10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

10 najważniejszych momentów 2017. P jak psychiatra, p jak płacz, p jak… pamiętnik

Nie mogłam spać. Męczyłam się w pracy. Przychodziłam później, wychodziłam wcześniej, wszystko mnie uwierało. Co najmniej raz w tygodniu bolała mnie głowa. I to tak, że chciało mi się wymiotować, miałam mroczki przed oczami i modliłam się o szybką śmierć. Kiedy dochodziłam w miarę do siebie, bałam się odebrać telefony od autorów, uzupełnić tabelkę w arkuszu kalkulacyjnym, wysłać maila. Ponieważ potem rzeczy działyby się dalej, a ja musiałabym pójść za nimi.

Tymczasem wpadłam do dziury, z której nie mogłam wyjść. Zrozumiałam, że choroba, przed którą uciekałam kilka lat, znowu mnie dogania. Że uciekając, zrobiłam kółko i znalazłam się w tej samej norze. Nie potrafiłam wstawić prania, pościelić łóżka, zmyć naczyń czy choćby powiedzieć bez wybuchu płaczu, o co mi tak naprawdę chodzi i czym się denerwuję. Udawanie, że wszystko jest ok, urosło do rangi niewykonalnego zadania. Miałam już dość.

Poszłam więc do lekarza.

Kiedy weszłam i pani doktor zapytała mnie, z czym do niej przychodzę, wybuchnęłam niepohamowanym płaczem, który trwał, trwał i trwał…

A chciałam tylko powiedzieć, że nie mogę zasnąć.

Praktycznie uciekłam z gabinetu po odebraniu recept. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie wymyślę, skończę jako powykręcana z nerwów roślina.

Zamiast pójścia na terapię wybrałam zatem terapię na własną rękę. Z pewnością nie jest to w żadnej mierze rozsądne, ale tak naprawdę jedynym, co kiedykolwiek mi pomagało, było pisanie. Wróciłam do prowadzenia pamiętnika. Zaczęłam więcej opisywać swoje życie na blogu. I wiecie co? Natychmiast zobaczyłam jak na dłoni pewne sprawy, powtarzające się wzorce, najistotniejsze rzeczy, przesłonięte wcześniej przez tysiąc błahostek bez żadnego znaczenia.

Bardzo dużo było we mnie uczuć. Tak dużo nieulokowanych emocji, głównie tęsknoty i niewypowiedzianych słów, o czym pisałam w poprzedniej notce, że wyniszczyły mój organizm i totalnie go spustoszyły. Wiecie, bo to nie tak, że kiedy cierpi nasza psychika, ciało pozostaje obojętne. Znowu z tego całego nieszczęścia stałam się tłustą orką. Oprócz pisania zatem wróciłam do ćwiczeń. Mój organizm tego właśnie potrzebował. Dyscypliny. Im bardziej męczyłam ciało, tym lepiej wypoczywał mózg.

Jedna z recept na depresję to pisanie i bieganie.

Z dnia na dzień zaczęłam być o wiele bardziej szczęśliwa. Kiedy przebiegłam dwa kilometry bez żadnego zatrzymywania się, nabrałam sił do rozwiązywania moich kolejnych problemów. Potem było już tylko lepiej.

Ale nie łudzę się, że na dłuższą metę poradzę sobie bez specjalisty. Wiem dokładnie, kiedy znów dopadnie mnie ten stan. Dlatego na terapię na pewno się wybiorę, to kwestia czasu.

Zapytacie mnie pewnie, że skoro i tak wiem, że pójdę, czemu nie zrobię tego teraz?

Bo pozwalam sobie na płacz.

Wcześniej tego nie robiłam i dostawałam na łeb. A teraz, jak mnie coś boli albo gdy jest mi smutno, po prostu płaczę. Bóle głowy spadły co najmniej o połowę.

Od kiedy płaczę, czuję się szczęśliwa.

Wydaje mi się, że wszystkie te trzy czynności: bieganie, pisanie i płakanie, sprowadzają się do tego, by być… prostszym człowiekiem. Kiedy jesteś zmęczony, lepiej widzisz pewne sprawy. Formułujesz myśli w prostszy sposób, bo nie masz siły po raz kolejny roztrząsać tego samego wydarzenia pod innym kątem. Fajnie jest wieczorem mieć siłę tylko na zanotowanie kilku zdań w pamiętniku, umycie się i pójście spać kamiennym snem. I byłabym tu niesprawiedliwa wobec Was i siebie, gdybym nie przyznała, że najlepiej jest też zasnąć w błogich objęciach drugiej osoby. Ciepło i wsparcie, które znajduję w ramionach mojego chłopaka, jest tak niesamowitą przyjemnością, że wciąż mam wrażenie, iż nie do końca na nią zasługuję.

