Często ludzie wcale nie są zainteresowani odpowiedzią, a ich pytania to w pewnej mierze osądy. Dlatego społeczne konwenanse wymagają odpowiedzi krótkiej i konkretnej, o której łatwo szybko zapomnieć. Ale czy to nie krzywdzące, tak nie móc opowiedzieć o wszystkim, co stoi za wierzchołkiem góry lodowej, czyli zadanym pytaniem?

A z drugiej strony, po co w ogóle opowiadać, z jakiej racji trzeba tłumaczyć się komukolwiek z własnych wyborów? Nie trzeba. Wystarczy być asertywnym. Ale potem znów język nieco świerzbi, bo mogło się powiedzieć coś delikatniej albo w inny sposób, bo może zostało się źle zrozumianym…?

Jest kilka pytań, które mnie drażnią, bo świadczą o tym, że nasze społeczeństwo wciąż ma niestety niski poziom zbiorowej świadomości. I drażnią, bo jestem leniwa, często po prostu nie chce mi się ludziom tłumaczyć, na czym rzecz polega. Też tak masz?

Najgorsze zaś, no już totalnie najgorsze, są takie pytania, które Ci pokazują, że nie znasz samej siebie. Kiedy już myślisz, że się poznałaś na tyle, że codzienne przebywanie ze sobą staje się rutyną, a nie roller coasterem, jak kilka lat wstecz, okazuje się: nie. Nie znasz siebie. Znów się coś zmieniło, tylko jesteś powierzchowna i nie wiesz ani kiedy, ani jak, ani co się zatem kryje…

Zacznijmy od najbardziej lekkiego, z pozoru nieszkodliwego pytania. Gdy je słyszę, to mnie uwiera, bo uważam, że to odpowiedź w ogóle nie jest ważna. Że lepiej byłoby zapytać: jak się czujesz? Bo to jest ważne. A nie to, co kto robi. A zatem:

A czym się teraz zajmujesz?

Właśnie to pytanie zadała mi dawno niewidziana ciocia podczas ostatniego spotkania przy okazji Wszystkich Świętych. Tak sobie spokojnie medytuję nad rodzinną mogiłą, no i nagle to pytanie. I woda w ustach. 

Hm, cóż, jestem blogerką. To było pierwsze, co pomyślałam, zupełnie tak jak kiedy nowa znajoma z UK zadała to samo pytanie kilka miesięcy wcześniej. I wtedy mój ukochany dał mi kuksańca w ramię i powiedział:

Nie, co Ty, jesteś pisarką.

Cioci zaś powiedziałam, że prowadzę wydawnictwo.

Sęk w tym, że moja działalność gospodarcza jest zarejestrowana jako agencja marketingowa, a mnie największą przyjemność sprawia prowadzenie zajęć z kreatywnego pisania. To co. Jestem specjalistką od promocji czy nauczycielką? Bo już się pogubiłam. 

Ogólnie to po prostu robię rzeczy związane z literaturą. Brzmi nieco karkołomnie. Ale tak właśnie jest.  

Kiedy dzieci? 

Z jednej strony nigdy. Z drugiej może kiedyś? 

Swoją drogą muszę na pamięć wykuć artykuł Edyty Brody z bloga bezdzietnik.pl, żeby następnym razem wiedzieć, co odpowiedzieć.

Mam dwadzieścia siedem lat, kochającego partnera i jestem jak najbardziej w wieku reprodukcyjnym. Toteż reprodukuję, często i gęsto, różne treści (patrz: punkt wyżej). 

Moje książki są jak moje dzieci, ale kiedy mówię to mamie, ta przewraca oczyma i puka się w głowę, jakby już do reszty mi odbiło. 

Uważam, zgodnie z przekonaniami niektórych buddystów tudzież po prostu antynatalistów (nie jestem ani jednym, ani drugim), mówiąc ogólnie, nie jara mnie rozmnażanie się. Jak można sprowadzić na Ziemię kolejne istnienie, sadzając tę biedną duszę znowu na kole sansary? Albo, w obliczu nadchodzącej katastrofy klimatycznej, skazywać własne dziecko na życie wśród hałd plastiku, wdychanie smogu i przegrzanie organizmu? 

Póki co, nie widzę większego sensu w zrobieniu sobie potomka czy potomkini. Ja nie mam nawet psa, ba, kota nie mam, bo musiałabym co rano nasypać jedzenia do miseczki i wydaje mi się to potworną odpowiedzialnością. A co dopiero mieć dziecko… 

Ale nie wykluczam, że wszystko, co napisałam powyżej, kiedyś zwyczajnie odszczekam, bo mityczny instynkt macierzyński przemówi za pośrednictwem hormonów i nakaże mi zrobić bąbelka. I nie będę z tego powodu załamana, będę się cieszyć. Dam sobie radę, bo jestem świetną, zorganizowaną babką, no to czemu mam sobie nie dać rady? Okej, będę mieć mniej czasu, ale jak widać da się i mieć dziecko, i zdobyć Literacką Nagrodę Nobla, więc myśl o prokreacji w ogóle mnie nie przeraża. A kiedy oglądam sobie Chirurgów i widzę Meredith Grey z licznym potomstwem, to tym bardziej czuję, że dzieci są spoko. 

Tylko nie teraz, okej? 

Czemu nie pijesz alkoholu? 

Bo nie. 

I kiedy tak sobie lakonicznie odpowiem, najczęściej usłyszę, że to wcale nie jest odpowiedź. Albo że tak odpowiadają pięciolatki. 

