Zygmunt Miłoszewski — Jak zawsze

Zygmunt Miłoszewski — Jak zawsze

Czy zastanawiałeś się może, co zmieniłbyś w swoim życiu, gdybyś mógł cofnąć się w czasie? Czy gdybyś przeniósł się w przeszłość razem z ukochaną osobą, Wasz związek dalej by istniał? Zygmunt Miłoszewski snuje wizję alternatywnej rzeczywistości nie tylko dla pary głównych bohaterów, którzy spędzili ze sobą 50 lat małżeństwa, ale i dla całego narodu polskiego. Co z tego wyniknie? Dowiecie się, czytając najnowszą powieść pisarza pt. Jak zawsze.

By celebrować pięćdziesiątą rocznicę pożycia małżeńskiego, Grażyna wybiera się do sex shopu. Budzi tym sporą konsternację u ekspedientki. Jak to, stara baba, tuż przed osiemdziesiątką, łudzi się, że przysporzy jeszcze jakiegokolwiek mężczyznę o erekcję? W końcu jednak udaje się jej wybrać komplet bielizny i wraca do domu, by świętować ze swoim mężem, Ludwikiem. Ten, naszprycowany wiagrą, wypachniony, z wypolerowanymi zębami (zarówno sztucznymi, jak i resztą prawdziwych), staje na wysokości zadania. Następnego dnia budzą się w obcym mieszkaniu, pięćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że to mieszkanie Ludwika, w którym mieszka z żoną (ale nie Grażyną!). Dokoła zaś otacza ich Warszawa. Zamiast znajomego PRL-u wita ich sojusz z Francją i prezydent Eugeniusz Kwiatkowski, zwany Inżynierem. Jak para odnajdzie się w tych nowych realiach i czy na pewno są nowe? Czy zmiana polskiej przyjaźni z radzieckiej na zachodnioeuropejską jest lepsza czy gorsza? I co na to reszta społeczeństwa, cierpiącego jeszcze koszmary po niedawno zakończonej drugiej wojnie światowej?

Processed with VSCO with c1 preset

Ignorancją byłoby nazwać pomysł na książkę nieciekawym. Zygmunt Miłoszewski przedstawia losy naszego społeczeństwa, wbitego w kolejną niewolę, tym razem francuską. Obnaża typowo polskie przywary, demaskuje głupotę mas i ludzką próżność. Swoich bohaterów stawia w zabawnych sytuacjach i faktycznie, kilka momentów w książce naprawdę mnie rozbawiło (głównie wtedy, kiedy Ludwik starał się zbić fortunę, wykorzystując wiedzę o przyszłości — rozmowa z wydawcą moim zdaniem była przekomiczna, choć do bólu prawdziwa).

Niestety, niejasna jest dla mnie odpowiedź na jedno pytanie. Po co? Jaki był cel napisania tej książki, w której roi się od nic nie wnoszących do fabuły dialogów? Dlaczego mamy do czynienia z tyloma bohaterami o niewykorzystanym potencjale? Grażyna, choć niby odważna, wcale się tak nie zachowuje. Ludwik, choć od kilkudziesięciu lat zajmuje się psychoterapią, niestety nie wyróżnia się zbytnią inteligencją i znajomością ludzkich zachowań. Do tego mamy szereg niezbyt wprawnie zagospodarowanych wątków (jak choćby relacja Grażyny z bratem czy matką), i zakończenie, które równie dobrze mogłoby nastąpić mniej więcej w połowie powieści.

Nie mogę zatem powiedzieć, że lektura mnie ujęła. Nie tego spodziewałam się po autorze zekranizowanych już kryminałów. Moje pierwsze spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim wiązało się z nadziejami, które niestety szybko okazały się płonne. Nie oznacza to jednak, że nie warto czytać Jak zawsze. Bo znalazło się kilka rzeczy, jakie oceniam na zdecydowany plus.

