IMG_0618

Fabryka życia #1 – Jesień w Dolinie Muminków, czyli…

 odległość ratuje i zabija, Warszawa to Chwila, no a ja jestem kupą, bo zapomniałam o urodzinach przyjaciółki

Tegoroczna jesień nadeszła dużo szybciej do Doliny Muminków, dlatego Mała Emi odczuwała wewnętrzne wkurwienie. Noce i poranki stały się już bardzo zimne, a do tego powroty do domu, do nowej siedziby Małej Emi i Małej Zuz, znacznie wydłużyły się z powodu zmiany lokalizacji. Odległość, jak sobie Mała Emi uświadomiła, to cicha morderczyni.

Oto piosenka na początek.

Ostatnie dwa tygodnie pracowałyśmy z Zuz, która odegrała ogromną rolę w procesie powstawania Piromanów, nad przywróceniem naszego nowego mieszkania do stanu używalności. W zakres czynności wchodziło m.in. wyszorowanie pralki szczoteczką do zębów, pomalowanie pokoju, czego nie zrobiłabym bez nieocenionej pomocy Agaty, mojej koleżanki z pracy i specjalistki z zakresu kontaktów z mediami (zgadnijcie, jakiego koloru mam ściany w sypialni!), dezynfekcja piekarnika i mnóstwo innych, o których wolałabym zapomnieć. W każdym razie: mieszkamy! Mamy dach nad głową, i to wspólny, a dom jest pełen miłości i wulgaryzmów.

Skoro zaczęłam już mieszkać, mogłam powrócić do wdrażania mojego diabolicznego planu o prowadzeniu usystematyzowanego życia. Kiedy pracuje się na pełen etat, wydawać by się mogło, że nic prostszego. Wstaje się, je, idzie do pracy, robi różne rzeczy dla szefa, wraca do mieszkania, spędza czas z najbliższymi, robi kilka rzeczy dla siebie (np. pije piwo, prowadzi bloga albo chodzi na zajęcia w klubie tańca), po czym idzie się spać i odlicza dni do weekendu.

Otóż nie. Cierpię na chroniczne przemieszanie z poplątaniem. Pracując, spędzam czas z ludźmi, za którymi przepadam, a gdy robię coś dla siebie, robię coś dla innych i to też w przyszłości może nazwę pracą – chodzi o blog i udział Ziemnego, który wreszcie udaje się powoli wyklarować.

IMG_0618

Niestety, nie udaje mi się na razie wyłudzić w moim tygodniowym rozkładzie jazdy czasu na pisanie książki. Wygląda na to, że będę, tak jak ostatnio, zmuszona do zamknięcia drzwi i odcięcia się od całego świata, co znowu odbije się na moim życiu towarzyskim. To nie jest tak, że wolałabym siedzieć na dupie i pisać, zamiast widzieć się z Wami, Pysiaczki. Nie. Po prostu będąc z Wami, czuję się czasami rozdarta, bo jest tak cudownie, a powinnam przecież robić coś innego. Za to kiedy piszę, znowu czuję niedosyt, że siedzę przed komputerem i wlewam własne życie w strony Worda, a prawdziwe życie przecieka mi przez palce… To jest to uczucie, którego chyba nigdy się nie pozbędę. Klątwa bycia pisarzem.

I tak, w poniedziałek, kiedy napisała do mnie Szaman, byłam w pełnej gotowości, by doskoczyć do niej na PKP, wyściskać serdecznie, przyjąć cudowną Rakiję i pokazać Poznań, moje miasto. Byłam bardzo poruszona tym przyjazdem, bo Szaman mieszka na stałe w Sofii, gdzie obecnie jest inżynierem Microsoftu, ale dla mnie zawsze będzie dziewczyną, która tworzyła niesamowicie dobre historie, i dzięki której uwagom tak naprawdę nauczyłam się pisać na dobrym poziomie. (Choć jeszcze wiele mi brakuje). I okazało się, że akurat w tym przypadku odległość nie ma zupełnie żadnego znaczenia. Można być blisko mimo upływu czasu i ponad półtora tysiąca kilometra dzielące Poznań od Sofii. Można czuć, że podobne spotkania odbywały się już miliard razy, mimo że było to tak naprawdę pierwsze.

