Nie wiem, czego się spodziewałam, ale raczej nie tego, co w istocie zaserwował czytelnikom Jakub Żulczyk w najnowszej powieści. Czarne słońce sprawiło, że spadły mi kapcie z nóg. Mało tego: bolał mnie brzuch, miałam mdłości i kilka razy chciałam zrobić z tej książki papier toaletowy. Ale trochę by było szkoda. Mojej pupy.

Do 174 strony Czarnego słońca musimy użerać się z głównym bohaterem, Gruzem. Trudno go nazwać tak naprawdę człowiekiem. To chodzące zło, tyle że nie jakieś przebiegłe, tylko totalnie głupie. W dodatku na paskudnej diecie (miks surowego mięsa z energetykami, pozdrawiam autora, powinien wydać teraz książkę kucharską z przepisami dla faszystów). Gruz chodzi, gwałci i morduje. Robi tak paskudne rzeczy, że Quentin Tarantino wymięka. Ale cóż innego ma robić, jest skoksowanym faszystą. Nie Tarantino, tylko bohater prozy Żulczyka, jakby co.

500 stron napisanych językiem pełnym wulgaryzmów. Przemoc wylewa się nawet ze znaków przestankowych. Zastanawiam się, jak to było, kiedy Jakub Żulczyk siedział przed edytorem tekstowym i wypisywał takie rzeczy. Bo z jednej strony uważam, że trzeba mieć na maksa zrytą banię, żeby wyobrażać sobie takie sceny, jak choćby zbiorowy gwałt. Z drugiej strony, jednak chyba nie trzeba, bo takie rzeczy po prostu się dzieją, przeciętny człowiek o tym nie wie, ale… obozy koncentracyjne? Mają się wciąż całkiem nieźle (nie, nie zniknęły z powierzchni Ziemi wraz z końcem II wojny światowej), tak samo jak pedofilia w kościele. To są tematy ohydne i straszne, ale jak najbardziej prawdziwe. Z trzeciej strony (w końcu żyjemy, póki co, w rzeczywistości trójwymiarowej), niektóre porównania są tak barwne, że aż się śmiać chce z tego całego obrzydzenia. Zatem może jednak autor bawił się całkiem nieźle, pisząc Czarne słońce?

I może dzięki temu nie tylko nie odłożyłam powieści, ale dałam się jej pochłonąć?

Tak, Jakub Żulczyk wie, jak budować fabułę, żeby wessała, udowodnił to przecież doskonale i w Ślepnąc od Świateł, i we Wzgórzu psów. W Radiu Armageddon chyba troszkę jeszcze nie, a w Zrób mi jakąś krzywdę (debiut) w ogóle średnio to potrafił, tak mi się wydaje, ale mogę się mylić. (Wciąż nie czytałam Instytutu, przepraszam). Ale tak jak autor przez lata się rozwinął, tak i ja, śmiem twierdzić, rozwinęłam się jako czytelnik, a więc moje wymagania wzrosły. I gdyby nie strona 95, nie dotrwałabym do końca.

Co takiego na stronie 95? Otóż w tym wszystkim pojawia się sens.

(Tak nawiasem, to sensownie będzie też polubić Fabrykę Dygresji na Facebooku, żeby nie przegapić kolejnych recenzji kontrowersyjnych książek).

Aha, więc to nie jest po prostu obfity wyrzyg na Polskę, będący efektem skrajnej irytytacji wobec partii rządzącej. To jest coś więcej, jak dobrze! Świat przedstawiony u Żulczyka jest naprawdę sensowny, bo to nasza niedaleka przyszłość, całkiem realna niestety. Może nieco przejaskrawiona, ale kto tam wie… Żar lejący się z nieba, gigantyczna emigracja i wielkie masowe morderstwa. Szaleństwo na ulicach, wariaci na stołkach w rządzie, w dodatku w koloratkach. I nagle w to wszystko wchodzą dwie postaci.

I tego zupełnie się nie spodziewałam. Bo dystopia to jedno, ale kiedy pojawia się obdarzony cudownymi mocami Alfa i jego Matka, no to…

Jezus Maria! To prawdziwe zaskoczenie!

Czytałam już podobne teksty, wśród nadsyłanych do wydania maszynopisów (kiedy jeszcze pracowałam na etacie). Okazuje się, że z piórem zaprzyjaźnieni są często schizofrenicy i w ich tekstach najczęściej pojawiają się Mesjasze i inni tacy. Zatem kiedy zobaczyłam, że w podobną stronę idzie Żulczyk, pomyślałam sobie, że to jest ten moment. To już tak wielki pisarz, że naprawdę może sobie pozwolić na wszystko i wszystko mu wydadzą, zatem gratuluję, sukces w pełni zasłużony.

