SHARE WEEK 2018

SHARE WEEK 2018

Andrzej Tucholski jest dla mnie synonimem słowa blogowanie.  Gdyby nie jego działalność jeszcze za czasów jestkultura.pl, nie odnalazłabym swojego miejsca w sieci. W tym roku pierwszy raz biorę udział w jego akcji Share Week. To już siódma edycja, a ja dopiero teraz ośmieliłam się w niej wystartować. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: jeszcze dwa lata temu nie czytałam blogów. Blogosfera była tak zaśmieconym miejscem, taką chaotyczną społecznością, że nie miałam swojego zakątka sieci, nie licząc kilku blogów, których autorki recenzowały książki. Kilka lat temu działałyśmy razem z dziewczynami w blogowym świecie fan fiction. Pisałyśmy tasiemce osadzone w świecie Harry’ego Pottera, Bleacha czy Eragona.  Oceniałyśmy literackie wyczyny innych osób. Potem rozeszłyśmy się w różne strony.

I dopiero niedawno, zupełnie nieświadomie, zrozumiałam, że moje serce zostało skradzione przez kilka blogów, na które mimowolnie powracam. Nie zawsze pamiętam, od kiedy zaczęłam przygodę z czytaniem wpisów konkretnego autora, ale cały czas w głowie kołacze mi się kilka adresów. Głównie są to blogi tworzone przez kobiety z charakterem, o wielkich sercach i umysłach. Ale niespełna dwa miesiące temu trafiłam na genialny blog, o którym napiszę na samym końcu. To zdecydowanie odkrycie tego roku.

Zacznijmy wszak od początku.

Kogo polecam podczas SHARE WEEK 2018?

Riennahera

riennahera

Nie wiem, czy ją lubię. Czasem jej wpisy wbijają mnie głęboko w ziemię, przypominając, że jestem tylko człowiekiem. Choć otacza się przepięknymi rzeczami, bywa, że irytuje mnie jej materializm. Nie wiem, może zazdroszczę jej wyczucia stylu, którego mi zdecydowanie brakuje.

Abstrahując od powyższych, czytam bloga Marty już od wielu lat i nie mogę przestać. Nawet, jeśli nie do końca potrafię ją polubić czy zrozumieć, odczuwam w ogromnej mierze to samo. Lektura niektórych wpisów sprawia, że jest mi mniej samotnie. Szanuję przeogromnie za subtelne poczucie humoru, wyważony język i lekkie pióro. I piękno Instagramu. Jeśli miałabym się od kogokolwiek uczyć, jak prowadzić konto, wykupiłabym warsztaty od Riennahery.

Pani Miniaturowa

miniaturowa

To z kolei kobieta o wiele bardziej energetyczna. Wyrzuca z siebie teksty z szybkością karabinu maszynowego. Pisze prosto i szczerze, humor ma dosadny, pióro zamaszyste. Lektura jej bloga zawsze poprawia mi humor i dodaje animuszu. Siła, która bije z tych tekstów, potrafi naprawdę dać niezłego kopa. Pani Miniaturowa to wspaniała kobieta, która jest dla mnie zwyciężczynią w każdej życiowej kategorii. Jeśli coś Was przerasta, polecam przeczytać obojętnie który wpis i od razu poczujecie się mocniejsi, gwarantuję.

Lady Pasztet

ladypasztet

Styl i klasa. To właśnie Lady pokazała mi piękno feminizmu. Poleca rewelacyjne książki, świetne seriale i pisze o świecie, w którym jest pełno niesprawiedliwości dla naszej płci, ale też piękno tego, że nie poddajemy się i wciąż idziemy do przodu. Każdy wpis jest bardzo mądry, wartościowy, przemyślany oraz dopracowany. Traktujący o zwykłej codzienności, ale pełen wzniosłości, której często tak nam w życiu brakuje.

Żadna kolejna miłostka

plusa

Marta to wojowniczka i pisarka. Silna, młoda kobieta, która nie boi się krzyczeć, że feminizm to super sprawa, a orgazm jest lepszy od gotowania. Głosi bez jakichkolwiek oporów, że dobrze jest pracować nad swoim silnym duchem i silnym ciałem. Swoim przykładem pokazuje, że jak czegoś chcesz, to możesz to osiągnąć, nawet jeśli inni próbują Cię zatrzymać. To kobieta-drapieżnik, której teksty potrafią być jednocześnie ostre jak żyleta i słodkie jak różowy lukier.

Dopracowani

dopracowani

Oto blog kobiety pracowitej, uzdolnionej artystycznie i mającej najsłodszego buldoga w polskiej blogosferze. Bombur jest po prostu boski. Magda Ostrowska pokazuje, że biznes może i jest trudny, wymaga mnóstwo zaangażowania oraz bywa problematyczny, ale przy tym niesamowicie rozwija, daje mnóstwo satysfakcji, wyzwala w nas nowe pokłady energii oraz uczy mądrości i człowieczeństwa. Najważniejsze, to nigdy nie zapominać o sobie i robić wszystko z miłością. Tak, gdy w pracy ciężko albo potrzebuję inspiracji czy motywacji, wówczas zaglądam właśnie tu i szczerze polecam!

