Jeżeli jeszcze nie słyszeliście, to zaraz usłyszycie. Wojciech Kulawski to doświadczony już twórca, który w swoim pisarskim CV ma kilkanaście opowiadań i powieści, wyróżnionych podczas konkursów i festiwali literackich. Przeczytajcie wywiad i sprawdźcie, jakie były początki jego kariery. Miłej inspiracji!

Fabryka: Jak zrodziła się w Tobie potrzeba pisania? Na co dzień zajmujesz się informatyką. Skąd więc wzięło się zamiłowanie do pisarstwa?

Wojciech KulawskiInformatykę nadal lubię. Od kiedy pamiętam, jeszcze w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, pisałem gry i programy na Atari, potem na PC-ta. Uwielbiałem twórczy proces, kiedy z niczego powstawało cośCo więcej, ludzie przesiadywali przed monitorami, aby tę moją grę przejść. Czasami dawali mi garść komentarzy z wrażeniami z rozgrywki. To było wspaniałe uczucie: dawania innym radości. 

Niestety dla informatyki przyszły czasy, że pojedynczy człowiek nie był w stanie wiele osiągnąć. Nad grami pracowały całe grupy składające się nawet z setek programistów, człowiek był w tym procesie tylko małym trybikiem. No i ciężko było się utożsamić z dziełem końcowym. 

Właśnie to dawanie ludziom radości było chyba pierwszym motywatorem, który przyciągnął mnie do literatury. Trzeba korzystać, dopóki książek nie piszą komputery, co niestety niebawem nastąpi.

Drugi bodziec związany jest ze specyficznym momentem w moim życiu, kiedy nie czułem się najlepiej ani fizycznie ani psychicznie. 

Myślałem wówczas o tym, co tak naprawdę zostanie po mnie na tym świecie. Pamięć rodziny i może kilku osób? Wyobraziłem sobie swój pogrzeb. 

To nie była przyjemna scena. 

Wówczas naszła mnie myśl, aby zrobić wszystkim na złość i odejść z hukiem, tj. zrobić coś dla ludzkości i świata, zostawić coś po sobie (jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało ).

Gdzieś po drodze zorientowałem się, że uwielbiam opowiadać historie. Jako dziecko rysowałem komiksy. Tworzenie sprawia mi ogromną radość. Ten twórczy proces, którego nie da się z niczym porównać, kiedy człowiek wymyśla świat, interakcje między bohaterami, potem poszczególne sceny, które potem złożą się na opowieść. 

Rzeczywisty świat pełen jest ograniczeń, zależności i układów, w których musimy funkcjonować. Nie daje możliwości, aby mieć nad czymś stuprocentowe panowanie. W moich historiach jestem dla bohaterów kimś w rodzaju boga. 

Zygmunt Bauman, najbardziej chyba ceniony obecnie polski filozof kultury, powiedział kiedyś, że miarą naszej wolności jest umiejętność wyobrażenia sobie innego świata niż ten, w którym na co dzień funkcjonujemy. W każdym wrażliwym człowieku tkwi jakieś dążenie do wypowiedzenia się, do przekazania innym swoich obserwacji, przemyśleń i wrażeń. 

Chyba właśnie te motywacje napędzają mnie do pisania. 

Jak szlifowałeś swój warsztat?

Mam charakter raczej zadaniowy, więc zabrałem się za pisanie systemowo. 

Przeczytałem najpierw dostępną literaturę na temat pisania, dołączyłem do kilku społeczności internetowych zrzeszonych na forach literackich, aby od nich uczyć się zasad tworzenia prozy. Zacząłem pisać recenzje filmów dla portalu ArenaHorror, aby po prostu oswoić się z językiem. Dość szybko zauważyłem, że to, czego uczyli nas w szkole na języku polskim albo całe literaturoznawstwo niewiele ma wspólnego z ciekawym opowiadaniem historii. 

Zgodnie z radami, które podpatrzyłem u takich mistrzów jak Feliks W.Kres (Kącik złamanych piór) czy Andrzej Pilipiuk (Piszemy bestsellera), zacząłem pisać krótkie formy. Były to shorty albo kilkustronicowe opowiadania. Publikowałem je na forach literackich z nadzieją na wnikliwe uwagi i komentarze dotyczące pomysłu czy warsztatu. 

Po kilku latach taka forma przestała mnie jednak satysfakcjonować. Uwagi były najczęściej podobne, zresztą z czasem popełniałem tych błędów coraz mniej. 