Processed with VSCO with c1 preset

Przede wszystkim: feminizm. Namalowany przez Miłoszewskiego szczegółowy portret Efy, czyli działu szkolnictwa, gdzie dziewczęta w patologicznych rodzin mogą otrzymać solidne wykształcenie, może być wielorako interpretowany. I zdecydowanie zmusza do refleksji. Intrygujący jest choćby wymóg otrzymania dyplomu. Badanie ginekologiczne, którego wyniki potwierdzą, że dana uczennica jest dziewicą, choć na lekcjach podobnych do naszych znanych WDŻ-ów szerzone są poglądu, jakie Grażyna przyniosła z sobą z XXI wieku. W Jak zawsze widzimy jak na dłoni, że paradoksy, które mogłyby się wydarzyć pięćdziesiąt lat temu, wciąż mają miejsce w znanej nam współczesności. Dobrze, że literaci nie tracą z oczu tego ważnego tematu.

Do gustu niezmiernie przypadł mi także portret Warszawy. O swoim mieście autor pisze z wielką czułością. Miasto, wyłaniające się spomiędzy wersów Jak zawsze, bez wątpienia żyje. Kipi energią, nawet w nieodbudowanych po wojnie dzielnicach, gdzie utworzono Rezerwat. Choć ludzie dalej poruszają się po ulicach w długich ciemnych płaszczach, mnóstwo jest kolorowych kafejek, wykwintnych restauracji, a na bulwarach rosną drzewa i panuje gwar. To się Miłoszewskiemu na pewno udało.

No i temat starości, nie do końca wyeksponowany (Grażyna i Ludwik, nawet jako staruszkowie, mają umysły maksymalnie, tak mi się przynajmniej wydaje, czterdziestolatków), ale niezmiernie dla mnie ważny. Umartwione długim życiem ciała, osamotnienie z powodu śmierci przyjaciół, snucie planów, z których pewnie nic nie wyjdzie, bo się nie doczeka… Ja się osobiście starości bardzo boję, bo nie pamiętam prawie żadnego z dziadków, ale Miłoszewski daje nam takie ziarenko nadziei… Że jeśli ma się obok bliską osobę, to i starość nie jest wcale taka straszna.

Processed with VSCO with c1 preset

Książka wydana jest bardzo porządnie, z wielką dbałością o szczegóły — mam tu na myśli  zarówno formę (zadrukowane, fajnie zaprojektowane wnętrze okładki ze skrzydełkami) jak i treść (bardzo dokładna korekta, ukłony dla trzech najwyraźniej wspaniałych w swoim fachu pań, Sabiny Raczyńskiej, Małgorzaty Denys i Elżbiety Kalinowskiej). Ale sama okładka trąci mi tandetą. Co prawda dużo Miłoszewski pisze o seksie, ale umieszczanie wyeksponowanego dekoltu na froncie wydaje mi się jakieś takie tandetne.

Mogło być dużo lepiej.

5/10

Kazuki Sakuraba — Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów

Kazuki Sakuraba — Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów

Sagi rodzinne z licznymi sekretami w tle — kocham. Kobiety orientu i ich historie — ubóstwiam. Na mandze się wychowałam, a czerwień jest kolorem mojej duszy, dlatego nic dziwnego, że Czerwone dziewczyny Kazuki Sakuraby tak bardzo przypadły mi do gustu.

Akcja dzieje się w prefekturze Tottori, w miasteczku zbudowanym na wzgórzu, u którego szczytu mieści się czerwony dom. To posesja rodu Akakuchibów, w jakiej przez aż trzy pokolenia toczyć będzie się akcja sagi: począwszy od losów Manyō, porzuconej przez tajemniczych ludzi gór i zaadoptowanej przez rodzinę jednego z pracowników huty Akakuchibów, poprzez wyjątkowo barwną historię jej zbuntowanej córki Kemari, a skończywszy na śledztwie prowadzonym przez żyjącą przeszłością, spokojną wnuczkę o imieniu Tōko.

