Wywołują w nas lęk i nakazują pędzić. Tylko po co i dokąd? Sukces i porażka to dwa słowa, którymi jestem karmiona od wielu lat w domu, w mediach oraz najbliższym otoczeniu. Od kiedy jednak straciły swoje znaczenie lub zmieniły je, i to o 180 stopni, zapominam, co to stres.

Był rok 2015. Siedziałam w knajpie ze starszym o kilkanaście lat znajomym i rozmawialiśmy o ambicjach. Po kilku miesiącach depresji znacząco mi się polepszyło. Zaczęło mi się układać w głowie. Prawdziwy świat, bardzo powoli, zaczynał wyłaniać się spośród kłamstw, jakimi faszerowały mnie media i presja społeczna. A czasem nawet rodzice. Sącząc piwo, powiedziałam, że szanuję ludzi żyjących w prosty sposób. To znaczy nie czujących parcia na szkło, którzy nie chcą robić nic za wszelką cenę. Nie mają aspiracji, by pojawiać się w telewizji czy zdobywać nagrody. Bez pośpiechu kroczących przez codzienność, doceniających swoją rodzinę, przyjaciół i czasem naprawdę bardzo ciężką pracę w szeregu.

Mój znajomy powiedział, że tak twierdzą tylko ludzie, którzy boją się sięgnąć po więcej. Osoby słabe. Żyć bez ambicji i sięgania po wysokie cele to w istocie nie żyć prawdziwie.

Miałam wtedy 23 lata. Chciałam pisać i wydawać książki, by być sławna. I żeby postawić sobie w kiblu jakąś dużą nagrodę. Znajomi odwiedzaliby mnie w mieszkaniu i pytali: czemu trzymasz Nike/Angelusa/Nobla/Oscara w klopie? A ja bym odpowiadała, że gardzę tą nagrodą, że ona nie ma dla mnie znaczenia. I wychodziłabym na zajebistą babkę.

W istocie pragnęłam uznania ludzi, bo sama siebie nie akceptowałam. Bardzo chciałam to zrobić.

Myślałam, że polubię siebie, kiedy inni polubią mnie, a dokona się to tylko wtedy, gdy osiągnę sukces.

Widziałam go jako pozłacaną statuetkę za wybitne osiągnięcia w jedynym, na czym troszkę się wtedy znałam, czyli w dziedzinie literatury.

Cóż, dobrze przynajmniej, że wiedziałam, do czego dążyłam. Z tego, co widzę, wciąż jest mnóstwo osób, które pędzą, by odnieść sukces, ale nawet nie wiedzą, jak on ma wyglądać. I przez to tak bardzo boją się porażki, że nie mogą spać po nocy. A gdy już się to uda, dręczą ich koszmary.

Strach wynika z nieznanego.

Słynny amerykański psychiatra i autor wielu książek, profesor Irvin D. Yalom, uważa, że wszystkie lęki wynikają z obawy ego przed unicestwieniem. A zatem każda nasza obawa ma po prostu podłoże egzystencjonalne. By przestać się bać czegokolwiek, należałoby więc pogodzić się ze śmiercią.

Ale moi rówieśnicy i szanowni Czytelnicy bloga, raczej nie zastanawiają się w wieku około trzydziestu i mniej lat nad tym, co będzie po śmierci, i czy będzie cokolwiek.

Martwi nas stan konta, jak pogodzić pasje z zarabianiem pieniędzy i czy to w ogóle możliwe, brać ślub czy nie, rozmnażać się czy nie. Najbardziej jednak wkurza nas to, co inni sobie o nas pomyślą. Widać to idealnie w mediach społecznościowych. Co, jeśli ktoś pomyśli, że jestem nie taki, na jakiego się kreuję? I co, jeśli nie sprostam oczekiwaniom? Przyniosę za mało pieniędzy do domu, w którym płacze dziecko? Albo nie zrobię dyplomu, choć rodzice wsadzili w moje studia tyle kasy? Co się stanie, jeżeli jako jedyny nie wrzucę na Facebooka zdjęcia z wakacji w ciepłych krajach?

Co się stanie, jeśli zamiast sukcesu, odniosę porażkę?