Czułem się poirytowany faktem, że tworzyłem jakieś opowiadanie przez miesiąc, a w nagrodę dostawałem trzy uwagi od forumowiczów, w stylu: niezłe, fajne albo dobrze się czytało

Stwierdziłem, że to niepotrzebne palenie pomysłów (opowiadania zamieszczonego w Internecie nie można już wysłać na konkurs literacki czy chociażby do jakiegoś czasopisma) i przestałem zamieszczać teksty na forach literackich. Wówczas zaczął się kolejny etap mojego pisarskiego wtajemniczenia, zacząłem wysyłać swoje najlepsze opowiadania na konkursy literackie. 

Zdziwiłem się, kiedy niemal od razu udało mi się zdobyć kilka laurów. 

Na początek oczywiście była to fantastyka, która pociągała mnie najbardziej. 

Tamte zwycięstwa dały mi sprzężenie zwrotne, że może ta moja literatura jednak nie jest taka zła i może się komuś podobać. To był dla mnie duży kopniak motywacyjny. 

Dziś, patrząc z perspektywy czasu, gdybym nie został laureatem tamtych konkursów, być może dałbym sobie spokój z pisaniem. Zauważyłem również, że fantastyka ma wbrew pozorom sporo ograniczeń.

Naprawdę trudno jest wymyślić trzydziesty piąty ciekawy schemat fabularny, który nie byłby już wyeksploatowany. Mniej więcej w tamtym czasie stworzyłem cykl opowiadań z Erykiem Fiałkowskim w roli głównej. Główny bohater był hakerem, który rozwiązywał zagadki kryminalno-komputerowe, z jakimi nikt inny nie był sobie w stanie poradzić. Zamknąłem cały cykl w antologię pod tytułem Techisterion i wsadziłem ją do szuflady, aby czekała na swój czas. 

Któregoś dnia zobaczyłem ogłoszenie na konkurs literacki organizowany w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Nagrodą były warsztaty literackie z prawdziwymi pisarzami. Jako że czytałem wówczas Dziesięciu Murzynków Agaty Christie (było również tłumaczenie pod tytułem I nie było już nikogo) postanowiłem napisać opowiadanie, którego akcja opierałaby się o pomysł zagadki zamkniętego pokoju. Ku mojej uciesze dostałem się do grupy laureatów. 

W kolejnym roku powtórzyłem ten sukces. 

Poznałem we Wrocławiu mnóstwo interesujących ludzi, którzy podobnie jak ja fascynowali się pisaniem i, co ważne, miałem styczność z prawdziwymi gwiazdami kryminału jak Katarzyna Bonda, Marcin Wroński, Mariusz Czubaj czy Marcin Świetlicki. 

To wtedy postanowiłem, że napiszę powieść kryminalną. Miałem już na koncie napisane trzy powieści science-fiction, niestety żadne wydawnictwo nie przejawiało nimi zainteresowania. Z wydaniem kryminału poszło mi dużo szybciej niż z fantastyką.

Podsumowując, pisarz szlifuje swój warsztat do końca swoich dni. 

Piszę obecnie dwunastą powieść, trzy udało mi się wydać. W planach kolejne. Posiadłem pewną biegłość w posługiwaniu się piórem. I chwała Bogu, nie jestem obciążony całym tym lingwistycznym narzutem, którego uczą na studiach filologicznych. 

Wcale się nie dziwię, że wśród pisarzy jest tak mało polonistów. 

Jesteś laureatem licznych konkursów literackich. Poznań Fantastyczny, Literacki Debiut Roku, Międzynarodowy Festiwal Kryminału… Mogłabym jeszcze trochę wymienić. Jak myślisz, co niezwykłego było w Twoich opowiadaniach, że zostały wyróżnione tak wiele razy? 

Upór. Tak to z dzisiejszej perspektywy dostrzegam. W pewnym momencie po napisaniu setki opowiadań i wysłaniu podobnej ilości zgłoszeń na konkursy literackie zacząłem po prostu rozumieć, o co w tym biznesie chodzi.

Nie wiem, czy mogę zdradzić patent na wygrywanie, ale trzeba przede wszystkim patrzeć, kto zasiada w jury i jakie ma preferencje. Ważne jest oczywiście trzymanie się tematu konkursu czy choćby świadomość, że w bieżącym roku są jakieś ważne jubileusze, wydarzenia, o których należałoby wspomnieć. Może rocznica śmierci jakiegoś wieszcza albo okrągła data jakiejś bitwy? 

W konkursach związanych z prozą literacką ważne są odwołania do innych utworów literackich, filmów, muzyki czy choćby zwykłej popkultury. Najlepiej gdyby opowiadanie laureata w całości składało się z mrugnięć okiem do fraz znanych pisarzy. Wówczas zdaniem jury świadczy to o niezwykłej erudycji pisarza, którego nie można pominąć. Tego typu drobiazgi zwykle ważą na wynik. 