Bezdzietnik

bezdzietnik

To jedno z najnowszych i najmilszych blogowych odkryć. Wiecie, jestem jedynaczką i jakoś szczególnie nie narzekam z tego powodu, ale gdybym miała mieć siostrę, chciałabym, by była tak miła, szczera, zabawna, mądra i śliczna jak Edyta. Życiowy minimalizm, podróżowanie, siła ducha i uśmiech – tego wszystkiego doświadczycie, czytając Bezdzietnik. To blog pisany w bardzo świadomy sposób, choć jednocześnie lekko i ironicznie. Z pazurkiem, powiedziałabym, który nie rani, ale drapie po łepetynie, zmuszając czytelnika do myślenia.

No i na tle tych wszystkich piszących kobiet, tych artystek, rzemieślniczek, przedsiębiorczyń i wojowniczek…

On.

Storyofalife.pl

story

Młody, czarujący, o wyrazistym spojrzeniu, którego miałam okazję poznać osobiście. O ogromnym talencie publicystyczno-literackim, o zaraźliwej pasji do ludzi, zdolny niesamowicie, głodny życia, pozytywny wariat. Świetny fotograf przy okazji. Dziennikarz. Podróżnik. Fajny ziomek. Jego teksty są jak wiatr pachnący wolnością, bo ich lektura przenosi nas do najdalszych zakątków świata oraz naszych własnych serc, by lepiej je poznać. To, co normalne, potrafi przedstawić w niezwykły sposób. To, co zaskakujące, opisuje prosto, by każdy czytelnik zapragnął zrozumieć i przestać się dziwić. Jeździ rowerem po Polsce i puka do drzwi obcych ludzi, by pokazać prawdziwość i szczerość.

Krzysztof Story.

Kurczę, Krzyś, wiesz, o czym mi przypomniałeś? O patosie w zwykłych rzeczach, o tym, że każda przeżyta chwila zasługuje na wzniosłość, bo życie jest cudem. Bardzo Ci za to dziękuję.

Jeśli jesteś tym, co czytasz (a wiemy, że tak jest), stałam się już stuprocentową feministką z nutką podróżniczki. Ale nie ma co się szufladkować. Co rok, to obyczaj, zobaczymy, czy przyniesie kolejny rok, co mam zamiar uczestniczyć w akcji również w kolejnych latach (skoro opuściłam już sześć wcześniejszych edycji, muszę się zrehabilitować). A Wy dajcie mi znać, co czytacie, skoro teraz już wiecie, jakie są moje blogowe typy i możecie polecić coś podobnego.

Serdeczności!

Wasza

Emilia

Jak zacząć przygodę z urban jungle? Najłatwiejsze w uprawie rośliny doniczkowe

Jak zacząć przygodę z urban jungle? Najłatwiejsze w uprawie rośliny doniczkowe

Nie będę z siebie robić specjalistki, bo pierwszą roślinkę (lucky bamboo) dostałam rok temu od Cioci Ebi i jej świeżo upieczonego małżonka, ale w kwestii rozpoczynania uprawy roślin doniczkowych jestem ekspertem. Taką pro-ogrodniczką na poziomie zielonego amatora. Uparcie raczkuję w świecie chlorofilu. A skoro moje dwadzieścia roślin jakoś przetrwało ostatnie miesiące, to i Was chciałabym zachęcić do wypełnienia mieszkań żyjącym zieleniakiem. Bo że warto, to już pisałam TUTAJ i wciąż podtrzymuję! Jak zatem zacząć przygodę z urban jungle?

Wybierz rośliny, których nie zabijesz.
To nie jest tak, że nie masz ręki do kwiatów. Po prostu pewnie nie masz czasu na dbanie o nie tak, jak tego potrzebują. Kwiaty są jak ludzie, mają różne upodobania i potrzeby. Jedne lubią cień, ciepło i wilgoć (zwłaszcza te sprowadzone do nas z okolic równikowych), inne kochają słońce nie znoszą nadmiaru wody (np. pustynne sukulenty). Ale są gatunki, którymi wcale nie trzeba się specjalnie przejmować, a dzięki nim w domu zrobi się od razu przyjemniej!

Ice Cream Party (3)

Eszeweria to bardzo modny ostatnio sukulent, którego ponętne mięsiste kształty liście zauroczyły już niejednego domowego ogrodnika. Lubi słońce i ciepło, nie wymaga częstego podlewania. Bardzo łatwa w utrzymaniu.

Jeśli chodzi o draceny, to mamy mnóstwo odmian tej rośliny. Wszystko sprowadza się jednak do tego, że lubi przeciętniactwo. Nie za dużo wody (jak widzimy, że ma sucho, trochę podlewamy), nie za jasno, nie za zimno.

