choćby dla takiego efektu. 
Stary roku 2015, dziękuję ci za to, że znowu dużo się o sobie dowiedziałam.
Znowu były momenty, choć dużo rzadsze, kiedy ze łzami w oczach, przez zaciśnięte zęby, zwinięta w kulkę z fizycznie dotkliwego bólu, który tańczy w moim umyśle dance macabre, powtarzałam sobie: jesteś słaba i beznadziejna. I za każdym razem znowu wtedy wstawałam, i szłam do przodu, i byłam silna i olśniewająca. Więc wreszcie sobie uświadomiłam, że jestem cudownie przeciętna, krucha i mocna równocześnie, i nie ma w tym nic złego, że chcę podbić świat, tak jak każdy, i jak każdemu uda mi się to na mój własny sposób, i nie uda też.
I byłam Emilką, kiedy narobiłam jak zwykle strasznych głupot, po czym obśmiałam się od góry do dołu, i Emilią, kiedy dźwigałam z ogromnym ciężar, jaki zległ na moich barkach, i Emilią Teofilą, gdy siedziałam sobie na podwyższeniu w klubokawiarni i patrzyłam na ludzi, którzy przyszli posłuchać o mojej książce. 
Stary roku 2015, tak bardzo jestem ci wdzięczna za osoby, które są wokół mnie.
Za to, że są na tyle odważne, by żyć po swojemu, w prawdzie o sobie, szczęśliwie. I za to, że nie poddają się, chociaż przyziemne problemy starają się im co chwila podciąć skrzydła. 
Za to, że zawsze powiedzą, co myślą, są pomocne i lojalne, i kochające. I że wskazują dobry kierunek.
Za to, że czuję się przy nich jak w domu, bez względu na to, gdzie jestem. Że popychają do działania.
Dzięki.
Roku 2016, chcę więcej. 
Będę żreć. Wcinać życie garściami, to o wiele lepsze niż słoik nutelli, wierzcie mi. 
Chcę się znowu w sobie zakochać, tak bez reszty.
Sprawdzam to, co było rok temu na blogu. Uśmiecham się. Jak zwykle, bo po lekturze wpisu z okolic końcoworocznych, stwierdzam: ale głupiutka, ale naiwna ta Emilka. Rozczulam się sobą z poprzednich lat, zastanawiam nad tą dziecinną słodyczą, zaraz stukną mi dwadzieścia cztery lata, na dwudziestego czwartego kwietnia, a choć zmienia się dużo, to mam wrażenie, że czas to tylko i wyłącznie złudzenie optyczne, bo w istocie nie zmienia się nic. Fajnie jest być trochę naiwnym, wtedy sporo rzeczy wciąż potrafi zaskoczyć.
Sprawdzam cele, jakie miały być na rok 2015, a do których nie zajrzałam w ogóle od kiedy je spisałam, chyba, bo nawet zapomniałam, że takie akapity zostały przeze mnie napisane.
Żyć zdrowiej, mieć wakacje, przesuwać granice.
Wiecie co? Udało się. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by udawało się wciąż, i to coraz lepiej.
I z pewną dozą chaosu…
Wiem, że lepiej mieć wszystko poukładane. Ubrania w szafie. Zadania na następny tydzień. Plastikowe karty w portfelu. Nie odkładać na później nauki do egzaminu, zmywania naczyń, przeczytania książki Małgorzaty Halber. I jakkolwiek staram się działać tak, by wszystko podążało w wyznaczonym przeze mnie kierunku, zawsze przy moich nogach pałęta się chaos. Jak sprytny rudy lisek, który wdziera się tam, gdzie nie powinien i wyciąga kury z kurnika z zadziwiającą łatwością. Chaos często przekreśla niektóre moje plany, ale nie mogę się na niego gniewać, jest przecież taki uroczy. A to, co przepada, wcale nie stwarza próżni, wręcz przeciwnie, daje nowe możliwości. Wobec tego nie mam nawet ochoty biegać za nim z wiatrówką. Zapraszam go do siebie, bo jest moim przyjacielem i już dawno się ze sobą oswoiliśmy. Nie mogłabym bez tego szalonego urwisa na dłuższą metę wytrzymać. Umiem się zorganizować, ale nie jestem poukładana. Po co walczyć z wiatrakami?
