Michał Witkowski – Wymazane

Michał Witkowski – Wymazane

Mama mnie zapytała, o czym ta nowa książka Witkowskiego. O bardzo przystojnym chłopaku, który uwielbia uprawiać seks z kobietami po sześćdziesiątce, odpowiedziałam grzecznie. A jaka jest prawda? Oto bandycka historia o ruchaniu, hajsie, okropieństwie drugiej wojny światowej i świństwach współczesności. Zapraszam na krótki tekścik o Wymazanym Michała Witkowskiego!

Jeśli jeszcze nie znasz Michaśki, znanej jeszcze niedawno w świecie blogerek modowych jako Miss Gizzy, powinieneś szybko nadrobić braki. Michał Witkowski to według mnie bardzo dobry pisarz, przedni bajarz i absolutny mistrz robienia wokół siebie zamętu. Artysta, chyba pracowity (12 powieści na koncie!) i taki jakby swój. Bo zaliczył kiedyś okropnąwpadkę medialną, nie za dobrze z niej wybrnął, ale mówi się trudno i żyje się dalej. I dostaje się po raz kolejny nominację do Nagrody Nike! Za Wymazane właśnie.

Wymazane to miasteczko na wschodzie Polski, przez które przepływa rzeka Wymazana. Wyrasta nie do końca zwyczajnie pomiędzy Lasem W Którym Rosną Same Trujaki a parkingiem dla tirów Tijuana. To ono jest głównym bohaterem książki, zaraz obok Damianka, przepięknego chłopaka z zamiłowaniem do prozy Michała Witkowskiego oraz starych bab. Najlepiej grubych i spoconych, bo w takich gustuje najbardziej. A jeśli są jeszcze bogate, jak Alexis, miejscowa bizneswoman, to już w ogóle cudownie.

Akcja Wymazanego nie posuwa się naprzód w galopującym tempie, bo prawie jej nie ma. Są za to opowieści, snute przez Witkowskiego językiem pięknym, bo wręcz ludowym. Pisarz jest mistrzem naśladowania mowy bab z bazaru. W sumie… Sam taką trochę przypomina. Dlatego wykreowane przez niego w Wymazanym postaci są do bólu autentyczne, ze swoją brzydotą, nadwagą i wielkimi, błyszczącymi marzeniami.

Najjaśniej błyszczy oczywiście Alexis, której marzenia udało się zrealizować. Wychowana w powojennej Warszawie, ciężko walcząca o przetrwanie swoim sprytem i rozwartymi udami, wygrywa, czyli, mówiąc konkretniej, dorabia się milionów. Za ich sprawą Damian trafia nawet na Malediwy, ale nie będę Wam już ujawniać szczegółów fabularnych. Sami przeczytajcie, bo warto. A dlaczego?

Ponieważ jest to błyskotliwa, prześmieszna, momentami lekko gorsząca, ale wciąż wspaniała, groteska. Na ludzkie umiłowanie pieniędzy i sławy oraz… na jego brak. Na przesadną ambicję oraz totalne zgnuśnienie. Na bycie gwiazdą Instagrama i na niebycie nią. Na starość i na młodość.

To jest książka pełna kontrastów, która wyśmiewa wszystko dokoła, nawet samą siebie. Witkowski bardzo często przywołuje w niej swoją postać oraz inne popełnione przez siebie utwory. Dlatego można się świetnie bawić podczas jej lektury, a potem zastanowić: to dokąd zmierzamy? To po co tyramy całe życie, skoro inni mogą bogato się ożenić, jak Damianek, i fruwać po całym świecie? A co jeśli przez zbytnie zaangażowanie się w karierę zapomnimy o miłości? Gdzie na stare lata odnaleźć ukojenie? Co wtedy z zaspokojeniem pożądania?

Reasumując, super język, mnóstwo prześmiesznych ale i wstrząsających historii, barwne wydarzenia, ciekawi bohaterowie i… to się po prostu zajebiście dobrze czytało, wiecie? Tyle w temacie.

Polecam z czystym sumieniem.

Wasza

 

Łukasz Orbitowski – Exodus

Łukasz Orbitowski – Exodus

Wyobraź sobie, że przez wiele lat mozolnie pracowałeś, by odnieść materialny sukces. Pokonywałeś mnóstwo przeszkód. Jeszcze w trakcie studiów urodziło ci się dziecko, musiałeś użerać się z apodyktyczną matką i trudną sytuacją finansową, nie miałeś czasu wyjść na piwo z kolegami, a dziewczyna, w której się kochałeś, była poza zasięgiem.

