Jak to jest: w literaturze są parytety czy ich nie ma? Jak sprawa równości płci wygląda na naszym rodzimym podwórku, a jak w szerokim świecie literatury? Czy u czytelniczek i czytelników są takie same nierówności, jak u pisarzy i pisarek? Sprawdźmy!

Dobra, to miał być jeden z pierwszych tematów podcastów, ale nie oszukujmy się, jestem pisarką i blogerką. Zamiast mówić, będę po prostu dalej pisać, bo chyba nieźle mi to wychodzi, co? 

Parytety w literaturze to jednak temat rzeka, dlatego przepraszam, że będzie długo. Jeśli mi nie wybaczycie, trudno. Jakoś będę z tym żyć. 

A zaczniemy od analizy nagród literackich.

A raczej tego, do kogo trafiają. 

Nagroda Nike jest przyznawana co roku już od 23 lat, od 1997 roku. Kobiety otrzymały ją jedynie 6 razy, w tym dwa razy Olga Tokarczuk: w 2008 roku za powieść Bieguni oraz w 2015 za Księgi Jakubowe. Pozostałe 17 nagród zgarnęli mężczyźni. Póki co jest zatem 6 do 17. A więc by ten wynik się wyrównał, przez kolejne 11 lat Nagrodę Nike powinny otrzymywać tylko kobiety. 

W roku 2019 pośród 7. finalistów znalazły się tylko dwie kobiety. Zyta Rudzka, za powieść o przemijaniu Krótka wymiana ognia oraz Małgorzata Rejmer za Błoto słodsze niż miód, głosy komunistycznej Albanii. Obie książki są bardzo wstrząsające, poruszają nawet najdelikatniejsze struny duszy. Ale czy tego samego nie można powiedzieć o książkach pozostałych tegorocznych finalistów? Czytałam Królestwo Szczepana Twardocha i jestem w trakcie Nie ma Mariusza Szczygła, który finalnie został laureatem Nagrody Nike. Czy gdyby i ich książki zostały napisane przez kobiety, byłyby bliższe mojemu sercu? Szczerze wątpię. Choć, gdybym miała się przyczepić, portrety kobiet u Twardocha mnie drażnią. Są albo wyuzdane, albo świętoszkowate, zawsze w którąś stronę przegięte. Nie wiem, z czego to wynika. 

Przyjrzyjmy się innym nagrodom. Chociażby literackiemu Noblowi, przyznawanemu od 1901 r. 101 mężczyzn z Noblowskim medalem kontra 15 kobiet! W dodatku jedna z nich, Nelly Sachs, Szwedka, która otrzymała literacką nagrodę nobla w 1966 roku, zdobyła medal razem z izraelskim prozaikiem, Szmuelem Josefem Agnonem. A zatem nie solo, a z mężczyzną. Może to dobrze, bo twórczość tej dwójki dotyczyła martyrologii Żydów, a zatem uhonorowanie przedstawicieli obu płci było jak najbardziej na miejscu. Ale jednak. Statystyki jeszcze bardziej ustanowione na korzyść mężczyzn. 

A Angelus? Literacka Nagroda Europy Środkowej?

Jeśli pod uwagę weźmiemy jury, to w tegorocznym składzie mamy prawie parytet. Czterech mężczyzn, na czele z przewodniczącym Mykołą Riabczukiem, ukraińskim krytykiem literackim, poetą i eseistą. I trzy kobiety. Urszula Glensk, znawczyni i krytyczka literacka, Anna Nasiłowska, prezeska Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Odznaczona Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis, pisarka, profesorka oraz Małgorzata Szpakowska, kulturoznawczyni, historyczka literatury. Widzimy więc, że kobiety potrafią pisać, badać literaturę, krytykować ją, nauczać jej, zdobywać tytuły… Ale co z nominowanymi?

Do ścisłego tytułu przechodzi 14 książek 14 autorów.

I tylko 4 autorki, a konkretnie:

  • Bianca Bellová, Jezioro, tłum. Anna Radwan-Żbikowska, Wydawnictwo Afera (Czechy)
  • Nora Iuga, Dama z młodzieńcem, tłum. Kazimierz Jurczak, Wydawnictwo Universitas (Rumunia)
  • Sasha Marianna Salzmann, Poza siebie, tłum. Agnieszka Walczy, Prószyński i s-ka (Niemcy, ur. Rosja)
  • Polina Żerebcowa, Mrówka w słoiku. Dzienniki czeczeńskie 1994–2004, tłum. Agnieszka Knyt, Michał B. Jagiełło, Fundacja Ośrodka KARTA (Rosja)

Trochę przykro.

No i z czego to wynika?

Widzę dwie przyczyny, jedną bardzo oczywistą, z której zapewne zdajecie sobie sprawę, drugą mniej. 

Pierwsza to patriarchat.