Processed with VSCO with c1 preset

Każda z trzech części powieści różni się od siebie drastycznie stylem narracji. Pierwsze kilkadziesiąt lat życia Manyō opisane zostały w sposób bliski snuciu legendy. Kazuki Sakuraba obdarzyła swoją bohaterkę darem jasnowidzenia, ale w zamian za to upośledziła poprzez analfabetyzm. W historii kobiety bardzo dużo jest onirycznych fragmentów, niesamowitych zbiegów okoliczności, niepokojącej symboliki i przepięknych opisów natury. Kiedy czytałam o Manyō, przypominała mi się inna piękna książka o losie kobiety w Japonii, Plebejka Johna Burnhama Schwartza czy jeszcze popularniejsze Wyznania Gejszy Arthura Goldena.

Historia Kemari jest jak gwałtowny obrót o 180 stopni. Choć córka Manyō podobna była do matki posturą i wyglądem, nie miały ze sobą zbyt wiele wspólnego. Jako porywcza nastolatka Kemari dowodziła gangiem motocyklowym dziewcząt, a później została sławną rysowniczką mangi… I akcja tej właśnie części przypomina kadry z mangi, bardziej kolejne fragmenty komiksu niż powieści. Dynamiczny rozwój akcji, burza emocji, narysowane ostrą kreską postaci i przepiękne pocztówki krajobrazów, kiedy Kemari pędzi motocyklem pośród wirujących płatków kwiatów wiśni… Druga część książki z pewnością przypadnie do gustu bardziej młodszym czytelniczkom oraz fankom prozy young adult.

Processed with VSCO with c1 preset

Kiedy zaś czytamy o życiu Tōko Akakuchiby, stykamy się ze współczesnym kryminałem. Głęboko ukryta tajemnica rodowa staje się obsesją dziewczyny. Suchy język narracji odpowiada jej pragmatycznemu usposobieniu. I choć jesteśmy w stanie domyślić się rozwiązania zagadki, będącej klamrą kompozycyjną całej fabuły, jest ona tylko jednym z ciekawszych elementów ostatniej części Czerwonych dziewczyn.

Z jednej strony można być zatem (jak w moim przypadku) zauroczonym takim zróżnicowaniem narracyjnym. Z drugiej strony zrozumiem osoby, których zagranie to rozczaruje. I faktycznie, najbardziej zdecydowanie do gustu przypadła mi snuta w spokojnym tempie, czarodziejska momentami historia Manyō. O Japonii, której już później nie uświadczymy. Ale całą powieść warto przeczytać nie tylko dla mniej lub bardziej wciągającej fabuły. Mam tu na myśli role, jakie musimy odegrać w życiu. Co tak naprawdę znaczy być kobietą czy być mężczyzną? Gdzie pośród priorytetów usytuować przyjemności, gdzie obowiązki, a gdzie miłość i czy w istocie naprawdę jest tak ważna? Czym jest rodzina? I kiedy stajemy się dorośli?

Processed with VSCO with c1 preset

Czerwone dziewczyny nie odpowiadają do końca na te pytania. Ale są punktem, dzięki któremu możemy zacząć rozmyślać. A to jest właśnie to, co w lekturach cenię najbardziej. Wszystkim fanom Japonii, kobiet i silnych charakterów — polecam gorąco.

Sylwia Chutnik — Cwaniary

Sylwia Chutnik — Cwaniary

Halina Żyleta to główna bohaterka współczesnej powieści gangsterskiej Cwaniary. Autorka książki, będącej dramatem obyczajowym i wyciskaczem łez, to Sylwia Chutnik, którą poznałam literacko w trakcie lektury jej zbioru opowiadań (W krainie czarów). Pisarka nie bardzo życzliwa jest dla swojej pierwszoplanowej postaci. Halinę poznajemy na cmentarzu, kiedy stara się odpicować nagrobek nieżyjącego narzeczonego. Jest samotną, niedoszłą panną młodą a już wdową, w dodatku w ciąży. Na szczęście ma babcię, koleżanki i siłę własnych pięści.