Trzy ważne rozkminki na Nowy Rok:
EINS: Jeśli nie potrafimy walczyć ze swoimi słabościami, musimy się zastanowić, dlaczego. Może one wcale nie są naszymi słabościami? Może po prostu tacy jesteśmy? Może to są nasze dobre, mocne strony, które postrzegamy w zły sposób? Mówię ja.
ZWEI: Jim Jarmusch mówi, że miłość polega na kochaniu człowieka takim, jakim jest, a nie na próbach zmieniania go. Się zgadzam się. 
DREI: Szczepan Twardoch mówi, że nie ma z czego być dumnym, ale jest za co byś wdzięcznym. Mądry chłopak.
To tyle, jeśli chodzi o luźne refleksje. Koniec prywaty. Co z blogiem i czytaniem?
Rok 2015 był rokiem eksperymentu. Stwierdziłam: przyłożę się do prowadzenia Fabryki dygresji. Ciekawe, co się wydarzy.
Słuchajcie, wydarzyliście się Wy. Najwspanialsi czytelnicy pod słońcem. Wreszcie zdałam sobie naprawdę sprawę z tego, że jestem czytana. (To przerażające). Wysyłacie mi na maila swoje teksty i prosicie, bym je oceniła lub podpowiedziała, jak pisać. To ogromna odpowiedzialność, wszak dziękuję za zaufanie i mam nadzieję, że na coś mogłam się przydać. Wydawnictwa zaś przesyłają mi książki, które zaraz ukażą się na rynku, bym mogła je zrecenzować. Ale nie jestem do końca przekonana, czy to właściwa droga, czy na tym aż tak bardzo mi zależy przy prowadzeniu Fabryki dygresji. Chyba nie, chociaż miło znaleźć swoje recenzje na stronie Bezdroży. Zresztą, ponieważ okazuje się, że nie piszę sama dla siebie, tylko w dużej mierze dla Was, pomóżcie mi, proszę. Część osób wypełniła już ankietę, ale spora część nie, więc jeśli macie chętkę, zajrzyjcie TUTAJ i wyślijcie swoją odpowiedź. A ja już zadbam o resztę. 
Czego Ci życzę na ten rok?
Jeśli jesteś dupeczką, nie życzę Ci znalezienia męża.
(Jagoda, po zobaczeniu powyższej grafiki: Dlaczego kobiety nie chcą znaleźć spokoju ducha, złotego środka czy Atlantydy, tylko, kurwa, męża? Zgadzam się z Jagodą).
Nie życzę Ci również, żebyś przestał się bać, tylko nie dał się temu sparaliżować. Prawdopodobnie będziesz się bać do końca życia, więc wystarczy ten strach oswoić. A czasami może on dodać skrzydeł. 
Nie życzę Ci również sukcesu, bo gdy widzę posty na facebooku innych ludzi, przechwalających się tym, że kupili sobie psa (+20 do zajebistości), urodzili sobie dziecko (+21 do zajebistości), wystąpili w teledysku jakiegoś zespołu discopolo (+nie wiadomo, ile liczyć, punkty nie mieszczą się na skali), to jakoś tak mi dziwnie.** Czuję, że coś nie tak, ale nie do końca wiem, co takiego. Cieszyć się, że młodzi Polacy potrafią się wreszcie chwalić, a nie skupiać na niepowodzeniach? Czy bać się, bo jeśli będziemy się w ten sposób sami nakręcać na zapierdalanie, samorealizację i sukces (który przecież dla każdego ma zupełnie inne znaczenie, wcale nie zawsze chodzi o hajs i fejm), to nasze zdrowie psychiczne ulegnie niebawem kompletnej destrukcji? O, myślę sobie, że to jednak wciąż polskie. Żeby mieć więcej od sąsiada. Nawet, jeśli sąsiednie są tylko posty na fejsbuku. 
