Trzecia edycja Festiwalu Wibracje odbyła się w weekend 13-16 czerwca i postanowiłam Wam w kilku słowach napisać o moich wnioskach z uczestnictwa, bo był to istny korowód inspiracji i dobrej energii. Bardzo się cieszę, że mogłam wziąć w nim udział.

Towarzyszła mi Weronika, a o festiwalu dowiedziałam się od organizatora. W zamian za udostępnienie informacji o festiwalu na moim Instagramie, otrzymałam dwa karnety, ale poniższy wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany. Piszę o nim, bo było super. I chcę, żebyście wiedzieli, że wyjazdy i spotkania z ludźmi bardzo otwierają. To najlepszy wg mnie sposób na leczenie kryzysów i braku weny, nie tylko w pisaniu, ale po prostu w życiu.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Emilia Teofila Nowak (@emiliateofila)

#1 Żyjemy dla siebie nawzajem, a człowiek wcale nie jest wrzodem na tyłku Wszechświata

Przynajmniej nie zawsze. Bo czasem zdarza mi się trzymać kciuki za zagładę naszego gatunku. Śmiecimy. Mordujemy setki tysięcy czujących, inteligentnych istot. Krzywdzimy sami siebie. Zamiast wolności wybieramy tak często cyfry na koncie…

Ale podczas Wibracji dostrzegłam mnóstwo arcyciekawych osób, skorych do pomocy, otwartych, radosnych. I to jeszcze przed dotarciem na teren festiwalu! Dwie sympatyczne dziewczyny zgarnęły nas autem, zanim jeszcze zaczęłyśmy z Weroniką i poznaną w drodze koleżanką łapać stopa. Później dałyśmy się oczarować pianiście, dającemu genialny koncert pośrodku lasu, a jeszcze potem zjadłyśmy śniadanie w towarzystwie niesamowitych Giulii i Michała, twórców filmu Yuyos… Wśród tych ludzi czułam się po prostu dobrze. Ale może to zasługa otaczającej nas natury?

#2 Wszystko, czego do szczęścia trzeba, to przyroda

Nasza planeta potrafi zadbać o swoje dzieci dużo lepiej niż one same. Festiwal odbywa się w Białobrzegach nad Jeziorem Zegrzyńskim, z piękną plażą i lasem dookoła. Woda, zieleń i błękit nieba działały na mnie tak kojąco, że byłam szczęśliwa po prostu siedząc nad brzegiem jeziora. Wszystko inne, wykłady, koncerty, spotkania, stanowiły tylko dodatek. Cieszyłam się najbardziej z tego, że mam kontakt z naturą.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Emilia Teofila Nowak (@emiliateofila)

#3 Świat, w którym ludzie nie jedzą mięsa, jest taki piękny!

Nikogo nie potępiam za jedzenie mięsa, wiecie? W końcu sama na wegetarianizm przeszłam niespełna rok temu, a dieta została poprzedzona kilkoma tygodniami przygotowań. Co ja będę jeść na śniadanie zamiast parówek? Czy ryba to też mięso? Ryba to przecież ryba… Jak ja dostarczę sobie białka, skoro nie będę jeść drobiu? W pewnym momencie jednak po prostu musiałam przestać jeść mięso, bo zrozumiałam, że to nie ma najmniejszego sensu. W moim otoczeniu jestem w tej diecie bardzo samotna. Moja przyjaciółka weganka, Ania, właśnie wyjeżdża w podróż życia (bez daty powrotu), a Ada, która tak samo jak ja wcina wegetariańskie przysmaki, mieszka póki co w UK… Więc środowisko wcinających zieleninę tak naprawdę mogłam oglądać tylko w Internetach. Aż tu nagle…

Ludzie jedzą to, co ja!

Na festiwalu do wyboru była opcja żywieniowa wegetariańska i wegańska. W sumie wybierając tą pierwszą, i tak czułam się trochę jak przestępczyni, tak jakbym poza festiwalem po prostu zamawiała gdzieś tę opcję mięsną… Bo to mleko, te jajka, one nie są dla mnie. (Mam nadzieję, że kiedyś przejdę na weganizm, ale póki co to trochę za wcześnie dla mojego ego; czuję, że by się srogo na mnie zemściło po odstawieniu żółtego sera).

Tak czy siak, i ja, i Werka, miałyśmy brzuszki jak dwie wańki wstańki. Jedzenie było wyborne! Śniadaniowe trzy szwedzkie stoły pełne obfitości (owoce, granole, sałaty, warzywa, sery, wege wędliny, soki, kawy, no, wszystko!) oraz mega duże dwudaniowe obiady z deserami (ciasta musiałyśmy chować do pudełek na później).

Totalna uczta to była, wiecie?

Tylko, tak naprawdę podczas jednego z wykładów (na którym akurat była Werka, bo ja bujałam się gdzie indziej), przyszło uświadomienie.

#4 Po co my tyle jemy?