Władza mężczyzn skazała kobiety niestety na setki lat przewijania pieluch, pracy w gospodarstwie domowym i zajmowania się wszystkim innym poza rzemiosłem pisarza. A nawet, jeśli pisarki znajdują już czas na tworzenie literatury, to wciąż bywają nieprzyzwyczajone do stania w świetle reflektorów i odbierania nagród, które im się należą. Ten stan rzeczy tragicznie, acz doskonale obrazuje powieść słynnej amerykańskiej pisarki Meg Wolitzer pt. Żona. Na podstawie książki powstał również film. Ekranizacja z 2017 roku ma ten sam tytuł, główną rolę w nim zagrała Glenn Close. Polecam gorąco oba te dzieła kultury, nie tylko paniom, ale i panom, by zobaczyli, że nie musimy ze sobą walczyć.

Jedynym ratunkiem jest współpraca, bo tworzymy ze sobą jedność i w tej jedności jesteśmy w stanie sięgać po najwyższe cele. 

Czy władza mężczyzn sprawiła, że mamy mniej zdolnych pisarek niż pisarzy, bo pasja ta, a w końcu i zawód, nie miały szans tak bardzo rozwinąć się u płci pięknej? 

Obecnie, kiedy na polskim rynku wydawniczym ukazuje się 36 tysięcy książek rocznie (to dane z 2017 roku), trudno mi dokładnie zbadać ten temat. Współcześnie naprawdę nie mam zielonego pojęcia, jak to u nas wygląda. Wydaje mi się wszak, że nie najgorzej. Bo owszem, ostatnio wielkim hitem był serial HBO Ślepnąc od świateł na podstawie powieści Jakuba Żulczyka i pewnie zaraz zostaniemy storpedowani marketingiem Króla Szczepana Twardocha na Canal +. Ale wcześniej była Katarzyna Grochola i ekranizacje jej powieści, Ja wam pokażę i Nigdy w życiu. Oraz Małgorzata Kalicińska i jej seria o rozlewisku, która w serialowej ekranizacji doczekała się kilku sezonów. Nie wiem dokładnie, ile, ale była i Miłość nad rozlewiskiem, i Życie nad rozlewiskiem, i Dom nad rozlewiskiem, i Cisza nad rozlewiskiem… Okej, to dwie zupełnie różne grupy docelowe odbiorców. Ale sukces to sukces. I zarówno Grochola, jak i Kalicińska, były przed Żulczykiem i Twardochem. 

Z mojej pracy wynika jednak, że kobiety są dużo bardziej niepewne swoich umiejętności niż mężczyźni.

Tyle samo tekstów do oceny czy wydania trafia do mnie i z jednej, i z drugiej strony. Mężczyźni często zwracają się do mnie w wiadomości tak: napisałem książkę, mam hit, to się sprzeda. Kobiety zaś, przedstawiając swoje teksty, mówią zazwyczaj, że nie są przekonane o jakiejkolwiek wartości tego, co napisały, ale skoro już tak się stało, to przesyłają. Może coś z tego będzie.

I w jednym, i w drugim przypadku, zazwyczaj jest tak, że trzeba nad tekstem jeszcze pracować, i to dużo. Wtedy część mężczyzn czuje się urażona, może nawet skrzywdzona. Jeśli decydują się np. na recenzję ich tekstu, to potem z każdym słowem redaktora polemizują. A już najgorzej, jeśli jest to redaktorka. Co zaś robią kobiety? Podwijają rękawy i biorą się do pracy. Poprawiają wątpliwe miejsca, pytają się, czy tak może być, czy jeszcze inaczej. Prezentują zupełnie różne podejścia.

I na moich warsztatach z kreatywnego pisania też widzę ciekawe zjawisko. Podczas pierwszej edycji warsztatów na wiosnę 2019, w grupie kilkunastu kobiet pojawił się jeden pan, zresztą mąż jednej z kursantek. Podczas jesiennej edycji, która właśnie się zakończyła, nie było ani jednego mężczyzny. Same kobiety, które miały już ogromną wiedzę o pisaniu. Dwie z dziewczyn brały już udział w kilku innych warsztatach literackich i nie ma zamiaru przestawać na nie uczęszczać! Bo im więcej wiedzy oraz doświadczenia, tym lepiej. I że swoje umiejętności trzeba nieustannie podnosić, bo to maraton bez linii mety. (Albo po prostu robię takie dobre warsztaty, że jak się je kończy, to od razu chce się na nowe, he, he).

Z kolei zajęcia indywidualne, szlifowanie tekstu na warsztatach on-line to domena mężczyzn. Na takie konsultacje, czy to z budowania postaci, świata przedstawionego czy fabuły, przychodzą tylko mężczyźni. Czy boją się konkurencji albo mówienia otwarcie o swoich niedostatkach warsztatowych? Nie mam zielonego pojęcia. Nie chcę też sugerować żadnych odpowiedzi, bo zwyczajnie nie wiem. To po prostu moje obserwacje. 