Życzę Ci za to zrozumienia, żeby nie dowiadywać się, kim jesteś albo jaki jesteś. Bo taki, jaki jesteś do tej pory, to właśnie Ty – no, chyba że nie…
I życzę Ci chyba znalezienia Atlantydy, cokolwiek nie kryłoby się pod tą nazwą. A potem El Dorado, żeby się nie zatrzymywać, nigdy, nie cofać, tylko wciąż iść do przodu, spokojnie, ale iść. Żeby wiedzieć po co, choć niekoniecznie od razu trzeba wiedzieć, dokąd.

I jeszcze Ci życzę, żebyś miał odwagę, żeby zrobić to, czego dwadzieścia innych osób nie zrobi, żebyś mógł sobie płynąć pod prąd, jeśli akurat tak Ci bardzo pasuje, albo musisz akurat w tę stronę, bo o coś walczysz.

I żeby częściej było dobrze, niż źle, a jak już dzieje się złe, to żebyś miał zawsze do kogo się przytulić.

See ya!
_____________________________________________________

*Można to interpretować w ten sposób, że po prostu nie umiem się cieszyć. Czasami bywa i tak. Ale rzadko. 
**Mam nadzieję, że nie trąci tutaj zgnitym jajem albo innym zapachem sarkazmu, dla każdego coś miłego, ja to rozumiem i nie szydzę, zaznaczam: gówno wiem i gówno rozumiem, ale nie zazdroszczę, tylko sobie cichutko rozkminiam, o co może chodzić. 

Postanowienia noworoczne 2015

Żeby zrealizować swoje postanowienia noworoczne, musiałbyś należeć do grupy wybranych, stanowiącej jedyne 8% populacji, jak wyliczyli mądrze naukowcy z Uniwersytetu Scranton. Bardziej budujące jest to, że 50% ludzi utrzymuje swoją determinację przez blisko pół roku, zanim stwierdzi, że za sześć miesięcy znowu będą musieli sobie coś postanowić, więc przyda się chwila przerwy.1
Jak łatwo można sprawdzić w TYM MIEJSCU, moje pierwsze noworoczne postanowienia na tym blogu były kompletną porażką, bo od tamtego czasu przytyłam blisko 10 kilogramów, które miałam zrzucić. Mogę tylko pomachać i uśmiechnąć się z politowaniem do Emilki z przeszłości. 
Założyłam jeszcze, że będę więcej czytać, ale to z choroby filologicznej, na którą się leczę, choć z tego pragnienia akurat nie zrezygnuję. W roku 2014 nie przeczytałam zbyt wiele książek, prawie o dziesięć mniej niż w roku poprzednim. Zaczęłam jednak pochłaniać liczne artykuły w czasopismach. Obok niosącej kaganek kultury Chimery doceniłam również moc Coachingu i siłę Charakterów. Serdecznie polecam wszystkie trzy magazyny. Dodatkowo rozczytałam się i na nowo zakochałam w blogach. I w ten sposób poznałam dwie niezwykle wartościowe strony. 
Pierwszą z nich jest Volantification, tworzona przez Volanta, czyli Michała Szatiło, błyskotliwego ironisty, człowieka sukcesu i autora dwóch książek. Napisany przez niego debiutancki Piąty poziom naprawdę sporo zmienił w moim myśleniu. Skopał solidnie tyłek i bardzo silnie zmotywował. Książka w pewnym sensie mnie uratowała i jeśli stwierdzenie, że zapoczątkowała nowy rozdział w moim życiu, wydaje się niektórym z Was nieco na wyrost, to… możecie sobie tak myśleć. Bez Piątego poziomu nie miałabym siły do zmian. Nie miałabym siły do życia. 
Drugą zaś jest blog charyzmatycznej, energetycznej i przesympatycznej Pepsi Eliot, której wpisy zarażają optymizmem. Prócz tego, autorka mówi, co robić, by żyć mądrze i zdrowo. Kobieta chorowała na nerwicę, ale wyszła z tego dzięki bieganiu. I pisaniu. Jak się okazuje, sport, twórcza praca oraz witaminy mogą zdziałać o wiele więcej niż milion sesji u terapeuty, kosztujące majątek psychotropy czy bezproduktywne wczasy na Hawajach. Sposób zaś, w jaki Pepsi troszczy się o swoich czytelników, jest naprawdę cudowny i przekochany. 