Po wielu latach stałeś się przodownikiem pracy w korpo, z własnym mieszkaniem, piękną żoną i możliwością wyjazdu na ekskluzywne wakacje. A chwilę później wszystko bierze w łeb i chcesz zapomnieć, jak się nazywasz. Dlaczego?

Bohaterem Exodusu Łukasza Orbitowskiego jest Janek, przeciętny chłopak, który wychowuje się bez ojca. Jest taki, jak większość z nas. Walczy z wewnętrznymi demonami, przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, stara się utrzymać na powierzchni i wreszcie mu to wychodzi. Do momentu, w którym wydarza się tragedia.

Janek staje się w jednej chwili uciekinierem. Porzuca swoje dotychczasowe życie i zaczyna podróżować. Okazuje się, że bez dowodu osobistego, bez matki i żony, bez środków na karcie, staje się nikim. To, co miał, czyniło go osobą. Kimże więc będzie, gdy pozna nowych ludzi? Co im o sobie powie i jak zachowa się, gdy na jego drodze staną kolejne przeszkody do pokonania?

Jak łatwo się domyślić, polecam Wam Exodus, bo inaczej bym o nim nie pisała. Choć początkowo lektura nie sprawiła mi przyjemności z powodu zbyt wielkiego jak na mnie natężenia szczegółów, już po stu stronach nie byłam w stanie się oderwać. To książka, w której nie ma uśmiechu, więc nie będzie stanowiła relaksu. Ale historia Janka, na którego miejscu może się znaleźć każdy z nas w najbardziej niespodziewanym momencie, wstrząsa do głębi. Robi momentami z mózgu papkę, ale otwiera serce. Po skończeniu lektury, utwierdzam się w przekonaniu, by przestać oceniać. By więcej słuchać a mniej mówić.

Początkowo tekst bardzo przypominał mi losy głównego bohatera Czadu. W poszukiwaniu straconego… autorstwa Aruna Milcarza. Choć w obu książkach bohaterowie momentami zachowują się jak szaleńcy, u Orbitowskiego dochodzi do smutnej konkluzji.

Czy aby na pewno jesteśmy w stanie oderwać się od tego, co było?

Czy możemy zmienić siebie, jeśli wcześniej byliśmy nikim?

Czy kiedykolwiek zaczniemy uczyć się na własnych błędach?

Jeśli macie ochotę pochylić głowę nad Exodusem, gwarantuję Wam, że poświęcony tej książce czas nie będzie stracony. Będziecie mogli zachwycić się rzetelnie skonstruowaną fabułą, prawdziwymi do szpiku kości bohaterami, realiami różnych zakątków Europy i zachłysnąć tragiczną prozą życia.

Za możliwość zapoznania się z tym wartościowym tytułem bardzo dziękuję Wydawnictwu

A jeśli spodobał Wam się tekst i chcecie być na bieżąco z kolejnymi, koniecznie polubcie mój fanpage na Facebooku:

Sylwia Chutnik — Jolanta

Sylwia Chutnik — Jolanta

Posłuchajcie smutnej opowieści, to, co wam opowiem, w głowie się nie zmieści — tak zaczyna Jolantę Sylwia Chutnik, z twórczością mieliśmy styczność w Fabryce dygresji przy okazji wybitnych dla mnie Cwaniar i rewelacyjnego zbioru opowiadań W krainie czarów. Co z Jolantą? Chyba coś nie tak, bo książka niestety w ogóle mi się nie spodobała.

Główną bohaterką książki Sylwii Chutnik jest tytułowa Jolanta, mieszkająca na jednym z osiedli Warszawy. Jej dojrzewanie przypada na okres transformacji ustrojowej Polski. Jolanta najpierw zostaje porzucona przez ojca, który odchodzi do kochanki, potem osieraca ją matka, a chwilę potem nadchodzi czas, kiedy dziewczyna zakłada rodzinę i sama musi zacząć odgrywać rolę, jakiej nikt nigdy za bardzo jej nie nauczył… Nieodłącznymi towarzyszami jej wędrówki w dorosłość są strach, poczucie zagubienia i niepewność jutra. Czy kiedy wszystko wokół się zmienia, ludzie przychodzą i odchodzą, a jedynym stałym elementem na horyzoncie jest wysoki fabryczny komin, przypominający latarnię morską, można odnaleźć cudowny sposób na niepogubienie się?

