Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

Fabryka życia #12 – Nieważne, czy mi się uda, ważne, żeby tobie się nie udało

W pewnym momencie swojego życia uświadamiasz sobie, że coś poszło nie tak. Niby się starałeś, żeby wszystko było dobrze, skończyłeś studia, znalazłeś pracę w firmie o niezłej opinii, masz przystojnego partnera czy tam zgrabną partnerkę i grono przyjaciół, ale… jakoś ci mało. Obok ciebie natomiast, w twoim fachu, jest ktoś, komu idzie dużo lepiej. Co więcej: afiszuje się ze swoimi sukcesami. I wkurwia cię to niemożebnie. Co zatem robisz? Zamiast postarać się samemu być lepszym? Postanawiasz utrudnić życie konkurentowi. Czyli po prostu mu dojebać.

Co tam w pracy?

To był szalony tydzień. Wiele się zadziało. Latałam i czołgałam się, naprzemiennie. W pracy mam dwa rewelacyjne projekty. Wydajemy Podróżnika bez powodu. W 40 dni dookoła świata mojej ulubionej podróżniczki, Kasi Maniszewskiej. Kasia jest, jak powiedziała kiedyś Sikora, prawdziwą Wonder Woman wśród podróżników. Mądra, dowcipna, zdolna, ładna, a nade wszystko odważna. I do tego ćwiczy boks. Mój związek z pracą jest dosyć skomplikowany. Czasem niemiłosiernie mnie irytuje, ale mimo wszystko mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że kocham to, co robię. Zwłaszcza dlatego, że mogę poznawać tak wspaniałe osobistości, jak choćby Kasię, i brać z nich przykład.

Drugim projektem jest proces wydawniczy książki autorstwa Iwony Anny-Dylewicz pt. Teatr snów. Ponieważ główna bohaterka, czarownica, jest rudowłosa, od razu zapałałam do niej sympatią. Na tyle więc zżyłam się z książką, że sama postanowiłam zrobić jej skład, czego wcześniej zupełnie nie umiałam. Zatem mimo że pracuję już z wydawnictwie trzeci rok, wciąż się rozwijam. Nie mogę się nacieszyć. Mam nadzieję, że Wasza praca również obfituje w takie możliwości i ciekawe doznania. Dajcie znać w komentarzu, dobra?

A jeśli macie ochotę sami poznać tak ciekawe postaci i jeszcze wiele, wiele innych, mających na swoim koncie wydanie już niejednej książki, zapraszam do facebookowej grupy Kobiety piszą. Bawimy się tam dobrze i z kulturą, więc nie czekajcie, wbijajcie.

Co tam w blogosferze?

W ciągu ostatnich dni cieszyłam się niemal nieustannie. Mój ostatni post pt. Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs wywołał największe poruszenie jak do tej pory w historii bloga. Post dotarł do ponad ośmiu i pół tysiąca odbiorców. I wzbudził sporo kontrowersji. Nie wszystkie komentarze byłam w stanie przeczytać. Nie wszystkie chciałam. Ale wpadło mi w oko niestety o kilka za dużo. Najwięcej głupoty odnalazłam chyba w grupie Czytamy polskich autorów. Spodobał mi się zwłaszcza komentarz, przy którym mam czelność zatrzymać się na dłużej.

opiniafejs

Wydaje mi się, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę, czy nie jest przypadkiem tak, że żeby wyrobić sobie na jakiś temat opinię, trzeba się z danym tematem zapoznać? I czy nie jest tak, że Szczepan Twardoch, Jakub Żulczyk i Sylwia Chutnik ośmielają się sążniście zakląć w swoich tekstach? A ich teksty są znakomite, więc… tak, dużo się traci, jeśli ktoś pała obrzydzeniem do takiej błahostki jak stylizacja języka na brutalny, sążnisty, i, uwaga, normalny. Nie chcę, żeby wyszło, że porównuję się do największych polskich pisarzy współczesnych, zaraz mi ktoś wyjedzie z tekstem, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie (co też jest absurdalne, swoją drogą), ale w świetle prawa jesteśmy sobie równi. Wszyscy skończyliśmy te 18 lat. I jak nam kurwa gdzieś dobrze zagra, to czemu wyrzucać ją z ciepłego, wygodnego, tekstowego mieszkanka?