Zarówno Halina jak i Celina, Bronka oraz Stefa, hobbystycznie piorą mężczyzn w bramach albo ciemniejszych podwórkach. Częściowo jest to przyjemność sama w sobie. Ale kobiety tyle razy dostawały cęgi od mężczyzn i życia, że w końcu nie sposób się nie odwdzięczyć. Tytułowe cwaniary zatem mszczą się i wojują. Tak, jak to się robiło kiedyś, w tymże właśnie mieście, czyli stołecznej Warszawie.

Walczę o to samo, o co walczyli ci wszyscy w hełmach i panterkach. O siebie walczę, o swoje koleżanki. O sprawiedliwość.

Okazuje się jednak, że miasto chcą znów zagarnąć dla siebie źli ludzie. Deweloperzy i inni biznesmeni, którzy wzniecają pożary ostałych cudem po bombardowaniu kamienic, wysiedlają ludzi, zabierają im przeszłość i skazują na życie na wygnaniu. A do tego mordują ludzi, chcących im się przeciwstawić. Cwaniary nie mogą na to pozwolić. To bohaterki codzienności, niewyróżniające się wśród tłumu, wszak wiedzące, co jest w życiu najważniejsze. Przystępują zatem do walki o wolność, niemal jak w ’44.

Zdrowaś, cwaniaro, łaskiś pełna, dasz radę. Błogosławionaś ty między samochodami, między tramwajami, a siła twojej pięści wielka.

Jedną z głównych zalet książki jest nietuzinkowe uchwycenie Warszawy jako miasta z krwi i kości. Nie stolicy ze szklanymi konstrukcjami w centrum, nie bezdusznej otchłani dla pracowników korpo, dojeżdżających z pomniejszych wiosek w okolicy i chcących w weekend nabombać się koki. Warszawa to dom. Z warzywniakiem, podwórkiem, zepsutym autem przy garażu, babcią gotującą apetyczny obiad, który pachnie na całą ulicę i sąsiedzką patologią. Z miłością i wyrwą po tym, jak miłości zabrakło. Dzięki opisom Sylwii Chutnik zapragnęłam mieszkać w tym mieście. Może kiedyś się uda.

Kolejnym istotnym motywem jest śmierć. Śmierć, która zostaje tu podobnie opisana jak w przypadku opowiadania pt. W krainie czarów.

Co zrobić z tymi klamotami po zmarłym?
Tysiące przedmiotów, które człowiek pieczołowicie zbiera wokół siebie. Śrubki posegregowane w pudełkach, buty, wyjściowe koszule. Tylko pierwszego planu już nie ma. Śrubki straciły cały swój sens. Buty i koszule zostały pozbawione kontekstu.

Bardzo podoba mi się, że pisarka edukuje czytelników, by świadomi byli nadchodzącego końca i oswaja ich z tym faktem. Śmierć jest tak naturalna jak życie, jedno wynika z drugiego. I tylko materializm nie ima się zupełnie tych dwóch stanów. Ostatnio za każdym razem, kiedy wybieram się do sklepu (co wszak zdarza mi się na szczęście rzadko), zastanawiam się, czy ta konkretna rzecz na pewno jest mi potrzebna. Oczyma wyobraźni widzę niebieskie worki z, jakby to mój tato powiedział, gargamelstwem; nikomu niepotrzebnymi przedmiotami, które ktoś spakował po mojej śmierci. Wolałabym, gdyby zostały po mnie tylko zapisane kartki papieru.

Bez naszej wiedzy i zgody ktoś po prostu odchodzi, znika, umiera. To jest nie do zrozumienia, nie do wybaczenia. Za śmierć należy się zemsta.

