The Square (reż. Ruben Östlund) — To nie jest śmieszny film

The Square (reż. Ruben Östlund) — To nie jest śmieszny film

Czarna komedia to jeden z uwielbianych przeze mnie gatunków, zarówno w literaturze, jak i filmie. Ponad cztery lata temu zainteresowało mnie też kino skandynawskie, o czym wspominałam na blogu m. in. przy okazji recenzji Pewnego dżentelmena. Pomyślałam zatem, że The Square w reżyserii Rubena Östlunda będzie idealnym dla mnie filmem. Mądrym, ponurym z jednej strony, a z drugiej przezabawnym. Zwiastun jednak nie oddaje klimatu utworu. The Square bardzo mnie zaskoczył. Nie był śmieszny ani nawet zabawny. Był przerażający.

Christian (w tej roli Claes Bang) jest dyrektorem muzeum sztuki współczesnej. Jeździ Teslą, ma modne okulary, dwie córki z małżeństwa zakończonego rozwodem i kręgosłup moralny w ostatnim stadium erozji. Wydaje mi się, że gdyby postawić przed nim dwa przyciski, z czego na jednym napisane byłoby dobro, a na drugim zło, dostałby wylewu z niemocy podejmowania decyzji. To postać, która osiągnęła w życiu całkiem sporo, choć zupełnie nie wiadomo, dlaczego tak się stało. W dodatku Christian przypominał mi Radzimira Dębskiego i czekałam tylko, aż wyjmie zza pazuchy batutę.

Poznajemy go podczas rozmowy z, wydawać by się mogło, nieprzygotowaną do wywiadu dziennikarką o imieniu Anne (bardzo zdolna Elisabeth Moss). Kobieta jednak bardzo szybko zagania dyrektora w kozi róg. Nie tylko obowiązki służbowe przerastają Christiana. W drodze do pracy zostaje okradziony, zaś jego stosunki z ludźmi wokół są, delikatnie mówiąc, paralityczne.

Głównym wątek stanowi poszukiwanie przez Christiana złodzieja i nakłonienie go do oddania telefonu oraz przygotowania do nowej wystawy, której centralnym punktem ma być tytułowy square; kwadrat, w którego obrębie ma panować bezwzględny szacunek i dobro. Po drodze ku finałowi filmu możemy obserwować nieporadność Christiana, która bardziej irytuje i żenuje niż śmieszy. Reszta przeraża.

The Square uwypukla w zatrważający sposób fakt, iż wartości, jakimi kierowali się w życiu nasi dziadkowie, są obecnie sprowadzane do rangi performance’ów, eksponatów muzealnych czy sloganów reklamowych, za którymi stoi tylko pustka lub może odległe, ledwo słyszalne echo historii. Na relacje międzyludzkie, a zwłaszcza damsko-męskie, znów spada ciężka kotara wzajemnego niezrozumienia.

Scena łóżkowa w The Square należała do jednych z najbardziej tragicznych obrazów, jakie w życiu widziałam. Nie wiem, czy nie była przypadkiem nawet gorsza od mojego pierwszego razu. W zasadzie mogła śmieszyć, ale zaraz sobie pomyślałam, że to nie jest tylko i wyłącznie wizja reżysera, oparta na skrypcie. Takie przedstawienie intymności (czy też jej braku) nie wzięło się znikąd. Co, jeśli ludzie naprawdę się tak zachowują?

Później było już tylko gorzej, bo o ile nikomu pod kołdrę nie zaglądałam, o tyle wiem, jak działa psychologia tłumu oraz prawo silniejszego Trazymacha. A zatem to, co wydarzyło się w scenie z człowiekiem-gorylem (Terry Notary powinien dostać Oscara za odegranie tej roli; z ekranu popłynęło tyle emocji, że aż drżałam w fotelu!), jest nie tylko prawdopodobne, ale tak naprawdę… dzieje się cały czas. Tylko że większość z nas nie chce tego widzieć.

Wydarzenia toczyły się dosyć wolno. Nie przeszkadzało mi to, bo takie stonowane tempo akcji i stopniowo zagęszczająca się atmosfera stanowiły spójną całość, uwypuklając pustkę życia głównego bohatera. Z drugiej strony trochę szkoda, że oddechy od kolejnych ważnych dla fabuły scen, nie zostały wypełnione ładniejszymi ujęciami. Zapamiętałam tylko kadr z jednej z muzealnych sal, gdzie mieściła się ekspozycja kamiennych hałdek. Ale też nie zachwycił. Może dlatego, że sztuka w porównaniu z prawdziwymi uczuciami i wartościami zwyczajnie przegrywa, a zatem takie właśnie było zamierzenie reżysera? Był on również bardzo ascetyczny w doborze muzyki. Soundtrack jest dla mnie jednym z ważniejszych elementów. Tutaj niestety muzyka tak stopiła się z tłem, jakby prawie w ogóle jej nie było.

Choć zatem zachowanie bohaterów wydaje się być przerysowane, to życiowe doświadczenie pokazuje mi niestety, iż wcale tak nie jest. Pokuszę się więc na podsumowanie, że The Square nie jest wcale czarną komedią, tylko dramatem obyczajowym. Niepokojącym i dobrym obrazem bezpardonowo podsumowującym pustotę człowieczeństwa oraz ukazującym kontrast między pierwotnością a przeintelektualizowaniem.

7/10

Polecam The Square każdemu, kto chce rozruszać mózgownicę. Idźcie do kina, koniecznie, bo będziecie żałować!