Zamiast przezwyciężać lęki pierwotne, pomyślałam, że wytłumaczę Wam, jak teraz postrzegam pojęcia sukcesu i porażki. Bo zupełnie przestały mnie ruszać. I jest mi w tej znieczulicy dużo lepiej niż przed nią. W zamian za to, rozwijam swą wrażliwość na innych polach. I docieram wreszcie do tego, dlaczego tak naprawdę chcę pisać książki, o czym pod koniec tej notki…

Sukces jest dla mnie pustym słowem. Atakuje nim nas system, w którym chodzi o to, byśmy działali jak trybiki wydajnej machiny do produkcji pieniędzy. Musimy zarabiać i wydawać pieniądze, bo jak inaczej utrzyma się cały świat? Na tym polega kapitalizm. Zarabiasz po to, by wydawać jeszcze więcej. Sukces jest idealnym sloganem, by spotęgować te działania. Z sukcesem wiąże się prestiż. Jak wtedy, kiedy pracujesz na wysokim stanowisku. Albo gdy otrzymujesz nagrodę czy mówią o Tobie w telewizji. Ludzie są dla Ciebie mili, a Ciebie spotykają miłe rzeczy. Kolacje w drogich restauracjach, podczas których nie jesteś w stanie zjeść wszystkiego, co zostanie podane na stole. Ładne panie i przystojni panowie. Drinki z palemką, czyli alkohol i inne używki.

W zasadzie jest coraz milej i nie wiadomo, kiedy się zatrzymać, hm?

Do czego prowadzi brak umiaru, o tym może innym razem, ale liczę na Waszą wyobraźnię i życiowe doświadczenie…

Sukces w połączeniu z porażką to genialne narzędzie manipulacji.

Bardzo się bałam. Że kiedy coś przeskrobię, mama będzie zła i przestanie mnie kochać. Albo po śmierci Pan Jezus mi powie, że sorry, ale nie pójdę do nieba, bo to, to, i jeszcze tamto. Że jeśli powiem komuś prawdę, to przestanie poświęcać mi uwagę. Że jeśli uwalę jakiś projekt, to ludzie, którzy ze mną współpracują, pomyślą, że jestem do niczego i stracę dobrą reputację.

Tak, to by była prawdziwa porażka.

Teraz, gdy coś mi nie wychodzi, dziękuję Bogu. Za to, że pokazuje mi, iż jestem tylko człowiekiem, bo przecież nawet najlepszym czasem coś nie wychodzi. Porażka jest dla mnie plastrem miodu. To znak, by się zatrzymać, wziąć głęboki oddech i pomyśleć. Zebrać siły i albo skupić się na czymś innym, albo zmienić sposób działania. To lekcja pokory. To coś dobrego.

Nawiązując do słów mojego znajomego z 2015 roku, wydaje mi się, że ludzie słabi są dużo potężniejsi od osób, które postrzegają się jako silne.

Czas zacytować słowa mędrca Jacka Stachurskiego:

Potężna wichura łamiąc duże drzewa
Trzciną zaledwie tylko kołysze.

Wszystko, co powyżej, nie znaczy, że mamy przestać się starać czy dążyć do postawionych sobie celów. Chodzi tylko o to, by widzieć to, co naprawdę ważne. Nie puste tytuły przed nazwiskami, nie liczbę zer na koncie, nie to, ile kto ma dzieci czy ile krajów już zwiedził do tej pory. To zasłona, która odwraca nasze oczy od wyższych wartości. I ta zasłona lubi nam się zacisnąć często wokół gardła. Utrudnia swobodne oddychanie. Sprawia, że jesteśmy agresywni dla naszych bliskich. I zaczynamy nienawidzić samych siebie…

Nie denerwuj się. Każdego dnia robisz dokładnie tyle, na ile masz sił.

Przestań się stresować, jeśli czegoś nie ogarniesz, naprawdę nic się złego nie stanie.

Świat będzie funkcjonował dalej. Wszyscy ludzie dookoła też.

A nawet lepiej, jeśli częściej zrobisz sobie wolne. Weźmiesz na siebie mniej obowiązków. Dasz sobie czas na czytanie, wyjście do restauracji zamiast gotowania obiadu albo leżenie w łóżku i patrzenie w sufit. Bo wtedy na Twojej wypoczętej twarzy pojawi się uśmiech, a to on czyni świat lepszym.

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Czego o pracy nauczył mnie miesiąc na bezrobociu?

Jak być silnym psychicznie, czyli człowiekiem nie do złamania i czy… na pewno warto?