Język książki jest bardzo dynamiczny. Sama fabuła wydaje się prosta, ale nie oznacza to, że lekturę można określić jako lekką. W Cwaniarach jest tak dużo śmierci, wzruszających momentów i ciężaru do udźwignięcia, że człowiekowi robi się trochę słabo podczas lektury. No, przynajmniej ze mną tak było. Pomimo jednak początkowej słabości, odczułam wielką siłę płynącego z powieści przesłania. By żyć godnie, póki można. A to oznacza życie aktywne; mówienie nie i niedawanie przyzwolenia na krzywdę. Nawet, jeśli wokół nie ma innych cwaniar. Bo jeśli kobieta sama się o siebie nie zatroszczy, to nikt inny za nią tego nie zrobi.

Polecam. Gorąco. I młodym, i starszym. Bez względu na płeć.

Wasza
Emilia

PS
Niestety, tak wyszło, że wpisy, powiedzmy, lifestyle’owe (o relacjach, o motywacji, o życiu po prostu) będą chyba raz w miesiącu. I tak już do końca roku. Bardzo mi przykro, ale mam czas ograniczony i dużo do zrobienia. Wiecie, druga książka sama się nie napisze. Ale jeśli uda się zebrać na FB 1000 lajków do końca roku, to w 2018 ruszamy z YT. Tak więc zachęcam do polubienia strony poniżej!

 

Jakub Żulczyk – Wzgórze Psów

Jakub Żulczyk – Wzgórze Psów

To czwarta odsłona mojego płomiennego romansu z prozą Jakuba Żulczyka. Po Zrób mi jakąś krzywdę, Radiu Armageddon i Ślepnąc od świateł nadszedł czas na czwartą schadzkę pod Wzgórzem Psów. To były cudownie spędzone trzy wieczory. Szkoda, że lektura trwała tak krótko… Ale czy zniosłabym więcej?

Rodzina to zatrzaśnięcie się w windzie z zupełnie obcymi ludźmi na całe życie.

Zaczyna się od rodziny i na rodzinie kończy. Wzgórze psów to w zasadzie taka księga wyjścia i powrotu. Syna marnotrawnego, a miasto, do którego wraca po najrozmaitszych perypetiach, nie powinno się nazywać Zybork*, a po prostu: Miasto Psów. Tam wszyscy mieszkańcy szczekają i wydają się bardziej podobni do psów niż same zwierzaki, pałętające się po tej mazurskiej bądź warmińsko-mazurskiej mieścinie. Sąsiedzi wyszczekują sekrety innych sąsiadów. Mikołaj Głowacki, główny bohater powieści, warczy i podskakuje do swojego ojca, Tomasza. Obaj są początkowo jak ratlerek i doberman, zaś żona Mikołaja, Justyna, bywa po prostu (nie)wdzięczną suką. Bandyci gryzą się między sobą i zachowują jak dzikie bestie, byle tylko pokazać, kto silniejszy…

Mikołaj i Justyna opuszczają Warszawę. Nie stać ich na utrzymanie w stolicy Polski, więc postanawiają przeczekać gorsze dni w domu rodzinnym Głowackich. Mają za sobą kilka trudnych miesięcy w małżeństwie, a w Zyborku czeka na nich zetknięcie z przeszłością Mikołaja oraz czającym się między mazurskimi lasami i jeziorami pierwotnym złem.

Zło jest po to, aby je pokonać. Taka jest funkcja zła

pisze Żulczyk na jednej z 862 stron swojej najnowszej książki, ale czy w obliczu wydarzeń, które zaraz rozegrają się w miasteczku, zdanie to może brzmieć w jakimkolwiek ułamku prawdziwie?

2

Akcja Wzgórza Psów była tak wartka, a narracja tak doskonale poprowadzona, że wydawało mi się, iż raczej oglądam serial w stylu Skazanego na śmierć (konkretnie sezonu drugiego, kiedy do akcji wkracza Alex Mahone) niż czytam tomiszcze, które ledwo mogę utrzymać w rękach. Refleksje nad mroczną stroną istnienia, autentyczny język, niemal fizycznie odczuwalne fatum, które zawisło nad bohaterami i mnóstwo emocji, głównie lęk – to właśnie te elementy, które składają się na błyskotliwy thriller, a Żulczyk operuje nimi z wprawą pierwszoligowego neurochirurga.