Ale dojedźmy smarkulę, co ona tam wie o pisaniu i czytaniu. Skopmy ją po twarzy, najlepiej brudnym glanem. Napiszmy po prostu, że tekst do dupy, nie podajmy żadnego powodu oprócz niezbyt wysublimowanego języka i rozkręćmy nagonkę. A potem czerpmy satysfakcję z tego, że odpowiedziała na jeden komentarz, bo widać, że ją hejty ruszyły, hehe, śmieszne.

Serio? To są ludzie rozmiłowani w literaturze?

Wiem, że często trudniej jest wyciągnąć rękę poprzez wskazanie słabych punktów w tekście oraz wypunktowanie jego zalet. Jeżeli komuś nie chce się wchodzić w sensowną polemikę, albo chociaż podjąć (dla niektórych, jak widać, tytanicznego wręcz) wysiłku przeczytania mniej niż jednej dziesiątej arkusza wydawniczego, to po co, po co, po co w ogóle się odzywać?

Dziękuję zatem wszystkim blogerom, którzy wypowiedzieli się w temacie. Wasze komentarze, zawierające doświadczenia i konkretne uwagi, są dla mnie niesamowicie cenne. (Wybaczcie, że nie na wszystkie jeszcze odpowiedziałam, ale to kwestia niedalekiej przyszłości). Widzę, że rynek wydawniczy jest zepsuty również i w światku internetowo-recenzenckim. Ale nie ma co załamywać rąk, tylko brać się do roboty. Wdzięczna jestem Wam przeogromnie, bo takie sytuacje przypominają mi o tym, jak ważna jest walka o dobry kontent i zadowolenie Czytelników. I siebie samych.

Co tam w głowie?

Na imprezie urodzinowej Boharka (z tego miejsca również, Przyjacielu, życzę Ci wszystkiego najlepszego) w Babilonie, dowiedziałam się od Andrzeja (w pewnych kręgach znanych jako Dr Zuo), że stałam się osobą o wiele bardziej stonowaną i chyba ogarniętą niż dwa, trzy lata temu. (O najgorszych i najśmieszniejszych, choć niekoniecznie prawdziwych wydarzeniach, możecie przeczytać w Piromanach). Muszę przyznać, że kiedyś uważałam bycie normalną za największą obelgę, ale o dziwo nie czułam się tą uwagą upokorzona. Kilka godzin wcześniej obudziłam się w ramionach chłopaka (mojego, prawdziwego) i pomyślałam prawie to samo. Że jest dobrze, bez udziwnień, spokojnie, pięknie wręcz.

Postanowiłam zatem się autosabotować. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego drzemie we mnie tak ogromne, palące wręcz pragnienie samodestrukcji. Ale wiecie, co się stało? Wszechświat mi nie pozwolił. Postawił przede mną monumentalny znak zakazu w postaci mojej wychowawczyni z LO. Biegłam sobie po mojej rodzinnej mieścinie, a tam ona. P. AK. Zdjęłam słuchawki, dałam się oślinić jej psu, a potem zamiast small talku, odbyłyśmy krótką, sensowną rozmowę o nadużywaniu władzy. O szacunku. O zasadach. O byciu w zgodzie z sobą.

Zatem choć miesza mi się to, czy mam jakąś osobowość, czy jej nie mam, przez co nie do końca wiem, kim jestem i czy coś w życiu osiągnę, nie tracę zbytnio czasu na rozmyślanie o tym.

Nie liczy się, ile mamy kasy w portfelu, o ile wiemy, że otrzymaliśmy ją za dobrze wykonaną robotę. Nie liczy się, jakie stanowisko piastujemy, o ile dobrze wykonujemy swoje obowiązki. Nieważne jest, ile osób będzie przeciwko Tobie, ważne, że Ty jesteś w zgodzie ze swoimi przekonaniami, gotów w każdym momencie je skorygować, kiedy ktoś przedstawi Ci godną argumentację. Proste. Banalne.

O wiele szczęśliwsi będziemy, jeśli zamiast zazdrościć innym, skupimy się na znalezieniu w sobie problemu i rozwiążemy go. Albo chociaż postaramy. A jeśli ktoś poprosi o radę, zamiast udzielać mu fałszywej wskazówki z uśmiechem na twarzy i czarnymi myślami w głowie, po prostu będziemy szczerzy. No bo czemu nie?

Kiedy zarzucono mi, że mój tekst został napisany bez szacunku, nie zdenerwowałam się. Gorszych bredni usłyszeć nie mogłam, więc niezbyt mnie to obeszło. Żywię ogromny szacunek do każdego przeżytego dnia, bo wiecie, tak ciężko czasem mi go rozpocząć… Żywię szacunek do każdej napotkanej mi osoby, bo wiem, że z każdego spotkania mogę czegoś się nauczyć. Życzę zatem sobie i Wam, byśmy nigdy o tym nie zapomnieli.

