Michał Witkowski – Wymazane

Michał Witkowski – Wymazane

Mama mnie zapytała, o czym ta nowa książka Witkowskiego. O bardzo przystojnym chłopaku, który uwielbia uprawiać seks z kobietami po sześćdziesiątce, odpowiedziałam grzecznie. A jaka jest prawda? Oto bandycka historia o ruchaniu, hajsie, okropieństwie drugiej wojny światowej i świństwach współczesności. Zapraszam na krótki tekścik o Wymazanym Michała Witkowskiego!

Jeśli jeszcze nie znasz Michaśki, znanej jeszcze niedawno w świecie blogerek modowych jako Miss Gizzy, powinieneś szybko nadrobić braki. Michał Witkowski to według mnie bardzo dobry pisarz, przedni bajarz i absolutny mistrz robienia wokół siebie zamętu. Artysta, chyba pracowity (12 powieści na koncie!) i taki jakby swój. Bo zaliczył kiedyś okropnąwpadkę medialną, nie za dobrze z niej wybrnął, ale mówi się trudno i żyje się dalej. I dostaje się po raz kolejny nominację do Nagrody Nike! Za Wymazane właśnie.

Wymazane to miasteczko na wschodzie Polski, przez które przepływa rzeka Wymazana. Wyrasta nie do końca zwyczajnie pomiędzy Lasem W Którym Rosną Same Trujaki a parkingiem dla tirów Tijuana. To ono jest głównym bohaterem książki, zaraz obok Damianka, przepięknego chłopaka z zamiłowaniem do prozy Michała Witkowskiego oraz starych bab. Najlepiej grubych i spoconych, bo w takich gustuje najbardziej. A jeśli są jeszcze bogate, jak Alexis, miejscowa bizneswoman, to już w ogóle cudownie.

Akcja Wymazanego nie posuwa się naprzód w galopującym tempie, bo prawie jej nie ma. Są za to opowieści, snute przez Witkowskiego językiem pięknym, bo wręcz ludowym. Pisarz jest mistrzem naśladowania mowy bab z bazaru. W sumie… Sam taką trochę przypomina. Dlatego wykreowane przez niego w Wymazanym postaci są do bólu autentyczne, ze swoją brzydotą, nadwagą i wielkimi, błyszczącymi marzeniami.

Najjaśniej błyszczy oczywiście Alexis, której marzenia udało się zrealizować. Wychowana w powojennej Warszawie, ciężko walcząca o przetrwanie swoim sprytem i rozwartymi udami, wygrywa, czyli, mówiąc konkretniej, dorabia się milionów. Za ich sprawą Damian trafia nawet na Malediwy, ale nie będę Wam już ujawniać szczegółów fabularnych. Sami przeczytajcie, bo warto. A dlaczego?

Ponieważ jest to błyskotliwa, prześmieszna, momentami lekko gorsząca, ale wciąż wspaniała, groteska. Na ludzkie umiłowanie pieniędzy i sławy oraz… na jego brak. Na przesadną ambicję oraz totalne zgnuśnienie. Na bycie gwiazdą Instagrama i na niebycie nią. Na starość i na młodość.

To jest książka pełna kontrastów, która wyśmiewa wszystko dokoła, nawet samą siebie. Witkowski bardzo często przywołuje w niej swoją postać oraz inne popełnione przez siebie utwory. Dlatego można się świetnie bawić podczas jej lektury, a potem zastanowić: to dokąd zmierzamy? To po co tyramy całe życie, skoro inni mogą bogato się ożenić, jak Damianek, i fruwać po całym świecie? A co jeśli przez zbytnie zaangażowanie się w karierę zapomnimy o miłości? Gdzie na stare lata odnaleźć ukojenie? Co wtedy z zaspokojeniem pożądania?

Reasumując, super język, mnóstwo prześmiesznych ale i wstrząsających historii, barwne wydarzenia, ciekawi bohaterowie i… to się po prostu zajebiście dobrze czytało, wiecie? Tyle w temacie.

Polecam z czystym sumieniem.

