Yonzi Chamarovitch jest bohaterem Sory, cenionym rusznikarzem oraz konstruktorem robotów bojowych. Jest też Mik-Makiem, czyli istotą przypominającą bobra, dyskryminowaną przez drugą rasę zamieszkującą Sorę, czyli ludzi.

Rusznikarz zawiera układ z Cesarzem i rusza w Kosmos, by pozyskać cenne surowce. Od powodzenia misji zależy przetrwanie na planecie, która zmaga się z plagą Księżycowej Szarańczy. W trakcie międzyplanetarnej podróży na pokładzie statku pod dowództwem admirała Vermoniego Verganzy, Yonzi przeżywa kolejne przygody i poznaje przyjaciół różnych nacji. Wspólnie z nimi stawi czoła wielkiemu zagrożeniu.

No czy to nie brzmi cudownie?! Sam tytuł jest już wspaniały, a w zestawieniu z ilustrowaną okładką, tak podobną do książek z serii Gwiezdnych Wojen, sprawia, że nie można przejść obojętnie obok powieści Krzysztofa Piersy. Wiedziałam, że jest to książka zaadresowana dla młodzieży, ale spotkałam opinie, że i dorośli świetnie bawili się w trakcie lektury. Postanowiłam sama więc zapoznać się z przygodami Yonziego, a zanim Wam opowiem o moich wrażeniach, przedstawię pokrótce portret autora.

Krzysztof Piersa prowadzi kanał na YouTube i bardzo lubię oglądać jego filmy. Ma facet gadane.

Urodził się w 1990 roku. Kosmiczne Bobry i zemsta Księżycowej Szarańczy to jego trzecia książka. Wcześniej wyszły dwa poradniki, a niedawno ukazał się kolejny, Złota rybka w szambie. Jak pokonać uzależnienie od smartfona i internetu. Autor jest bowiem terapeutą uzależnień i prowadzi wykłady o zdrowym podejściu do rozrywki w sieci oraz korzystania z technologii cyfrowej. Od dziecka pasjonuje go świat fantastyki.

No i dobra, bobry zaczęły się naprawdę epicko, chociaż jeszcze zanim wkręciłam się w czytanie, musiałam trochę pomarudzić na okładkę. Choć ilustracja na froncie jest zjawiskowa, to reszta już całkowicie nie. Miło, że wydawnictwo Genius Creations wyłożyło kilka groszy więcej i zadbało o skrzydełka, ale czemu zdjęcie autora jest wyśrodkowane inaczej niż tekst pod spodem, to nie wiem, wygląda to odrobinkę dziwnie i nieporadnie, tak jak użyty font. Ponadto nie ma w okładce już nic więcej. Żadnej ciekawostki, na którą można zwrócić uwagę i pomyśleć: o, przyłożyli się. Taki sam zawód odczułam też w kwestii ilustracji. Są czarno-białe, ale wciąż spektakularne i prosiłoby się o więcej. Może budżet nie pozwolił… Szkoda. Ale wiem, to tylko takie moje spaczenie zawodowe, już nie marudzę na wydawcę. (Póki co, ale poczekajcie do końca).

Bardzo spodobała mi się konwencja ukazania świata. A w zasadzie Wszechświata.

Mamy tu bowiem do czynienia z uniwersum Światozbioru (bardzo ładna nazwa). Myślę, że to duża zaleta Kosmicznych bobrów. Sora przypomina Ziemię, na której ludzie w Cesarstwie żyją jak w średniowieczu, a Mik-Maki dotarły już w rozwoju do epoki żelaza, pary i węgla. Odwiedzamy też bezwzględną Restermarchię z jej okrutnym systemem kastowym oraz Avelię, nieco dziwną dla bohaterów, ale bliską sercu czytelnika XXI wieku. Pojawiają się też istoty wywodzące z Alamalu (sztuk: jeden), no i potworna tytułowa Księżycowa Szarańcza. I tak jak światy zostały super nakreślone, tak bohaterowie już niestety nie.

Zdziwiło mnie to, bo podczas lektury myślałam, że to postaci stanowić będą najmocniejszy atut Kosmicznych Bobrów. Już same imiona i nazwiska przypadły mi do gustu. Vermoni Verganza. Mezmer Tornov. Kapitan Hajmir Genzelmayer. Artero, Mar-Kir, Merina… Bardzo dobrze to wszystko brzmi. I… Na tym koniec. Może Vermoni ma jeszcze jakiś charakter (dobry admirał, mądry, odważny i dbający o załogę, lekko ekscentryczny), ale reszta staje się pionkami w rozwoju zdarzeń. Narrator przesuwa ich po planszy tam, gdzie chce, bez jakiegoś konkretnego motywu, tylko po to, by zrealizować swoje fabularne założenia. Drużyna musi być tam, by na Sorze mogło zadziać się to. Muszą tam być tyle i tyle, bo w tym czasie koniecznie musi dojść do tego i tamtego. A gdzie głębia psychologiczna? Przeszłość bohaterów? U Restermarczyków mamy, ale oni nie są głównymi bohaterami książki. To Yonzi Chamarovitch spaja całą opowieść, ale oprócz tego, że sympatyczny z niego bobrowaty, to niestety, jakby to powiedział mój przyjaciel, brak mu tołku (czyli życiowego ogarnięcia i jakiegoś takiego poczucia sensu w egzystencji).

Ale to jest powieść dla młodzieży, Emilia, przestań szukać głębi tam, gdzie nie musi jej być!