Bluszcz, czyli jeden z moich ulubieńcow, dobrze czuje się w chłodzie, więc nie trzeba zmieniać mieszkania w tropik, by mu dogodzić. W zasadzie wysoka temperatura może go zabić, dlatego pamiętajcie, jeśli macie bluszcz, nie hajcujcie zimą za bardzo w piecu.

paprotka

Paprotka wcale nie jest taka łatwa i taka pierwsza lepsza z brzegu, jak mogłoby się wydawać. Ale warto ją mieć ze względu na przesąd, że jest zwiastunem pomyślności finansowej. Zimą podlewamy raz w tygodniu, latem od jednego do trzech, patrzymy, by ziemia była wilgotna. Najlepiej czuje się w stanowisku lekko zacienionym. Lekko, powtarzam, nie stawiajcie jej w kącie między lodówką a zmywarką, nie opłaci się Wam.

Sansewieria, czyli język teściowej, czyli też wężownica, tak jak eszeweria jest sukulentem, atrakcyjnym wizualnie i wdzięcznym w uprawie. Lubi światło, ale zniesie jego brak. Z wodą to samo. Będzie rosnąć tam, gdzie inne kwiaty wolą kopnąć w kalendarz. Na przykład w ubikacji przy małym lufciku albo w ciemnej biurowej suterenie.

Lucky bamboo, czy po polsku szczęśliwy bambus (trochę rasistowskie, ale dobra), to tak naprawdę inna odmiana draceny, o której pisałam kilka zdań wyżej. Nie potrzebujecie nawet ziemi i doniczki, by uprawiać ten rodzaj zieleniny, wystarczy flakon i woda. I spryskiwacz. Wodę we flakonie wymieniamy raz na dwa tygodnie (wcześniej warto ją przegotować i wystudzić), natomiast liście spryskujemy letnią wodą wedle upodobania. Im częściej, tym lepiej, bambus będzie się bardzo cieszyć.

zamiokulkas

Zamiokulkas, podobnie jak sansewieria, przetrwa chyba wszystko. Podejrzewam, że wybuch bomby atomowej też nie zrobiłby na nim wrażenia. Jest niewzruszony. Nie oznacza to, że masz go kopać i gryźć, ale nie potrzebuje zbytnio ani wody, ani słońca. A cały czas jest piękny i zielony. Ideał po prostu.

Zielistka, po angielsku spider-plant, jest bardzo płodną zieleninką. Rośnie jak szalona, a potem strzela kłączami, na której dyndają jej maleńkie wersje. Wystarczy ją podlewać, kiedy będzie miała sucho. I od czasu do czasu spryskać listki, bo tak jak lucky bamboo, bardzo to lubi.

azalia

I dochodzimy do azalii. Azalia nie jest najłatwiejsza, ale nietrudno o nią zadbać, a jej liście są tak piękne, że warto się poświęcić i zapamiętać kilka ciekawostek na jej temat. Jeśli będziemy o nią dbać, rozkwitnie pięknie i obficie. Co zatem robić? W zimie postawić na parapecie. Lubi bowiem słońce i chłodną temperaturę, którą może znaleźć tuż przy szybie. Ważne jest, by miała stale wilgotno. Jak będzie miała sucho, to już po niej. Nie możecie do tego dopuścić, azalia lubi pić!

Krok pierwszy za Wami. Wiecie, jakie rośliny kupić, żeby nie zmarniały. Teraz możecie zacząć wypełniać swoje mieszkanie kochaną zieleninką. Powodzenia! A jeśli znacie jeszcze inne gatunki, które są bardzo łatwe w uprawie, koniecznie napiszcie o tym w komentarzu.

Wojciech Kuczok – Czarna

Wojciech Kuczok – Czarna

Kiedy wracałyśmy z Warszawskich Targów Książki, kisząc się w przedziale pociągu telepiącego się w żółwim tempie do Poznania, próbowałam spać. Agata zaś czytała Czarną Wojciecha Kuczoka. Za każdym razem, gdy otworzyłam oczy, Agata dalej czytała. A tuż przed dotarciem na dworzec, Agata zamknęła książkę i powiedziała, że jest jej bardzo przykro. Agata wykazuje się często ogromnym hartem ducha. Po raz kolejny to zrozumiałam, kiedy po lekturze Czarnej nie mogłam przez długie minuty dojść do siebie, wyjąc w poduszkę.

Ludzie są niesprawiedliwi. Zwłaszcza ci, którzy wierzą w dobro i zło, że świat jest albo biały, albo czarny, a uważając, że pomagają, krzywdzą najdotkliwiej. Ale może od początku.

Czarna to niewielka mieścina na wschodzie Polski, gdzie wszyscy się znają. Jeremi, właściciel zakładu stolarskiego, wdaje się z romans z nauczycielką swojego syna, Pawełka. Maria, bo tak ma na imię główna bohaterka, zakochuje się bez pamięci w Jeremim, który cały czas pozostaje w związku małżeńskim. Kiedy tajemnica ich relacji wychodzi na jaw, społeczność Czarnej rozpoczyna swoją krucjatę.