Wasza

 

Jakub Małecki – Rdza

Jakub Małecki – Rdza

Skończywszy Rdzę Jakuba Małeckiego, pomyślałam, że nic w życiu nie ma sensu, nawet czekanie na śmierć, lepiej sobie od razu strzelić w głowę i po sprawie. Chciało mi się płakać nad losem bohaterów i własnym życiorysem, nad bolączkami całego świata i ludzką niesprawiedliwością. Ale potem przypomniał mi się najważniejszy element tej całej układanki, Rdzy i własnej egzystencji. Facet, który gołymi rękoma zabił niedźwiedzia podczas ucieczki z zesłania na Syberię. Tak. To dla niego przede wszystkim warto było przeczytać tę książkę.

Ale, rzecz jasna, nie tylko.

O Jakubie Małeckim coś tam słyszałam, ale mało, dlatego postanowiłam sięgnąć po tak chętnie promowaną na rodzimym bookstagramie Rdzę. Zapoznawszy się z krótkim biogramem autora na skrzydełku książki, zdziwiłam się, że Małecki publikował już chyba we wszystkich czytanych przeze mnie czasopismach, dostał kilka zacnych nominacji (w tym do Angelusa i NIKE), a ja dalej nie bardzo potrafię dopasować jego buzię do stworzonych przez niego tekstów. Zatarłszy ręce, przystąpiłam do zacierania własnej ignorancji.

Zacieranie trwało łącznie trzy dni. Najpierw pospieszne przejrzenie tekstu, podniecenie się pierwszymi słowami, potem zrzucenie książki za łóżko i szukanie jej przez kilka dni (czasem zastanawiam się, czy w wieku 25 lat nie mam już pierwszych objawów starczej demencji). Wreszcie porządki, wyciągnięcie Rdzy z mrocznej szczeliny wypełnionej kurzem i niepamięcią, a potem utonięcie w tekście na dwa kolejne, przepełnione emocjami wieczory.

Dzięki nim poznałam głównych bohaterów, Szymka i Tośkę, z która dodatkowo bardzo się zżyłam. A także cały zastęp drugoplanowych postaci, takich jak Doktor, Hołowczyc, Eliza, Budzik, ojciec Budzika, Drews, Sabina… Wszyscy żyją w Chojnach, wsi pod Chełmnem, w którym w czasach drugiej wojny światowej Niemcy zbudowali obóz zagłady. Zapach palonych ciał towarzyszy trzem pokoleniom mieszkańców w różnej formie, tak samo jak tytułowa rdza, wkradająca się w żywoty przedstawicieli opisywanych w książce rodzin.

Tośka jako mała dziewczynka ucieka przed bombardowaniem i znajduje w lesie rękę trupa, a potem zakochuje się w Niewidzialnym Człowieku. Dlaczego Niewidzialnym? Jej córka, Eliza, rodzi się i umiera, a przedtem, choć początkowo nie widzi w tym sensu, rodzi syna, Szymona, który stanie się potem Jaszczurem. Dlaczego Jaszczurem? Rodzina Budzikiewiczów walczy z rosnącą obok domu topolą, i choć początkowo czytelnik zadaje sobie pytania: po co, na co, dlaczego, wraz z dynamicznym, choć nie gwałtownym rozwojem fabuły, dowiaduje się. Wszystkie wątki splatają się w całość. Każdy opisany obiekt – topola, pistolet, siekiera – ma znaczenie. Losy każdego nawet najmniejszego bohatera rzutują na historię innych postaci, nieważne, czy w połowie XX wieku, czy na początku drugiego dziesięciolecia wieku XXI. I nawet jeśli nie wszystko zostaje wyjaśnione, to czytelnik podświadomie rozumie, dlaczego tak się stało. A jeśli nie, to i jeszcze lepiej. Nie wszystko da się wytłumaczyć.