Brałem udział w kilkunastu warsztatach literackich, które były zwykle nagrodą w danym konkursie literackim. Miałem wówczas unikalną możliwość przeczytać prace innych osób, biorących udział w rywalizacji. Konkluzja, jaka mnie wówczas naszła, była bardzo przygnębiająca. 

Bardzo wielu ludzi nie tylko pisze, ale robi to naprawdę dobrze. Gdybym znalazł się w jury konkursu literackiego, nie miałbym zielonego pojęcia, które prace wyróżnić. Wszystkie były takie same i to bez względu na, jak niezwykłą kreatywnością czy inwencją twórczą wykazał się autor. 

Jeśli na dobrze nagradzany konkurs literacki przychodzi siedemset prac, to gwarantuję, że jest w tych tekstach naprawdę wszystko. Każdy temat został obrócony na milion możliwych sposobów. 

Szansa, że akurat tobie uda się wymyślić coś innego, jest znikoma. 

Wtedy również zacząłem większą uwagę zwracać na jakość tekstu. Chodzi po prostu o to, aby nie dać jury pretekstu, że tekst jest zbyt słaby językowo, ma błędy itp. 

Opowiadanie musiało być doskonałe (co wiązało się w nieskończoną wręcz ilością poprawek i wałkowania cały czas jednego zdania, które cały zgrzytało i nie tworzyło muzyki z kolejnym akapitem). 

Zwracałem uwagę na drobiazgi (imię bohatera czy to że był punkiem, bo członek jury słuchał punk-rocka). Zdałem sobie sprawę, jak subiektywna jest ocena literatury. 

Ten sam tekst równie dobrze mógł przepaść w czeluściach niebytu, jaki i zdobyć główną nagrodę. I to chyba cały przepis na konkursy literackie. 

Rozpiętość gatunkowa Twoich utworów jest niebagatelna. Fantastyka, kryminał, wreszcie powieść przygodowa. Z czego wynika ta różnorodność? 

Rzuciłem się na literaturę sensacyjno-przygodową, której akcja dzieje się w Syrii chwilę przed wybuchem wojny domowej. Potem była kolejna część, opisująca losy bohaterów w Meksyku opanowanym przez gangi narkotykowe. W międzyczasie napisałem dwa thrillery, kończę obecnie redagować horror. Mam plan na thriller political-fiction. I to właśnie jest w pisaniu najciekawsze. Możliwość realizacji każdego pomysłu, który tylko przyjdzie ci do głowy. Wcielanie się w różne role i zawody, wchodzenie do głowy morderców czy psychopatów. 

Sam research związany z tworzeniem powieści czy nawet opowiadania sprawia, że człowiek nieprawdopodobnie się rozwija. 

Dociera do informacji, do których w normalnym życiu nigdy by nie zajrzał. Kiedyś sądziłem, że pisanie o ludzkim życiu jest strasznie nudne i tylko w fantastyce są jeszcze jakieś niewyeksploatowane możliwości. Dopiero potem zauważyłem, że człowieczy los jest nieprawdopodobnie ciekawy, dostarcza dużo więcej rozwiązań i pomysłów niż ktokolwiek mógłby wymyślić, tworząc fantastykę. Czy słyszał ktokolwiek o spotkaniach osób po przebytej chorobie pasożytniczej, w której pełzak Negleriozy osadza się w płynie mózgowo-rdzeniowym człowieka i powoduje halucynacje? Czy to nie brzmi jak science-fiction?

Generalnie różnorodność jest czymś, co bardzo mi odpowiada. Nie chciałbym zostać  zaszufladkowanym jako pisarz kryminałów.

Który gatunek jest Twoim ulubionym? Jakie książki najczęściej czytasz najchętniej i czy pokrywa się to z tym, co najczęściej piszesz?

Po napisaniu czterech książek kryminalnych trochę się tym gatunkiem zmęczyłem. Na ile nieprawdopodobnych sposobów można pozbawić człowieka życia? Ile śledztw i tropów można jeszcze wymyślić? W pewnym momencie człowiek zaczyna pożerać własny ogon, a to jest niebezpieczne, bo powtarzanie się jest drogą donikąd. 

Współczuję zawodowym pisarzom, którzy muszą pisać kolejny kryminał, bo z czegoś trzeba żyć. 

Zaproponowałem swojemu wydawcy rozpoczęcie nowego cyklu sensacyjno-przygodowego, co spotkało się z pozytywnym przyjęciem. Podpisaliśmy umowę na pierwszą książkę (druga leży w szufladzie, a trzecia w planach). Zobaczymy, jaki będzie odbiór czytelników.