Tradycja polska nakazuje leczyć wewnętrzne bóle spirytusem.

I ja, w trakcie lektury, nieraz chciałam się napić, bo choć narracja, jak zwykle w przypadku Sylwii Chutnik, była lekka, trafiająca w punkt, taka szczera po prostu, to czytając, raz po raz trafiał mnie szlag. Jakie to wszystko smutne, to, co wydarzyło się Joli. Jakie okrutne i niesprawiedliwe. Jak dorosłość właśnie, i jak życie, od którego można próbować uciec, ale nie zawsze jest się na tyle odważnym, by to się udało.

Processed with VSCO with c1 preset

Jolanta jest bez wątpienia opowieścią o wejściu w brutalny, egoistyczny świat dorosłych, który… tak naprawdę nie istnieje, bo nieważne, ile mamy lat, wszyscy jesteśmy dziećmi, które potrzebują się do kogoś przytulić, spytać o poradę i mieć ulubioną zabawkę. Dlatego ja byłam po prostu przerażona, bo już od dłuższego czasu uważam, że bycie dobrym rodzicem jest wysiłkiem wręcz tytanicznym. Że nie wiem, czy istnieje na świecie człowiek, któremu udało się nie skrzywdzić swojego dziecka. I Jolanta to potwierdza. Łatwo sobie urodzić dziecko, sztuk jeden albo dwa. Ale poród jest dopiero początkiem cierpienia, który będzie trwał już do końca życia, bo Ci najbliżsi przecież zadają nam zawsze najwięcej bólu.

Ile można sobie wmawiać, że należy żyć, bo ludzie patrzą, i przecież są tacy, co mają gorzej od nas, więc czemu, och, nie wziąć się w garść i nie uśmiechnąć.

Książka Sylwii Chutnik jest bardzo dobrym studium wycofania społecznego i depresji. Pokazuje, jak wielką krzywdę może wyrządzić obojętność i jakie są konsekwencje braku miłości. Jest tam też fragment opisujący przemoc seksualną. W filmach, serialach i książkach pełno jest przecież teraz takich opisów. Jakkolwiek traumatyczne byłoby to stwierdzenie, codzienność gwałtem stoi. Dlatego w trakcie lektury Jolanty w zasadzie ten konkretny opis mnie nie poruszył. A potem zmieniła się moja rzeczywistość. Dowiedziałam się czegoś, wróciłam myślami do tego fragmentu i teraz, pisząc dla Was recenzję, płaczę sobie, bo to, co tam się w książce dzieje, nie przydarza się już jakiejś obcej dziewczynie. Tylko dziewczynie, którą znam od zawsze, którą kocham i podziwiam. I tak trudno mi pojąć, jak wielkim bohaterem trzeba być w życiu, by po czymś takim po prostu wrócić do codzienności i jako tako funkcjonować. Uważam, że to ogromny sukces.

Dziwne to, kiedy człowiek twierdzi, że boi się śmierci. Umiera przecież setki razy i setki razy musi wstać z kolan, otrzepać ubranie i iść dalej.

Processed with VSCO with c1 preset

Mogę napisać Wam to prosto z mostu: nienawidzę takich książek, bo są prawdziwe. Mają bohaterów, którzy mijają nas codziennie na chodniku. Ich akcja toczy się w miejscu, w którym albo żyjemy, albo bywamy, ale znamy je na wylot. Na kartkach Jolanty zostało zapisane życie, od którego codziennie staramy się uciec. Do Internetu, do serialu, do hodowli papug, w góry. Ale się nie da. Każdy z nas ma na swoich barkach rodzinny balast. Każdy ma jakieś braki i na siłę stara się je uzupełnić, nie bacząc na konsekwencje. Każdy jest zagubionym dzieciakiem.

Mogła mieć ta rodzina inne życie. Ale nie miała.

Na koniec, choć starałam się być dzielna, nie wytrzymałam i się popłakałam. Zakończenie po prostu mnie przygniotło. I choć tak bardzo męczyłam się podczas lektury, jestem ogromnie z siebie zadowolona, że dotrwałam do końca, że choć nie miałam żadnej przyjemności z czytania, dzięki Sylwii Chutnik znowu nabrałam trochę więcej wrażliwości i zrozumienia. I Wy też powinniście.

Czytajcie Jolantę. To ważne.