Tym, czego jednak będę się trzymać, to legendarny prapradziadek Szymka, Lucjan. Jego historia w rodzinie Stawnych o tym, jak gołymi rękoma zamordował potężnego niedźwiedzia i sam to starcie ledwo przeżył, no ale przeżył, a niedźwiedź nie, daje siłę kilku pokoleniom ludzi. Jeżeli dziadek Lucjan potrafił uciec z Syberii, pokonać dzikie, niebezpieczne zwierzę, to czymże są problemy współczesnych Stawnych? Tak sobie dodają otuchy po kolei członkowie rodu. I wydaje mi się, że tego właśnie potrzebujemy w XXI wieku. Autorytetów. Pokolenie milenialsów łatwo zapomina o tym, że na świecie, poza nimi samymi, są ludzie silniejsi, mądrzejsi, zdolniejsi. I niekoniecznie są wtedy konkurentami. Mogą się stać w łatwy sposób wzorami do naśladowania. Natchnąć nas siłą do działania i zainspirować do pokonywania kolejnych trudności.

No bo pomyślcie sobie: facet. Zabił. Niedźwiedzia. A wy nie potraficie powiedzieć szefowi prosto na ryj, że wam nie odpowiada jego zachowanie? 😉

Proszę, przeczytajcie Rdzę, bo oceniam ją 9/10 i bądźcie ludźmi, którzy pokonują każdego dnia złe niedźwiedzie.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non za egzemplarz recenzencki.

 

Sine qua non logotyp

Wydawnictwo SQN

Jean Nathan — „Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright”

Jean Nathan — „Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright”

Dare Wright, o której opowiada biografia napisana przez Jean Nathan, była modelką, fotografką i pisarką książek dla dzieci. Przede wszystkim jednak była córką swojej matki, słynnej portrecistki, Edith Stevenson Wright. Nawet tyle lat po odejściu z tego świata dwóch kobiet, wciąż występują razem. Nie potrafiła rozłączyć ich nawet śmierć. Któż z Was chciałby żyć w cieniu swojej matki przez całą wieczność?

Seria Samotna lalka, publikowana w Stanach Zjednoczonych od roku 1957, natychmiast stała się bestsellerem. Dare Wright stworzyła nie tylko tekst, ale i przede wszystkim zdjęcia. Całość była idealną kompozycją, która podbiła serca dzieci we wszystkich stanach oraz… zapisem głębokich emocjonalnych rozterek artystki. Sama bohaterka historyjek, lalka Edith, wygląda dokładnie jak pomniejszona wersja Dare, zaś swoje imię odziedziczyła po matce tejże, zwanej przez większość znajomych po prostu Edie.

Kiedy Dare jest małą dziewczynką, jej rodzice się rozwodzą. W późniejszych latach przyszła artystka zastanawia się, czy istotnie miała kiedyś ojca i starszego brata, czy też wszystko stanowi dzieło jej bujnej wyobraźni. Edie bowiem, udzielając wywiadów, często przeinacza rzeczywistość. Udaaje, że nie ma syna, a jej mąż nie żyje. Dare całe dnie spędza zaś sama, na czytaniu książek lub zabawie z lalką, podczas gdy jej matka od rana do wieczora maluje portrety i widuje się z prasą. Dopiero wieczorem Dare ma rodzicielkę tylko i wyłącznie dla siebie. Prawdziwą istotę, o której miłość będzie zabiegać do samego końca.

Processed with VSCO with c1 preset

Processed with VSCO with c1 preset

Dopiero po wielu, wielu latach, bliżej trzydziestki, Dare udaje się spotkać z bratem, Blainem. Rodzeństwo natychmiast wpada sobie w ramiona z powodu tęsknoty trwającej całe dzieciństwo i młodość. Edie, jak łatwo sobie wyobrazić, była bardzo niezadowolona z takiego obrotu sprawy. Już wcześniej zdecydowała, że chce mieć tylko córkę. Nagle zaś niechciany syn zabiera jej ukochaną Dare. Tłumione przez lata uczucia rodzeństwa po spotkaniu zamieniają się zaś w nieprzewidziany żywioł. Dare i Blaine… zakochują się w sobie.

