Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Podsumowanie epickiej epopei 2017 i zwiastun najlepszego roku w moim życiu

Siedem rewelacyjnych podróży, niezliczona ilość spotkań z barwnymi postaciami, odebranie Nagrody Magellana w Warszawie na PGE Narodowym, 113 zdobytych punktów GOT, miłość, fajerwerki na Moście św. Rocha, dżungla, dwie przeprowadzki… I momenty słabości. O tym, dlaczego rok 2017 był najlepszym rokiem mojego życia i dlaczego przyszły będzie również, w corocznym podsumowaniu, ja, Emilka Teofilka, dla Was, najmilsi!

Tytułem wstępu: to już szóste podsumowanie noworoczne na Fabryce dygresji. Poniżej możecie sprawdzić, jak wyglądał rok

20122013 (w skrócie: beznadziejnie), 2014, 2015 (w skrócie: zajebiście), 2016.

Wniosek jest jeden, Emilka dorasta. W tym roku bardzo to odczułam. W 2016 roku postanowiłam sobie, że przyspieszę, tymczasem rok 2017 upłynął mi spokojnie. W dosyć szybkim tempie, faktycznie, ale pamiętam, iż pisząc tamte słowa, miałam na myśli moją karierę literacką. Pisanie książki nie poszło mi tak dobrze, jak planowałam. Zboczyłam za to w… podróżowanie.

To z pewnością zasługa wyjątkowego mężczyzny, który skradł moje serce. Dzięki jego stałej obecności w moim życiu nie czuję się już taką nieodpowiedzialną szczeniarą jak wcześniej, która chodziła wiecznie z petem w mordzie, robiła z siebie niezrozumianą artystkę i co chwila zakochiwała w innym osobniku o wątpliwej zdatności do faktycznego statecznego użycia. A może jego obecność jest po prostu wynikiem metamorfozy, która zaczęła się już wcześniej? Zaczęłam odczuwać potrzebę opiekowania się innymi istotami, bo ingerowanie w sprawy innych ludzi i pragnienie uratowania ich, choć sami woleli zaprzepaścić siebie i swój rozwój, za bardzo mnie wyczerpywały. W końcu zrozumiałam, że podejmując karkołomne próby zbawienia ludzi wydawałoby się mi bliskich, siebie samej nie zbawię, a o to tu przecież chodziło. Dlatego kupiłam sobie (i otrzymałam w licznych prezentach) zieloną szajkę, która co chwila powiększa swe grono.

Processed with VSCO with c1 preset

Ale wybaczcie, to wszystko dygresja, miało być o podróżowaniu. Jak co roku z Agatą wybrałyśmy się na Kolosy. Balety z bandą podróżników jak zwykle obfitowały w intensywne doznania, a przy okazji rozmówiłam się z gdyńskim wydawnictwem, które skroiło mój tekst. Na szczęście ich reakcja była szybka i taktowna, więc po przeczytaniu przeprosin i zadośćuczynieniu szkód, udzieliłam rozgrzeszenia, bo każdy może popełnić błąd i każdy powinien mieć szansę jego naprawienia. Tak więc kwas anulowany.

W międzyczasie skończyłam 25 lat.

Nie planowałam więcej wyjazdów aż do maja na Warszawskie Targi Książki, ale tuż po Kolosach spadły mi klapki z oczu i zadurzyłam się jak porąbana, więc postanowiłam wyruszyć w Beskidy razem z nowym chłopakiem. Wtedy zrozumiałam, w jak opłakanej kondycji jestem, bo łażenie po pagórkach z plecakiem wyglądało mniej więcej tak: dziesięć metrów, postój, dziesięć metrów, postój, pięć metrów, postój, kurwa mać, ja pierdolę, nie idę dalej. Ostatecznie, kiedy ukochany wziął mój plecak, jakoś zmusiłam się do marszu, ale nie potrafiłam się cieszyć pięknymi widokami. Z opresji wyratowała mnie Ciocia Ebi, u której zaliczyliśmy nocleg. Było nam szalenie miło gościć w pałacu Ebi i jej szanownego mężonka. Zapraszamy w dalszym ciągu do Poznania, koniecznie!

