Jack London, „Martin Eden”

Od kiedy tylko sięgam pamięcią, Martin Eden stał sobie u nas spokojnie na jednej z półek. Za każdym razem, gdy na nią spoglądałam, mój tato mówił, że to najlepsza książka na świecie i powinnam przeczytać. Wreszcie dorosłam do lektury. Po przeczytaniu stwierdzam, że Martin Eden jest po prostu mistrzowski. 
Jeśli ktoś nie wie, kim jest Jack London, powinien się wstydzić i natychmiast zgooglować tego wybitnego amerykańskiego twórcę. W swoim dorobku literackim ma takie słynne tytuły jak np. Biały Kieł czy Zew krwi. London tworzył w pierwszej połowie ubiegłego wieku, więc język, w którym pisał, może nie przypaść wszystkim do gustu. Jest szlachetny, a jednocześnie pełnokrwisty. W piękny i chyba już dawno zapomniany sposób opiewa prawdziwą istotę rzeczy. Ale zdolności estetyczne Jacka Londona nie są jedyną zaletą jego twórczości, zwłaszcza, jeśli chodzi o Martina Edena.
Tytułowy bohater jest dwudziestoletnim marynarzem. Zarabia na życie w trakcie rejsów po całym świecie, zaś kiedy schodzi na ląd, mieszka w rodzinnym Oakland, wynajmując pokój u swojego szwagra. Pewnego razu podczas wizyty w mieście, Martin ratuje przed złodziejami chłopaka z bogatego domu. Ten zaprasza marynarza na obiad, gdzie główny bohater poznaje przepiękną Ruth Morse i od razu się w niej zakochuje. 

Ponieważ Ruth pochodzi z wyższych sfer i jest w trakcie studiów humanistycznych, a Martin ma podstawowe braki w wykształceniu, postanawia uzupełnić swoją wiedzę, by podbić serce ukochanej. Dzięki lekurze książek z biblioteki nabiera ogłady w sferze towarzyskiej. Uczy się, jak odzywać się do młodych dam, a także pochłania dzieła filozoficzne, biologiczne i w ogóle z wszelakich dziedzin naukowych. Od czasu do czasu ujawnia się jeszcze wybuchowy temperament chłopaka, lecz dla Ruth Martin jest w stanie nosić uwierające kołnierzyki, rzucić palenie oraz zyskać sławę. No właśnie. Podczas jednego z kolejnych rejsów Martin zaczyna rozumieć, co jest jego prawdziwym powołaniem. To jeden z najpiękniejszych fragmentów, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia, więc z radością podzielę się nim z Wami. 
Niewysłowione piękno świata upajało go aż do granic męki; żałował, że Ruth nie może dzielić z nim tych wrażeń. Postanowił, że odtworzy dla niej na piśmie wiele z uroku południowych mórz. Na tę myśl zapłonął w nim jasno duch twórczy, każąc mu widziane piękno przekazać nie tylko ukochanej, ale i szerszemu gronu czytelnbików. Wtedy to w blasku i chwale zrodziła się w nim wielka myśl: będzie pisał! Stanie się jedną ze źrenic, przez które świat widzi, jednym z uszu, przez które słyszy, jednym z serc, którymi czuje. 
Na początku XX wieku fach pisarski był równie ciężki, jak obecnie. Początkowo nie sposób było się z niego utrzymać, ale Martin Eden postanowił się nie poddawać. Czy udało mu się zostać wielkim pisarzem i zdobyć ukochaną kobietę? Przekonajcie się sami, sięgając po książkę Jacka Londona, w której autor zawarł wiele elementów autobiograficznych. Sam w końcu również zajmował się pływaniem na statkach i zwiedził wiele intrygujących zakątków świata. Później stał się farmerem, zdarzyło mu się również piractwo i kłusownictwo oraz podejmowanie różnych innych, czasem dziwnych zajęć. Nie dość, że był wobec tego bardzo zaradnym facetem, niewątpliwie inteligentnym, o ogromnej wiedzy, a także zdolnym, to jeszcze cieszył się ogromnym zainteresowaniem kobiet, bo wyglądał tak, jak powyżej. 
Jeśli nie chcecie poznać pewnych szczegółów z książki, które niektórzy określają mianem spoilerów, lecz tak naprawdę postaram się nie wyjawić za wiele z fabuły, nie czytajcie dalej. To czas zamknąć Fabrykę dygresji lub ewentualnie przenieść się do innego postu. Ale jeśli nie potraficie okiełznać swojej ciekawości, zapraszam dalej. 
London sporo pisze o miłości. Zauważa, jak łatwo zakochać się we własnym wyobrażeniu o jakiejś osobie, a nie w prawdziwym człowieku. Ujawnia prawdy na temat ciężkiego rzemiosła, jakim jest zawodowe pisarstwo. Składa hołd nie tylko wiedzy akademickiej, ale przede wszystkim życiowym doświadczeniom i dobroci serca. Pokazuje, że wykształcona burżuazja zdecydowanie nie jest solą ziemi oraz co można osiągnąć, kierując się niezachwianą wiarą we własne siły. Pisze nie tylko pięknie, ale i mądrze. Z lektury można nawet wyciągnąć wskazówki na pewny sukces. 
1. Rób to, co kochasz, i rób to całym sobą. 
2. Ucz się nieustannie.
3. Szlifuj swoje rzemiosło.
4. Bądź wierny swoim przekonaniom, lecz licz się z tym, że możesz tkwić w błędzie.
5. Okazane dobro przekazuj dalej. 
W Martinie Edenie sporo jest pięknych i wzruszających, lecz pozbawionych zbędnego patosu scen. Tą, która dosłownie wycisnęła mi łzy z oczu, był moment, kiedy przyjaciółka głównego bohatera otrzymaną od niego książkę kładzie w najważniejszym miejscu domu, tuż przy Biblii. A sama końcówka, choć była jedynym, co mi się w całej książce nie spodobało (wraz z okropną postacią Ruth tak naprawdę), i tak powala. 
W skrócie: wstyd nie znać.