Ostatnio wróciłem do korzeni, czyli do fantastyki. Co ważne, tworzenie jej nadal daje mi ogromna frajdę. Jestem w trakcie redakcji horroru, gdzie stare polskie legendy o wiedźmach i szeptunkach łączą się nowoczesną techniką, a nawet fizyką kwantową. Uwielbiam takie klimaty. Był czas, kiedy seryjnie połykałem Lema, Zajdla czy Snerga. Byli moimi idolami. Potem znudziłem się nieco beletrystyką. 

Ostatnie dziesięć przeczytanych książek to wywiady, biografie czy literatura faktu. Coraz trudniej jest mi znaleźć powieść fabularną, która zaskoczyłaby mnie czymś nowym, jakimś nieoczekiwanym zwrotem akcji czy rozwiązaniem, którego się nie spodziewałem. Jak mawiał Eugeniusz Dębski, jest coraz mniej nieobślinionych obszarów do pisarskiej eksploracji. Na szczęście się tym nie przejmuję, bo gdyby tak było, dawno temu przestałbym tworzyć. 

Ważne jest, aby wszystko to, co przez ciebie przechodzi, przepuścić przez własny filtr i w miarę możliwości, wygenerować coś nowego. 

Pewnie za jakiś czas tak będzie musiała brzmieć definicja kreatywności. Choć mam nadzieję, że się mylę i jest jeszcze wiele wspaniałych, nieopowiedzianych kart w historii literatury. 

Twój debiut powieściowy to Lista Sześciu. Czy Twoja droga do wydania tego tytułu była, jak w przypadku części autorów, istną krucjatą? Czy po prostu, świadom swoich zdolności, odnalazłeś pasującego Ci wydawcę?

Krucjata to chyba dobre określenie mojej drogi do debiutu powieściowego. 

O Liście sześciu powiem na końcu, wrócę do historii mojej pierwszej fantastycznej powieści Techisterion, która nadal leży sobie w szufladzie i czeka na lepsze czasy. Sądzę, że ta opowieść będzie adekwatnym streszczeniem drogi przez mękę, jaką musiałem przejść.

Techisterion było początkowo zbiorem opowiadań z jednym bohaterem. W dość sporym zbiorku zmieściłem dziesięć tekstów i w takiej postaci postanowiłem to wysłać w świat. Zgodnie z radami mądrzejszych kolegów po piórze, wycyzelowałem tekst do granic możliwości i zacząłem rozsyłać tekst do wydawnictw. 

Już nie pamiętam, jak długo czekałem na pozytywną odpowiedź, ale ostatecznie takowa przyszła z wydawnictwa Janka. Dostałem draft umowy wydawniczej. Sądziłem, że złapałem Pana Boga za pięty. Miałem czekać na redakcję. Miesiąc później przyszła odpowiedź, że po redakcji wewnętrznej okazało się, że tekst jednak wymaga sporych poprawek i najlepiej, gdybym zgodził się wydać go w formie, e-booka a nie na papierze. A jeszcze lepiej, gdyby udało się zbiór opowiadań przerobić na powieść. Na e-booka się nie zgodziłem, bo wydawało mi się, że to taki niepełny debiut. Natomiast niezrażony zacząłem przerabiać Techisterion na powieść. 

Powstała powieść szkatułkowa, opowiadająca jedną historię, jednak każdy z rozdziałów można było czytać jak oddzielne opowiadanie z niezależnym twistem. 

Pełen nadziei wysłałem tekst do wydawnictwa i otrzymałem odpowiedź, że nie o to chodziło i jednak nie wydadzą. 

Choć muszą przyznać, że tekst bez wątpienia zyskał na wartości. Byłem zdruzgotany. Nie poddałem się jednak i wysyłałem tekst dalej. Od Grzegorza Gajka dowiedziałem się, że jest nowe wydawnictwo Studio Truso, które chętnie przyjmuje debiutantów (Grzesiek wydał tam doskonałą powieść „Ciemna strona księżyca”, która potem miała reedycję w innym wydawnictwie). Wysłałem propozycję i o dziwo dość szybko dostałem odpowiedź pozytywną. Zaczęliśmy redakcję i korektę tekstu. Znowu byłem wniebowzięty. Niestety ilość kontaktów z wydawnictwem robiła się coraz mniejsza, a redaktor odzywał się raz na miesiąc. Dopiero później dowiedziałem się, dlaczego tak się stało. Studio Truso, po wydaniu może dziesięciu książek, nie wytrzymało konkurencji na trudnym polskim rynku i po prostu zbankrutowało. 