W Warszawie rozwaliliśmy z Sikorą i Arunem system, zdobywając nagrodę dla Wydawnictwa Dygresje Nagrodę Magellana. Fajne jest to, że moja praca daje mi możliwość stworzenia sobie wydawnictwa, którego nazwa będzie pochodzić od mojego bloga, i że mogę sobie pojeździć po Polsce. Już w miesiąc później bowiem wybraliśmy się do Ząbkowic Śląskich na festiwal PodRóżni – festiwal o krok dalej. Nie wiem, czy Wam wspominałam, ale praca w wydawnictwie podróżniczym zniechęciła mnie trochę do podróżowania. Nie miałam ochoty poznawać świata, bo wiedziałam już, co może mi się przydarzyć na Sulawezi czy gdybym pokonywała wózkiem sklepowym kilometry gdzieś w południowoamerykańskiej głuszy… Ale kiedy ukochany powiedział mi o wyprawie w Sudety, po początkowym wahaniu (ze względu na mękę w Beskidach) postanowiłam ruszyć tyłek. Kupiliśmy solidne buciory, śpiwory i wsiedliśmy bladym świtem w pociąg. Moja kochliwość jest chyba nieodłącznym elementem mojego charakteru, ale tym razem zakochałam się w dzikiej górskiej naturze.

Processed with VSCO with c1 preset

Później minęły trzy lata mojej pracy w firmie, powiedziałam po raz pierwszy kocham Cię i na zaproszenie Jagódki udałam się nad morze, gdzie po raz kolejny zakosztowałam natury. Samej udało mi się ogarnąć szlaki! Odwiedziłyśmy Woliński Park Narodowy, widziałyśmy żubry, przeszłyśmy plażą pieszo z Międzyzdrojów do Świnoujścia, wdrapałyśmy się na pierwszą w naszym życiu latarnię morską i łapałyśmy autostopa, by uciec przed dzikami.

A potem z najbliższymi stałam na Moście św. Rocha, w samym centrum Poznania i widziałam fajerwerki wystrzeliwane dookoła, a najpiękniejsze nad katedrą, bo odbijały się w nieprzeniknionej tafli Warty.

I tak, bywało w tym roku wkurwę ciężko. Kiedy miałam załamanie nerwowe, kiedy zerwałam niszczącą mnie relację (a może nawet dwie…?), kiedy dowiadywałam się mrocznych sekretów z przeszłości, kiedy trzeba było iść do sądu, kiedy po raz pierwszy zderzyłam się ze śmiercią koleżanki z liceum, która popełniła smobójstwo… To prawda. Życie łamało mnie w pół sporo razy.

Ale wszystko, co się wydarzyło, dobre czy złe, stanowiło dla mnie cenną naukę.

Znajoma, będąca chyba pod wpływem moich wpisów o depresji, wywnioskowała, że jest u mnie do bani, więc zaoferowała swoje ramię do wypłakiwania się. Andrzej, kiedy mu opowiadałam, co u mnie słychać, stwierdził, że wydawało mu się, że u mnie jest bardziej kolorowo. Nie ukrywam, że rok 2017 spłynął parę razy moimi gorzkimi łzami, nie kąpałam się w złocie i diamentach ani nie jadłam na śniadanie bitej śmietany z tęczową posypką, ale pomimo tego to był chyba najlepszy rok mojego życia. Może nie najlepszy… Najpełniejszy. Najbardziej świadomie przeżyty prawdziwie, a nie przeżyty marzeniami. Tak się cieszę, że się udało.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Nie, jak twierdzi p. Jacek Walkiewicz, co cię nie zabije, to cię nie zabije. Nie czuję się mocniejsza, czuję się bardziej wrażliwa…

Już Was pewnie zanudziłam na śmierć, ale ten wpis akurat, wybaczcie, ten jeden właśnie, nie jest dla Was, tylko dla mnie.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale chyba pozbyłam się też uporczywych bólów głowy.

Przeczytałam trochę książek, spośród których Wzgórze psów Jakuba Żulczyka i Czarną Wojciecha Kuczoka stawiam absolutnie na pierwszym miejscu.

