10 najważniejszych momentów 2017. Rusałka

10 najważniejszych momentów 2017. Rusałka

W czerwcu, kiedy tak bardzo nie radziłam sobie ze sobą i miałam wszystkiego dość, co opisałam ze szczegółami w poprzednim poście, głupio stwierdziłam, że ucieczka od rutyny, której nie mogę udźwignąć, sprawi że sobie poradzę. Praktycznie złożyłam wypowiedzenie, na szczęście nie zostało ono podpisane.

Pamiętam, że po tym wydarzeniu mój chłopak zabrał mnie nad jezioro, poznańską Rusałkę. Siedziałam nad jej brzegiem, wiatr szeleścił trzcinami, a nad pobliskim lasem gromadziły się sino fioletowe burzowe chmury. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo oderwana jestem od rzeczywistości. Jak bardzo depresja mnie odrealniła. Byłam odcięta niewidzialnym murem od leżącego obok mnie mężczyzny, od krzyku bawiących się nieopodal dzieci, a źdźbło, które trzymałam między palcami, miało niespotykanie obcą fakturę.

Wreszcie dopadła nas burza. Schowaliśmy się w pobliskiej knajpie i przeglądaliśmy przy piwie zgromadzone tam książki. Światło lamp kłuło mnie w oczy, a gdy pod lokal podjechał uber, zanim do niego dotarliśmy, byliśmy już doszczętnie przemoczeni.

Podobał mi się ten porywisty wiatr, bo każdy podmuch czułam jak chlaśnięcie w policzek. Było mi zimno w mokrych ciuchach i aż się roześmiałam, bo żywioły uświadomiły mi, że dalej czuję i jestem żywa.

Zaczęłam powoli wracać do siebie. Pomyślałam sobie, że dlatego, że tak pędzę, żyję między tymi betonowymi murami i szarpię ze wszystkich sił życie, by jak najszybciej zrealizować swoje cele, źle się czuję. Idea slow life, którą wcześniej wykpiłam w myślach setki razy, nagle zaczęła brzmieć racjonalnie.

Przyroda? Po co mi ona, to tylko wstrętne robale i piasek w trampkach. Przez wiele lat nie mogłam zrozumieć mojej mamy, która wszystkie siły wkładała w utrzymanie ładu w domu oraz uprawę wspaniałych roślin w ogrodzie. Po co, na co i jak to możliwe, że daje jej to tyle satysfakcji, skoro później narzeka na bycie obolałą?

Mając dziewiętnaście lat, uciekłam ze wsi do miasta, by zamanifestować swój opóźniony okres buntu. Uważałam, że wrosłam w beton miasta i nikt i nic nie jest mnie w stanie z niego wyrwać. Czy dorosłość sprawiła, że spokorniałam i wstawiłam sobie do pokoju mnóstwo doniczkowych roślin, by stworzyć własną urban jungle?

Uciekałam od wrażliwości, przez którą bardzo wiele wcześniej utraciłam. Zmienna pogoda i kruche, delikatne rośliny pomogły mi zrozumieć, że to, co dzieje się wewnątrz mnie, te wszystkie emocje, jakie odczuwam, nie są złe. Są naturalne. Większa krzywda dzieje się tym, którzy starają się wyprzeć z siebie uczucia albo marnują energię na ich maskowanie. Tak jak i ja to robiłam.

Wróciłam do pracy i stopniowo, z umiarem, dalej wykonywałam swoje obowiązki. Po urlopie na łonie natury, w Sudetach, bez telefonu i internetu, wróciłam całkowicie do formy. Co więcej, na kilka miesięcy zdecydowałam się dojeżdżać z domu rodzinnego do Poznania. Z radością kosiłam trawę, przekopywałam ogród i patrzyłam na pnącą się w górę fasolę, którą posadziła moja mama.

Kiedy przestałam wypierać, że jestem częścią przyrody, zaczęłam odczuwać, że gdziekolwiek bym się nie znalazła – w pracy, w domu rodzinnym, u znajomych – jestem u siebie.

Na swoim miejscu.