Sądziłem, że ciąży nade mną jakieś fatum, jednak mimo wszystko się nie poddawałem. Skoro prawie dwukrotnie udało się wydać Techisterion, to musi być w nim potencjał rynkowy. Na pewno ktoś go weźmie. Zacząłem wówczas pisać dwutomową powieść science-fiction Skopcy, opartą na długim opowiadaniu, które zbierało bardzo dobre recenzje i ostatecznie wygrało konkurs na opowiadanie miesiąca na stronie opowiadania.pl. W Internecie zobaczyłem konkurs Literacki Debiut Roku na powieść fantastyczną. Wysłałem tam Techisterion. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że mój tekst pokonał około czterystu innych konkurentów i znalazł się w pierwszej piątce. Nagrodą za zwycięstwo w konkursie było wydanie powieści. Pomyślałem, że jeśli nie teraz, to kiedy. Ostatecznie Techisterion zajął trzecie miejsce (dobrze, że nie drugie, bo chyba bym zszedł na zawał). 

Dostałem w nagrodę dziesięć książek, piękny dyplom, który powiesiłem sobie w kotłowni i tyle. 

Niestrudzony, wysyłałem tekst dalej, przekonując potencjalnych wydawców z jak wielkim dziełem mają do czynienia (jakby nie było trzecie miejsce  w konkursie Novae Resu nobilitowało). Pewnie mi nie uwierzycie, ale odezwało się wydawnictwo Videograf, dając mi po raz kolejny nadzieję. Redaktor prowadząca powiedziała, że przedstawi moją propozycję na konsylium i spróbuje przeforsować mój tekst do wydania. Więcej się nie odezwała. 

Przez ten cały czas Techisterion ulegał korektom i poprawkom. Skończyło się na tym, że nad powieścią pracowałem ponad siedem lat. Tyle czasu minęło od pierwszej wersji do kształtu, jaki ma on obecnie. Oczywiście przez ten cały czas nie próżnowałem, tylko pisałem nowe powieści, próbując je wydać. 

Techisterion nadal leży w szufladzie i czeka na lepsze czasy. Nigdy potem nie napisałem tak dopracowanego językowo tekstu. Nawet dziś jestem w szoku, że podobne zdania mogły wyjść z mojej głowy. A wszystko to wynikało z nieskończonej wręcz ilości poprawek i korekt. 

Gdy dzisiaj na to patrzę, chyba za bardzo chciałem i poświęciłem na ten tekst zbyt dużo czasu. 

Z Listą Sześciu poszło znacznie łatwiej. Po napisaniu pierwszego kryminału zacząłem go rozsyłać do wydawnictw. Ku mojemu zdziwieniu odezwał się współwłaściciel jednego z wydawnictw. Redaktor napisał mi enigmatycznego maila: Kiedy mogę zadzwonić? Podobno Remigiusz Mróz też takiego otrzymał, gdy szukał wydawcy na Parabellum. 

W rozmowie telefonicznej powiedział, że co prawda nie wyda powieści, ale może mi pomóc ją poprawić. Nasza znajomość jest dla mnie jak wygrana w loterii. Współpracujemy do dziś, na bieżąco omawiając konstrukcję nowych tekstów. Zawdzięczam mu bardzo wiele i do dzisiejszego dnia nie pojmuję, dlaczego to dla mnie robi. Udzielił mi tylu znakomitych rad zarówno w kwestiach strukturalnych tekstu jak i redakcyjnych, że pewnie z naszych rozmów można byłoby napisać kilkutomowy poradnik o pisaniu. 

To za jego radą stworzyłem od razu trzy kryminały, które zacząłem rozsyłać do wydawnictw jako trylogię (bohaterowie byli wspólni). Zakładam, że to właśnie był strzał w dziesiątkę. Drugi zbieg okoliczności był taki, że Wydawnictwo CM szukało nowych autorów, aby wystartować z serią Nowy Polski Kryminał. 

Po prostu znalazłem się we właściwym czasie i miejscu, wpasowałem się ramówkę wydawniczą i rokowałem najlepiej. 

Nasza współpraca z Wydawnictwem CM trwa już trzeci rok. Jak już wspomniałem mamy podpisaną umowę na czwarty kryminał i pierwszą część serii sensacyjno-przygodowej o niestrudzonych archeologach. 

Podsumowując, gdyby nie przyjemność pisania i nieprawdopodobny upór, pewnie dawno temu dałbym sobie spokój. A tak jestem tu gdzie jestem i bynajmniej nie powiedziałem jeszcze ostatniego zdania. 