Jakub Żulczyk – Wzgórze Psów

Jakub Żulczyk – Wzgórze Psów

To czwarta odsłona mojego płomiennego romansu z prozą Jakuba Żulczyka. Po Zrób mi jakąś krzywdę, Radiu Armageddon i Ślepnąc od świateł nadszedł czas na czwartą schadzkę pod Wzgórzem Psów. To były cudownie spędzone trzy wieczory. Szkoda, że lektura trwała tak krótko… Ale czy zniosłabym więcej?

Rodzina to zatrzaśnięcie się w windzie z zupełnie obcymi ludźmi na całe życie.

Zaczyna się od rodziny i na rodzinie kończy. Wzgórze psów to w zasadzie taka księga wyjścia i powrotu. Syna marnotrawnego, a miasto, do którego wraca po najrozmaitszych perypetiach, nie powinno się nazywać Zybork*, a po prostu: Miasto Psów. Tam wszyscy mieszkańcy szczekają i wydają się bardziej podobni do psów niż same zwierzaki, pałętające się po tej mazurskiej bądź warmińsko-mazurskiej mieścinie. Sąsiedzi wyszczekują sekrety innych sąsiadów. Mikołaj Głowacki, główny bohater powieści, warczy i podskakuje do swojego ojca, Tomasza. Obaj są początkowo jak ratlerek i doberman, zaś żona Mikołaja, Justyna, bywa po prostu (nie)wdzięczną suką. Bandyci gryzą się między sobą i zachowują jak dzikie bestie, byle tylko pokazać, kto silniejszy…

Mikołaj i Justyna opuszczają Warszawę. Nie stać ich na utrzymanie w stolicy Polski, więc postanawiają przeczekać gorsze dni w domu rodzinnym Głowackich. Mają za sobą kilka trudnych miesięcy w małżeństwie, a w Zyborku czeka na nich zetknięcie z przeszłością Mikołaja oraz czającym się między mazurskimi lasami i jeziorami pierwotnym złem.

Zło jest po to, aby je pokonać. Taka jest funkcja zła

pisze Żulczyk na jednej z 862 stron swojej najnowszej książki, ale czy w obliczu wydarzeń, które zaraz rozegrają się w miasteczku, zdanie to może brzmieć w jakimkolwiek ułamku prawdziwie?

2

Akcja Wzgórza Psów była tak wartka, a narracja tak doskonale poprowadzona, że wydawało mi się, iż raczej oglądam serial w stylu Skazanego na śmierć (konkretnie sezonu drugiego, kiedy do akcji wkracza Alex Mahone) niż czytam tomiszcze, które ledwo mogę utrzymać w rękach. Refleksje nad mroczną stroną istnienia, autentyczny język, niemal fizycznie odczuwalne fatum, które zawisło nad bohaterami i mnóstwo emocji, głównie lęk – to właśnie te elementy, które składają się na błyskotliwy thriller, a Żulczyk operuje nimi z wprawą pierwszoligowego neurochirurga.

A wiecie, co jest najlepsze? Że po odłożeniu książki miałam niezły mindfuck. Bo Żulczyk nie podaje nic na tacy. Po skończeniu lektury to Ty musisz pomyśleć, zastanowić się. I to jest ekstra. Pod tym względem dużo lepiej niż u Twardochowego Króla, bo temat jest wiecznie aktualny i może dotknąć każdego z nas. (Oby nie).

Mogłabym rozpływać się nad Wzgórzem Psów tak długo, aż potopicie się w tych wszystkich zachwytach pod adresem Żulczyka, ale nie chcę tego. Wolałabym, żebyście sięgnęli po tę książkę i zafundowali sobie kilkudniową jazdę bez trzymanki. Bo jeśli szukacie wstrząsającej rozrywki, to najnowszy tytuł z wydawnictwa Świat Książki na pewno takową Wam zapewni.

Dlatego powiem Wam, dlaczego tak nisko oceniłam Wzgórze Psów, gdyż daję jedynie

9/10.

Otóż, moi Czytelnicy, dwie sprawy.

Główna postać kobieca, Justyna, niestety nie jest stuprocentową kobietą. Żulczyk zrobił wg mnie dwie straszne kuchy. Kiedy kobieta przegląda się w jakiejś wypucowanej powierzchni, nie myśli o tym, że przeglądając się w niej, może się ogolić. Uczesać, przejrzeć w kiecce – owszem, ale nie ogolić. Ponadto, będąc rozdartą między dwoma mężczyznami, nie zachowuje takiego spokoju, graniczącego z wyrachowaniem. To raczej domena facetów. Kobietą miota, jakby była opętana. Ale to rzecz jasna moja subiektywna opinia.