Fabuła książki jest stosunkowo prosta. Zostaje przedstawiona za pośrednictwem krótkich rozdziałów z perspektyw różnych bohaterów. Czasem są to lapidarne dialogi, innym razem monologi, które rozrastają się na kilka stron. Kuczok we wspaniały sposób odmalował pejzaż psychologiczny całego miasta na przykładzie kilku postaci. Sposób, w jaki opisuje emocje targające Marysią jest tak wiarygodny, że przez pewien czas zastanawiałam się, czy autor nie jest przypadkiem tak naprawdę trzydziestoparoletnią kobietą uwikłaną w romans z lokalnym przedsiębiorcą. Ale wszystko wskazuje na to, że jest po prostu wybitnym pisarzem. Po raz pierwszy chyba w twórczości współczesnych polskich prozaików tak bardzo rzuciły mi się w oczy zabiegi językowe. Język Kuczoka jest tak plastyczny, iż sam dźwięk słów w zdaniach, gdyby był oderwany od ich znaczenia, oddawałby z całym przekonaniem atmosferę danej sytuacji.

Lekturę czyta się zatrważająco szybko. Jedna przeprawa TLK pociągiem z Wawy do Poznania i już. Ale temat poruszony w książce, tak naprawdę z wiadomych przyczyn będącym chyba największym tabu oraz przekazanie wypływających z niego konsekwencji, pozostanie w głowie i sercu czytelnika na bardzo, bardzo długo.

Bo jak to się dzieje, że jedna osoba może kochać tak bardzo, że to uczucie nie mieści się już w niej wcale a wcale, a druga osoba po prostu tego nie widzieć, albo gorzej: widzieć i nie chcieć?

Albo dlaczego ludzie tak uparcie stoją przy koncepcji dobra i zła?

Albo czemu natura tak niesprawiedliwie potraktowała kobiety, które fizycznie szybciej usychają niż mężczyźni?

czanra2

Czarna nie jest w mojej opinii kryminałem, tylko tragedią kobiety, która dała się porobić mężczyźnie. Opowieścią o nieskończonej kobiecej miłości i targających mężczyzną popędach. O potrzebie sycenia się pięknej i bliskością drugiej osobie, o pragnieniu bycia zrozumianym, lecz również o niszczącej sile braku komunikacji.

10/10

Bo ta książka jest prosta jak życie i w ten sam sposób po prostu zatrważająca.

 

Fabryka życia #8 – Ostatnia zimowa walka – dzień dobry, wiosno!

Fabryka życia #8 – Ostatnia zimowa walka – dzień dobry, wiosno!

Miniony tydzień był dla mnie ciężką batalią. Uzbrojona w prawo autorskie i dopingowana przez Sikorę, prowadziłam negocjacje z wydawnictwem z Gdyni. Niedzielna siłownia wyszła mi jednak bokiem. O wiele łatwiej walczyć o swoje prawa do tekstu niż wojować z fatalnym przeziębieniem. A zdrowa musiałam być, w końcu weekend to Kolosy. Już moje trzecie. Nie wyobrażałam sobie, jakby to było, gdyby mnie zabrakło podczas tej delegacji. Przegapiłabym tyle niesamowitości…

Muszę przyznać, że wydawnictwo z Gdyni zareagowało natychmiast na sytuację opisaną w ostatnim poście. Po raczej pozbawionym kurtuazji wpisie na Fabryce dygresji, wydawnictwo odezwało się do mnie jako pierwsze, by przeprosić. Nie zdążyłam do nich zadzwonić z aferą. Moja osobowość histrioniczna była niepocieszona, ale musiałam docenić błyskawiczny ruch ze strony wydawnictwa. Każdemu może się zdarzyć zrobienie popeliny, grunt, żeby potrafić przyznać się do błędu i wyciągnąć z niego wnioski na przyszłość. Mam nadzieję, że i Wy również wyniesiecie z tej historii jakąś naukę. Ceńcie swoje teksty. Skoro poświęcacie czas na pisanie, a Wasze posty są naprawdę wartościowe, niech widnieją u Was, a nie również w innych miejscach sieci, ponieważ wówczas obniża się Wam ruch na blogu. Bo algorytmy Google’a podobne do siebie teksty po prostu traktują jak plagiat i usuwają z górnych pozycji wyszukiwarki.