W życiu Dare dochodzi do mnóstwa tragedii, których sama artystka jakby zdawała się nie zauważać. Przez znanych ją ludzi często określana była jako zjawa albo wieczna dziewczynka. Jako nieprzeciętna piękność, przyciągała mężczyzn jak magnes, ale z żadnym nie chciała nawiązać poważniejszej relacji. Interesowało ją głównie robienie zdjęć i pisanie bajek. Dopiero po śmierci matki, kiedy Dare skończyła sześćdziesiąt lat, zaczęła docierać do niej prawdziwa proza życia, z którą artystka totalnie nie potrafiła sobie poradzić.

Biografia napisana przez Jean Nathan wydaje się stanowić bardzo dokładne świadectwo życia Dare Wright. W Sekretnym życiu samotnej lalki odnajdziemy mnóstwo szczegółów dotyczących nie tylko głównej bohaterki, ale i towarzyszących jej osób (choć było ich zatrważająco mało). Dziennikarka wykonała potężną pracę, by jak najwierniej odtworzyć historię artystki. Książka wciąga, jakby była wyborną powieścią psychologiczną z nutką thrillera w tle. A komu i dlaczego polecam tę książkę?

Przede wszystkim po Sekretne życie samotnej lalki powinny sięgnąć matki i córki. By zrozumieć, jak nieświadomie można się niewyobrażalnie skrzywdzić, jednocześnie żywiąc do siebie wielkie uczucie.

Po drugie, biografię polecam każdemu miłośnikowi dobrych biografii, bo lektura jest naprawdę przednia.

Po trzecie, fanom wstrząsających historii i książek dostarczających mnóstwa intensywnych wrażeń. Muszę Wam powiedzieć, że kiedy przeczytałam, jak mizernie wyglądał schyłek życia Dare pomimo odniesienia wielkiego sukcesu, nie mogłam przestać płakać przez dobre kilka godzin. Minęły trzy dni od przeczytania przeze mnie Sekretnego życia samotnej lalki, a ja cały czas rozpamiętuję ostatnie strony.

lalka2

Życie Dare Wright utwierdza mnie w przekonaniu, że nieważne, jak bardzo sławny albo bogaty będziesz. Jeśli nie masz z kim podzielić się swoimi sukcesami, są one totalnie bez znaczenia.

Za wspaniałe i dające do myślenia chwile spędzone z książką Sekretne życie samotnej lalki. W poszukiwaniu Dare Wright składam gorące podziękowania Wydawnictwu W.A.B.

WAB--logo_100px_72dpi

 

Andy Weir — „Artemis”

Andy Weir — „Artemis”

Odkrywczy sposób poprowadzenia fabuły? Nie. Oryginalne kreacje postaci? Nie. Kunszt literacki? Zdecydowanie nie. A zatem dlaczego warto przeczytać najnowszą książkę Andy’ego Weira pt. Artemis? Ponieważ stanowi rewelacyjną rozrywkę na listopadowe wieczory, zdecydowanie lepszą niż oglądanie kolejnego serialu czy jedzenie następnej paczki czipsów. Już mówię, dlaczego lektura aż tak mnie ucieszyła!

Na wstępie zaznaczę, że nie czytałam Marsjanina, nie widziałam nawet fragmentu ekranizacji, więc pozwólcie, że nie będę nawiązywać do poprzedniego bestselleru Andy’ego Weira. A to, że nie chcę po przeczytaniu Artemis uzupełniać tego braku, nie świadczy wcale o tym, że najnowsza książka nie jest ciekawa. Chodzi o Matta Damona. Nie przepadam za jego twarzą, a wiem, że będę sobie ją wyobrażać podczas lektury. Całe szczęście, że w ekranizacji Artemis na pewno nie zagra głównej roli, ponieważ bohaterką jest młoda kobieta.

