Gdybym miała Wam streścić Purezento Joanny Bator, zamknęłabym się z łatwością w jednym zdaniu. Główna bezimienna bohaterka wyjeżdża do Japonii, tam uczy się sztuki sklejania naczyń, która to pomaga kobiecie dojść do siebie po stracie ukochanego. Podejrzewam, że książki Katarzyny Michalak mają bardziej skomplikowaną fabułę. Ale to nie znaczy, że książka nie jest warta przeczytania. Wręcz przeciwnie!

Zacznijmy jednak od tego, co widać gołym okiem.

A widać fenomenalny projekt autorstwa Jaśka Krzysztofiaka, który popełnił wcześniej okładki do choćby nowego wydania Przygody fryzjera damskiego Eduardo Mendozy czy Władcy much Williama Goldinga. Opakowanie Purezento wygląda zatem niebywale efektownie i sprawia, że książka, abstrahując już od tego, co dzieje się w środku, jest faktycznie bardzo dobrym pomysłem na prezent.

Dla kogo?

Dla osoby, która potrzebuje zwolnić, tak jak główna bohaterka.

Jak wspomniałam wyżej, fabuła książki jest naprawdę ascetyczna. Tak naprawdę wszystko w Purezento trąci oszczędnością. Krótkie zdania (które na początku czytało się bardzo dobrze, niestety po pewnym czasie zaczęły mnie nieco irytować), dialogi, bohaterowie… Wszystko to przypomina obraz, w którym jest sporo białych plam, a jednak jest kompletnym dziełem sztuki. Czytelnik po prostu musi sobie więcej wyobrażać, by samemu dopełnić kompozycji Joanny Bator.

No, chyba że chodzi o opisy nowej przestrzeni, w jakiej znalazła się bohaterka po opuszczeniu Polski.

Początkowo totalnie mnie oczarowały, później zaś przywykłam do nich na tyle, że straciły dla mnie urok, dokładnie tak, jak w przypadku lakonicznej narracji. Oglądaliście może jakiś film wyprodukowany przez Studio Ghibli? Choćby Spirited Away (mój ulubiony)? Sceneria otaczająca bohaterkę Purezento jest dosłownie wyrwana z tej japońskiej animacji. Zresztą, narratorka sama wspomina o tym tytule (powołuje się na bohaterki filmu, bliźniacze czarownice, Zenibę i Yubabę). Bator maluje przed czytelnikiem magiczne wręcz krajobrazy miejskich przedmieść, pokazując, że żyjący tam ludzie wciąż potrafią być blisko tajemniczej natury. W przystępny, subtelny sposób opisuje także zapachy, smaki, dźwięki i… doznania cielesne. Zbliżenie między bohaterką a jej wybrankiem zostało przedstawione w sposób bardzo smaczny i wyważony.

Kocha się tego, komu najbardziej pragnie się opowiadać.

Do gustu przypadły mi rownież takie porozsiewane po tekście złote myśli. Być może dla niektórych będą śmieszne w swej prostocie, ja jednak prostotę miłuję i takie słodkie oczywistości idealnie trafiają do mojego serca. Albo zerknijcie na ten dialog:

— Mądrość wynika z dobrze zadanych pytań.

— Nawet, jeśli nie pozna się odpowiedzi?

— Nawet, jeśli nie ma jeszcze odpowiedzi.

W ogóle sztuka kintsugi, którą Bator uczyniła motywem przewodnim Purezento, czyli łączenie popękanych elementów ceramiki płynnym złotem, jest warta uwagi. Razem z bohaterką możemy się nauczyć (albo sobie uświadomić lub przypomnieć), że nie wszystko warte jest naprawienia. Część przedmiotów warto wyrzucić z naszego mieszkania, tak jak część spraw, a może nawet ludzi, warto odsunąć z naszego życia. Mamy do tego prawo. Co więcej, zrobienie porządku i podjęcie decyzji, jest niezbędne dla naszego zdrowia fizycznego oraz psychicznego.

Bo Joanna Bator porusza też temat depresji po utracie ukochanej osoby. Z wielką wprawą pisze o pewnym oddzieleniu bohaterki od reszty świata. I smutno mi z tego powodu, bo tylko ktoś, kto niewątpliwie przeżył taki dramat, potrafi oddać w tak wierny sposób pustkę, odrealnienie i niechęć do czegokolwiek. Również relacje głównej bohaterki z matką, dalekie od poprawnych, są przedstawione w sposób do bólu autentyczny.

Czas poświęcony tej lekturze na pewno będzie obftować w kilka refleksji. Nie jest to jednak książka dla każdego. Jeśli jesteście miłośnikami wartkiej akcji i pełnokrwistych bohaterów, to trzymałabym się od Purezento na Waszym miejscu z daleka. Ale jeśli lubicie subtelne, wolne i lekkie historie, ta z pewnością będzie dla Was idealna.

Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Znak.

logo znak