Druga przyczyna, z której wynika to, że może nam się wydawać, iż kobiety w pisaniu pozostają w tyle za mężczyznami, o czym świadczy to, kto otrzymuje literackie nagrody, to fakt, iż… kobiety wręcz miażdżą mężczyzn przewagą w czytaniu książek! 

W wielorybach i ćmach Szczepan Twardoch zawarł taki fragment, że w jakiś sposób satysfakcjonuje go myśl o tym, że kobiety zabierają jego książki do łóżek. I on, autor, w ten sposób na chwilę (a może nawet dłużej) kradnie je ich mężczyznom, bo wolą spędzać czas z jego twórczością niż z partnerami. To luźna parafraza, więc polecam wam lekturę dzienników Twardocha, żeby dokładnie samemu pojąć, o czym pisze autor. Jest tam dużo innych perełek, a sama książka bardzo mi się spodobała. Bywa zabawna do łez, arogancka, trochę przesadnie wystylizowana, ale i piękna…

No dobrze. Wracając do statystyk. Dziękuję Bogu i Bibliotece Narodowej za coroczne raporty czytelnictwa w naszym kraju, to chyba jedyne źródło, z którego tak często korzystam. O czym ja bym pisała, gdybym nie miała tych raportów przed oczami? Zajrzyjmy do najnowszego, ze stanem czytelnictwa na rok 2018. Zacytuję Wam początek:

W 2018 roku czytanie przynajmniej jednej książki w ciągu roku zadeklarowało 37% respondentów (por. wykres). Różnica jednego punktu procentowego w porównaniu z poprzednim rokiem mieści się w marginesie błędu pomiaru, który dla próby o liczebności 2 tys. obserwacji wynosi 2%. Podstawowe wskaźniki czytelnictwa są stabilne. W dłuższej perspektywie czasowej widać, że deklaracje czytania książek (co najmniej jednej i co najmniej siedmiu w ciągu roku) wyraźnie spadły w latach 2004-2008. To, że zainteresowanie czytaniem książek nie rośnie, ma zapewne wiele przyczyn; należą do nich m.in. style życia i sposoby spędzania czasu wolnego, popularyzacja rozrywki cyfrowej, niewielkie przełożenie czytania książek w dorosłym życiu na powodzenie na rynku pracy, a także fakt, że za sprawą przemian w dziedzinie technologii komunikacji książki nie są dziś jedynym źródłem wiedzy i informacji.

No, czyli do kitu, ale stabilnie, rzecz można.

Ja w ogóle mam taką teorię, trochę spiskową, nie bierzcie jej na serio, bo raz, że teoria, dwa, że spiskowa, a trzy, że trochę dla jaj.

Ale wydaje mi się, że te wyniki są zaniżone, no bo mnie o zdanie nikt nie pytał. I jestem też ciekawa, ile osób, które robią co roku wyzwanie Przeczytam 52 książki, odpowiedziały w tej ankiecie. Jestem przekonana, że gdyby uwzględnić w badaniach studentów filologii polskiej pierwszego roku, zwłaszcza tych, co studiują na UAM, a uczy ich doktor Maciej Parkitny, wyszłoby, że nie jest tragicznie, że jest co najmniej nieźle. Ergo: czy te wszystkie badania nie są trochę zmanierowane? Czy nie stoi za nimi jakaś propagandowa machina, która chce, byśmy uwierzyli, że nasi rodacy nie czytają, nie chcą się rozwijać i głęboko gdzieś mają polską literaturę? Żeby nas zniechęcić do samodzielnego myślenia, do rozwijania wyobraźni, tylko wbić w ziemię jeszcze bardziej niż indyjscy jogini, pokazujący, jak prawidłowo wykonywać pierwszą serię asztangi? 

Wracając do różnic na tle płciowym w polskim czytelnictwie. 

Wg raportu ze stwierdzeniem bardzo lubię czytać książki zgodziło się jedynie 9% mężczyzn i aż 20% kobiet. Natomiast ze stwierdzeniem przeciwnym: bardzo nie lubię czytać książek, zgodziło się 19% mężczyzn i jedynie 8% kobiet. 

Wniosek jest prosty.

Dużo więcej kobiet jest pasjonatkami czytania. Być może dlatego bardziej promuje się przystojnych pisarzy?

Bo skraść serca czytelniczek i sprawić, by wydały kilkadziesiąt złotych na zakup kolejnego dzieła ich ulubionego twórcy? Ergo: o pisarzach jest głośniej niż o pisarkach? 

