Czasem zastanawiam się, czy Bóg jest kobietą, i czy zna cierpienie noszenia butów na wysokim obcasie. Innym razem zastanawiam się, czy Bóg nie jest kimś w rodzaju programisty, scenarzysty i grafika pracującego przy grze The Sims. Wizja Jaco van Dormaela trochę wpasowuje się w moje ludzkie wyobrażenie o Stwórcy. Może wstrząsnąć i rozbawić jednocześnie. 

Bóg chodzi w laczkach, ma na sobie niechlujny, zapewne cuchnący podkoszulek, cichą żonę i dwójkę dzieci. Starsze, JC, dało się ukrzyżować za ludzkie grzechy i jest tymczasowo nieobecne. Młodsze, córka Ea, właśnie wchodzi w okres buntu. Uważa, że ojciec, który spędza całe dnie przed komputerem, wymyślając rozmaite katastrofy, jakie mają dotknąć ludzi, zachowuje się żałośnie. Maluje paznokcie na czarno, wchodzi do biura ojca, wysyła ludziom na skrzynkę mailową datę ich śmierci i ucieka z domu przez pralkę, by napisać Zupełnie Nowy Testament.
Ea potrafi chodzić po wodzie, rozmawiać ze zwierzętami i słuchać muzyki, która gra w sercu każdego człowieka. Spotkawszy wybranych na chybił trafił nowych apostołów, odmienia ich życie na lepsze. Sama jednak nie ma spokoju. Zirytowany do granic możliwości, pobity na ulicy przez opryszków i głodujący ojciec depcze jej po piętach. 
Jeśli chcecie zobaczyć tańczącą na stole odciętą dłoń, zobaczyć, jak morderca zmienia się w chodzącego anioła, podążyć wraz ze stadem ptaków na Koło Podbiegunowe, posłuchać cudownej muzyki i pośmiać się z życia – polecam Wam ten doskonały przykład francuskiej komedii. Film pełen jest absurdu, polotu i prostych prawd, o których nigdy nie wolno nam zapomnieć, a co niestety zdarza nam się nagminnie. To obraz, po którym zrobi się lżej i cieplej na sercu. A jeśli jesteście fanami Amelii w reżyserii Jeana-Pierre’a Jeuneta, to Zupełnie Nowym Testamentem będziecie wprost zachwyceni.
8/10