No, ale we wtorek padłam na twarz z niewyspania i byłam zombiakiem, więc nawet nie pamiętam, co i czy w ogóle jadłam. Pewnie dlatego jestem znowu wstrętnym grubaskiem. Miałam chyba jeszcze pogadać z Cypkiem, tak mi podpowiadał kalendarz Google, ale nie byłam w stanie kiwnąć choćby palcem… To, co pamiętam, to miliard pięćset tysięcy telefonów, uniemożliwiających wypoczynek po pracy. Czyli, pomijając moje umiłowanie hiperboli, z dziesięć. Nie odebrałam. Wybaczcie.

W środę uświadomiłam sobie, że jest 10 sierpnia. Dziesiąty sierpnia. W związku z czym następnego dnia jest jedenastego sierpnia. 11 sierpnia. Data niezwykle dla mnie ważna, więc trochę mną wstrząsnęło, że to tak szybko. Tymczasem musiałam jednak załatwić kilka spraw i spotkać się z jubilatem Boharem.

I tutaj znowu, odległość występuje w roli wybawicielki. Z niektórymi osobami lepiej zachowywać dystans. Uważam, że to, iż ze sobą nie mieszkamy, wpływa bardzo korzystnie na naszą relację. Myślę, że ostatnie dziesięć miesięcy było świetnym okresem w moim życiu, również w dużej mierze dzięki Boharkowi, bo zdecydowanie częściej mnie rozbawiał zamiast irytować, a dzięki niemu nie czułam w sercu pustki (wielkich cisz, hue, hue). Niemniej, pamiętajcie: kiedy zaczyna Cię irytować sposób, w jaki ktoś wsypuje do miski płatki śniadaniowe, czas odejść.

W czwartek – Legion samobójców. Napisałabym Wam recenzję, ale nie mam pojęcia, co w ogóle oglądałam. Chyba gówno, ale o smaku landrynek. Nie lubię landrynek. Ale lubię Jareda Leto. Tylko czy to był trailer filmu, czy sam film? Naprawdę, nie potrafię się ustosunkować. A Wasze wrażenia?

Piąteczek, szalony piąteczek. Pozbyłam się wreszcie kluczy do starego mieszkania i pożegnałam na długi chyba czas łazarski rejon. Będę tęsknić za bieganiem po Parku Wilsona, dylematem, czy wysiąść z tramwaju właśnie przy parku, czy rynku, bo gdzie w końcu jest bliżej? Pięknymi, doskonałymi wręcz kamienicami przy Strusia i Matejki, a także strzelistą wieżycą Kościoła św. Anny, będącą stałym, solidnym punktem, wmalowującym się w pejzaż z mojego okna.

 

Z pracy szybko do Zimnego i Jadzi, i moc, moc, moc czerwieni! A także analizowanie własnej osobowości. Na podstawie jakiegoś magicznego artykułu, Jadwiga osądziła, iż mam osobowość histrioniczną, z czym się zgadzam. Absolutnie. Patrząc na sprawę z zewnątrz, gdybym miała styczność z osobą, która ma ogromne trudności z byciem asertywnym, bardzo płytko podchodzi do tematu fizyczności i łapie doła, kiedy nie jest w centrum uwagi, to chyba bym takiego człowieka po prostu zaciukała wykałaczką. Tymczasem, po głębszej analizie, zespół cech, jakie pasują do osobowości histrionicznej i są postrzegane przez większość społeczeństwa jako wady, bardzo łatwo przekształcić w zalety. I wiecie co? Chyba napiszę o tym szerszy artykuł. 13671729_559987027526739_1080420436_n

W piątek złapała mnie jeszcze Weronika i pociągnęła nad Wartę. Odległość po raz trzeci objawiła się jako bohaterka. Dzięki byciu nieco odseparowaną od życia Weroniki mogę obserwować i cieszyć się jej rozwojem. Najważniejsze chyba jest to, że nieważne, kiedy, wiem, że mogę liczyć na jej pomoc. Bardzo cieszę się, że z dzieciństwa zostali mi jeszcze przyjaciele. Cudowne uczucie. Siedzieć nad rzeką, pić i zastanawiać się nad dylematami, które w skali kosmosu są totalnie bez znaczenia. A dla nas wydają się być często końcem świata…

Ale piątek nie byłby piątkiem, gdyby miał się skończyć za szybko. Trzeba było znowu gnać na Łazarz, przywitać się z nim jako gość, nie mieszkaniec, opowiedzieć historie moich dawnych miłości, które skrywają suszone kwiaty, jakie zachowuję na pamiątkę i trzymam w plastikowym kubku ze Starbucksa oraz butelce po Jagermeistrze, pośmiać się, poprzytulać, pozachwycać… I niemalże od razu wskoczyć w pociąg do Warszawy.