Co jednak najważniejsze, zaczęłam bardziej dbać o Fabrykę Dygresji. Posty ukazują się częściej i mam nadzieję, że są dużo ciekawsze niż początkowo. Wreszcie odkryłam, w jakim kierunku chcę podążać z blogiem. Pragnę pokazać Wam trudną drogę, po której kroczę, by stawać się lepszym człowiekiem. Przy okazji wesprzeć Was i zainspirować do wspólnego podążania po tej ścieżce. Razem zawsze raźniej, prawda? A przy okazji uraczyć Was dawką kultury, do której każdy ma dostęp, czyli książek i filmów. Publikować więc będę prócz felietonów oraz esejów także recenzje, ale mówiące raczej o tym, co można zyskać dzięki zapoznaniu się z danym dziełem, zamiast wyliczania błędów logicznych w fabule czy rozwodzenia się nad grą aktorską. Napiszę za to, co konkretnie mi się spodobało lub totalnie nie przypadło do gustu. Będzie mi miło z Wami o tym porozmawiać, więc zachęcam do udzielania się w komentarzach i opisywania swoich wrażeń czy przemyśleń.
Powstała też strona Fabryki Dygresji na Facebooku, tam z boku, po prawej oraz TUTAJ. Można polubić, niestety nie można nie lubić, można za to pozostać obojętnym i względnie anonimowym, choć, po naukach jednego z moich szefów, nauczyłam się korzystać z programu śledzącego Google’a, więc bójcie się! (Nie, nie bójcie się, to zwykłe AdWords, wcale nie jestem takim web masterem, jakim bym chciała). Z konieczności powstało też logo strony. Takie, o. 
Co sądzicie? Bardzo boję się Waszej krytyki, ale przyjmę wszystko na klatę. (To z kolei nie brzmi zbyt poprawnie politycznie, ale raczej nie jestem chodzącą pruderią, kto mnie zna lub czyta od dłuższego czasu, ten wie). 
Wracając do postanowień na rok 2013: nie jestem pewna, czy udało mi się żyć oszczędniej, ale zarabiam, więc chyba nie jest źle. No i stałam się o wiele bardziej aktywną osobą, o czym szczerze marzyłam. Czasem dopada mnie leniuch, zwłaszcza, kiedy jestem w domu z rodzicami. To chyba taki nawyk. W Poznaniu jednak staram się stawać energetyczną trąbą powietrzną, by działo się mnóstwo dobrego zamieszania tam, gdzie się pojawię. 
Wychodzi na to, że potrzebowałam dwóch lat na spełnienie noworocznych postanowień. Taka retardacja byłaby nawet zabawna, gdyby nie TEN WPIS, z pierwszego stycznia jeszcze bieżącego roku. Jak sama wówczas napisałam, niewypełnienie noworocznych postanowień bardzo mnie zdemotywowało. Po części i wpędziło w depresję. Pamiętajcie: stagnacja jest absolutnie najgorsza, bo tylko pozorna. Tak naprawdę stagnacja oznacza cofanie się. Lepiej po prostu iść do przodu, a już najlepiej iść żwawo, gdyż, jak dowiedziałam się z jakiegoś programu emitowanego na Discovery Science, każde ciało znajdujące się w ruchu starzeje się wolniej od ciała nieruchomego. Czyli, jak ostatnio tłumaczyłam Matiemu, jeśli byłby pan A i jego bliźniak, B, i obaj dostaliby od bardzo bogatego ojca zegarki atomowe na rękę, i A byłby też bogaty, więc mógłby poruszać się czerwonym cadillakiem, a B byłby biedakiem w depresji i tylko siedział na ławce, to czas na zegarku atomowym bliźniaka A upływałby wolniej niż czas na zegarku bliźniaka B, bo to jakieś skomplikowane prawo grawitacji czy tam zasada prędkości, nieważne, ale tak po prostu jest. Fizyka, ot co.