Emilia

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Obwołuję wrzesień najgorszym miesiącem roku 2017. I w zasadzie jedynym złym miesiącem roku 2017. Chciałam Wam napisać, jak było źle, jak okropnie się czułam i co sobie myślałam, ale stwierdziłam, że rzyganie na blogu swoimi negatywnymi uczuciami (po raz kolejny) będzie grubą przesadą. W życiu nie zawsze jest idealnie. I mamy prawo do smutku. Ale zamiast wbijać się wspólnie w dół, lepiej się otrząsnąć. O ile jeszcze się da.

mered

Stres w pracy. Sezon grypowo-anginowy. Zimno. Nieumiejętne zarządzanie hajsem. Smród palonych w piecach plastików, przez co moja wakacyjna trasa do biegania stała się nieaktualna. Spięcia z mamą. Tęsknota za Poznaniem… I dodatkowo, wywołane zapewne wszystkim powyższym, napięciowe bóle głowy. We wrześniu wydarzyło się na prawdę sporo rzeczy, które nie przypadły mi do gustu. Określenie mojego nastroju niezadowoleniem będzie jednak takim eufemizmem jak nazwanie Nangi Parbat pagórkiem. Miesiąc zatem daleki od ideału, ale ważny, bo przypomniał mi oraz uświadomił kilka ważnych zasad, dotyczących higieny zdrowia psychicznego.

  1. Zmęczone ciało to ukojona psychika.
    Dlatego postanowiłam powrócić do ćwiczeń. Biegałam, ćwiczyłam z ciężarkami i robiłam wygibasy na macie. Ponieważ dosyć szybko zauważyłam efekty (m. in. wysmuklone ramiona i sucha koszulka pod pachami przy wchodzeniu na czwarte piętro), stwierdziłam, że nie mogę tego zniszczyć, więc udało mi się omijać też maka, nie pić coli i nie wpieprzać co chwila mąki. Efekt? Cztery kilo mniej i 200% więcej czasu spędzonego przed lustrem na podziwianiu własnego ciała. Coraz bardziej się lubię.
  2. To, kim jesteś, nie jest aż tak istotne w porównaniu do tego, kim chcesz być.
    Wiadomo bowiem, że ludzie są z natury leniwi. Każdy z nas ma do tego inny zestaw wad. Ja na przykład za bardzo jestem podatna na wpływ otoczenia, kiepsko radzę sobie z krytyką i mam ogromne trudności z kończeniem rzeczy (+ miliard innych). Ale chcę być pracowita, odważna, odporna i elokwentna. Dlatego muszę o tym pamiętać każdego dnia i zachowywać się tak, jak przystało na to, kim chcę być. A wtedy stanę się właśnie takim człowiekiem. I gdy inni zaczną to zauważać, będzie już dużo łatwiej (potwierdzone info). Life isn’t about finding yourself. Life is about creating yourself, jak powiedział George Bernard Shaw. Zgadzam się.
  3. Znajdź koło ratunkowe i skorzystaj z niego, zanim będzie za późno.
    Przed wpadnięciem w dół, kiedy jesteśmy już pod wpływem chandry, można jeszcze się uratować. Trzeba tylko wiedzieć, jak. Dlatego powinniśmy zapisywać rzeczy, które sprawiają nam radość. Małe błahostki. I gdy zbliża się atak złego nastroju, trzeba sięgnąć po zestaw czynności, będący naszym kołem ratunkowym. Bo, jak wiadomo, kiedy depresja atakuje, nie widzimy już żadnych pozytywów. Wszystko jest do dupy, nie ma żadnego wyjścia, to, co kiedyś wydawało się fajne, teraz nie ma żadnej wartości. Jedną z takich czynności jest dla mnie… oglądanie vlogów Krzysztofa Gonciarza. Nic mi nie daje tak wspaniałego kopa do działania. Piękne obrazy, które widzę na wideo, zwracają mojej rzeczywistości właściwe barwy. Postaram się w najbliższych tygodniach napisać Wam więcej na temat koła ratunkowego, bo to wspaniała technika, która nieraz uratowała mnie w tym miesiącu od poważnego załamania. (I na razie jestem przeświadczona, że to ja ją odkryłam, ale to byłoby pewnie niemożliwe, skoro to taki banał. Znacie może jakieś artykuły, gdzie ktoś o takich kołach ratunkowych pisał? Dokształcę się chętnie, dajcie znać)!