 

przeprosiny od wydawnictwa

 

Zdrowotnie wciąż nie doszłam jeszcze do siebie. Choć większość objawów przeziębienia ustąpiło podczas pierwszego dnia Kolosów (to z pewnością to magiczne morskie powietrze) i o dziwo bieganie w koszulce na ramiączkach po dworze w środku nocy (albo nad ranem, straciłam rachubę) nie sprawiło, że teraz wypluwam płuca. Czuję się nieźle, ale zdrowie to skarb, a ja nie chcę spędzić kolejnego dnia w domowej kwarantannie. To przez nią dostałam na Dzień Kobiet zamiast kwiatów parówki berlinki od współlokatora, którego musiałam prosić o zrobienie zakupów…

A Kolosy? Mnóstwo historii, dużo śmiechu, przytulania, picia, inspiracji i znamiennych spotkań. Mam dla Was zresztą lifehacka: jeśli nie pamiętacie, jak nazywa się osoba, z którą właśnie rozmawiacie, bo akurat ubiegłego wieczoru, kiedy się poznawaliście, nie byliście zbyt przytomni, podajcie jej swój telefon i poproście, żeby wyszukali Wam się na Facebooku i zaprosili do znajomych. To takie proste.

Projekt bez tytułu

Gdynia Arena, wejście na Kolosy; Sikora studiuje program imprezy

Gdybym zaś miała w jednym słowie najtrafniej oddać mój aktualny stan ducha, powiedziałabym, że czuję się prawdziwie. Objawy kaca po bankiecie podróżników na dobre już ustąpiły. Prawdziwa ulga. Wracamy z Sikorą i Wojtkiem do Poznania. Do prawdziwego domu. Próbując dokonać własnej analizy wewnętrznej w Intercity relacji Gdynia – Poznań, czuję się jak prawdziwa pisarka. I w ogóle, czuję dużo i wiem, że te wszystkie emocje są prawdziwe, szczere, bo muszę przyznać, że ostatnie miesiące to był niezły galimatias.

Pamiętacie, jak pisałam, że kiedy podłapałam doła, bo moje życie nagle zwolniło, zrobiłam plan na kilka najbliższych lat i natychmiast poczułam się lepiej? Okazuje się, że rozpęd, którego nabrałam, sprawia, że już zaczęłam prześcigać elementy tej rozpiski. To oznacza, że zyskam czas na popełnienie jeszcze większej ilości cudownych głupot.

Z tego powodu jestem prawdziwie szczęśliwa. Choć z drugiej strony boję się, że choć dużo osiągnę, na deser pozostanie mi tylko wymiana spojrzeń jak u Mii i Sebastiana w ostatniej scenie La La Landu. Ale to wciąż lepsze niż nic.

Kolejne płynne przejście między tygodniami, bez leniwego weekendu. Im więcej działam, tym mniej potrzebuję odpoczywać. Dziwne, ale piękne.

W ten sposób przebolałam zimę.

I wiem, że wiosna w tym roku będzie jedną z najcudowniejszych.

Już jest.

 

Fabryka życia #7 – Człowiek stopie wilkiem,

Fabryka życia #7 – Człowiek stopie wilkiem,

 czyli o podpierdalaniu cudzej własności

W ciągu minionych siedmiu dni nauczyłam się, że ludzka bezradność jest niczym więcej, jak iluzją naszego ograniczonego umysłu. Siła zawsze jest w nas, musimy tylko nauczyć się ją wydobywać.

Pamiętacie poprzedni wpis z cyklu Fabryka życia? O tym, jak zdałam sobie sprawę z tego, że marazm rodzi marazm i tylko od nas zależy, czy w naszym życiu zadzieje się magia? Potwierdzam, jest to prawda, spróbowałam i działa. Mimo że lekko nie było.

Początek tygodnia był dla mnie dosyć trudny. Jestem jedynaczką. Moi rodzice dosyć długo czekali na moje pojawienie się na świecie. Dlatego teraz mam lekki problem, mieszkając w innym mieście niż oni. Kiedy dzieje się coś złego, a dzieje się coraz częściej, w końcu zdrowie nie jest niezniszczalne, wracam do domu, nie bacząc na wszystko. Chcę być dla rodziny oparciem. Uważam, że zostałam dobrze wychowana, w dzieciństwie poświęcono mi naprawdę ogrom uwagi. Czas się za to odwdzięczyć.

Ale jednak kiedy w środku nocy pędziłam samochodem między miastami, odpowiadając na czasem trudne pytania kierowcy (Nie jest pani ciężko, nie mając mężczyzny u swojego boku?), czułam się bardzo malutka. Po raz kolejny wydarzyło się coś, na co nie miałam wpływu. Wszechświat świrował. Pragnęłam rozpłakać się, przytulić do mamy i poczekać, aż wyjdzie słońce. Ale była ciemna noc i to ja musiałam być oparciem. Nie wiem, kiedy to się stało. Jak mogłam tak szybko dorosnąć? Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Zapominam, że to ja decyduję o wszystkim, co dzieje się w moim życiu. I nawet, jeśli nie mam wpływu na sfiksowany los, od mojego zachowania zależy, czy inni ludzie będą załamani, czy poczują się pocieszeni.