Przepraszam za dygresję. Chodziło mi po prostu o to, że jeśli nic nie robimy z naszym życiem, to cofamy się w rozwoju i posuwamy w latach. W jak bardzo złym stanie byłam, można zobaczyć nawet po częstotliwości postów publikowanych w tym roku. Naprawdę dobrze zrobiło mi się w okolicach września, choć duża poprawa nastąpiła już w czerwcu. Chyba. Wcześniej panował bardzo mroczny czas. Pamiętam czarny Nowy Rok 2014, kiedy wpatrzona byłam w fajerwerki prześwitujące między drzewami rosnącymi przed kochanym akademikiem i myślałam sobie, że gorzej i tak być nie może, po czym padłam, omdlała rozpylonym proszkiem z gaśnicy.
Nie płaczę. Śmieję się. Z własnej głupoty i z radości, że to już minęło. Ale na zawsze będę pamiętać to kołatanie serca, poplątane myśli i ciemność w środku mnie, by nigdy do tamtego momentu już nie wrócić, a wręcz przeciwnie, jak najbardziej się od niego oddalić. 
Wówczas nawet nie zrobiłam noworocznych postanowień, bo po co? Przecież byłam słaba, nic mi się nie udawało. 
A jednak, był przełom, i choć najpierw musiało się jeszcze sporo pogorszyć, to wreszcie wydarzyło się też mnóstwo cudownych rzeczy.
Wydarzyli się ludzie.
Kiedy miałam doła, głównie chowałam się w pokoju po kołdrą, tak było najlepiej. Nie rozmawiałam z ludźmi (może z trzema wyjątkami), separowałam się od nich dzielnie, a jeżeli już musiałam spędzić z kimś czas, to marnotrawiłam go z nieodpowiednimi osobami. Oto przepis na kompletną katastrofę. 
Na szczęście w moim życiu pojawili się ludzie, dzięki którym mogłam poznać innych ludzi i jeszcze kolejnych. A wszystkich niesamowicie sympatycznych, pracowitych i ambitnych, którzy zarazili mnie entuzjazmem. Na nowo powróciłam do przaśnej socjety i uświadomiłam sobie, jak wiele przyjemności sprawia mi poznawanie nowych osób. 
Z tego powodu musiałam ograniczyć kontakty ze starym środowiskiem. Studenckie umilanie sobie czasu piciem piwa na schodach zastąpiłam wypadami na kręgle, siatkówkę, bieganie, czy ostatnio granie w świetną, mądrą planszówkę Eurocash, która buduje inteligencję finansową. 
Tyle można wygrać, kiedy poświęcisz pięć minut na pogawędkę z mieszkającym naprzeciwko sąsiadem, z którym przez całe dwa wcześniejsze lata byłeś tylko na „cześć”. Niesamowita historia. I o wiele dłuższa, niż ta, ale to przecież blog, a nie opowiadanie. 
A propos, napisałam książkę pt. Piromani
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mój dół psychiczny był wyjściem do zrzucenia balastu na kartki elektronicznego papieru, a zarazem rozpoczęcia powieści. Można o niej poczytać i TU, i TAM, ale to wszystko nieważne, bo wreszcie skończyłam to, co zaczęłam, a wcześniej miałam z tym niemały problem. Teraz już jestem świadoma tego, że każde podejmowane przez nas działanie powinniśmy doprowadzać do końca, albo w ogóle się za to nie zabierać, bo po prostu szkoda czasu. Wizja skończenia jakiejś czynności jest nieodzowna, gdy decydujemy się na jakąkolwiek aktywność. Bez tego – ani rusz, a przynajmniej nie na dłuższą metę. 
Początkowo wydawało mi się, że co to takiego – napisać książkę. Ale jeden z moich szefów, również twórca książki, a przy okazji redaktor kolejnych kilku, uświadomił mi, że to jedno z tych wydarzeń, które można z czystym sumieniem sklasyfikować jako niezwykłe. Dobrze, w księgarniach, bibliotekach i naszych domach jest pełno książek. Lecz ile znacie osób, które napisały od początku do końca powieść? (Ja sporo, ale pracuję w wydawnictwie, więc dla mnie to od pewnego czasu faktycznie codzienność). Dla moich kumpli z akademika to też początkowo była rewelacja. Później wszystko to stopiło się z codziennymi wydarzeniami. 