1

Kupiłam sobie wreszcie okulary, ponownie więc stałam się okularnikiem.

Dowiedziałam się, że moje opowiadanie ukaże się w czasopiśmie Fabularie. (To już w tym miesiącu)!

I planuję, by rok 2018 był kolejnym najlepszym rokiem mojego życia.

Nie wiem do końca, jak to zrobić. Niby miałam dużo postanowień, ale wszystkie są chyba nie są na dłuższą metę istotne. Jedyne, co powinnam zrobić, to pomnożyć moje szczęście dzięki ciężkiej pracy. Zaraz w końcu Kolosy i premiera Oceanu o Olku Dobie, mojego najgrubszego projektu w pracy na ten kwartał, a wcześniej festiwal podróżniczy Śladami Marzeń… Czuję, że potrzebuję bardziej się zorganizować, a ten wpis to początek tej procedury. W końcu potrzebuję wygospodarować mnóstwo czasu na dokończenie książki…

Z blogiem mam głębszą rozkminę. Chciałam sobie zrobić pół roku urlopu, a moi przyjaciele zdeklarowali się, że będą za mnie przygotowywać dla Was teksty, ale, cholera… Przeglądałam wszystkie wpisy. Wasze reakcje, słowa kluczowe, statystyki… Jeśli odpuszczę w tym roku, który może być kluczowy lub blisko kluczowego, tego wiecie, jebnięcia, mogę coś zaprzepaścić… Dlatego dalej się waham. No, trza tutaj ostro pogłówkować, jak to rozwiązać, bo mam niestety tylko jedno życie i 24 godziny do dyspozycji.

Ale, na dobrą sprawę, jeśli 2018 rok miałby wyglądać jak 2017, byłabym przeszczęśliwa.

Na koniec, sobie i Wam, życzę mnóstwa czasu na poznawanie nowych, fascynujących ludzi, rozwijające podróże po Polsce i świecie, zacieśnianie więzów rodzinnych, relacji przyjacielskich i romantycznych, zdrowia. Satysfakcji w każdej dziedzinie Waszego życia. I nawet, jeśli to życie będzie Was łamać (niestety nie da się tego uniknąć), byście potrafili szybko się ogarnąć, posklejać do kupy i trwać naprzekór wszystkim trudom.

Wasza

Emilia

 

Jak zacząć przygodę z urban jungle? Najłatwiejsze w uprawie rośliny doniczkowe

Jak zacząć przygodę z urban jungle? Najłatwiejsze w uprawie rośliny doniczkowe

Nie będę z siebie robić specjalistki, bo pierwszą roślinkę (lucky bamboo) dostałam rok temu od Cioci Ebi i jej świeżo upieczonego małżonka, ale w kwestii rozpoczynania uprawy roślin doniczkowych jestem ekspertem. Taką pro-ogrodniczką na poziomie zielonego amatora. Uparcie raczkuję w świecie chlorofilu. A skoro moje dwadzieścia roślin jakoś przetrwało ostatnie miesiące, to i Was chciałabym zachęcić do wypełnienia mieszkań żyjącym zieleniakiem. Bo że warto, to już pisałam TUTAJ i wciąż podtrzymuję! Jak zatem zacząć przygodę z urban jungle?

Wybierz rośliny, których nie zabijesz.
To nie jest tak, że nie masz ręki do kwiatów. Po prostu pewnie nie masz czasu na dbanie o nie tak, jak tego potrzebują. Kwiaty są jak ludzie, mają różne upodobania i potrzeby. Jedne lubią cień, ciepło i wilgoć (zwłaszcza te sprowadzone do nas z okolic równikowych), inne kochają słońce nie znoszą nadmiaru wody (np. pustynne sukulenty). Ale są gatunki, którymi wcale nie trzeba się specjalnie przejmować, a dzięki nim w domu zrobi się od razu przyjemniej!

Ice Cream Party (3)

Eszeweria to bardzo modny ostatnio sukulent, którego ponętne mięsiste kształty liście zauroczyły już niejednego domowego ogrodnika. Lubi słońce i ciepło, nie wymaga częstego podlewania. Bardzo łatwa w utrzymaniu.