Jeśli kochasz ludzi wokół siebie i nie chcesz, by wydarzała im się krzywda, musisz być silna, by mogli brać z Ciebie przykład. Musisz zachowywać spokój i wierzyć ze wszystkich sił, że wszystko się poukłada. A jeśli samo się nie poukłada, musisz być w gotowości, by zrobić to samej. W ten sposób modyfikuje się rzeczywistość. Miłością do bliskich.

Za każdym razem, kiedy czuję się malutka, bezradna i skołowana, patrzę w lustro. Przypominam sobie, kim chcę być – silną kobietą, która nie przegrywa z problemami, tylko wychodzi im naprzeciw i zwycięża. I staję się nią.

Tydzień był bardzo pracowity, muszę przyznać. W pracy kończę kilka projektów, nieoczekiwanie wpadło mi kilka nowych. Do tego grupa Kobiety piszą (zapraszam!), którą utworzyłam pod koniec lutego, wspaniale się rozwija. Wielką radość sprawia mi poznawanie innych kreatywnych osób. Otrzymałam masę miłych wiadomości, za które pięknie dziękuję. Fabryka dygresji również dobrze rokuje. Mam mnóstwo nowych pomysłów, szykują się kolejne współprace, przetestowałam reklamy na Facebooku, jest świetnie.

Praca jest najlepszym lekarstwem. A już w ogóle cudownie, kiedy tak idealnie łączy się z największą pasją. Mam farta. Kiedy zatem jest mi źle, myślę o tym, co do tej pory osiągnęłam, w jak komfortowej sytuacji jestem, mogąc realizować się jednocześnie na tak wielu polach i jak wiele zamierzam zrobić w najbliższym czasie, bo mogę, jest mi naprawdę błogo. Czasem problem sprawia mi moja pomysłowość, bo brakuje czasu, ale i na to znajdzie się rozwiązanie.

W dodatku przyszła wiosna. Jest ciepło. Jak tu nie cieszyć się każdym dniem? Kiedy mogę codziennie komunikować się z ludźmi, których kocham? Czy to nie wystarczy do zachowania spokoju duszy?

Po pracowitym tygodniu nadszedł czas na odpoczynek. Skopałam tyłki Mateuszowi i Łukaszowi w grze Magnaci (polecam!), w sobotę odwiedziłam targi ogrodnicze, a potem wyprawiłam się w szaloną podróż czerwoną rakietą z Zuzkiem przez miasto z odsłoniętym szyberdachem. Wpadł Konrad, nieoceniony pomagier i być może przyszły publicysta, a w niedzielę udało mi się nawet pójść do siłowni.

Wszystko zatem byłoby rewelacyjnie. Byłoby.

Ale świat jest pełen niedouczonych, bezczelnych ludzi.

I tutaj przechodzimy wreszcie do głównego tematu mojego dzisiejszego wpisu.

Bo może gdyby skradziono mi stówkę z portfela, nie robiłabym dramatu. Pieniądze to pieniądze, wiadomo, raz są, a kiedy indziej trzeba odwiedzić bank i poprosić o aktywowanie możliwości debetowych.

Gdyby skradziono mi rower, pewnie napisałabym na jakiejś grupie na Facebooku, że życzę złodziejowi, żeby pochłonęło go piekło i na tym by się pewnie skończyło.

Ale skradziono mi coś, co stanowi treść mojego życia.

Czyli właśnie treść.

Jestem pisarką. Na swoim koncie na razie mam jedną opublikowaną książkę. Wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale pracuję jak wół nad swoimi tekstami, czy to do drugiej i trzeciej książki, czy to na blog. I wyobraźcie sobie, że to właśnie z Fabryki dygresji pewne wydawnictwo zawinęło mi tekst. Skopiowało, wkleiło na swoją stronę internetową, włącznie ze zdjęciem! Po którego kliknięciu, zamiast do mojego konta na Instagramie, jak w oryginale, przenosi się do ich sklepu internetowego. I owszem, źródło zostało podane, ale autor tekstu – nie. No bo po co?

Hm, może po to, żeby nie łamać prawa? 

Czytam książkę. Robię notatki. Ostatecznie ślęczę przy komputerze i staram się, by mój tekst był interesujący dla czytelnika. Wreszcie – publikuję. Udostępniam. Ile łącznie godzin mi to zajęło? Pewnie około dwudziestu łącznie. Tak szacuję. A ile osobie w wydawnictwie zajęło czasu przekopiowanie mojego tekstu i wklejenie (rzecz jasna, bez mojej zgody) go na www? Pięć minut?

Czy osoba ta nie pomyślała, że może warto byłoby zapytać autora tekstu o zgodę na jego publikację? Czy jest to jakieś, przepraszam, nienaturalne? Tak już się nie robi w dzisiejszych czasach? Po prostu się bierze cudzą własność i traktuje jak swoją?

Czy ta osoba nie pomyślała, że skoro w notce nie pojawia się nazwa tego wydawnictwa, to ja z tą firmą nie chcę mieć nic wspólnego? Że skoro wypisuję tytuł książki i jej autora, a nie wydawnictwo, to nie jest to przypadek?