Choć, muszę przyznać, mój wypad do Warszawki do rutyny nie należał.
Tak, dwudziestodwuletni babsztyl po raz pierwszy odwiedził stolicę swojego kraju. I to nie w celach poznawczych, tylko bardziej biznesowych. Miałam bowiem wywiad w radio Bemowo FM, właśnie na temat „Piromanów”. Dlaczego? Bo zbieram pieniądze, na ich wydanie. Jeśli się nie uda, to bardzo szkoda. Na szczęście w trakcie procesu promującego zbiórkę odbywającą się za pośrednictwem portalu Polakpotrafi.pl, poznałam kolejną grupę świetnych ludzi, więc tak czy siak tylko zyskałam.
Do tego zdobyłam wspaniałą pracę, a lekko nie było. Ludzie pytają mi się, jak schwyciłam taką fuchę. Opowieść jest długa i ciekawa, więc zostawię ją sobie do przerobienia na jakieś opowiadanie. Tymczasem polecę Wam tylko wydawnictwo DM Sorus, mieszczące się w Poznaniu. Książki mają fajne, można zamawiać przez księgarnię internetową, a i wydać można niedrogo, a prestiżowo. 
Może dlatego, że zyskałam jako taką stabilność finansową, przestałam się bać. Nie, to nie przez pieniądze. I nie przez ludzi, którzy mnie otaczają. To dzięki zmianie myślenia. Zrozumiałam kilka rzeczy, z których najważniejsze to:
– Nikt za mnie nie przeżyje życia, bo jest ono moje. 
– Każdy mój czyn ma konsekwencje, tak jak i wszystko, czego nie zrobię. 
– Dopiero kiedy wezmę odpowiedzialność za własne postępowanie, będę mogła wziąć odpowiedzialność za czyjeś inne. (Innymi słowami: jeśli jesteś niestabilny emocjonalnie, to wielkie NIET dla związków).
Owszem, wciąż martwi mnie przyszłość. Wiem, że nie będzie ciężko i… kolorowo. I tym razem nie robię postanowień noworocznych. Dla mnie to niestety za mało. Postanowienia to za słaby środek na mój ciężki tyłek. Potrzebuję broni masowego rażenia, a stanowią ją CELE. 
CEL 1: Żyć zdrowiej. 
Oznacza to podjęcie regularnej aktywności fizycznej i zdrowszego odżywiania, czyli Makowi i KFC mówię papa, oczywiście z łezką w oku. Z lekką obawą witam zaś pięć posiłków dziennie. Wiem, że nie będzie mi się chciałoooo, że rettyyyy, ile to roboootyyy, co ja, nie mam innych zajęć? A jednak, dwa razy w tygodniu będzie trzeba się będzie po pracy wybrać na solidniejsze zakupy i zaplanować konkretne posiłki. W ten sposób nie zmarnuję ani czasu, ani pieniędzy w trakcie pracy, bo zdarza mi się często robić irytujące przerwy na niepotrzebne spacery po drożdżówkę, pączusia i kolałkę, co wybija mnie z rytmu. 
Trzeba będzie też zacząć się ruszać. To chyba dzwonek alarmowy, bo coraz częściej dostaję zadyszki. Na razie zamierzam ćwiczyć regularnie wraz z Youtubem, a kiedy zrobi się cieplej, ruszę w plener. Nie wykluczam również zapisania się na aerobik czy inne takie w ciągu zbliżającego się roku.
Oczywiście, mam zamiar schudnąć, ale to nie jest celem samym w sobie. Chcę być po prostu zdrowsza, bo częste przeziębienia to zabójstwo dla kieszeni, pracy i projektów. Nie mogę sobie pozwolić na odpuszczenie. 
CEL 2: Mieć wakacje. 