Na jedną sekundę, gdy go kocham, przypada dziesięć, kiedy chciałabym, aby zniknął, albo stał się kimś zupełnie innym.

Poza tym na około dwusetnej stronie, trafiwszy na pewne podejrzane zdanie, powiedziałam sobie: kurwa mać, Żulczyk jest bardzo konsekwentnym, a przede wszystkim utalentowanym i wyrobionym pisarzem. To nie może być przez przypadek, ale jeśli jest tak, jak myślę, to jest chorym popierdoleńcem, bo to po prostu straszne. No i miałam rację, co świadczy tylko o wielkości tej książki, bo pozostałe sześćset stron i tak przeczytałam jednym tchem, utwierdzając się tylko w przekonaniu, że nic, co zostało napisane we Wzgórzu Psów, nie jest przypadkowe.

3

 

Na koniec chciałabym podziękować Zuzi i Sikorce za odjazdowy prezent na urodziny. Dla mnie książka zawsze będzie najcenniejszym prezentem, zwłaszcza taka, jak Wzgórze Psów. I każda inna Jakuba Żulczyka. On umie w to całe pisarstwo, i to jak!

_______________
* Zybork – po zgooglowaniu hasła, wyszło mi, że to dawna, niemiecka nazwa miasteczka w warmińsko-mazurskim, które teraz zwie się Jeziorany. Dla mnie ciekawa informacja, nie wiem, jak dla Was, dlatego zamieszczam ją dopiero w przypisie. Kto by dotrwał do końca mojej opinii o książce, bez przesady… Chociaż uważam, że napisałam ją z sercem. Jak sądzicie? Czytaliście Wzgórze Psów? Dajcie znać w komentarzach!

Aleksandra Ewa Furtak – Stażyści

Aleksandra Ewa Furtak – Stażyści

Utknęłam. I nie wiem nawet, między czym a czym. Nie pamiętam, co było przedtem ani dokąd zamierzałam dojść, podążając przez to miejsce, w którym jestem teraz. Trudno uwierzyć, że to mogłoby dokądś prowadzić. Trudno uwierzyć, że coś mogłoby się zmienić. I chyba nie można wrócić.

Tak właśnie zaczynają się Stażyści Aleksandry Ewy Furtak. Prawdopodobnie są powieścią debiutancką, ale to tylko moje podejrzenia. Z braku rzeczowych informacji w sieci na temat książki i autorki, napisałam do Fundacji Farka, by otrzymać odpowiedź na kilka pytań, ale wiadomości zwrotnej nie było, dlatego nie powiem Wam, jak to się w ogóle stało, że Stażyści pojawili się na rynku wydawniczym, choć wydaje mi się, że to bardzo ciekawa historia. Na szczęście treści prezentowane przez autorkę są również dosyć interesujące.

Jeśli myślisz, że masz przed sobą 21 tysięcy gównianych dni, jeśli wiesz, jak przetrwać zimę za 3 euro dziennie, jeśli słysząc swojego szefa, masz ochotę kupić kastet i dać mu w mordę – ta książka jest o tobie.

Pierwszy akapit na okładce brzmi bardzo zachęcająco, więc mimo że Stażyści są opasłym tomiszczem wydrukowanym na ponad sześciuset sześćdziesięciu stronach ciężkiego papieru offsetowego, dziarsko zabrałam się za lekturę. Któż bowiem nigdy nie znajdował się w punkcie, w jakim wylądowała główna bohaterka powieści, Natalia?

Kiedy dziwimy się sytuacji, w jaką nagle się wpakowaliśmy? I na dokładkę okazuje się, że pracowaliśmy na ten moment od bardzo długiego czasu. Naszą lekkomyślnością, brakiem doświadczenia, odsuwaniem od siebie myśli o przyszłości… Zakładając, że świat ogranicza się do najbliższych ludzi oraz miejsc, które odwiedzamy w przerwie od pracy. Nasza psychika staje się klatką, z której nie ma żadnego wyjścia. Żadnego dalej. Tylko nędzne tu i teraz, rozciągnięte w nieskończoność. Jedynym sposobem na przerwanie tego piekła jest ucieczka.

