To jak to jest być pisarzem?

Ostatni post o tym, czyli 10 wskazówek, jak żyć, jeśli twój partner jest pisarzem, nakłonił mnie do napisania o tym, jak to samemu jest być pisarzem. Konkretniej, zostałam do tego zainspirowana przez Nieortodoksyjnego, za co mu bardzo dziękuję, którego pozdrawiam, i na którego stronę gorąco zapraszam. 
To jak to jest być pisarzem?
Pewnego dnia budzisz się i wiesz: jesteś pisarzem.
Myślisz sobie: to brzmi dumnie. Artystycznie. W zasadzie bycie pisarzem to bycie częścią bohemy, bycie nadczłowiekiem. To pozytywne odczucie, zdecydowanie. 
Ale potem zdajesz sobie sprawę z tego, że może niekoniecznie. Przez długi czas pisaniem książek nie zarobisz na chleb. Na jeden bochenek nawet. A być może będziesz musiał zainwestować w opublikowanie swojego twórczego dorobku. Wtedy myślisz sobie: o kurwa. 
Dochodzi do tego mnóstwo innych problemów: pertraktacje z wydawnictwami, spieranie się z rodzicami, którzy wciąż łudzą się, że jakimś cudem uda ci się zostać dentystą albo chociaż optometrystą, no dobrze, od biedy weterynarzem albo nauczycielem, byle uczciwie zarobić, bo pisarz tylko chleje. Ewentualnie popada w rozliczne depresje. A jeśli to pisarka, to albo puszcza się z malarzami, albo prowadzi przykładny dom, opiekuje się dziećmi, robi mężowi kanapki do pracy i pisze okropną chałę. Rozumiesz rodziców, bo trudno ci się z nimi nie zgodzić, przecież taka jest prawda. Smutna, ale wciąż prawda.
Wyrywasz sobie włosy z głowy, żeby to, co napiszesz, nie tylko spodobało się tobie, ale i czytelnikowi. Kłócisz się z redaktorem, bo on przecież wie lepiej, o co ci chodzi niż tobie samemu. Po tygodniach, podczas których zaprzyjaźniasz się z neurolem i zomirenem, stwierdzasz, że to bez sensu, więc albo przyznajesz redaktorowi rację, bo to i tak nic nie zmieni, albo zgadzasz się z nim, bo nie pamiętasz, o co ci wcześniej w ogóle chodziło. 
Twój pokój jest oborą. Nie twórczą kuźnią, tylko właśnie oborą. Nie masz gdzie zawiesić korkowej tablicy, którą ukradłeś spod śmietnika, bo nie pozwala ci właściciel mieszkania, które wynajmujesz (szkoda kaleczyć ściany). Trzymasz ją więc pod biurkiem, obok butów do biegania i awaryjnej plastikowej miski. Wyjmujesz ją od czasu do czasu, by dopiąć kolejne karteczki z planem zdarzeń, ale stwierdzasz, że nie masz pinesek. I wtedy przypominasz sobie dopiero, że jest XXI wiek i istnieje coś takiego, jak Google Drive, więc wcześniej po prostu marnowałeś czas, miejsce oraz drzewa. Prawdopodobnie przez ciebie niedługo na Ziemi zabraknie tlenu. 
Ta myśl wytrąca cię z równowagi. Nie, żebyś wcześniej był w jakikolwiek zrównoważony, ale teraz po prostu kręci ci się w głowie. W końcu chcesz, żeby na świecie panował pokój, a żeby tak było, świat musi istnieć, a ty dokładasz swoje trzy grosze do efektu cieplarnianego. Nie wiesz do końca, w jaki sposób. Wiesz, że musisz się uspokoić, więc robisz sobie kawę, która podwyższy ci ciśnienie. Zaczynasz wątpić w logikę swoich poczynań. I słusznie, tylko nie wiesz, co to w ogóle zmienia.
Kawa oczywiście rozlewa ci się na notatki, bo przy wejściu do pokoju potykasz się o karton, w którym stoją książki autorstwa Fitzgeralda, Hemingwaya, Oates, Dickensa i wielu innych mistrzów literackich, którym nigdy nie dorównasz. 
No, oczywiście mógłbyś być jak Twardoch. Napisać kilkanaście powieści, w tym trzy świetne. Jeździć lśniącym merolem, pić wino i jeść dziczyznę w ekskluzywnych lokalach, pisać wtedy, kiedy masz na to ochotę, bo nie musisz chodzić do pracy na etacie… 
Mógłbyś? 
A gdybyś mógł, to czy byś chciał…?
Jedno jest pewne: na pewno nie chciałbyś być Katarzyną Michalak. 
Wchodzisz na fejsa, żeby pośmiać się z jej fanpejdża i od razu pisze do ciebie jedna z przyjaciółek. 