Lubię tyrać jak wół. Odkryłam, że to o wiele fajniejsze niż leżenie rosnącym brzuchem do góry i wizualizowanie Bitwy pod Grunwaldem Matejki na suficie. Przynosi mnóstwo satysfakcji, a zwykłe lenistwo bardziej mnie wypłukuje z energii niż bieganie po Cytadeli. Ale by znów się zainspirować i przez chwilę nie myśleć o zbliżających się ostatecznych terminach, potrzeba przerw. 
Nie pamiętam, kiedy miałam wakacje, że gdzieś sobie pojechałam. Te ostatnie spędziłam na robieniu biznesu i owszem, było cudownie, bo przecież wcześniej sobie cały czas bimbałam, ale teraz trzeba zaplanować coś konkretnego. Może znów jakiś wypad na festiwal? Albo coś, czego w życiu nie robiłam? Byle z pomysłem i aktywnie spędzić urlop. Do tego czasu trzeba zebrać hajs i ludzi. Do tego czasu jeszcze ponad pół roku, ale pierwszy raz tak się cieszę na wakacje. 
CEL 3: Poszerzać wiedzę, zwiększać możliwości, przesuwać granice.
Nie chodzi o to, że zostanę hetmanem Rzeczypospolitej Obojga Narodów (to jedyna fajna funkcja w państwie, które niestety już nie istnieje) i odbiorę Rosji to, co nam zabrała. Mam na myśli poznawanie siebie i stawanie się lepszym człowiekiem poprzez samorozwój. Książki i filmy, aktywne uczestnictwo w kulturze – to jedno. Rozmowy z wartościowymi ludźmi na ciekawe tematy – to drugie. Podróże – to trzecie. I czwarte, najtrudniejsze – praca nad swoim charakterem. Jestem świadoma swoich zalet i wad. Łatwo mi wykorzystać te pierwsze, ale trudniej wyeliminować te drugie. Być może nigdy nie będę w stanie, ale muszę się starać, by się przełamywać. Do tej pory idzie mi naprawdę nieźle, z tego co widzę. Mam nadzieję, że relacjonowanie tego wszystkiego we wpisach pomoże mi przebrnąć przez ten proces. 
To już koniec. Jeśli dotrwałeś w lekturze do tego momentu, gratuluję! Zasługujesz na noworoczne życzenia. A zatem życzę Ci CUDU, tylko on Ci pomoże.
A teraz tak czytam to wszystko, co do tej pory napisałam i zastanawiam się, czy by mnie to przekonało. Cóż, albo wyśmiałabym ten post, albo kupiła go i zmieniła swoje życie. Lata mijają coraz szybciej, ale rok, jak widać, by całkowicie zmienić swój sposób postrzegania i sporo w życiu przy okazji osiągnąć, to naprawdę sporo czasu. Skorzystajcie z niego jak najlepiej. Do zobaczenia w roku 2015! Wszystkiego najlepszego!
_____________________________________________________
Dzięki za info, Mateusz Grzesiak. Polecam, tak przy okazji.

Silva rerum Babylon et ius carnium

Podczas robienia noworocznego rosołu na kaca (co prawda Miłosz przygotował go już wczoraj – nie kaca, tylko rosół – ale podgrzewanie zupy na wolnym ogniu, kiedy zaczyna się chlać, może skutkować nieodwracalnym jej wygotowaniem się), postanowiłam napisać notkę. 