A wiecie, co jest najlepsze? Że po odłożeniu książki miałam niezły mindfuck. Bo Żulczyk nie podaje nic na tacy. Po skończeniu lektury to Ty musisz pomyśleć, zastanowić się. I to jest ekstra. Pod tym względem dużo lepiej niż u Twardochowego Króla, bo temat jest wiecznie aktualny i może dotknąć każdego z nas. (Oby nie).

Mogłabym rozpływać się nad Wzgórzem Psów tak długo, aż potopicie się w tych wszystkich zachwytach pod adresem Żulczyka, ale nie chcę tego. Wolałabym, żebyście sięgnęli po tę książkę i zafundowali sobie kilkudniową jazdę bez trzymanki. Bo jeśli szukacie wstrząsającej rozrywki, to najnowszy tytuł z wydawnictwa Świat Książki na pewno takową Wam zapewni.

Dlatego powiem Wam, dlaczego tak nisko oceniłam Wzgórze Psów, gdyż daję jedynie

9/10.

Otóż, moi Czytelnicy, dwie sprawy.

Główna postać kobieca, Justyna, niestety nie jest stuprocentową kobietą. Żulczyk zrobił wg mnie dwie straszne kuchy. Kiedy kobieta przegląda się w jakiejś wypucowanej powierzchni, nie myśli o tym, że przeglądając się w niej, może się ogolić. Uczesać, przejrzeć w kiecce – owszem, ale nie ogolić. Ponadto, będąc rozdartą między dwoma mężczyznami, nie zachowuje takiego spokoju, graniczącego z wyrachowaniem. To raczej domena facetów. Kobietą miota, jakby była opętana. Ale to rzecz jasna moja subiektywna opinia.

Na jedną sekundę, gdy go kocham, przypada dziesięć, kiedy chciałabym, aby zniknął, albo stał się kimś zupełnie innym.

Poza tym na około dwusetnej stronie, trafiwszy na pewne podejrzane zdanie, powiedziałam sobie: kurwa mać, Żulczyk jest bardzo konsekwentnym, a przede wszystkim utalentowanym i wyrobionym pisarzem. To nie może być przez przypadek, ale jeśli jest tak, jak myślę, to jest chorym popierdoleńcem, bo to po prostu straszne. No i miałam rację, co świadczy tylko o wielkości tej książki, bo pozostałe sześćset stron i tak przeczytałam jednym tchem, utwierdzając się tylko w przekonaniu, że nic, co zostało napisane we Wzgórzu Psów, nie jest przypadkowe.

3

 

Na koniec chciałabym podziękować Zuzi i Sikorce za odjazdowy prezent na urodziny. Dla mnie książka zawsze będzie najcenniejszym prezentem, zwłaszcza taka, jak Wzgórze Psów. I każda inna Jakuba Żulczyka. On umie w to całe pisarstwo, i to jak!

_______________
* Zybork – po zgooglowaniu hasła, wyszło mi, że to dawna, niemiecka nazwa miasteczka w warmińsko-mazurskim, które teraz zwie się Jeziorany. Dla mnie ciekawa informacja, nie wiem, jak dla Was, dlatego zamieszczam ją dopiero w przypisie. Kto by dotrwał do końca mojej opinii o książce, bez przesady… Chociaż uważam, że napisałam ją z sercem. Jak sądzicie? Czytaliście Wzgórze Psów? Dajcie znać w komentarzach!