Na koniec podziękuję Wam jeszcze raz za to, że jesteście ciepli i wspierający. Że obdarzyliście mnie zaufaniem, dając łapkę Fabryce dygresji na Facebooku (stuknęło 800 polubień, wariactwo ;O) i jakiś czas temu 1000 na Instagramie. Wy chore dzikusy. Dodajecie mi skrzydeł.

Kłaniam się i życzę udanego tygodnia!

Wasza

Emilia

 

Boję się starości

Boję się starości

Im więcej mam lat, tym częściej zdarza mi się spoglądać wstecz i analizować różne niedostatki swojej osobowości. Dzisiaj myślę o tym, że przez to, iż nie dorastałam wraz z babciami czy dziadkami, z przesadną paniką reaguję na kolejne zmarszczki, brak mi cierpliwości i cierpię na chroniczny lęk przed śmiercią.

Dziadków nigdy nie poznałam i bardzo mało wiem na ich temat. Po jednym z nich odziedziczyłam drugie imię. Teofil, Teofila – mili Bogu. Chyba nie o to chodzi, że mój dziadek był wyjątkowo pobożny. I ja nie jestem. Ale mamy w życiu tego farta, który jemu pozwolił zostać sołtysem wsi, żyć w ogromnej hawirze u boku pięknej, kochającej żony i spłodzić piątkę dzieci, a mnie tak wiele rzeczy się upiekło, że mogę to zawdzięczać wyjątkowo pomyślnej konstelacji gwiazd w dniu moich narodzin. Albo właśnie, drugiemu imieniu.

Babcie odeszły, kiedy miałam cztery lata. Pamiętam lekko drapiący pulower babci Wandy, wielkiego Mikołaja z białej czekolady, którego podarowała mi kiedyś na Gwiazdkę, moją fascynację świecami w jej mieszkaniu, kiedy razem z kuzynką Samantą lepiłyśmy z gorącego wosku bałwanki. Pamiętam strome schody w jej kamienicy. Obdrapaną klatkę. I tapczan, na którym przyszło jej umierać. Odziedziczyłam po niej podobno niechlubne cechy mojego charakteru i grubą nogę w kostce. Skoro tak, to uważam, że musiała być fenomenalną kobietą. Być może trudną, niepokorną, ale żałuję, że nie mogę z nią porozmawiać tu i teraz, kiedy zaczęłam wreszcie rozumieć, że starzy i pomarszczeni ludzie to też ludzie.

Wiem, że babcia Bronia przed śmiercią zajmowała się bardzo dwiema rzeczami. Kochała bardzo i cierpiała bardzo. Jestem przekonana, iż właśnie to jest to, co mi od siebie ofiarowała. Nieskończone pokłady miłości i bólu. To chyba w jej pokoju, między jasną meblościanką a piecem kaflowym, odczułam pierwszy raz, czym jest strata. Zrozumiałam, że to zdjęcie, które zaraz zrobi mi z babcią matka, jest tym ostatnim. Babcia ostatkiem sił kładzie mnie sobie na kolanach. Czuję jej zapach. Uśmiecham się z całej siły w moim czerwonym sweterku. Chwilę potem rzucam różę do zasypywanej przez grabarza dziury.

Mając te cztery lata, przyszło mi do głowy, by zapytać babcię Bronię o to, czy mogę się pobawić jej biżuterią i apaszkami, ale nigdy o to, czy było jej zimno w tym pociągu, którym tłukła się z Kresów aż tu, do Paproci, jak poznała swojego męża, czy to wspaniale mieć tyle sióstr, i co jest w życiu najważniejsze…

Nigdy nie traktowałam moich dziadków jako dziadków. Tylko jak wspomnienie.

I większą styczność miałam ze starszymi ludźmi pewnego ranka, w tramwaju, kiedy musiałam usiąść, bo impreza, która zakończyła się godzinę temu, kompletnie mnie sponiewierała, i jakiś mężczyzna, pewnie po siedemdziesiątce, uderzył mnie laską w łydkę, bym ustąpiła mu miejsca, a ja wypięłam brzuch, by skłamać, że jestem w ciąży.