No dobra, więc przejdźmy do fabuły. Zaczyna się świetnie. Akcja jest wartka, łatwo wchodzi się w świat przedstawiony, no i można naprawdę być oczarowanym, bo wszystko rozwija się całkiem ciekawie. Pojawia się kilka zaskakujących zwrotów akcji. Drużyna wynajętych morderców buntuje się dowódcy, kilka postaci umiera już na samym początku, kto inny niespodziewanie przejmuje władzę w Cesarstwie… Są emocje, jest pasja, dzieje się. I gdzieś tam koło strony sto pięćdziesiątej wszystko trafia szlag. Myślałam, że to chwilowe, przez rozwlekłe i zbyt szczegółowe (acz i tak sprawnie napisane) sceny walk w Koloseum. No ile można czytać o tym, że się ze sobą naparzali. Przecież wiadomo, kto przeżyje i jak to się skończy. No właśnie! Od tego momentu łatwo już było przewidzieć całą fabułę. I dalej nie zaskoczyło mnie totalnie nic. Po początkowych fajerwerkach nastąpiła stagnacja, która, niestety, trwała aż do samego końca. Ogromna, ogromna to strata. Powieść liczy 400 stron. Spokojnie można byłoby jedną trzecią wyrzucić.

No ale to opisy potyczek, w których autor wyraźnie się lubuje.

Ja po prostu nie bardzo.

Na całe szczęście mamy tu głębsze przemyślenia.

Oprócz kosmicznej wojaży i scen batalistycznych, pojawiają się tematy związane z dyskryminacją, tolerancją, nierównościami społecznymi, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że i ekologią. A zatem książka pokazuje, że warto jednoczyć się i współpracować ze sobą. I że nie warto oceniać kogoś na pierwszy rzut oka, że każdy ma prawo do zmiany i wszyscy razem mamy dużo większą moc niż pojedynczo… I to nie tylko, jeśli chodzi o ludzi, ale ogół istot. Również tych stworzonych z materii nieożywionej. Wow! To naprawdę mi się spodobało. Generalnie przyjaźń jest tu naprawdę pięknie wyeksponowana i dlatego uważam, że jeśli macie w domu nastolatków, to koniecznie podrzućcie im Kosmiczne Bobry. Jestem przekonana, że lektura uszlachetni ich dusze.

Ale to, co szlachetne zdecydowanie nie było, to sportretowanie kobiet w powieści, a w zasadzie jego brak.

Gdzie jest element żeński, ja się pytam?!

W kuchni, przy garach, a potem pośród rannych, a jeszcze chwilę później… Nie mogę powiedzieć, by nie spoilerować. W każdym razie żona Chamarovitcha została potraktowana naprawdę niesprawiedliwie. Jej mąż po prostu wyjeżdża, a ona musi sama radzić sobie z dzieckiem i inwazją szarańczy. Kolejną postacią kobiecą jest Casandra. Niesprawiedliwie potraktowana nie tyle przez narratora, co Soryjczyków, ale w sumie jest jej mało i nie ma jak ani ją polubić, ani znielubić. W ogóle nie wywołuje żadnych emocji. Na Avelii pojawia się przez ułamek sekundy nieco bardziej charakterna postać, ale tylko w jednej, może dwóch scenach… Mam nadzieję, że w kolejnych częściach cyklu jej wątek zostanie pociągnięty i znacznie bardziej wyeksponowany.

Ostatecznie wychodzi na to, że książka mi się podobała, ale padłam ofiarą własnych oczekiwań. Spodziewałam się znakomitej rozrywki przez wszystkie czterysta stron. Wydaje mi się, że mojemu partnerowi opowieść o bobrowatych spodobałaby się bardziej i może to wynikać z naszych upodobań. Mnie brakowało kobiet i jakiegokolwiek wątku romantycznego. (Choć wyczułam pewną dozę chemii pomiędzy Verganzą a jego statkiem, tylko nie wiem, czy to nie nadinterpretacja). Potencjał tej historii jest gigantyczny. Będę zatem wyczekiwać kolejnych tomów z niecierpliwością.

A gdy już powstaną, mam nadzieję, że otrzymają lepszą redakcję. I tu powracamy do zbesztania wydawcy. Pleonazmy (unosił się w górę, serio? A można unosić się w dół?), niepoprawna odmiana zaimków, powtórzenia… Błeh. I potem to młodzież czyta i te błędy powiela, niedobrze…

Komu polecam Kosmiczne Bobry i zemstę Księżycowej Szarańczy?

Dorosłym wielbicielom Star Treka i Gwiezdnych Wojen. Może nawet Marvela, bo ekipa Yonziego najbardziej przypomina mi Strażników Galaktyki… Tam jednak przynajmniej były fantastyczna Gamora i jeszcze cudowniejsza Nebula…

Polecam wszystkim nastolatkom, bo to fajna lektura i bez wątpienia wartościowa. Skłania do refleksji, a do tego dostarcza z początku naprawdę fenomenalnej rozrywki. Wszystkie niedoskonałości, o których napisałam, w ogóle nie odstraszają mnie od kolejnych części, na które czekam z niecierpliwością. Mam tylko nadzieję, że pojawi się pierwiastek kobiecy i zostanie on należycie doceniony.

Za możliwość spotkania Mik-Maków oraz poznanie rąbka Światozbioru dziękuję Autorowi.

 

Kacper Rybiński – Upadek Nadziei + konkurs patronacki!

Tomasz Węcki – Wtajemniczenie

Jakub Małecki – Nikt nie idzie