Ivana Dobrakovová – Bellevue

Ivana Dobrakovová – Bellevue

Marsylia to idealne miejsce na wczasy. Okazuje się, że stanowi też piękne, niemal groteskowe tło dla horroru głównej bohaterki powieści pt. Bellevue autorstwa Ivany Dobrakovovej. Choć dziewczyna początkowo pomaga niepełnosprawnym, bardzo szybko okazuje się, że osobą, która będzie potrzebować najintensywniejszej pomocy, stanie się ona sama. Depresje, walka z własnymi demonami i cielesnością, ból dorastania o tym wszystkim przeczytacie w książce słowackiej pisarki, wydanej w serii Słowackie Klimaty.

IMGP2512

Tytułowe Bellevue francuski ośrodek, w którym ludzie niepełnosprawni uzyskują stałą opiekę. Dziewiętnastoletnia Blanka postanawia udać się tam na wakacje jako wolontariusz. Ma nadzieję na zawarcie nowych znajomości, poprawienie języka i wypoczynek w przepięknej miejscowości. Rzeczywistość pracy z osobami poszkodowanymi przez okrutny los przewraca jej plany do góry nogami. Bardzo szybko z całą mocą powraca jej choroba psychiczna.

Z początku mamy do czynienia z pamiętnikiem naiwnej nastolatki. Wycofanej, trochę fajtłapowatej, nie potrafiącej odnaleźć się w rzeczywistości, która ją otacza. Jej ciche zachowanie bardzo odstaje od energii, od której kipią aż inni wolontariusze, wykonujący w Bellevue bardzo ciężkie obowiązki. Do ich zadań należy spędzanie czasu z osobami zdeformowanymi, pozbawionymi kończyn, ledwo komunikującymi się ze światem oraz zaspokajanie ich potrzeb fizjologicznych. Sprzątanie po rezydentach, karmienie ich, mycie oraz pomaganie przy wydalaniu. Blanka bardzo stara się dorównywać kolegom i koleżankom. Osoby niepełnosprawne przypominają dziewczynie jednak o jej własnych ułomnościach. Przypominają o nieżyjącym ojcu oraz o dramacie, jaki rozegrał się przed jego śmiercią. Nawrót depresji jest tylko kwestią czasu. Ale to, co dzieje się z Blanką później, jest jeszcze straszniejsze.

IMGP2516

Im więcej czasu spędziłam na lekturze Bellevue, tym bardziej książka mi się podobała. Główna bohaterka małymi kroczkami ujawniała całą prawdę o sobie, a była to prawda dziwna i zatrważająca. Uważam, że książkę powinna przeczytać każda osoba, która pragnie zrozumieć ludzi borykających się z depresją oraz innymi zaburzeniami psychicznymi, cierpiącymi na paranoje, nerwice, stany lękowe i halucynacje. Każdy z nas w końcu czegoś się obawia, a kiedy zdaje sobie sprawę z tego, że nasza wolna wola ograniczana jest przez siły organizmu, czyli w istocie ślepy los, przerażenie wydaje się być jak najbardziej uzasadnione.

Ivana Dobraková poruszyła w swojej książce również trudny temat dorastania. Im więcej się o tym myśli, im więcej rzeczy dostrzega wokół, tym trudniej przestać chcieć być dzieckiem.

Spostrzeżenie, że światem nie rządzi miłość i sprawiedliwość, a choroba i samotność mogą się przytrafić naprawdę każdemu, bez względu na jego płeć, wiek czy chęci do życia,

nie ułatwia przeistoczenia się w osobę odpowiedzialną za swoje czyny.

Spodobały mi się bardzo zabiegi narracyjne zastosowane przez pisarkę, zmiany perspektywy, poszatkowanie fabuły i prosty, niezwykle obrazowy język. Historia sama w sobie nie jest porywająca, jednak tak dokładne opisanie szaleństwa zasługuje albo na ogromny szacunek, albo na głębsze zastanowienie. Czy można bez doświadczenia tak głęboko wejść w skórę swojego bohatera?

Polecam. Mądra książka. Można przeczytać spokojnie w jeden, dwa wieczory.

7/10