Natalia, prześliczna dwudziestoparoletnia Greczynka, zrywa ze swoim partnerem, u którego pracowała. Kierowana emocjami porzuca obowiązki menedżerki hotelu, swoich bliskich i wygodny świat w imię walki o swoją niezależność. W ten sposób dociera do Brukseli ze źle zapakowaną walizką oraz doliną finansową. Cudem znajduje skromne lokum, które niestety będzie przyczyną jej dalszych kłopotów i pracę. W biurze organizacji humanitarnej działającej na rzecz uchodźców Natalia będzie mieć do czynienia z prawdziwym życiem – skandalicznie niskimi zarobkami, kpinami stażystek, konfliktami z przełożonym oraz wszechobecną hipokryzją.

Czuła, że jest na dobrej, prostej drodze do paniki, a znała tylko jedną możliwość ratunku w takiej sytuacji – Coldplay w kiblu.

W najgorszych momentach Natalię ratują dwie rzeczy. Autoironia i lektura bloga pisanego przez dziewczynę, która również mieszka w Brukseli. Ich ścieżki w pewnym momencie się krzyżują, co przynosi serię zaskakujących zwrotów akcji.

Książkę czyta się dosyć szybko, ale od strony technicznej niestety została napisana bardzo nieporadnie. Z wielkim spokojem te ponad 660 stron można by skondensować na maksymalnie 400, dzięki czemu tekst tylko by zyskał. Lektura nie jest jednak nieprzyjemna. Aleksandra Ewa Furtak dobrze wiedziała, o czym pisze. Musiała znać temat od podszewki, by tak trafnie scharakteryzować mechanizmy rządzące współczesnym światem. Czuć to, co bohaterowie i pewnie żyć w podobnych ciężkich warunkach. Podoba mi się jej subtelne kobiece spojrzenie na relacje międzyludzkie zarówno prywatne, jak i służbowe oraz trafne wnioski, kiedy relacje te zaczynają przybierać mieszany charakter. Kolejnym plusem jest duże poczucie humoru i autentyzm. Ale wyliczanie produktów, które można znaleźć w szafce po poprzednich współlokatorach oraz n-ty akapit będący tak naprawdę rachunkiem wydatków głównej bohaterki są doprawdy nużące.

Nie zrozumcie mnie źle, nie boję się grubych książek. O ile są napisane pięknym językiem, niestroniącym od zaskakujących porównań, oryginalnych epitetów i wstrząsających puent. W książce Aleksandry Ewy Furtak roi się jednak od kolokwializmów. Co i rusz w akapitach spotkamy babki w lipnych kieckach, lawiny masakr oraz dialogi do bólu prawdziwe, czyli niestety ubogie językowo. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby z tego powodu książka była po prostu krótsza.

Chcę tu zostać i być tak szczerze, beznadziejnie, ostentacyjnie i prostacko niezadowolona. Albo zwyczajnie w świecie nieszczęśliwa. Chcę schować do torebki mój składany entuzjazm i mieć was wszystkich literalnie w dupie.

Ale historia jest niebywale istotna.

Prezentuje głos młodego pokolenia, urodzonego na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Czyli mojego pokolenia, które musi każdego dnia toczyć walkę o zadowolenie najbliższych, wymyślać nietuzinkowe sposoby na przesunięcie daty płatności za czynsz, nie zapominać o zabraniu z domu uśmiechu, choć najchętniej każdy z nas po prostu by popłakał, tonąć w odmętach Facebooka i przy tym wszystkim być jeszcze oryginalnym. I jak tu nie zapomnieć o tym, kim się jest tak naprawdę? A jeśli się nie wie, to skąd tę wiedzę zaczerpnąć, jeśli codziennie rano trzeba meldować się w pracy i katować oczy przed ekranem komputera?

Nasi rodzice walczyli z komunizmem, ale to nie znaczy, że my mamy łatwiej. Każde pokolenie ma swoje problemy a książka Aleksandry Ewy Furtak jest, podobnie jak Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć czy Piromani, kolejnym ważnym głosem w sprawie.

Komu szczególnie polecę tę książkę?

Licealistom, by mieli świadomość, że zdanie matury nie jest zakończeniem ciężkiego etapu w ich życiu, tylko początkiem jeszcze gorszego. Studentom, by nie myśleli, że tytuł licencjata, inżyniera lub magistra rozwiąże ich wszystkie życiowe problemy. Młodym ludziom, którzy uważają, że nie da się już wytrzymać na tym świecie. Da się, tylko trzeba niektóre sprawy w milczeniu przegryźć, zaś inne wykrzyczeć. I o tym właśnie są Stażyści.

7/10