Dalej jest też brutalnie, do tego obrazoburczo i momentami wręcz przezabawnie. Zdarzają się cytaty, które można by było spotkać też pewnie w twórczości Paolo Coelho, ale one dają sporo do myślenia człowiekowi. Chodzi mi mianowicie o teksty typu:

Nienawiść da ci siłę, jeden z drugim, żebyś zrobił rozbieg i uderzył głową w ścianę, ale tylko miłość sprawi, że ta ściana pęknie.

Pojawia się też kilka ciekawych kwestii filozoficznych oraz pułapek, które zastawił autor w kwestii dychotomii dobra i zła. Bo co to tak naprawdę znaczy? Czy jedno istnieje bez drugiego? Jeśli ktoś czyni zło, to grzeszy, czy tylko jest w błędzie? Cel uświęca środki? Gdzie jest granica, po której przejściu nie można uzyskać już odkupienia? I czy bycie katem nie oznacza przypadkiem bycia łaskawym?

Nie przejmujcie się jednak filozofią za bardzo. Jeśli ktoś nie chce zagłębiać się w podobne kwestie, spokojnie, Czarne słońce to przede wszystkim porządna rozpierducha.

Osobiście polemizowałabym z tymi fragmentami, kiedy Alfa kogoś zabija. Ale mam po prostu inną wizję. Bo ta książka ogólnie służy do polemiki. W każdym razie zakończenie bardzo mi się podoba, dobrze by było, gdyby tak było. (Emilka Coelho).

Dodam jeszcze, że dla mnie cała powieść, te wszystkie 508 stron w paskudnej fuksjowej okładce (no sorry, Świecie Książki, tym razem w moje gusta po prostu nie trafiliście, zdarza się najlepszym), przesiąknięte są rykiem rozpaczy, będącym też gorącą prośbą. Brzmi ona mniej więcej w ten deseń: niech tu kurwa wreszcie przyjdzie ktoś mądry i zrobi z tym całym syfem porządek, bo nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać.

I to jest dla mnie najważniejsze przesłanie Czarnego słońca. Promieniuje już poniekąd z tych fragmentów książki, w których autor burzy czwartą ścianę i bezpośrednio zwraca się do czytelników. Puenta jest jeszcze mocniejsza, gdy zamyka się książkę i próbuje odpowiedzieć na tę palącą potrzebę, o której napisałam akapit wyżej. Bo nie powinniśmy płakać czy się śmiać, tylko wziąć się do roboty. Czyn jest fundamentem zmiany. I Jakub Żulczyk, pisząc Czarne słońce, w którym wytyka problemy współczesnego świata, a już zwłaszcza naszego kraju, w istocie właśnie zakasał rękawy i zrobił to, co potrafi najlepiej. Jego powieść jest solidnie wykonaną robotą, która, mam nadzieję, skłoni czytelników do ruszenia mózgownicą, a potem do działania. Żeby nasz świat nie wyglądał tak, jak w opisanej przez Żulczyka dystopii.

Zdaję sobie sprawę, że w ogóle nie streściłam tej książki i nie odpowiedziałam na pytanie, o czym ona tak naprawdę traktuje. Zatem:

O czym opowiada Czarne słońce?

Cóż. O czym chcesz.

Nie powiem tym razem czy lektura mi się podobała, czy nie, bo nie jestem w stanie. Przeczytałam i nie żałuję, chociaż początkowo bardzo się przy tym nacierpiałam.

Na pewno jest to powieść warta uwagi, ale nikogo nie będę naciskać do lektury, bo to raczej książka dla ludzi o mocnych żołądkach. A ja zdecydowanie do takich nie należę, więc w sumie…  Cieszę się, że nie zrobiłam z książki papieru toaletowego.

Było to ciekawe literackie wyzwanie. I jeśli właśnie tego oczekujesz od współczesnej prozy polskiej, to powinieneś skosztować Czarnego słońca. A nawet je pochłonąć. Zanim ono pochłonie ciebie.

Po lekturze koniecznie napisz mi w komentarzu, jak Twoje wrażenia. Jestem złakniona dynamicznej dyskusji!

Twoja

Nadchodzi koniec świata. Wreszcie, bo już się nie mogłam doczekać!

Dominik Szczepański – Czapkins, historia Tomka Mackiewicza

Nie wiesz, jak żyć? Wyspa ci powie. Recenzja ostatniej powieści Aldousa Huxleya