Albo kiedy szłam późnym wieczorem na Łazarz z przypadkowo poznaną staruszką, bo ja nie wiedziałam, którędy pójść, a ona znała okolicę, tylko w zeszłym tygodniu napadł na nią jakiś dres i wyrwał jej torebkę ze świeżo pobraną emeryturą, więc też potrzebowała przysługi. Musiałyśmy iść razem. Bardzo wolno. Moja przypadkowa, chwilowa babcia chodziła o kuli i sporo mówiła. Nie lubię, irytuję się, gdy ludzie dużo mówią, używając różnych słów, ale mówiąc cały czas o tym samym, albo nawet powtarzają kilka razy dokładnie tę samą frazę. To dla mnie strata czasu.

Ja się zawsze spieszę, niecierpliwię. Ale nie oni, starsi ludzie.

Dużo przeżyli, więc dużo mówią. Bo oni mają czas.

Ja się chyba spieszę, żeby być nimi, a oni już sobą są. Wreszcie.

Paradoksalnie to ja budzę się w środku nocy, zlana potem i przerażona, że nie jestem tam, gdzie chcę być, z tym, z kim chcę być, i że coś nie wyjdzie, coś się nie uda, zabraknie czasu, będzie źle. I wyobrażam sobie, że mam te osiemdziesiąt lat, budzę się o czwartej nad ranem, bo po prostu nie chce mi się już dłużej spać. Wszystkie moje sny zrealizowałam, a te, które nie… Co z tego? Zrobiłam dużo innych rzeczy, teraz już nic nie zmienię, bo wszystko, co mi pozostało, to miłość do świata. A to chyba najważniejsze. Żeby kochać świat. Wtedy jest większa szansa, że świat miłość odwzajemni, niż jakby miałoby się go nienawidzić.

U Wojtaszczyka przeczytałam ostatnio o Marii Komornickiej. Umknęła mi jakoś pomiędzy zajęciami na filpolu, nie pamiętałam o niej. Nazwisko brzmiało znajomo, ale to, że w pewnym momencie wybitna polska poetka obwołała się mężczyzną, zmieniła imię na Piotr, zaczęła nosić męskie ubrania, pozbyła się uzębienia najpewniej po to, by zmienić rysy twarzy i umarła w zapomnieniu, kompletnie mnie wcześniej ominęło.

Nieważne więc, jak bardzo będziesz sławny w swojej dziedzinie za młodu, bo na końcu możesz wylądować w zbiorowej mogile, jak Mozart na przykład, chociaż on akurat pożegnał się ze światem, mając zaledwie 35 lat. I może na początku nie była to zbiorowa mogiła, tylko w miarę przytulny, jednoosobowy grób, ale kilkadziesiąt lat później taką się stała z powodu oszczędności miejsca.

I może gdybym miała sposobność porozmawiać z moją babcią lub dziadkiem, nie bałabym się starości aż tak bardzo. Mogłabym może zaobserwować i pozytywne strony zmarszczek. Wcześniej zobaczyła, że nie szpecą, a dodają osobliwego uroku, mądrości, dostojeństwa. Ale czymże jest starość tak naprawdę? Nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia, i stąd pewnie ten lęk, jak wszystkie inne.

A jednak starość jest błogosławieństwem.

Być z pełną świadomością nazwanym dziadkiem, babcią przez swoich krewnych? Czy to nie spora nobilitacja? Odszkodowanie od losu za te wszystkie kłody, które rzucał nam pod nogi od momentu pojawienia się na świecie? Powód, dla którego jednak warto walczyć ze wszystkich sił, czepiać się kurczowo palcami życia? Bo wcześniej przecież może nas załatwić rzecz zupełnie nieoczekiwana. Jak lawina w Alpach, niesprawne hamulce w samochodzie, tlenek węgla czy twarde podłoże pod oknem, z którego jednocześnie i chce się, i nie chce skoczyć…

Czy to właśnie nie z tego powodu tak bardzo zwraca się uwagę na szacunek dla starszych? Nie chodzi o to, że są mądrzejsi, kruchsi, zmęczeni, więc powinniśmy okazywać wobec nich pokorę i uniżenie, tylko o to, że są prawdziwymi herosami w walce z przeciwnościami, skoro dotarli aż do tego momentu.

Tak. Dla mnie to o wiele lepsze wytłumaczenie. To właśnie kupuję. I tylko dlatego ustępuję starszym miejsca w tramwaju.

A kiedy przyjdzie czas, dowiem się, co to znaczy starość i wreszcie przestanę się jej bać. Skoro to tylko kwestia paru dłuższych chwil, spróbuję być spokojniejsza.