Wojciech Kulawski, źródło: archiwum prywatne Autora

Co chcesz zaoferować swoim czytelnikom? Czy piszesz głównie po to, by podarować im rozrywkę?

Jestem rzemieślnikiem i mam tego pełną świadomość. Oczywiście jeśli ktoś bardzo chce, może z moich tekstów doczytać się wielu przesłań czy głęboko ukrytej symboliki (pracując nad tekstem staram się również o tym myśleć, choć mam świadomość, że zauważy to może kilka osób). Moją literaturę kieruję głównie do ludzi zapracowanych, którzy książki traktują jako rozrywkę. Może nie dorosłem jeszcze do takiego etapu, by pisać książki pod natchnieniem. 

Miałem kiedyś takie aspiracje, aby w swoich tekstach moralizować. Dość szybko jednak zorientowałem się, że nie mam do tego żadnego prawa. Bo niby co mogę wiedzieć o stanie ducha porzuconej kobiety, którą zostawił rzucił facet, bo ta jest w ciąży? Albo o dzieciach, które za marny grosz pracują w Indiach przy sprzątaniu ulic? 

Mogę się dzielić tylko tym, co sam przeżyłem albo w jakiś sposób przetworzyłem. Jeśli ktoś odnajdzie w mojej prozie coś dla siebie, to bardzo się z tego cieszę.  

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Czy spotkałeś się z krytyką Twoich utworów? 

Oczywiście. Jak każdy, kto wystawia swoją twórczość na światło dzienne. Choć muszę przyznać, że nawet te gorsze recenzje mają w sobie nutkę optymizmu i kilka miłych słów. Na krytyce autor może się najwięcej nauczyć. 

Chciałbym się rozwijać, a bez krytyki wydaje się to niemożliwe. 

W jaki sposób pracujesz nad tekstami? Jak wygląda Twój twórczy proces?

Nie mam problemu z motywacją, po prostu siadam i piszę przez godzinę, czasem dwie dziennie, zaczynając od momentu, na którym skończyłem wczoraj. 

Przed rozpoczęciem powieści staram się ułożyć sobie ogólny konspekt. Zawiera około trzydziestu kluczowych punktów, które mają wpływ na akcję, strukturę powieści czy przełomowe momenty fabuły.

Na samym początku swojej literackiej drogi próbowałem robić precyzyjne plany powieści. Wbrew pozorom dla kogoś, kto przechodzi z krótkich form na długie teksty jest to nienajgorszy pomysł, bo pozwala zaoszczędzić sporo czasu. Niestety tak to już jest, że w trakcie pisania autor dowiaduje się o swoich bohaterach coraz więcej i najnormalniej w świecie to, co wiedziało się o nich przez rozpoczęciem pracy, nie jest już tym, co wie się o nich teraz. Dlatego mniej więcej od trzeciej powieści zarzuciłem precyzyjne konspekty. 

Dzięki temu mam frajdę z pisania, bo nie wiem, jaki numer wywinie mi bohater. A ja muszę za nim podążać, obserwować go i spisywać jego przygody. 

Czasami mam tzw. przestoje, bo najnormalniej w świecie nie mam pomysłu na ciekawe ujęcie jakiejś sceny, wówczas skupiam się na poprawianiu tego, co już wcześniej napisałem. Zakończenie surowego tekstu jest bardzo ważnym momentem. Dopiero teraz widać wszystkie wady i zalety opowiedzianej historii. 

Należy teraz umiejętnie wydobyć z niego to, co najlepsze. Usunąć lub skrócić nudniejsze momenty i uwydatnić ważne i ciekawe sceny. Podejrzewam, że w ten sposób postępuje większość pisarzy. 

Prawdziwym błogosławieństwem jest możliwość pokazania takiego tekstu komuś, kto obiektywnie na niego spojrzy i powie co jest dobre, a co złe.

Pracuję rozdziałami, poprawiając je kilkukrotnie, aż do osiągnięcia zadowalającego efektu. 

Kolejnym etapem jest czytanie tekstu na głos, kiedy można wyłapać sporo literówek czy źle brzmiących zdań. Tutaj niezastąpiony jest syntezator mowy, który konwertuje tekst pisany do języka mówionego. Można sobie potem słuchać tego na mp3 podczas spaceru z psem. 

Następnie używam programów on-line, które wyłapują mi przecinki, literówki czy złe zwroty, aby w miarę możliwości podnieść jakość tekstu. Potem powieść idzie do szuflady i czeka kilka miesięcy, aż czytając ją, mam wrażenie, że napisał ją ktoś inny (choć, prawdę mówiąc, nigdy się tak nie dzieje). Niemniej jednak czas sprawia, że patrzymy na całość zupełnie z innej perspektywy. Ta karencja jest bardzo ważna, choć wielu młodych twórców chce natychmiast podzielić się swym tekstem ze światem.