No nie, nie pomyślała, bo skoro robi takie rzeczy, jak rozporządzanie się nieswoim tekstem, nie wymagajmy od niej podejmowania tak trudnych czynności.

Ale, kurwa, skopiowanie zdjęcia mojej stopy i umieszczenie go na stronie wydawnictwa to już jakiś absurd. Ręce opadają, przecież to jest totalnie niepoważne. Okej, może to moja wina. Może to właśnie przez tę stopę. Może w wydawnictwie pracuje fetyszysta stóp i nie mógł się powstrzymać. Rozumiem, czasami z popędami nie jesteśmy w stanie wygrać. Bywamy po prostu chorymi ludźmi, no i tyle.

A zatem odpuszczę, jeśli osoba publikująca mój tekst – powtórzę: bez mojej zgody – była niepoczytalna i zostanie skierowana na przymusowy odwyk od stóp.

Ale jeśli nie, jest to dla mnie zwykłe złodziejstwo. I zobaczcie, takie rzeczy dzieją się w wydawnictwie. Nie mogę w to uwierzyć. Sama przecież w wydawnictwie pracuję.

Czasami dzwonią do mnie ludzie i pytają, czy ich propozycja wydawnicza będzie u nas bezpieczna. Czy nie opublikujemy jej bez wiedzy autora. Uspokajam zawsze takich niedoświadczonych pisarzy i tłumaczę, że nie, że przecież chroni ich prawo autorskie i taki czyn byłby nie dość, że niezgodny z prawem (a dokładniej: grożący grzywną lub karą więzienia do lat trzech!), to po prostu również aktem zwykłego chamstwa. A my pracujemy w wydawnictwie i należymy do tej kulturalniejszej części ludzkości.

Ale to wydawnictwo, w którym pracuję.

A nie wydawnictwo, które publikuje w całości podpierdzielone blogerom teksty. I skoro ja nie przesłałam do wydawnictwa treści mojej recenzji, a została ona bez mojej wiedzy opublikowana, to na miejscu przyszłych autorów, którzy zgłaszają tam swoje maszynopisy, byłabym już obesrana ze strachu. Może wydadzą tam książkę podpisaną ulicą, przy której mieszka autor, nie zaś jego imieniem i nazwiskiem? Bo owszem, moja recenzja została podpisana. Źródło: Fabryka dygresji. Ale ja nie jestem Fabryką dygresji. Mam imię i nazwisko oraz szacunek do swojej twórczości, która jest kwintesencją mojego życia.

Zatem zamiast płakać nad tym, że spadnie mi pozycjonowanie, że ktoś bezprawnie wykorzystał moją wielogodzinną pracę i użył jako treści na swoją stronę internetową, po prostu zrobię z tym porządek.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

__________________

Obrazek wyróżniający: http://ryjbuk.pl/przypal-326829; dodane przez BoginiRyjbuka

 

Gala Twórców 2015. Na kogo głosować?

Nie na mnie. 
Od lat mam zamiar pławienia się w glorii i chwale, bo moja strona zdobywa wreszcie tytuł Bloga Roku. Dopiero jednak pod koniec 2014 roku skupiłam się na Fabryce dygresji na tyle, by oczarować jakieś niespełna trzysta osób, które kliknęły na Facebooku „lubię to”. Rok 2015 był intensywną pracą nad tworzeniem postów i ciągłym zastanawianiem się, czym tak naprawdę ma być Fabryka dygresji. Czy to blog z recenzjami książek, przemyśleniami mądrującej się dwudziestolatki, która jednak gówno o życiu wie (to znaczy wcale tak nie uważam, jednakże wiem, że niektórzy mogą tak pomyśleć) czy poradnikiem dla pisarzy. Teraz wiem, że wszystko, co związane z literaturą, znajdzie się na blogu. Postaram się wybrać dla Was wartościowe lektury, opowiedzieć co nieco opisaniu, dać kilka wskazówek, jak urozmaicić teksty, no a przede wszystkim zmotywować do pisania. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy.

Wobec tego ostatecznie stwierdziłam, że rok 2016 to ten rok. Trzymajcie za mnie kciuki i oddajcie głosy w kolejnej edycji konkursu na Blog Roku. A ja przez wszystkie dwanaście miesięcy, począwszy od dzisiaj, postaram się Wam udowodnić, że warto. I coś Wam od siebie dać, inaczej będę niegodna Waszej atencji. 
Przejrzałam natomiast bardzo dokładnie wszystkie 32 podstrony z blogami zgłoszonymi do tegorocznego plebiscytu w kategorii Pasje i twórczość. Momentami miałam oczy jak pięć złotych, czasem rżałam ze śmiechu, innym razem kiwałam głową z wielkim uznaniem. I mam kilka przemyśleń. 
Po pierwsze, ludzie mają multum oryginalnych pasji, co czyni świat pięknym i różnorodnym. Serce roście patrząc na te czasy! Niby żyjemy w epoce komercji, pędząc w wyścigu po tzw. samorealizację i pieniądze, ale trafiają się ludzie, dla których wciąż najważniejsze jest ich hobby. A ja dzięki konkursowi Gala Twórców mogę dowiedzieć się o istnieniu bardzo dziwnych zainteresowań. Zawsze kochałam blogosferę. Poniżej pokażę Wam blogi, przy których zrobiłam wow, ale wcale nie zachęcam Was do wysyłania na nie SMS-ów. Po prostu je zobaczcie. I zróbcie, co chcecie.

