deathnote

Notatnik śmierci by Netfilm w reżyserii Adama Wingarda, w skrócie: syf

Zaznaczę od razu: będę bezwzględna, bo czytałam mangę i oglądałam anime. Mało tego, widziałam też japońskie kinówki, które aż mnie wykręcały podczas oglądania. Łudziłam się, że kiedy Amerykanie wezmą się za reżyserkę epickiej historii o desu nôto, zrobią to po prostu lepiej. Wszystko, czego było potrzeba, to poważne podejście do tematu. I tego właśnie w tym filmie zabrakło.

Death note to nie jest jakaś tam opowiastka, półprodukt popkultury, którym można się było na chwilę zachłysnąć. Nie. Przedstawione w mandze i anime losy bohaterów wrastają w oglądającego i wstrząsają nim z każdym kolejnym odcinkiem, zmuszając do intensywnego rozmyślania. Czym jest dobro? Co tak naprawdę oznacza być sprawiedliwym? Co jest ważniejsze: lojalność czy etyka? I jak to możliwe, że zdarzają się takie momenty w życiu, kiedy te dwie wartości stają w opozycji do siebie? Co się dzieje po śmierci, która… czym jest tak naprawdę? Karą czy nagrodą?

To są pytania, nad którymi większość dorosłych ludzi się nie zastanawia. Chodzą do swojej pracy na etacie, wychowują dzieci tak, by dobrze się uczyły i nie przynosiły wstydu, wyjeżdżają na wakacje raz do roku i niewiele ich interesuje. Wyobraźcie sobie zatem, że grom powyższych pytań spada nagle na nastolatków pod wpływem kilku odcinków ściąganego z neta serialu animowanego. Jaka to wielka rzecz dla ich psychiki. Jak rozwijają się, rozmawiając na filozoficzne tematy na forach oraz przerwach między biologią w religią w szkole.

A teraz włączcie sobie soundtrack z anime i posłuchajcie, choć przez chwilę.

Co więcej, manga i anime to pochwała intelektu, zdolności dedukcji oraz wybicie ze zwykłego rytmu przeciętnego odbiorcę. Otóż dwójka głównych bohaterów, wiedząc, jak zakończy się ich relacja (któryś zginie – lecz który pierwszy?) zostają kimś w rodzaju najlepszych przyjaciół. Jak można darzyć kogoś uczuciem przyjaźni bądź miłości, kiedy podejrzewa się go o bycie największym zbrodniarzem? Dlaczego ludzie, choć na pozór tak różni od siebie, są w gruncie rzeczy identyczni?

Wobec powyższego należałoby wykazać trochę szacunku do pierwowzoru i poruszyć w filmie choć ze trzy wybrane etyczne kwestie. Ale nie. Twórcy scenariusza stwierdzili najwyraźniej, że chała, którą przygotują, i tak się sprzeda, bo nazwa do czegoś zobowiązuje. Co zatem nam postanowili zaserwować widzom podczas koszmarnego seansu? Tlenionego Lighta, który jest skrzywdzony przez los, bo jakiś przestępca zabił mu matkę, brzydką, nudną scenografię, bezsensowną bieganinę z pistoletem, który wygląda jak zabawka dla dzieci oraz totalny brak logiki. Idealny przepis na odmóżdżenie dla małolatów. Choć mogło być zupełnie inaczej…

Zacznijmy od tego, że o ile Nat Wolff może jeszcze postarać się wyglądać inteligentnie, o tyle z bezwzględnym geniuszem zła, aspirującym do roli boga, bardzo ciężko byłoby go pomylić. W Notatniku śmierci jego postać jest więc siusiumajtkiem-półsierotą, który korzysta z tytułowego notatnika, by ukarać zabójcę swojej matki i łobuziaka z ogólniaka, przez którego na początku filmu wylądował w kozie. Nie takiego Lighta chcieliśmy widzieć na ekranie, prawda? Przez Wolffa pomyślałam przez chwilę, że to parodia Death Note’a. Kiedy zaczął krzyczeć na widok boga śmierci, Ryuka (obdarzonego głosem przez samego Willema Dafoe, no chociaż tyle dobrego), zaczęłam się zanosić śmiechem. Dawno już się nie śmiałam podczas seansów. (Ostatnio chyba podczas ekranizacji Mrocznej Wieży, miałam jakiś groteskowy sen w kinowym fotelu…).

O grze aktorskiej Lakeitha Stanfielda w roli L’a raczej się nie wypowiem, bo jej nie było. Koleś fajnie biegał taki przygarbiony, i to jedyne, co mogę o nim powiedzieć. Jego postać była totalną wydmuszką. Z zewnątrz totalnie przejaskrawiona, w środku pusta. W dodatku… L zdenerwowany? Tudzież wkurwiony? Co. Ja. Pacze.

Najważniejszy wątek Notatnika śmierci został w ogóle wycięty w wersji Netfilmu. L i Light ledwo nawiązują kontakt.

Może dlatego fabuła była tak poszatkowana? Bo zamiast snuć kapitalny dramat psychologiczny, przypominający partię szachów między Anderssenem a Kieseritzkym, skupiono się na przestępcy bez jaj i ścigającym go śledczym, który pracuje intensywnie na cukrzycę. Ideał sięgnął bruku. Finał oczywiście musiał mieć miejsce podczas szkolnego balu. Amerykanie są jacyś zafiksowani na punkcie promów. Nie wiadomo zatem, w jaki sposób L wpadł na podejrzenie, że głównym złoczyńcą jest Light, ale wiadomo, że bez tańca-przytulańca nie ma filmu dla nastolatków.

Byłabym może w stanie to kupić, gdyby Notatnik śmierci w reżyserii Adama Wingarda był jeszcze ładnie zapakowany. Wiecie, cukierki w złotych papierkach smakują lepiej niż te w przezroczystej folii, nawet jeśli i jedne, i drugie są mordoklejkami. Niestety. Muzyki totalnie nie pamiętam, a scenografia… hm, była jakaś? W głowie pozostała mi tylko scena z diabelskim młynem. A przecież w anime, narysowanym wręcz ascetycznie, są piękne, proste sceny, które tak epicko obrazują to, co czeka bohatera! Damn!

 

Krótkie podsumowanie: jestem potwornie rozczarowana. Okropny jest ten rok 2017 pod względem filmów. Ostatecznie odsyłam wszystkich do mangi oraz anime, a filmowi daję przepełnione goryczą

2/10.

 

5 myśli na temat “Notatnik śmierci by Netfilm w reżyserii Adama Wingarda, w skrócie: syf

  1. Mignęło mi gdzieś na fejsie porównanie sceny z Raito widzącym pierwszy raz Ryuka w anime i w tym filmie <3 Parsknęłam srogo! Więcej z amerykańskiej wersji nie widziałam i utwierdzasz mnie w przekonaniu, że to dobrze 🙂
    P. S. Zaznacza mi komentarz jako spam, co robię źle? 🙁

  2. Eee tam, spodziewałam się więcej jadu, nie jest tak źle 😉 anime widziałam i pamiętam, że było fantastyczne… a dzięki Tobie teraz, nie zepsuję go sobie tym tworem ^^

  3. Oj tak, twórcy kompletnie nie zrozumieli, o czym jest oryginał, zrobili sobie coś i ukradli tytuł. Przez to jeszcze bardziej boję się o Wiedźmina – choć bardziej niż polski serial chyba nie spieprzą…

Dodaj komentarz