A ja naprawdę jestem już znużona tłumaczeniem. Dlaczego w ogóle mam to robić? 

Nie, nie jestem w ciąży. Nie, nie mam raka wątroby. Nie, nie jestem alkoholiczką. To nie jest tak, że nie lubię alkoholu. 

No więc dlaczego w piątkowy wieczór w pubie zamawiasz kawę latte? 

Bo kawa latte nie zaburzy mojej percepcji. Bo nie lubię tracić kontroli nad własnym mózgiem, bo to on ma mi służyć, a nie ja jemu. Nie muszę się podkręcać, by dobrze się bawić, być wyluzowana czy puścić wodze wyobraźni. Jestem niezłym porąbańcem i bez tego. Dbam o swoje szare komórki i narządy wewnętrzne. Szanuję inne osoby i ich emocje, więc nie chcę, by alkohol przeze mnie przemówił i skrzywdził bzdurnymi słowami kogoś, kto siedzi obok. Jestem minimalistką, więc wychodzę z założenia, że nie muszę robić wszystkiego tylko dlatego, że zwyczajnie mogę. Poza tym wiem już, jak smakuje alkohol, heloł, mieszkałam w akademiku i poznałam naprawdę różne jego rodzaje. I mam dużo innych, ciekawszych rzeczy do roboty, niż siedzenie i picie. Np. siedzenie i jedzenie. To fajniejsze, choćby dlatego, że się rymuje. 

Jaki jest sekret twojej produktywności?

Czemu ja sobie zrobiłam taką krzywdę, wymyślając taki temat notki na bloga? Geez. Normalnie masochizm do potęgi miliard.

Ostatnio mi ludzie mówią, że jestem pracowita albo produktywna. Jakiś czas temu nawet Partyzantka napisała w komentarzu na fejsie, że powinnam stworzyć wpis, mówiący o sekrecie mojej produktywności. Dzięki, miło mi. Tylko czy to jest w ogóle prawda? 

Kiedyś myślałam, że lenistwo to grzech albo przynajmniej spora wada. Teraz uważam, że to stan błogosławiony. Pozwolić sobie na nicnierobienie to właśnie jest jedna z moich motywacji do intensywnej pracy. 

Tylko chwila, co to znaczy w ogóle intensywna praca?

Intensywnie to ja pracowałam, robiąc nadgodziny w wydawnictwie i trzaskając korektę w biurze w piątek o 21.00. A teraz wstaję rano i piszę jakieś bzdurki do Internetu. To ma być w ogóle praca?

No dobrze, bądźmy sprawiedliwi, potrafię też spakować i nadać jednego dnia kilkaset książek, gdy przychodzi z drukarni np. ćwierć tony Gdy ucichną miasta Kasi Jurkowskiej. Zatem obok pracy umysłowej mam też element pracy fizycznej. Często cięższej niż w siłowni. Może sekret produktywności to różnorodność? 

A może powinnam pogodzić się z tym, że nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie? 

Jakie jest twoje największe marzenie? 

Kiedyś marzyłam o tym, by być słynną pisarką. Jeszcze przed napisaniem drugiej powieści pomyślałam: rety, ale to durne. 

Nic ma rzecz jasna nic złego w pisaniu, ale bycie sławnym? Co to w ogóle znaczy? Że zamieszczają na twój temat wpisy na Pudelku, masz 300 tys. obserwujących na fejsie czy robią o tobie dokument na TVP Kultura? Jaka jest miara, bo linijką to chyba sobie sławy nie zmierzę? 

Kiedy indziej bardzo, ale to bardzo fantazjowałam na temat mojej wielkiej miłości. Przyszła niepostrzeżenie, zupełnie z zaskoczenia i dopiero, gdy przestałam o niej marzyć. Jest lepsza niż wszystko, o czym miałam czelność pomyśleć. 

To… może podróże? Ale po co, skoro mam tyle przygód w drodze z sypialni do kuchni? Skoro byłam już na Islandii i nie chcę pogłębiać w sobie uczucia flygskam? A w zasadzie to wystarczy, że dotknę palcem punktu na mapie, zorganizuję sobie kasę i już, proszę, mogę tam być. Wystarczy chcieć i zrobić, więc to za łatwe, by o tym marzyć. 

Zdrowie dla całej rodziny? To nie jest kwestia marzenia, tylko codziennej praktyki i dbania nie tylko o ciało, ale i o psychikę. Kwestia świadomości, a nie pobożnych życzeń. Może tak mówię, bo nie doświadczyłam jakiejś wielkiej tragedii z nowotworem w tle? Tylko że śmierć, tak jak i smutek czy cierpienie, czeka każdego i żadne marzenie nie jest w stanie tego zmienić. 

Marzyć o pokoju na świecie? Żeby nie było biedy ani wojen, żeby ludzie nie rzucali się sobie do gardeł… Żeby gryzli się w język, zanim powiedzą coś krzywdzącego. Częściej się przytulali i zobaczyli, jak wielką wartością jest miłość i przyjaźń…

Rety, Em, startujesz w konkursie na Miss Universe? 

No nie, ale tak serio: o czym innym powinnam marzyć, jak nie o tym właśnie? 

O pieniądzach?

Podpowiedz mi, proszę, bo nie mam lepszego pomysłu.

Twoja

 

Zostałam porwana przez psychicznego kierowcę, musiałam słuchać wegan i Jehowych. Jak to przeżyłam?

Jak być silnym psychicznie, czyli człowiekiem nie do złamania i czy… na pewno warto?

Siedem, czyli o tym, jak się spełnia marzenia z dzieciństwa