Jeśli chodzi o draceny, to mamy mnóstwo odmian tej rośliny. Wszystko sprowadza się jednak do tego, że lubi przeciętniactwo. Nie za dużo wody (jak widzimy, że ma sucho, trochę podlewamy), nie za jasno, nie za zimno.

Bluszcz, czyli jeden z moich ulubieńcow, dobrze czuje się w chłodzie, więc nie trzeba zmieniać mieszkania w tropik, by mu dogodzić. W zasadzie wysoka temperatura może go zabić, dlatego pamiętajcie, jeśli macie bluszcz, nie hajcujcie zimą za bardzo w piecu.

paprotka

Paprotka wcale nie jest taka łatwa i taka pierwsza lepsza z brzegu, jak mogłoby się wydawać. Ale warto ją mieć ze względu na przesąd, że jest zwiastunem pomyślności finansowej. Zimą podlewamy raz w tygodniu, latem od jednego do trzech, patrzymy, by ziemia była wilgotna. Najlepiej czuje się w stanowisku lekko zacienionym. Lekko, powtarzam, nie stawiajcie jej w kącie między lodówką a zmywarką, nie opłaci się Wam.

Sansewieria, czyli język teściowej, czyli też wężownica, tak jak eszeweria jest sukulentem, atrakcyjnym wizualnie i wdzięcznym w uprawie. Lubi światło, ale zniesie jego brak. Z wodą to samo. Będzie rosnąć tam, gdzie inne kwiaty wolą kopnąć w kalendarz. Na przykład w ubikacji przy małym lufciku albo w ciemnej biurowej suterenie.

Lucky bamboo, czy po polsku szczęśliwy bambus (trochę rasistowskie, ale dobra), to tak naprawdę inna odmiana draceny, o której pisałam kilka zdań wyżej. Nie potrzebujecie nawet ziemi i doniczki, by uprawiać ten rodzaj zieleniny, wystarczy flakon i woda. I spryskiwacz. Wodę we flakonie wymieniamy raz na dwa tygodnie (wcześniej warto ją przegotować i wystudzić), natomiast liście spryskujemy letnią wodą wedle upodobania. Im częściej, tym lepiej, bambus będzie się bardzo cieszyć.

zamiokulkas

Zamiokulkas, podobnie jak sansewieria, przetrwa chyba wszystko. Podejrzewam, że wybuch bomby atomowej też nie zrobiłby na nim wrażenia. Jest niewzruszony. Nie oznacza to, że masz go kopać i gryźć, ale nie potrzebuje zbytnio ani wody, ani słońca. A cały czas jest piękny i zielony. Ideał po prostu.

Zielistka, po angielsku spider-plant, jest bardzo płodną zieleninką. Rośnie jak szalona, a potem strzela kłączami, na której dyndają jej maleńkie wersje. Wystarczy ją podlewać, kiedy będzie miała sucho. I od czasu do czasu spryskać listki, bo tak jak lucky bamboo, bardzo to lubi.

azalia

I dochodzimy do azalii. Azalia nie jest najłatwiejsza, ale nietrudno o nią zadbać, a jej liście są tak piękne, że warto się poświęcić i zapamiętać kilka ciekawostek na jej temat. Jeśli będziemy o nią dbać, rozkwitnie pięknie i obficie. Co zatem robić? W zimie postawić na parapecie. Lubi bowiem słońce i chłodną temperaturę, którą może znaleźć tuż przy szybie. Ważne jest, by miała stale wilgotno. Jak będzie miała sucho, to już po niej. Nie możecie do tego dopuścić, azalia lubi pić!

Krok pierwszy za Wami. Wiecie, jakie rośliny kupić, żeby nie zmarniały. Teraz możecie zacząć wypełniać swoje mieszkanie kochaną zieleninką. Powodzenia! A jeśli znacie jeszcze inne gatunki, które są bardzo łatwe w uprawie, koniecznie napiszcie o tym w komentarzu.

Zostałam wyznawczynią roślin doniczkowych, czyli o co chodzi z urban jungle?

Zostałam wyznawczynią roślin doniczkowych, czyli o co chodzi z urban jungle?