9/10

8 myśli na temat “Jack London, „Martin Eden”

  1. Czuję się… hm, zaintrygowana, to chyba odpowiednie słowo 😉 nazwisko autora znam. A jak ktoś reklamuje książkę jako najlepszą (i nie jest to młodzieżówka) to się zastanawiam, jak to możliwe 🙂 więc chyba dopisze do listy!

  2. Pomyśleć, że Białego Kła nie trawiłam w swoim czasie i w ogóle posłałam go gdzies na jakąś wymianę, oj Fenkoo! Może teraz podeszłabym do tego z większą dozą rozumu i doceniła 😉

  3. London to w ogóle pisarz, który zasługuje na ponowne odkrycie, zbyt często sprowadza się go do "opowieści z dalekiej Północy" czy prozy do szpiku kości autobiograficznej. Tymczasem różnorodność jego bibliografii jest imponująca, znajdzie się tam nawet dystopia czy fantastyka.

    Przy okazji mojej książkowej dziesiątki wspominałem, że dzieła tego autora darzę szczególnym sentymentem z uwagi na to, że czytał mi je mój dziadek, gdy byłem mały (a niektóre opowiadał ze szczegółami z pamięci, na przykład "Jerry'ego z Wysp"). Z "Martina Edena" najbardziej wryła mi się w pamięć rozprawa z Pyskiem-jak-ser.

    Ze swej strony polecam "John Barleycorn czyli wspomnienia alkoholika" i "Szkice autobiograficzne" z czasów włóczęgowskich, Do dostania w jednym tomie jak się dobrze zapoluje.

  4. Zajrzę na pewno!
    Tak, też mi się rzuciły bójki z Pyskiem-jak-ser, a zwłaszcza zakończenie tej historii. Ale najbardziej spodobały mi się wszystkie fragmenty skupione na tworzeniu opowiadań do czasopism oraz cierpień związanych z procesem selekcji przez wydawnictwa.

Dodaj komentarz