To jest właśnie to, dlaczego nie mogę się do Warszawy przekonać. Jest piękniejsza w nocy niż za dnia. Neony w godzinach około północnych potrafią naprawdę zachwycić i wmówić, że jest się właśnie w centrum wszechświata. Ale kiedy pierwsze promienie słoneczne ukazują setki niedopalonych papierosów na chodnikach, porozrzucane butelki po piwie, zielsko na rabatach pod Pałacem Kultury, a zewsząd rozlega się odgłos wymiotujących żuli, nie jest już tak cudownie. W Poznaniu to by po prostu nie przeszło. Na schodach pod Ratuszem nie leżą pijacy, tylko młode pary, pozujące do zdjęć. Rabaty w parku Mickiewicza są przepięknymi kwiatowymi dywanami, na przykład w kształcie klucza wiolinowego. Fontanna na Malcie lśni wytwornie w promieniach słońca, a w nocy mieni się kolorami tęczy. Można wszędzie dotrzeć pieszo i czuć się bezpiecznie, nawet, gdy przyjdzie się spotkać z piątką dresów, którzy koniecznie chcą cię odprowadzić do domu…

Ale zobaczyłam, na czym polega magia telewizji i bardzo się z tego ucieszyłam. W skrócie: byliśmy z Matim na nagraniu do The Voice od Poland w charakterze publiczności. Myślę, że wiele chwytów producenckich i reżyserskich będę wykorzystywać w swoim życiu. Są po prostu użyteczne. Dlatego z tej wyprawy bardzo się cieszę, nawet jeżeli tylko chwilę mogliśmy spędzić w klubie Chwila, który zawsze tak bardzo poleca Karol Paciorek. Klimat jest naprawdę niezapomniany. Tanie piwo i portret Radosława Kotarskiego tuż przy wejściu. W drodze do ubikacji – tablica życzeń, a w samej kabinie – William S. Burroughs nad spłuczką. To się nazywa magia!

Untitled design (3)

I dlatego teraz umieram, dopijając drugą kawę, pisząc posta i ładując odcinki daily vloga Krzyśka Gonciarza. Przez cały tydzień nie obejrzałam ani jednego nagrania. Biję się w piersi. Jestem zatrwożona, bo Gonciarz naprawdę stał się ostatnimi czasy moim autorytetem i stopą, która kopie mnie w tyłek, popychając do działania. Teraz tylko kilka rzeczy, które wypada zrobić: posprzątać dom (bueh… co za strata czasu, to sprzątanie, ale co poczniesz, co poczniesz, co?), stać się piękną dzięki długiej kąpieli w wannie (mam wannę, jupiiiii!) i jechać do Paproci, gdzie się wychowałam, odwiedzić państwo lordostwo-rodzicostwo. Istnieje podejrzenie, że się za nimi stęskniłam.

Postanowienia na najbliższy tydzień:

  • zorientować się, jak idzie Polakom na olimpiadzie,
  • zaopatrzyć się w pieniądze i ich nie wyrzucać w błoto, jak przez ubiegłe dwa tygodnie,
  • oglądać Gonciarza,
  • wreszcie skończyć lekturę jakiejkolwiek książki,
  • mniej latać,
  • więcej instagramować,
  • histeryzować bardziej w Wordzie niż w życiu.