Przypominasz sobie, że jesteś płci żeńskiej, i że ta przyjaciółka to Zuza. Przypominasz sobie następnie, że nie jesteś tylko pisarzem, ale po prostu Emilką. Przechodzisz więc z narracji drugoosobowej na pierwszoosobową, lecz zostaję przy czasie teraźniejszym, żeby nie niszczyć do reszty psychiki Czytelnika (o Czytelniku trzeba myśleć zawsze). 
Zuza dorywa mnie na fejsbuku, bo chce się ze mną zobaczyć. Jest mi strasznie przykro, że nie mogę się z nią spotkać, ale mam plan: będę pisać. Zuza to rozumie, ja wiem, że ona to rozumie, ale i tak jest obu nam po prostu smutno i źle.
Siedzę więc w kuchni i piszę. Naprzeciwko mnie Jagoda uczy się słówek na jutrzejsze kolokwium. Tworzę pierwsze zdanie nowej książki. 
– Jagódka, mogę ci przeczytać? – pytam, dumna z siebie. 
– No – odpowiada, trochę podłamana, bo słówek tak dużo, że trudno to opisać; chyba jakieś siedem kartek. 
– „Ty kretynie jebany, ty chuju zasrany, ślepy krecie pierdolnięty, jedź, jak masz zielone!”
– No nie wiem, John Irving by tak napisał? – pyta sceptycznie.
– No nie, ale ja nie jestem Johnem Irvingiem.
– Ale chciałabyś być.
– Hm, nie do końca. – Nie tłumaczę już, jak to jest mieć autorytet literacki, i po co się go ma, bo to bez sensu, w sumie chciałabym być jak Irving i mojej Jagody nie oszukam. Kłamca kłamcy nigdy nie omami. Lepiej pisać dalej.
Powstaje pierwszy akapit, ale zanim go kończę, do kuchni wchodzi Adam. Pociera swoją kozią bródkę i częstuje nas winogronami. 
– Napisałam pierwsze zdanie nowej książki, chcesz posłuchać?
– No – odpowiada, trochę zmulony, bo jest po zdanym egzaminie i lampce wina, którą, notabene, też skonsumowałam przed przystąpieniem do pisania. 
Czytam. Adam marszczy brwi.
– No nie wiem, trochę wulgarne – wydaje wyrok. I odchodzi.
Kończę pisanie pierwszego akapitu, a do pomieszczenia wkracza dziarsko Bohar. 
– Hop-hop – rzuca beztrosko, przybijając Jagodzie piątkę na powitanie. 
Siada. Podżera winogrona i naleśniki, które spoczywają całkiem dystyngowanie na stole między moim laptopem po przejściach a Jagody notatkami, przez które ciężko jej przejść. Pytam Bohara, czy chce posłuchać pierwszego akapitu mojej nowej książki, ale pod warunkiem, że od razu skomentuje. Zgadza się.
– „Ty kretynie jebany…” – zaczynam.
– Chujowe – wpada mi w słowo.
Czytam całość:
– „Ty kretynie jebany, ty chuju zasrany, ślepy krecie pierdolnięty, jedź, jak masz zielone! –
Szoszana uważała, że trąbienie na innych kierowców jest przejawem skrajnego buractwa. Praktykowała o wiele subtelniejsze metody. Wyjąwszy z ust e-papierosa, opierała smukłe ramię o szlachetnej jak alabaster skórze na okiennej ramie, przechylała się na lewo i raczyła zakorkowaną ulicę soczystą wiązanką, od której większości ludzi więdły uszy, a niektórym nawet dusza w akcie zgorszenia”.
– No nie wiem – rozpoczyna wywód, jak każdy, zero kreatywności. – Ta więdnąca dusza całkiem ładna, ale początek… Hm. Niesmaczny.
– To może to będzie pierwszy rozdział, a wcześniej dodam prolog, bez wulgaryzmów?
Bohar się zgadza i rusza ze swoim życiem. To znaczy: idzie zebrać pranie z suszarki. Do Jagody dzwoni Karola, rozmawiają. Trochę o ciężkich studiach, trochę o jeszcze cięższych powrotach, poruszają też najcięższy z tematów, czyli zahaczają o facetów. 
A ja mam ochotę walić głową w klawiaturę, bo chyba zapomniałam, jak się pisze. 
Co będzie, jeżeli sobie nie przypomnę?
Tu nie ma epilogu, nie ma żadnego wniosku. Jest za to wieczór oraz bardzo nieudane zdjęcie moje i Adama, kiedy próbujemy zrobić sobie ładną, reprezentacyjną fotografię, która pasować będzie klimatem do tej notki na blogu. Ma być depresyjnie, ale z gracją. Wychodzi jak zwykle, czyli zupełnie odwrotnie. Fota tragiczna. Tylko filtr epicki. 

To jak to jest być pisarzem?
Chyba całkiem zabawnie. 

8 myśli na temat “To jak to jest być pisarzem?

  1. Bardzo fajny tekst, ale moim zdaniem upór i dążenie do celu może z każdego zrobić pisarza, wystarczy skorzystać z rozpisani.pl, wybitnego pisarza robią z autora dopiero czytelnicy 😀

Dodaj komentarz