 

Piękna „Ida”

Ida pełna antysemickich stereotypów, Ida, która nie zasługuje na Oscara, nudna Ida… Każdy ma prawo do mówienia o swoich odczuciach wywołanych przez film. Każdy może interpetować film wedle własnej woli. Dlatego dziś, po dwukrotnym obejrzeniu Idy, powiem Wam o moich przemyśleniach względem obrazu Pawła Pawlikowskiego. Bardzo chyba zresztą prywatnych, bo nigdzie w sieci nie znalazłam podobnej interpretacji Idy. Dla mnie bowiem ten film opowiada o dojrzewaniu. 

Siostra Anna (Agata Trzebuchowska) na kilka dni przed złożeniem ślubów zakonnych, zostaje wysłana przez matkę przełożoną, by poznać swoją jedyną żyjącą krewną. W trakcie spotkania, ciotka, Wanda Gruz (Agata Kulesza), inspirowana postacią Heleny Wolińskiej-Brus*, wyjawia młodej dziewczynie, że naprawdę nazywa się Ida Lebenstein i jest Żydówką. Następnie kobiety ruszają w podróż po szarej Polsce z lat 60. ubiegłego wieku, by odnaleźć miejsce pochówku najbliższych krewnych i dowiedzieć się, jak umarli. 
Do gustu przypadł mi kontrast między bohaterkami, mogący wydawać się oklepany, ale dla mnie bardzo wiarygodny i naturalny. Ida jest cichą, pokorną i oddaną Bogu młodą dziewczyną, zaś Wanda nie stroni od mężczyzn i alkoholu. Na swoich rękach ma krew innych ludzi. Większość jej wypowiedzi ma zaś sarkastyczny wydźwięk. I jako zdeklarowana komunistka, raczej nie oddaje się rozmyślaniom na temat wiary czy duchowości. Między dwoma kobietami szybko, choć nie bez zgrzytów, nawiązuje się nić porozumienia. To, że pomiędzy tak różnymi osobami może zrodzić się miłość, jest bardzo piękne. 
Pewnie w każdej recenzji, jaka się ukazała na temat Idy, został podkreślony artyzm każdego z kadru. Gdzieś przeczytałam, że Pawlikowski powtarzał niektóre sceny czterdzieści razy, by wszystko wyglądało idealnie tak, jak w jego głowie. Opłaciło się. Ogromne wrażenie na mnie zrobił nie tylko twórczy minimalizm zdjęć i to, że świat skąpany w czarno-białej tonacji wciąż jest zaskakująco piękny. Najbardziej przemówiła do mnie symetria scenografii oraz aktorów w kadrach, a także nieruchoma kamera. Faktycznie, każde ujęcie można oprawić w ramkę i zawiesić na ścianie. 
Muzyka też jest bardzo dobra. Hity takie jak Serduszko puka w rytmie cha-cha przeplatają się z muzyką poważną oraz jazzem. Przeważnie jednak widzowi towarzyszy cisza, która jest bardziej wymowna niż jakikolwiek podkład dźwiękowy. 

Ida nie szufladkuje narodów. Nie pokazuje, że Polacy są źli, a Żydzi dobrzy, albo odwrotnie. Historia ma do siebie to, że dzieje się nieustannie i rzutuje na życie każdego człowieka, raz mniej, raz bardziej. Tutaj konkretne wydarzenie, jakim był Holokaust, ma konsekwencje dla dwóch konkretnych żyć i Pawlikowski nie stara się kogokolwiek rozliczyć za piekło drugiej wojny światowej. Po prostu pokazuje, że każdy z ludzi niesie z sobą jakiś bagaż. Dla Idy takim bagażem była śmierć jej rodziców. Dlatego film jest dla mnie zmysłową opowieścią o dorastaniu. Tytułowa bohaterka dojrzewa, by poznać swoją tożsamość i dowiedzieć, co stało się z jej rodziną. Dojrzewa na tyle, by nie podejmować pochopnie decyzji o tym, czy spędzi resztę swojej egzystencji za murami zakonu. Dojrzewa tak, że prócz słuchania głosu rozsądku, odnaleźć miejsce na posłuchanie swojego instynktu. 

A jak się to wszystko kończy? Nie wiadomo do końca. Wiadomo, że dostaliśmy Oscara i powinniśmy się tym cieszyć. To naprawdę dobry powód do radości. Mnie osobiście cieszy także to, że zaczęłam wierzyć w polskie kino. Wyszukuję coraz to nowsze filmy realizowane przez Polaków i nie zawodzę się na nich. W tym przekonaniu utwierdził mnie sam Andrzej Wajda, który w wypowiedzi na antenie TVN24 przyznał, że naszas rodzima kinematografia wreszcie „staje na nogach”. Takiego autorytetu żal nie posłuchać. 
Bardzo pozytywnym akcentem była też fotka strzelona Anecie Kopacz, Urszuli Wantuch-Żal, Agacie Kuleszy i Agacie Trzebuchowskiej podczas gali przyznawania Oscarów. Pawlikowski rozgaduje się na scenie, a panie w tym czasie palą fajkę, plotkują i sączą wino. Dla mnie –  klasa sama w sobie. Oraz trafna charakterystyka polskich kobiet – naturalnych i stylowych jednocześnie. W internecie rozgorzała dyskusja, czy to ładnie, czy brzydko, że aktorki wraz z koleżankami opuściły główną salę, by uraczyć się używkami na korytarzu. Dyskusja chyba niepotrzebna, no bo zobaczcie sami, jakie one piękne!

A dla samej Idy

9/10. 

___________________
* Polska komunistka pochodzenia żydowskiego, biorąca udział w stalinowskich mordach sądowych.