Jasmine Bashara, przez większość nazywana po prostu Jazz, jest dwudziestoparoletnią obywatelką jedynego księżycowego miasta, tytułowego Artemis. Jest więc w podobnym do mnie wieku i może przez to tak dobrze obserwowało mi się jej poczynania. Widziałam też kilka innych podobieństw między nami. Choćby niewyparzony język (Jazz nie stroni zarówno od tradycyjnych wulgaryzmów, jak i ostrych neologizmów, za które podziwiam tłumacza, Radosława Madejskiego, ukłony!) i zarabianie tak małych pieniędzy, że musi dorabiać poza głównym miejscem zatrudnienia, by jakoś sobie poradzić. Nawet relacje z płcią przeciwną i stosunek do religii też niestety w pewnej mierze były ze sobą identyczne… Choć niektórym Jazz wyda się zatem rozwydrzonym bachorem, ja uważam ją za postać bardzo wrażliwą, która emocjonalnie wyraża siebie i ciężko pracuje na odkupienie win z przeszłości.

W pewnym momencie Jasmine trafia się fucha, dzięki której będzie mogła zacząć wreszcie żyć na dostatnim poziomie. Nie jest to co prawda legalne przedsięwzięcie. Wymaga od dziewczyny dużo sprytu jak i sprawności fizycznej. Postanawia jednak zaryzykować. Okazuje się jednak, że to uwertura do kolejnych zadań, które będzie musiała zrealizować, by ratować swoich bliskich i całe Artemis.

Processed with VSCO with c1 preset

Jak już pewnie zdążyliście się zorientować, uważam, że najmocniejszym punktem powieści są kreacje bohaterów. Nie mogę nazwać ich odkrywczymi, jednak Andy Weir wie doskonale, jakich ludzi lubią inni ludzie. I właśnie o nich pisze. O zasadniczym ojcu Jazz, pobożnym Ammarze, silnej administratorce Ngugi, młodej, początkowo nieco zahukanej córką miliardera, Lene Landvik, inteligentnym i nieśmiałym w stosunku do kobiet naukowcu Martinie Svobodzie… A także wielu innych. To, co podkreśla doskonały warsztat pisarski Andy’ego Weira, to fakt, że charakter jego postaci zostaje oddany nie w monotonnych opisach, a akcji. Sposób mówienia postaci oraz ich czyny eksponują najważniejsze cechy bohaterów. Nie są oni skomplikowanymi ludźmi, więc nie zaciekawią czytelnika na tyle, by chciał odkrywać mroczne tajemnice z ich przeszłości, ale nie oszukujmy się, w życiu też nie mamy do czynienia ze zbyt wieloma tak intrygującymi osobami. Z drugiej strony, ich rys psychologiczny jest wystarczający, by zapałać do nich sympatią i spędzić w ich towarzystwie rewelacyjny, pełen rozrywki czas.

Przyjemność sprawiało mi też czytanie o fizyce i technologiach na Księżycu. Grawitacja i to, w jaki sposób ludzie muszą się poruszać po gruncie, by gdzieś dotrzeć. Ubieranie skafandrów, przejścia przez śluzy, co, dlaczego, jak to jest w próżni, ile, jak długo, w jakim celu… Na te wszystkie pytania w wyczerpujący sposób odpowiada autor. Do tego przekazuje tę wiedzę językiem prostym. Wszystko jest jasne i oczywiste, choć dalej imponujące. Akcja Artemis toczy się bodajże w roku 2060 albo coś koło tego, więc mamy do czynienia w dużej mierze z technologią już istniejącą. Dlatego nietrudno się odnaleźć w opisywanych przez twórcę świecie, mimo że nie ma w nim powietrza, roślin czy zwierząt. Podanie tak trudnej wiedzy czytelnikowi w tak prosty sposób uważam za prawdziwe mistrzostwo.

Narracja z punktu widzenia pierwszej osoby, czyli Jazz, to może trochę pójście na łatwiznę. Z drugiej strony czytelnik w ten sposób łatwiej utożsami się z jej losami. Fabuła też nie jest powalająca. Mamy kilka zwrotów akcji, które może byłyby szokujące, gdyby nie to, że każdy film sensacyjny jest niestety podobnie skonstruowany. Ale akcja i jej liczne zawieszenia oraz retrospekcje, w których poznajemy przeszłość Jazz, pasowały do siebie jak sąsiadujące ze sobą puzzle. Kompozycja idealna.