Dzięki powyższym żywię nadzieję, że październik będzie o wiele lepszym miesiącem. Co więcej: po prostu nie pozwolę, żeby znowu było tak źle. Zresztą, nadchodzą magiczne wydarzenia! Ale o tym na koniec.

Tylko żebyście sobie nie myśleli, że we wrześniu nie robiłam nic innego, jak chodzenie na wkurwie albo leżenie bez odrobiny reiatsu. (Kto oglądał Bleacha)? Nie, nie, kochani, to już nie ja. I w ten sposób miesiąc razem z Sikorą zaczęłyśmy od udziału w IX Kongresie Kobietkobiet

Bardzo spodobała mi się atmosfera wydarzenia. Można było spotkać najróżniejsze kobiety. Siwe, z siatami pełnymi zakupów albo tytułem profesora. Młode, będące w ciąży albo skupiające się na rozwijaniu swoich artystycznych pasji. Te, które wiedzę chciały przekazać i takie, które chciały ją otrzymać. Uśmiech. Jedność. Wiedza. W skrócie: bardzo mi się podobało. I gdyby znowu nie ten cholerny ból głowy, na pewno wzięłabym udział w mnóstwie wykładów oraz spotkań, na które niestety w niedzielę nie dotarłam, a chciałam bardzo. Na szczęście za rok kolejny Kongres. I nie mogę się doczekać, żeby uczestniczyć w nim aktywniej.

Oprócz edukacji zażyłam też trochę kultury. Przeczytałam i nawet zrecenzowałam Cwaniary Sylwii Chutnik, widziałam i napisałam o moich wrażeniach z seansu The Square. Wcześniej niestety zapoznałam się też z Death Note w wersji Netflixa, czyli totalną porażką i dorzucam to do czynników, które prawie przysporzyły mi nawrotu depresji.

Po ponad sześciu latach mieszkania w Poznaniu pierwszy raz w życiu zwiedziłam też Śródkę. Wiem, straszny syf, że moja stopa dopiero teraz pierwszy raz stanęła na Moście Jordana, mój język posmakował doskonałej kawy z La Ruiny, a oczy na żywo zachwyciły się słynnym muralem… Shame. Fajnie było tak znów odkrywać Poznani, w dodatku w doskonałym towarzystwie… 😉

Na koniec chciałabym Wam polubić coś, co absolutnie mnie zauroczyło. Jak wiecie (albo nie, to się zaraz dowiecie), instagramuję sobie dosyć aktywnie (@emiliateofila) i co jakiś czas wpadam na interesujące profile. Ale to, co zobaczycie poniżej, sprawiło, że moje serce zabiło o wiele szybciej.

dzangiel

Profil @warsawjungle jest absolutnie zachwycający. Kocham roślinki, bardzo poprawiają mi humor. Moim małym marzeniem jest właśnie taka mała prywatna dżangiel w mieszkaniu. A na stare lata chciałabym słynąć jako ta pisarka, która ma własną oranżerię i tylko tam udziela wywiadów. @warsawjungle przypomina mi o tym pragnieniu, a dodatkowo daje mnóstwo inspiracji do aranżowania przestrzeni. Polecam, zarówno profil, jak i roślinki!

Od teraz na koniec każdego miesiąca będę robić właśnie takie podsumowanie. Dzięki temu mam zamiar po prostu więcej działać. Ale żeby i Wam przyszło to z korzyścią, postaram się polecać Wam fajne rzeczy i dzielić się z przeżyciami bardziej intymnymi niż w innych wpisach. Czekam na Wasz feedback. I tradycyjnie już zachęcam do polubienia profilu Fabryki dygresji na fejsie.

Trzymajcie się cieplutko w październiku i pochwalcie się wrześniowymi refleksjami.

Buziaki!

Wasza

Emilia

 

 

Pan Peryskop i Okoliczności

Pan Peryskop i Okoliczności

Pamiętam, że całkiem niedawno Bohar przedstawił mi tę postać z imienia i nazwiska. Pan Peryskop. The Watcher. Wywodzi się z Poznania, ma raczej wątłą budowę czarnego ciałka, ale wielkie oko, którym niedługo może omiatać będzie cały świat. Pojawia się bowiem nie tylko na murach stolicy Wielkopolski, lecz nawet w filmach Krzysztofa Gonciarza. (więcej…)