Patrząc przez wiele lat na moją mamę i jej obsesję na punkcie ogródka, bieganie po domu i podwórku z konewką, kompulsywne kupowanie nawozów i ustawiczne monologowanie o tym, jakiego kwiata kupi sobie w sobotę na targu, pukałam się w czoło. Wariatka, myślałam sobie. Córka podrosła, uciekła spod klosza, to teraz będzie chuchać i dmuchać na rośliny. Nie rozumiałam. Tymczasem lata minęły i mój pogląd zmienił się o 180 stopni.

W zeszłym roku, kiedy bliska mi osoba zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że choruje na depresję, przed wizytą u specjalisty postanowiła spróbować naturalnych metod poprawienia swojego stanu. W ten sposób wylądowałam w dziale z roślinami doniczkowymi Ikei. Ponieważ jestem zwolenniczką minimalizmu i nienawidzę marnowania czasu w sklepach, kiedy i tak wiem, że nic mi nie jest potrzebne, byłam zszokowana, kiedy wyszłam stamtąd z zielonym maluszkiem w ramionach. Do pierwszej doniczkowej roślinki szybko dołączyły kolejne.

Processed with VSCO with c1 preset

Co zmieniły w moim życiu rośliny doniczkowe?

Nie martwcie się, to nie będzie akapit w stylu: od kiedy trzymam na parapecie zielistkę, oddycham pełną piersią, niczego się nie boję i schudłam 20 kilo. Przynajmniej nie do końca.

Zacznę od banału, może znajdzie się osoba, która jeszcze nie wie, że rośliny w wyniku fotosyntezy dostarczają tlenu w powietrzu (o dziwo podobno niektóre nawet w nocy, jak choćby storczyk czy wężownica), ale tak właśnie jest. Dodatkowo niektóre z nich absorbują szkodliwe substancje (np. skrzydłokwiat oczyszcza powietrze z pochodnych benzenu i formaldehydu, emitowanych przez drukarki czy monitory lub obecnych w farbach, klejach, tapetach, itd.*), a inne regulują poziom wilgotności. Oddychanie jest jedną z podstawowych funkcji życiowych. I czynnością, o której najczęściej w ogóle nie myślimy, bo dzieje się automatycznie. A powinniśmy, choćby po to, by się odstresować. Lepiej zdecydowanie oddycha się w towarzystwie roślin doniczkowych. Spróbujcie.

Na pewno też w podstawówce uczono Was o higienie… oczu. Tak, mam właśnie wspomnienie, że pani w szkole, zamiast mówić o brutalności życia, zwłaszcza, kiedy ma się depresję i wzywają z niewiadomych powodów do urzędu… Nic to, higiena oczu różnie ważna, zwłaszcza w naszych czasach. I na to pomagają zielone listeczki. Koją zmęczone mięśnie oczu i dają odrobinę nadziei. Tak się przecież powinien kojarzyć kolor zielony. Dlatego najlepiej ustawić roślinnego stworka nieopodal monitora. I w chwilach zmęczenia przypomnieć sobie, że poza miejscem pracy istnieje dzika, nieokrzesana natura, której namiastka stoi tuż obok.

Ale wszystko poniższe jest tak naprawdę niczym w porównaniu z rozwijaniem poczucia odpowiedzialności oraz walce z samotnością.

Processed with VSCO with c1 preset

Trudno mi czasem zadbać o siebie, dlatego nigdy nie pomyślałabym o mieszkaniu z psiakiem czy rybkami. Podejrzewam, że łatwo skrzywdziłabym mimowolnie zwierzę, którym powinnam się zajmować. Ale dzięki temu, że dbam o to, co dzieje się w moich doniczkach, mam wrażenie, że rozwija się moje poczucie odpowiedzialności. Troszczę się o roślinki, jakby były elementem rodziny albo mojego ciała. Tak samo, jak mówię rano rodzicom dzień dobry, tak samo upewniam się, czy ziemia w doniczkach nie jest przynajmniej zbyt sucha. Kiedy nie ma mnie długo w domu, na widok zielonych maleństw po prostu nie posiadam się z radości, jakbym spotkała się z dawno niewidzianym przyjacielem. Wiem, że moje rośliny są ode mnie całkowicie uzależnione i muszę o nie dbać, by nie stała się im krzywda. W zamian za to, kiedy budzi mnie w nocy koszmar, rośliny są dalej przy mnie. Cztery ściany wokół nie są nieprzyjaznym pomieszczeniem, tylko pełną żywych istot ciepłą sypialną. Nie czuję się sama jak palec. Mam zielone wsparcie. I mam nadzieję, że nie brzmi to za bardzo psychicznie. Chociaż, nawet jeśli… Co z tego?