Podobno w czasach Sokratesa jedzono dwa razy w tygodniu (niepotwierdzone info, bo mnie tam nie było, więc trudno zweryfikować). Mnisi buddyjscy natomiast jedzą jedynie śniadanie o ósmej rano, a jeśli zostaną im resztki, to wcinają je na drugie śniadanie przed południem (potwierdzone info). Jedzenie stało się naszym nawykiem. Jemy z nudów. Albo uzależnienia. Jedno z drugim zresztą ostro się wiąże. No i jak świat ma nie głodować, jeśli wpychamy w siebie tak wielkie porcje jedzenia dla samej przyjemności jedzenia? Albo żeby zbudować masę mięśniową, która potrzebna jest nam tylko i wyłącznie do konkursów albo prężenia się na instagramie? Bo polować na mamuty na szczęście już nie musimy…

Strasznie trudno zachować trzeźwość umysłu w każdej chwili naszego życia, ale głupkowate pokusy czyhają na nas dosłownie wszędzie. Jedną z nich jest to nieszczęsne jedzenie. Wpychasz w siebie i puchniesz, a jeśli nie, to potem wyrzucasz z lodówki… Robimy to tylko dlatego, że możemy. Ale to wcale nie oznacza, że powinniśmy! W każdej religii istnieje coś takiego jak post. Dla równowagi ducha i ciała. Dlaczego o tym zapomnieliśmy? Konsumpcjonizm to naprawdę zły duch, nie polecam wchodzenia z nim w związek.

Co innego po prostu związek dwójki osób.

#5 Uwikłanie a miłość. Jest różnica!

Wykład dr n.med. Marzanny Radziszewskiej-Konopki, odwołującej się często do mapy świadomości Davida R. Hawkinsa, uprzytomnił mi, w jaki sposób wybieramy swoich partnerów. Większość związków polega nie na prawdziwej miłości, będącej swego rodzaju stanem umysłu, a nie emocją. To raczej próba zrekompensowania sobie braków w dzieciństwa, kiedy rodzice mniej lub bardziej świadomie niestety wyrządzili nam jakąś krzywdę. Nasza podświadomość jednak wybiera spośród wszystkich otaczających nas ludzi tych z podobnymi ranami. Koniec końców powielamy schematy relacji naszych rodziców, chyba że… Zdamy sobie z tego sprawę, popracujemy nad sobą, zaleczymy rany i ruszymy do przodu.

Kiedy patrzyłam na slajd z typami uwikłań, byłam przerażona, jak bardzo typowe i osadzone w ramach były moje wcześniejsze związki. Oczywiście widziałam błędy poprzedniego partnera, ale do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z moich własnych ukrytych motywów i przewinień.

Pani dr, mimo bardzo trudnych warunków do mówienia (gorące, suche powietrze), potrafiła rozbawić namiot wypełniony słuchaczami aż po brzegi! Choć początkowo wydawało mi się, że jest bardzo przyklejona do kolejnych swoich slajdów, wkrótce się rozluźniła i popłynęła z tematem. Na koniec dostała wielkie brawa, na co w zupełności zasłużyła.

Oczywiście, podczas festiwalu wydarzyło się dużo więcej. Była i muzyka, i tańce artystów z kulami ognia, i wykłady o recyklingu, i warsztaty ze wzmacniania energii, i jogi, i medytacje, no, działo się. Nie wszystkie tematy przypadły mi do gustu. (Czasem wręcz miałam wrażenie, że mówi do mnie nie prelegent, a przybysz z planety spoza naszego układu i trudno było znieść część dziwactw). Ale festiwal trwał cztery dni, było pięć scen, no i chyba każdy w miarę zainteresowany ekologią czy troską o własne zdrowie, znalazł dla siebie aż nadto. Pole namiotowe było super przygotowane, toi-toje czyszczone (ale przydałoby się ich więcej, tak samo jak pryszniców, bo tam bywało ciężko), ale taki urok festiwalowej wioski.

Mogłabym jeszcze wiele napisać o Wibracjach, ale po co? Poczytajcie sobie na stronie festiwalu, czy to event dla Was.

Ja tymczasem… No właśnie.

Emilia. Co ty ostatnio robisz ze swoim życiem, że kończy się czerwiec, a ty dodajesz pierwszy post na bloga?

Wydaje mi się, że się obijam, ale lista moich osiągnięć z tego półrocza jest naprawdę imponująca. Mimo mojego obiboctwa, jestem z siebie spektakularnie zadowolona. Toż to szok.

Ale o tym za kilka dni, w kolejnym poście.

Napiszcie, co u Was, i co sądzicie o imprezach takich, jak Festiwal Wibracje. Uczestniczyliście już w nich? Dajcie znać, jak Wasze wrażenia. Na jakie festiwale warto jeszcze jechać?

Uściski!

Jak być silnym psychicznie, czyli człowiekiem nie do złamania i czy… na pewno warto?

Kończę 27 lat. Nie mam być z czego dumna, ale się cieszę

Islandia Południowa (Suðurland). Kosmiczny pies, czarna plaża i zorza