I choć mogłoby się wydawać, że to koniec na dziś… Choć tak właśnie mogłoby się wydawać…

Coś mnie gryzło w tym tygodniu, coś mi uciekło. Ten jedenasty sierpnia.
Kiedy wreszcie zrozumiałam, że nagle jest trzynasty sierpnia, a wczoraj nie był dziesiąty sierpnia, tylko jeszcze po drodze dwunasty, pomyślałam sobie na ułamek sekundy, iż filozofia slow life chyba ma pewien sens. Gdybym zwolniła na tyle, by zobaczyć zmieniające się daty w telefonie, nie czułabym się taką wielką kupą. Bo czuję się kupą. Przez to, że zapomniałam o jedenastym sierpnia.

Bowiem jedenastego sierpnia 1992 roku, w Grodzisku Wielkopolskim, na świat przyszła pewna szczególna istotka. Przez bardzo długi czas nosiła włosy w kolorze gorzkiej czekolady splecione w dwa symetryczne warkoczyki. Była pierwszą osobą, która podarowała mi składankę na płycie CD. Dzięki niej odkryłam potęgę rocka. To z nią leżałam na skrzypiącym tapczanie w żółto-niebieskim pokoju, ucząc się imaginować równoległe światy. Zawsze była jedną z najbystrzejszych osób, jakie znałam. Zazdrościłam jej ciętej riposty, zdolności do szybkiego przyswajania materiału, rozeznania w świecie literatury i mocnego charakteru. Wniosła w moje życie dużo więcej niż wszyscy pozostali przyjaciele, choć nikomu nie chcę ujmować. Ją po prostu znam najdłużej. To ona była moim pierwszym czytelnikiem, gdy tylko marzyłam o byciu pisarką. To ona wysłuchiwała (i wciąż wysłuchuje!) moich jęków za chłopakami będącymi poza zasięgiem. Za to będę jej ogromnie wdzięczna. Aż do śmierci, ponieważ nasi przyszli potencjalni mężowie (to znaczy ja za bardzo nie chcę mieć, ale jak wpadnie, no to mówi się trudno i żyje dalej) nie będą mogli nas poznać nigdy tak dobrze, jak my siebie nawzajem. To ona była Christiną Yang, a ja Meredith Grey.

Untitled design (4)

Joł, Julitens. Jestem chujową przyjaciółką. No już gorzej nie mogłaś trafić. Przyjaźnić się z kupą. To musi być na pewno niefajne. Chciałabym to zwalić na odległość, na jej niszczący wpływ, ale, jak widać, w większości przypadków odległość wcale nie przeszkadza, jest wręcz pomocna. Strasznie Cię przepraszam, nawaliłam. Ty pamiętałaś, ja nie. Nie usprawiedliwiam się. Wróć z tej Japonii i mnie ogarnij. Jeżeli będziesz miała ochotę.

Tymczasem życzę Ci, żebyś w ciągu tych ostatnich kilkudziesięciu dni, które jeszcze pozostały Ci w kraju kwitnącej wiśni i góry Fuji, spotkała się ze swoim Ogurim, nie wpadła w szczelinę podczas trzęsienia ziemi i po powrocie do Polski dała się poznać na nowo. Żebyś rozwinęła skrzydła. Żebyś realizowała wszystkie swoje plany i przedsięwzięcia, jak zawsze.

Żebyś latała.

Oto piosenka na koniec.

PS. To jest pierwszy odcinek weekly bloga. Jeszcze nie wiem, jak się go pisze, więc chętnie przeczytam o Waszych wrażeniach, jeżeli kogokolwiek udało mi się zainteresować na tyle, by zmęczył tekst choć w połowie.

 

3 myśli na temat “Fabryka życia #1 – Jesień w Dolinie Muminków, czyli…

  1. Pisz dalej tego WB, błagam!
    I cała nowa fabryka w takiej formie bardzo mi się podoba.
    Zalecam zainstalowanie disqusa do komentowania. 🙂

  2. Zapamiętałaś Ogura, jak zwykle najbardziej żenujący i MOJOWY fragment rzeczywistości 😀 Doceniam, dodam też, że spróbuję kupić bilety na spektakl z nim na 12 września w Tokio, ale to się nie uda, bo grają tylko raz i na pewno nie starczy, zwykle rozchodzą się w ułamku sekundy. Ale spróbuję! Jak widzisz, nie zmieniam się. Nie jestem też w połowie tak dobra, żebyś przejmowała się pominięciem jednej daty. Widzisz, komentuję to dopiero 20 sierpnia!

Dodaj komentarz