Właśnie doznałam zawrotów głowy. Może to od wyparowującego alkoholu ze śpiącego łóżko dalej Maćka, bo swój alkohol zdążyłam oddać matce naturze – choć akurat przyroda niewiele ma do czynienia z etanolem, już bardziej chemia i ręce Piotrusia, który wielkim gorzelnikiem jest. Sylwestra skończyłam dosyć szybko, wyzionąwszy praktycznie ducha przez rozpyloną gaśnicę, ale odratowana przez rodzeństwo ze Zbąszynia, czyli wspomnianego już Maćka oraz Kłaczka, będącą jak najbardziej kobietą. Koło ósmej, kiedy reszta powoli szykowała się do snu, otwarłam oczy i stwierdziłam, że cuda się zdarzają, bo, odpukać, nie bolała mnie głowa. Za to Kierownika chyba boli, bo słyszę z korytarza teksty: „Ale zabalowali”, „A, nie jest tak źle”, „Znowu gaśnica, kurwa mać”. Ponadto obudziłam się poniekąd w nowym-starym świecie. Ala znowu pytała Miłosza, czy ma fajkę, kiedy wspólnie czyniliśmy starania, aby stworzyć gastronomiczne coś z niczego (ale polegliśmy, więc wpieprzam chińską zupkę z automatu i zapijam ją mrożoną herbatą liptona w puszce, bo ktoś uprowadził mi cztery i pół litra wody mineralnej spod łóżka; aż dziw, że znaleźliśmy aparat i telefon). Niech się już wszystko samo ponaprawia, bo ja już dawno opadłam z sił, a czeka mnie dosłownie za moment najcięższa z walk. Albo chociaż niechże zyskam trochę supermocy, by stanąć na nogi i z odwagą spojrzeć w oczy życiu i innym ludziom. Tak bardzo mi tego brakuje. 
Wczoraj miałam jeszcze depresyjny nastrój. Ale wystarczyło, by jedna osoba powiedziała: kocham cię. I zabrzmiało to bardzo prawdziwie na tle pozostałych kłamstw, więc wydaje mi się, że mam dla kogo żyć. To trochę smutne, może nawet tragiczne albo zupełnie popaprane: wciąż nie nauczyłam się być dla samej siebie, ale czy wszyscy muszą? Przydałoby mi się wreszcie zrobić coś dla moi, i to coś poważnego, jak, nie wiem, poukładanie swoich spraw z uczelnią, pierwszy z brzegu przykład, błysnąć pracą licencjacką, zrobić praktyki, PISAĆ, cokolwiek. Tymczasem, miast tego, idę wybierać farfocle z rosołu. 
Ponieważ moje zeszłoroczne postanowienia, zamieszczone zresztą na blogu, jakoś mnie nie zmotywowały (schudnąć – może i ciut schudłam, ale i tak jestem grubasem, książek ile czytałam, tyle czytam, kasę roztrwoniłam w szokującym tempie i zostałam jebanym biedakiem, a po czwarte cały rok się chyba beztrosko opierdalałam w słodkim samozastoju), ogłaszam, iż ten rok będzie tak trudny z powodu błędów popełnionych przeze mnie w roku 2013 (Nie pozwól, aby wczoraj zabrało ci za dużo dzisiaj – chyba się trochę rozminęłam z myślą Willa Rogersa), że sukcesem będzie samo przeżycie. Jeśli dociągnę do 2015, to naprawdę będzie nie lada wyczyn. Na razie muszę się nauczyć wstawać rano z łóżka i nie wracać do niego po kilkunastu sekundach, gdy na dworze będzie śnieg, na korytarzu dostanę gęsiej skórki albo kiedy najdzie mnie przeczucie, że zaraz po opuszczeniu akademika rozjedzie mnie czołg. 

Miałam też rzucić fajki i alko z szacunku do pieniędzy. Na szczęście na razie nie muszę tego robić, bo w zamrażarce jest jeszcze słodziutka Pietraśna cytryna, a Maciek kupił mi w nocy na Orlenie paczkę fajek, więc może skończę z używkami po powrocie do domu.
Nikt mnie tak nie wkurwia jak facet chrapiący tak głośno, że sam się co chwila budzi od hałasu, który tworzy – dygresja z ostatniej chwili. 

Dygresja jeszcze świeższa – okazuje się, że jestem mistrzem rosołu! 
Bardzo proszę, ze zbioru esejów powoli robi mi się na blogu pamiętnik. 
Czego mam życzyć moim czytelnikom w Nowym Roku 2014?
Zdrowia, z pewnością. 
Niebycia życiową Emilką – chyba.
Poczucia, że warto nie schodzić za szybko z tego świata, a każdy nasz kolejny ruch ma w istocie jakiś sens.
Żeby czas tak szybko nie zapierdalał.
I zawsze smacznego ius carnium, czyli po prostu rosołu.