Kiedyś pracowałem nad powieściami w nieskończoność, doskonaląc je aż do przesady, teraz mam wymówkę, bo przecież jest redaktor i korektor, który też musi na czymś zarobić, więc poprawiam tekst tylko do pewnego momentu, dopóki ilość pracy przekłada się na jakość. Mam nadzieję, że przez te lata rozwinąłem się warsztatowo na tyle, że po prostu coś, co kiedyś zajmowało mi godzinę, dziś potrafię zrobić w minutę. 

Zresztą wychodzę z założenia, że pisania można się nauczyć. 

Być może nie zostanę sławnym pisarzem, którego dzieła będą za sto lat analizowane w szkołach, ale w miarę swoich skromnych możliwości będę się wspinał na ten mój własny Mount Everest.

Ile czasu mija od momentu pomysłu do postawienia kropki w Twoim maszynopisie?

Nad Techisterio pracowałem siedem lat. Tekst ostatecznie wylądował w szufladzie i czeka na lepsze czasy (może stanie się bestsellerem po mojej śmierci). 

W pewien schemat wpadłem mniej więcej od piątej powieści. Wypracowałem sobie sposoby, których po prostu się trzymam. Udaje mi się w moim tempie napisać dwie książki rocznie. Oczywiście dużo wcześniej trwają prace koncepcyjne i strukturalne. Tworząc zatem dwunastą powieść, mam pomysły mniej więcej na siedem następnych. Przy czym tę najbliższą mam opracowaną najdokładniej, w formie punktowego konspektu. 

Kolejne książki mają ten konspekt dużo uboższy, ale zawsze znam najważniejsze elementy struktury, czyli zakończenie, motywacje bohaterów, protagonistów, ważne zwroty akcji itp. Taka praca mi odpowiada, bo najgorszą rzeczą, jaką pisarz może sobie zafundować, to pusta kartka. Nie wyobrażam sobie, że siadam do laptopa i nie wiem, co pisać. Mam na tworzenie zbyt mało czasu, aby móc sobie pozwolić na takie marnotrawstwo. Boję się również momentu, kiedy ilość pomysłów w głowie będzie coraz mniejsza i nadejdzie kiedyś taki dzień, kiedy nie będę miał ciekawych historii do opowiedzenia. Oby taki dzień nigdy nie nastąpił. Mam wrażenie, że setka opowiadań, które napisałem, zanim zabrałem się za tworzenie powieści, jest moją bazą wyjściową. Poza tym, jak chyba każdy pisarz, mam plik tekstowy z pomysłami, które zapisuję, jak usłyszę coś godnego uwagi. 

Ludzie w moim towarzystwie nawet nie zdają sobie sprawy, że to, co powiedzą, może zostać użyte (mam nadzieję, że nie przeciwko nim). 

Lubię to specyficzne pisarskie patrzenie na świat. Wszędzie widzę jakiś pomysł, który potem można wykorzystać, połączyć z innym i wytworzyć coś nowego. Dotychczas świat i życie nigdy mnie nie zawiodło. 

Jakie są Twoje kolejne literackie cele, marzenia?

Co dalej? Przeszedłem do następnego etapu, jak w grze komputerowej. Na każdym kroku słyszę, że tak w sumie zadebiutować wcale nie jest tak trudno. Najtrudniej jest utrzymać się na rynku, zaistnieć w świadomości czytelnika. Przebić się do szerszego kręgu odbiorców. Ale ja się nie boję, zahartowałem się. Dopóki wymyślanie i spisywanie historii sprawia mi radość, będę to robił, bez względu na efekt końcowy. Czy może być dla człowiek większa nagroda, niż zadowolony czytelnik, który przez twoją powieść zarwał noc? 

To chyba najważniejsze, co może autora motywować do dalszej pracy. 

Co poradziłbyś czytelnikom Fabryki Dygresji, którzy dopiero przymierzają się do wydania swojego debiutu? 

Cierpliwość i upór. Wiem, że to trudne, czekać w kolejce na swój moment, czasami przez długie lata. Niestety nie ma drogi na skróty. A jeśli nawet komuś uda się przeskoczyć te kilka schodków, to wcześniej czy później spadnie z wysokości i potłucze się dotkliwie.

Sam też byłem w gorącej wodzie kąpany, dopiero potem zrozumiałem, że to nie jest bieg na sto metrów tylko maraton.