Processed with VSCO with c1 preset

Dla mnie dodatkową satysfakcją z lektury byłoby przeczytanie więcej szczegółów o różnych miejscach Artemis. Autor zapoznał nas z budową miasta, ale gdybym ja miała zabrać się za pisanie, starałabym się bardziej oddać klimat poszczególnych jego punktów. Pewnie tym samym znużyłabym jakieś siedemdziesiąt procent czytelników. Ale tylko tego mi było za mało.

Artemis nie jest zatem jakimś arcydziełem. To prosta lektura, ale bardzo przyjemna. Z powodu wątku Jasmine uważam, że to opowieść o przyjaźni i dojrzewaniu, która spodoba się bardzo nastolatkom i dwudziestolatkom. Losy głównej bohaterki przypomniały mi o dwóch rzeczach. Nie ma problemów do nieprzeskoczenia, tylko trzeba kombinować. I nigdy nie odpuszczać. Myślę, że Jass to dobry wzór do naśladowania mimo głupot, jakie narobiła w przeszłości. Bo któż z nas nie był lekkomyślny?

Zygmunt Miłoszewski — Jak zawsze

Zygmunt Miłoszewski — Jak zawsze

Czy zastanawiałeś się może, co zmieniłbyś w swoim życiu, gdybyś mógł cofnąć się w czasie? Czy gdybyś przeniósł się w przeszłość razem z ukochaną osobą, Wasz związek dalej by istniał? Zygmunt Miłoszewski snuje wizję alternatywnej rzeczywistości nie tylko dla pary głównych bohaterów, którzy spędzili ze sobą 50 lat małżeństwa, ale i dla całego narodu polskiego. Co z tego wyniknie? Dowiecie się, czytając najnowszą powieść pisarza pt. Jak zawsze.

By celebrować pięćdziesiątą rocznicę pożycia małżeńskiego, Grażyna wybiera się do sex shopu. Budzi tym sporą konsternację u ekspedientki. Jak to, stara baba, tuż przed osiemdziesiątką, łudzi się, że przysporzy jeszcze jakiegokolwiek mężczyznę o erekcję? W końcu jednak udaje się jej wybrać komplet bielizny i wraca do domu, by świętować ze swoim mężem, Ludwikiem. Ten, naszprycowany wiagrą, wypachniony, z wypolerowanymi zębami (zarówno sztucznymi, jak i resztą prawdziwych), staje na wysokości zadania. Następnego dnia budzą się w obcym mieszkaniu, pięćdziesiąt lat wcześniej. Okazuje się, że to mieszkanie Ludwika, w którym mieszka z żoną (ale nie Grażyną!). Dokoła zaś otacza ich Warszawa. Zamiast znajomego PRL-u wita ich sojusz z Francją i prezydent Eugeniusz Kwiatkowski, zwany Inżynierem. Jak para odnajdzie się w tych nowych realiach i czy na pewno są nowe? Czy zmiana polskiej przyjaźni z radzieckiej na zachodnioeuropejską jest lepsza czy gorsza? I co na to reszta społeczeństwa, cierpiącego jeszcze koszmary po niedawno zakończonej drugiej wojnie światowej?

Processed with VSCO with c1 preset

Ignorancją byłoby nazwać pomysł na książkę nieciekawym. Zygmunt Miłoszewski przedstawia losy naszego społeczeństwa, wbitego w kolejną niewolę, tym razem francuską. Obnaża typowo polskie przywary, demaskuje głupotę mas i ludzką próżność. Swoich bohaterów stawia w zabawnych sytuacjach i faktycznie, kilka momentów w książce naprawdę mnie rozbawiło (głównie wtedy, kiedy Ludwik starał się zbić fortunę, wykorzystując wiedzę o przyszłości — rozmowa z wydawcą moim zdaniem była przekomiczna, choć do bólu prawdziwa).