To prawda, że depresja jest domeną artystów. Ale i przy okazji chorobą, na którą zapadnie niedługo większość naszej cywilizacji. Staliśmy się bardzo wygodni i przez to mniej odporni na stres. Nie umiemy radzić sobie z ciśnieniem, które wywołują w nas oczekiwania innych.

O tym właśnie napisałam książkę pt. Piromani. Strasznie śmieszne jest to, że prawie trzy lata po jej wydaniu przechodzę w dużej mierze przez to samo, co wtedy, zarówno autorka, jak i główna bohaterka.

Nie wystarczy coś napisać, jak się okazuje. Trzeba czytać kilka razy to samo i wysnuwać z tego wnioski. A dodatkowo nie ma co się silić na udawanie, że jest się twardym i ze wszystkim dajemy sobie radę. Dopiero po zaakceptowaniu własnych słabości stajemy się naprawdę silni.

To byłam ja, 

Wasza

Emilia

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Wrzesień, czyli nie biegam, bo śmierdzi, Śródka, depra, roślinki i 4kg mniej

Obwołuję wrzesień najgorszym miesiącem roku 2017. I w zasadzie jedynym złym miesiącem roku 2017. Chciałam Wam napisać, jak było źle, jak okropnie się czułam i co sobie myślałam, ale stwierdziłam, że rzyganie na blogu swoimi negatywnymi uczuciami (po raz kolejny) będzie grubą przesadą. W życiu nie zawsze jest idealnie. I mamy prawo do smutku. Ale zamiast wbijać się wspólnie w dół, lepiej się otrząsnąć. O ile jeszcze się da.

mered

Stres w pracy. Sezon grypowo-anginowy. Zimno. Nieumiejętne zarządzanie hajsem. Smród palonych w piecach plastików, przez co moja wakacyjna trasa do biegania stała się nieaktualna. Spięcia z mamą. Tęsknota za Poznaniem… I dodatkowo, wywołane zapewne wszystkim powyższym, napięciowe bóle głowy. We wrześniu wydarzyło się na prawdę sporo rzeczy, które nie przypadły mi do gustu. Określenie mojego nastroju niezadowoleniem będzie jednak takim eufemizmem jak nazwanie Nangi Parbat pagórkiem. Miesiąc zatem daleki od ideału, ale ważny, bo przypomniał mi oraz uświadomił kilka ważnych zasad, dotyczących higieny zdrowia psychicznego.

  1. Zmęczone ciało to ukojona psychika.
    Dlatego postanowiłam powrócić do ćwiczeń. Biegałam, ćwiczyłam z ciężarkami i robiłam wygibasy na macie. Ponieważ dosyć szybko zauważyłam efekty (m. in. wysmuklone ramiona i sucha koszulka pod pachami przy wchodzeniu na czwarte piętro), stwierdziłam, że nie mogę tego zniszczyć, więc udało mi się omijać też maka, nie pić coli i nie wpieprzać co chwila mąki. Efekt? Cztery kilo mniej i 200% więcej czasu spędzonego przed lustrem na podziwianiu własnego ciała. Coraz bardziej się lubię.
  2. To, kim jesteś, nie jest aż tak istotne w porównaniu do tego, kim chcesz być.
    Wiadomo bowiem, że ludzie są z natury leniwi. Każdy z nas ma do tego inny zestaw wad. Ja na przykład za bardzo jestem podatna na wpływ otoczenia, kiepsko radzę sobie z krytyką i mam ogromne trudności z kończeniem rzeczy (+ miliard innych). Ale chcę być pracowita, odważna, odporna i elokwentna. Dlatego muszę o tym pamiętać każdego dnia i zachowywać się tak, jak przystało na to, kim chcę być. A wtedy stanę się właśnie takim człowiekiem. I gdy inni zaczną to zauważać, będzie już dużo łatwiej (potwierdzone info). Life isn’t about finding yourself. Life is about creating yourself, jak powiedział George Bernard Shaw. Zgadzam się.
  3. Znajdź koło ratunkowe i skorzystaj z niego, zanim będzie za późno.
    Przed wpadnięciem w dół, kiedy jesteśmy już pod wpływem chandry, można jeszcze się uratować. Trzeba tylko wiedzieć, jak. Dlatego powinniśmy zapisywać rzeczy, które sprawiają nam radość. Małe błahostki. I gdy zbliża się atak złego nastroju, trzeba sięgnąć po zestaw czynności, będący naszym kołem ratunkowym. Bo, jak wiadomo, kiedy depresja atakuje, nie widzimy już żadnych pozytywów. Wszystko jest do dupy, nie ma żadnego wyjścia, to, co kiedyś wydawało się fajne, teraz nie ma żadnej wartości. Jedną z takich czynności jest dla mnie… oglądanie vlogów Krzysztofa Gonciarza. Nic mi nie daje tak wspaniałego kopa do działania. Piękne obrazy, które widzę na wideo, zwracają mojej rzeczywistości właściwe barwy. Postaram się w najbliższych tygodniach napisać Wam więcej na temat koła ratunkowego, bo to wspaniała technika, która nieraz uratowała mnie w tym miesiącu od poważnego załamania. (I na razie jestem przeświadczona, że to ja ją odkryłam, ale to byłoby pewnie niemożliwe, skoro to taki banał. Znacie może jakieś artykuły, gdzie ktoś o takich kołach ratunkowych pisał? Dokształcę się chętnie, dajcie znać)!