 Zwyciężają ci, którzy przetrwają trudy drogi i dobiegną na metę. Pisanie to sposób na życie, na rozumienie świata, pasję, która pochłania Cię bez reszty i jest motywacją do działania. Wszystkim życzę, aby znaleźli coś takiego dla siebie.

Który z Twoich tekstów, które dotychczas ujrzały światło dzienne, jest Twoim ulubionym? 

Lubię Listę Sześciu. Jest bardzo osobista. Choć to ponoć największy grzech początkujących twórców, że piszą o sobie, zamiast opowiadać historię. 

Najlepszy odbiór wśród czytelników ma Między udręką miłości a rozkoszą nienawiści

Ludzie często mnie pytają, czy coś piszę. Albo kiedy napiszę nową książkę, bo dawno już nowej nie było? Trudno jest komuś wytłumaczyć, że jestem siedem powieści dalej niż moja ostatnia wydana książka. 

I mentalnie jestem w zupełnie innym miejscu niż wtedy, kiedy pisałem Listę Sześciu czy Zamkniętych. Więc najczęściej odpowiadam, że oczywiście piszę. To w ogóle jest bardzo dziwne, całe to tworzenie. Jest to jednak część mojej osobowości, nie potrafiłbym bez tego żyć.

Czy jest coś, co w pisaniu sprawia Ci trudność?

W samym pisaniu nie widzę żadnych trudności, może poza faktem, że jest żmudne i nudne. Po prostu wiem, że muszą minąć trzy miesiące ciągłych poprawek, aby tekst od wersji, nazwijmy ją surowej, przekształcił się w coś, co uznam za wystarczająco dobre, aby za kilka miesięcy pokazać to wydawcy. 

Dużo trudniej jest z pracą koncepcyjną. 

Czasami wygląda to jak układanie puzzli. Przez miesiąc szukam brakującego elementu, który połączyłby dwa wątki w tekście i nie mogę niczego wymyślić. Jestem dla żony niemiły, choć ona czasem biedna nie wie nawet dlaczego. A przy obiedzie, zamiast rozmawiać o tym, jak było w pracy, rozmyślam, jak złożyć konstrukcję powieści w całość, aby wreszcie kliknęło. Przepraszam, Żono, że czasem jestem nieobecny i nieznośny. 

Uwielbiam takie momenty, kiedy kładąc się spać, wpadam na pomysł, o którym nigdy wcześniej nie myślałem. 

Mam wówczas wrażenie, że te myśli pochodzą z innego wymiaru. Te momenty mogę z czystym sumieniem nazwać weną. 

Chodzę wówczas taki nakręcony, że nie mogę potem zasnąć. Oczywiście nagrywam wszystko na dyktafon, aby nazajutrz rano zapisać pomysł w swoim elektronicznym notesie. 

Nasz mózg jest magiczny, wystarczy zadać mu zadanie. Postawić tezę, zaprezentować problem i zostawić go w spokoju. Gdzieś w podświadomości szare komórki zrobią swoje i wygenerują odpowiedź. 

To jest właśnie magia tworzenia. 

Czy pisanie jest jak taniec, który również trenujesz?

Oczywiście, można znaleźć wspólne elementy. Nauka nowych figur czy dopracowywanie nowo poznanych ruchów tanecznych jest jak praca nad tekstem, mozolna i trudna. Niemniej jednak efekt końcowy daje ogromną frajdę, kiedy na parkiecie wygląda to tak, jakby nie wymagało żadnej pracy, a tancerz po prostu się z tym urodził. 

Satysfakcja z napisania książki, wydania jej a potem słuchania uwag czytelników, jest niewyobrażalna. 

Trudno przyrównać ją do czegokolwiek innego. 

Wojtkowi bardzo dziękuję za arcyciekawą rozmowę. Mam nadzieję, że Wam wywiad spodobał się tak, jak i mi. Jest bardzo pouczający i obfitujący w wydawnicze ciekawostki.

Jeśli chcecie bliżej poznać Wojtka, koniecznie odwiedźcie jego stronę internetową wojciechkulawski.pl oraz sięgnijcie po książki: Listę sześciu, Zamkniętych czy Między udręką miłości a rozkoszą nienawiści.

Tymczasem: czy macie propozycje, z jakim pisarzem, podróżnikiem lub inspirującą osobą powinnam zrobić kolejny wywiad? Czego chcielibyście się jeszcze dowiedzieć o publikowaniu czy marketingu książek? Koniecznie dajcie znać w komentarzach albo pod adresem mailowym:

kontakt@fabrykadygresji.pl

Wasza

Pisanie dialogu: najważniejsze jest to, co niewypowiedziane

Jakim typem pisarza jesteś? 10 typów pisarzy!