Niestety, niejasna jest dla mnie odpowiedź na jedno pytanie. Po co? Jaki był cel napisania tej książki, w której roi się od nic nie wnoszących do fabuły dialogów? Dlaczego mamy do czynienia z tyloma bohaterami o niewykorzystanym potencjale? Grażyna, choć niby odważna, wcale się tak nie zachowuje. Ludwik, choć od kilkudziesięciu lat zajmuje się psychoterapią, niestety nie wyróżnia się zbytnią inteligencją i znajomością ludzkich zachowań. Do tego mamy szereg niezbyt wprawnie zagospodarowanych wątków (jak choćby relacja Grażyny z bratem czy matką), i zakończenie, które równie dobrze mogłoby nastąpić mniej więcej w połowie powieści.

Nie mogę zatem powiedzieć, że lektura mnie ujęła. Nie tego spodziewałam się po autorze zekranizowanych już kryminałów. Moje pierwsze spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim wiązało się z nadziejami, które niestety szybko okazały się płonne. Nie oznacza to jednak, że nie warto czytać Jak zawsze. Bo znalazło się kilka rzeczy, jakie oceniam na zdecydowany plus.

Processed with VSCO with c1 preset

Przede wszystkim: feminizm. Namalowany przez Miłoszewskiego szczegółowy portret Efy, czyli działu szkolnictwa, gdzie dziewczęta w patologicznych rodzin mogą otrzymać solidne wykształcenie, może być wielorako interpretowany. I zdecydowanie zmusza do refleksji. Intrygujący jest choćby wymóg otrzymania dyplomu. Badanie ginekologiczne, którego wyniki potwierdzą, że dana uczennica jest dziewicą, choć na lekcjach podobnych do naszych znanych WDŻ-ów szerzone są poglądu, jakie Grażyna przyniosła z sobą z XXI wieku. W Jak zawsze widzimy jak na dłoni, że paradoksy, które mogłyby się wydarzyć pięćdziesiąt lat temu, wciąż mają miejsce w znanej nam współczesności. Dobrze, że literaci nie tracą z oczu tego ważnego tematu.

Do gustu niezmiernie przypadł mi także portret Warszawy. O swoim mieście autor pisze z wielką czułością. Miasto, wyłaniające się spomiędzy wersów Jak zawsze, bez wątpienia żyje. Kipi energią, nawet w nieodbudowanych po wojnie dzielnicach, gdzie utworzono Rezerwat. Choć ludzie dalej poruszają się po ulicach w długich ciemnych płaszczach, mnóstwo jest kolorowych kafejek, wykwintnych restauracji, a na bulwarach rosną drzewa i panuje gwar. To się Miłoszewskiemu na pewno udało.

No i temat starości, nie do końca wyeksponowany (Grażyna i Ludwik, nawet jako staruszkowie, mają umysły maksymalnie, tak mi się przynajmniej wydaje, czterdziestolatków), ale niezmiernie dla mnie ważny. Umartwione długim życiem ciała, osamotnienie z powodu śmierci przyjaciół, snucie planów, z których pewnie nic nie wyjdzie, bo się nie doczeka… Ja się osobiście starości bardzo boję, bo nie pamiętam prawie żadnego z dziadków, ale Miłoszewski daje nam takie ziarenko nadziei… Że jeśli ma się obok bliską osobę, to i starość nie jest wcale taka straszna.

Processed with VSCO with c1 preset

Książka wydana jest bardzo porządnie, z wielką dbałością o szczegóły — mam tu na myśli  zarówno formę (zadrukowane, fajnie zaprojektowane wnętrze okładki ze skrzydełkami) jak i treść (bardzo dokładna korekta, ukłony dla trzech najwyraźniej wspaniałych w swoim fachu pań, Sabiny Raczyńskiej, Małgorzaty Denys i Elżbiety Kalinowskiej). Ale sama okładka trąci mi tandetą. Co prawda dużo Miłoszewski pisze o seksie, ale umieszczanie wyeksponowanego dekoltu na froncie wydaje mi się jakieś takie tandetne.

Mogło być dużo lepiej.

5/10