Dzięki powyższym żywię nadzieję, że październik będzie o wiele lepszym miesiącem. Co więcej: po prostu nie pozwolę, żeby znowu było tak źle. Zresztą, nadchodzą magiczne wydarzenia! Ale o tym na koniec.

Tylko żebyście sobie nie myśleli, że we wrześniu nie robiłam nic innego, jak chodzenie na wkurwie albo leżenie bez odrobiny reiatsu. (Kto oglądał Bleacha)? Nie, nie, kochani, to już nie ja. I w ten sposób miesiąc razem z Sikorą zaczęłyśmy od udziału w IX Kongresie Kobietkobiet

Bardzo spodobała mi się atmosfera wydarzenia. Można było spotkać najróżniejsze kobiety. Siwe, z siatami pełnymi zakupów albo tytułem profesora. Młode, będące w ciąży albo skupiające się na rozwijaniu swoich artystycznych pasji. Te, które wiedzę chciały przekazać i takie, które chciały ją otrzymać. Uśmiech. Jedność. Wiedza. W skrócie: bardzo mi się podobało. I gdyby znowu nie ten cholerny ból głowy, na pewno wzięłabym udział w mnóstwie wykładów oraz spotkań, na które niestety w niedzielę nie dotarłam, a chciałam bardzo. Na szczęście za rok kolejny Kongres. I nie mogę się doczekać, żeby uczestniczyć w nim aktywniej.

Oprócz edukacji zażyłam też trochę kultury. Przeczytałam i nawet zrecenzowałam Cwaniary Sylwii Chutnik, widziałam i napisałam o moich wrażeniach z seansu The Square. Wcześniej niestety zapoznałam się też z Death Note w wersji Netflixa, czyli totalną porażką i dorzucam to do czynników, które prawie przysporzyły mi nawrotu depresji.

Po ponad sześciu latach mieszkania w Poznaniu pierwszy raz w życiu zwiedziłam też Śródkę. Wiem, straszny syf, że moja stopa dopiero teraz pierwszy raz stanęła na Moście Jordana, mój język posmakował doskonałej kawy z La Ruiny, a oczy na żywo zachwyciły się słynnym muralem… Shame. Fajnie było tak znów odkrywać Poznani, w dodatku w doskonałym towarzystwie… 😉

Na koniec chciałabym Wam polubić coś, co absolutnie mnie zauroczyło. Jak wiecie (albo nie, to się zaraz dowiecie), instagramuję sobie dosyć aktywnie (@emiliateofila) i co jakiś czas wpadam na interesujące profile. Ale to, co zobaczycie poniżej, sprawiło, że moje serce zabiło o wiele szybciej.

dzangiel

Profil @warsawjungle jest absolutnie zachwycający. Kocham roślinki, bardzo poprawiają mi humor. Moim małym marzeniem jest właśnie taka mała prywatna dżangiel w mieszkaniu. A na stare lata chciałabym słynąć jako ta pisarka, która ma własną oranżerię i tylko tam udziela wywiadów. @warsawjungle przypomina mi o tym pragnieniu, a dodatkowo daje mnóstwo inspiracji do aranżowania przestrzeni. Polecam, zarówno profil, jak i roślinki!

Od teraz na koniec każdego miesiąca będę robić właśnie takie podsumowanie. Dzięki temu mam zamiar po prostu więcej działać. Ale żeby i Wam przyszło to z korzyścią, postaram się polecać Wam fajne rzeczy i dzielić się z przeżyciami bardziej intymnymi niż w innych wpisach. Czekam na Wasz feedback. I tradycyjnie już zachęcam do polubienia profilu Fabryki dygresji na fejsie.

Trzymajcie się cieplutko w październiku i pochwalcie się wrześniowymi refleksjami.

Buziaki!

Wasza

Emilia