Na to pytanie też nie znam odpowiedzi. W końcu w świecie literatury kryminału mamy królową Katarzynę Bondę i króla Remigiusza Mroza. Jak widać stanowią również niezły związek w życiu osobistym, choć wielu uważało, że to spektakularny zabieg marketingowy, tak sparować najsłynniejszych twórców kryminałów. W ogóle, jeśli się zastanowić, to dużo kobiet lubi pisać o morderstwach, krzywdzie w resorcie sprawiedliwości i przerażających przygodach. Jest tutaj i Katarzyna Puzyńska, i Marta Guzowska, i Joanna Opiat-Bojarska czy Gaja Grzegorzewska… Nie za bardzo przepadam za kryminałami. Ale na pewno nie można powiedzieć, by w Polsce ten wycinek branży wydawniczej był zdominowany przez mężczyzn. Wręcz przeciwnie. 

Pod szyldem Fabryki Dygresji w bieżącym roku ukazało się pięć książek.

10 zwykłych pytań do 100 niezywkłych ludzi autorstwa Emi Jakk, Trzydzieci kopert Ewy Mielczarek, Kamperem po Skandynawii Macieja Szafrańskiego, W poszukiwaniu złotego środka. Spotkania Hanny Hippler oraz Gdy ucichną miasta Katarzyny Jurkowskiej. W przypadku Kamperem po Skandynawii, jedynej książki, której autorem jest mężczyzna, i tak kontaktowałam się niemal tylko i wyłącznie z jego żoną, wspaniałą Moniką, która ma w sobie żyłkę menedżerki. Co ja mówię, żyłkę… Monika jest istnym gejzerem energii, marketingu i popychania spraw naprzód. Maciej napisał fajną książkę, ale gdyby nie Monika, ta piękna rodzinna historia nie zobaczyłaby światła dziennego. 

Jeśli miałabym mówić o swoich doświadczeniach, to początkowo bardzo chciałam pisać jak mężczyzna. Kręciły mnie bitnikowe klimaty. W jakiś sposób chciałam być kumpelką Jacka Kerouaca, Allena Ginsberga i Williama Burroughsa. Ubierałam marynarkę z łatami na łokciach i nosiłam okulary w rogowych oprawkach. Ale jeszcze zanim moja pierwsza powieść, Piromani, ukazała się drukiem, mój nowy znajomy, właśnie taki, który licencjat na filologii angielskiej napisał o hipsterach z lat ’60. ubiegłego wieku, po kilku rozmowach o, jak myślałam, literaturze, powiedział mi:

Ty jesteś straszną feminą!

Zafascynowana męskim światem, karmiąca się polską twórczością Krzysztofa Vargi czy Marcina Świetlickiego, w ogóle tego nie widziałam.

Uwielbiałam mężczyzn. Chciałam pisać i być taka, jak oni. To znalazło ogromne odbicie w mojej twórczości, ale tak już nie jest.

Nadal kocham mężczyzn. Nie uważam ich za w żaden sposób gorszych czy słabszych od kobiet. Ale czasem bywam nimi rozczarowana. Moja miłość do nich nie jest już tak idealistyczna. Jestem dumna z bycia feministką, dopinguję kobiety i samą siebie w dalszym rozwoju w dalszych staraniach o swoje prawa. I to też odbija się obecnie w mojej twórczości. Opowiadania Niepokonana Helena Stein, dzięki której znalazłam się w gronie laureatów konkursu literackiego czy O trzech wykastrowanych kotach, które ukazało się w kwartalniku „Fabularie”, to doskonały tego przykład. 

Z całą pewnością mogę stwierdzić, że najważniejsza jest równość, wzajemne opiekowanie się sobą i pomoc. Tak samo w życiu osobistym, jak i w świecie pisarskim.

Jesteśmy pisarkami i pisarzami. Kobietami i mężczyznami. Ale jeszcze przedtem jesteśmy ludźmi.

Gatunkiem homo sapiens. Róbmy i piszmy tak, by nikogo nie krzywdzić, by dbać o to, żeby nasze tekstu służyły czemuś więcej niż tylko i wyłącznie łechtaniu własnego ego. 

A już ostatni wniosek jest taki, że my, kobiety, musimy jeszcze więcej pisać i wydawać. Ot, proste!

Jeśli chcielibyście coś dodać do tego tematu, czekam na wasze wiadomości pod mailem kontakt@fabrykadygresji.pl. Jeśli macie nowy temat związany z literaturą, światem czytelniczym lub wydawniczym, to koniecznie dajcie znać. Jestem otwarta na wszystkie kreatywne pomysły!

Wasza

5 sposobów, by nie dać się jesieni i doładować kreatywność!

Jak zacząć pisać książkę, by zrobić to najlepiej?

Ivana Dobrakovová – Bellevue

Czy płeć w świecie literackim ma znaczenie? Pisarze kontra pisarki! Czytelniczki kontra czytelnicy!

by Emilia Nowak time to read: 11 min
9