Większy komfort pracy, zdrowsze oczy, lepsze powietrze i mniejsze poczucie samotności. Dużo zasług, prawda?

Ale to nie wszystko. W cenie jest też estetyka.

Processed with VSCO with c1 preset

O co chodzi z urban jungle, czyli miejską dżunglą?

O wszystko, co napisałam powyżej oraz ciekawy design. Rośliny potrafią stanowić bardzo oryginalny design wnętrz. W świecie, w którym każdy może zaprezentować tysiącom użytkowników wnętrze swojego mieszkania, liczy się to, by wyglądało nietuzinkowo. Kiedyś gospodynie domowe rywalizowały między sobą, zapraszając do dopiero co odnowionego salonu koleżanki na herbatkę i serniczek. Teraz pstrykamy fotki na Instagramie i liczymy lajki. Ale tak bardzo, jak można trochę się podśmiechiwać z dżentelmenów po czterdziestce, którzy kupują super drogą furę, by zaimponować koleżkom i młodym duperkom, dbanie o rośliny doniczkowe w domowym zaciszu jest o wiele rozsądniejsze. To nie tylko styl, w jakim urządzamy sobie mieszkanie w tęsknocie za naturą, ale ogólnie styl życia. Za roślinami idą inne, daleko posunięte zmiany.

Kiedy wchodzisz z naturą w bliższą koalicję, a może nawet przyjaźń, stajesz się bardziej wrażliwy. Obserwujesz, jak ważna w życiu jest delikatność. Niektóre rośliny są gruboskórne. Sukulenty, które nie potrzebują dużo wody, ani w ogóle dużo troski. Rosną sobie spokojnie bez względu na to, czy je podlewasz, czy olewasz. Inne wymagają dużo troski i co chwila domagają się atencji, inaczej zaczynają im żółknąć liście. Czasem nieopatrzny ruch może skrzywdzić jakąś łodyżkę. Jak z ludźmi.

Ale obcowanie z roślinami nie uczy tylko dbania o relacje z ludźmi. Pozwalają się wsłuchać we własne wnętrze. Skoro dbasz o swoje rośliny, prędzej czy później bardziej zadbasz o siebie. Im więcej roślin wokół mnie, tym zdrowiej żyję. O wiele rzadziej palę fajki, patrzę na to, co jem i ruszam się. Sama chciałabym być jak najładniejszy kwiatuszek. Może to tanie i próżne, ale kto pięknie żyje, ten żyje długo. A ja mam kilka rzeczy do skończenia, więc nie mam zamiaru póki co schodzić z tego świata.

Processed with VSCO with c1 preset

Na koniec chciałabym Was zachęcić do uprawy roślin doniczkowych w Waszych zakątkach. Jestem przekonana, że każdemu dobrze zrobi towarzystwo zieleniny. Co więcej, jeśli już macie jakieś zielone maluszki, miło mi będzie z Wami o tym podyskutować, więc dawajcie w komentarzach, jakie gatunki uprawiacie i w jaki sposób się o nie troszczycie.

Standardowo też na zakończenie proszę Was o łapki w górę, jeśli na przykład trafiliście na ten wpis w jakiś inny sposób, niż przez fejsa. Odwiedźcie fan page i dajcie znać, że byliście, gwarantuję kolejne treści, które przypadną Wam do gustu (a przynajmniej będę się bardzo starać).

Z pozdrowieniami,

Wasza

Emilia

___________________________________________

* http://radiesteta.waw.pl/inne-zagrozenia/formaldehyd/ – Dobry, niesamowicie ciekawy artykuł, obczajcie, jaki syf mamy w domu i jak rozprawiają się z nim zieloni wojownicy w doniczkach!