Magdalena Urbaniak, autorka tego bloga, jest dla mnie kompletnym ewenementem. Udowadnia, że kobieta odnajduje się rewelacyjnie zarówno w drogerii i butiku, jak i na polu. A może nawet jeszcze lepiej na polu. Magda pisze o tym, ile ciągników sprzedało się w styczniu 2016 roku, co się działo na imprezach rolniczych i wiele, wiele więcej. Mimo że żyje w mieście, jest prawdziwą pasjonatką wsi, a blog wyraża jej upodobanie w stu procentach. Bardzo podziwiam za zapał i estetykę na blogu, naprawdę. 
Kolejny blog, mogący wyróżnić się miłą oku szatą graficzną, tworzą trzy kobiety. Udowadniają, że majsterkowanie to nie tylko zajęcie dla panów. Zresztą, znajdźcie mi teraz mężczyznę, który potrafi położyć kafelki i wie, do czego służy kielnia… Barbara, Alicja i Sylwia to pomysłowe kobiety, nie bojące się żadnych wyzwań! Odnawianie starych mebli? Przygotowanie ścian do malowania? Żaden kłopot. Majsterki pokażą, jak zrobić to sprawnie. Jeśli w pobliżu nie będzie mojego taty, złotej rączki, to na pewno zajrzę do Majsterek. 
Bloga prowadzi kobieta, której syn walczy z autyzmem. Chłopiec przejawia talent artystyczny. Tworzy piękne ilustracje. Uważam, że to ujmujące. 
Nie miałam zielonego pojęcia, że ktoś w Polsce może interesować się życiem rodziny królewskiej w Szwecji. Totalny szok. 
Nazwa bloga jest fenomenalna. Gorzej z wystrojem strony, ale pomysł też jest rewelacyjny. Autorka bloga przedstawia swoją inwencję na organizację tematycznych imprez.

W pierwszej chwili pomyślałam, że stronę prowadzi jakaś mała dziewczynka, ale to chyba nie do końca prawda… Kiedy zaczęłam przeglądać stronę, coś we mnie drgnęło. Przypomniałam sobie moje zabawy lalkami Barbie, które w pewien sposób dużo już mówiły o tym, że zostanę pisarką. Wymyślałam pokręcone historie miłosne pełne patologicznych pierwiastków, projektowałam a potem szyłam ubranka… Bawiłam się lalkami chyba aż do gimnazjum. Teraz trochę odżyła we mnie tęsknota za tamtymi czasami, tym bardziej, że Zuzia, o której traktuje blog, jest lalką totalnie odjazdową. Można wymieniać jej włosy i oczy, i wyginać ją na wszystkie strony… No, za moich czasów takich zabawek nie było. 
Nienawidzę blogów o modzie, ponieważ uważam, że ich autorki z reguły są osobami bardzo próżnymi i zapatrzonymi w siebie. I nie było by w tym nic złego, gdyby miały do tego podstawę, niestety, nie zawsze tak jest. W pewnym wieku jednak próżność jest jak najbardziej wskazana. Autorka bloga, Marzenna Anna Walczak, udowadnia, że można dobrze czuć się we własnej skórze w każdym wieku. Chciałabym, by każda kobieta po pięćdziesiątce wyglądała tak dobrze jak Marzenna, miała w sobie tyle ikry i realizowała swoje pasje. 
Architektura też mnie specjalnie nie fascynuje, choć przyznam, że kiedy spaceruję po moim Łazarzu, często zatrzymuję się przed rozmaitymi kamienicami i daję się oczarować ich majestatowi. Kiedy zaś przechodzę z jakimiś znajomymi przez tę część miasta, irytuję ich okrzykami: o Boże, zobacz, jaka piękna fasada, rety, a te okna, widziałaś, a te gzymsy, och, jejku…! Tym razem podobne moje westchnienia wywołał blog Klatkowca. A wiecie, kim Klatkowiec jest? POZNANIAKIEM. Nie dziwię się. Zerknijcie na jego cudowne zdjęcia, przedstawiające bajeczne elementy architektury kamienic z całej Polski. Cuda wianki. 
Czasem kamienica to za dużo i wystarczy… kafelek. We Wrocławiu jest ich całkiem sporo, w różnych kolorach i kształtach. I każdy kafelek to fragment innego życia. Zresztą, sami sprawdźcie. Ja jestem zachwycona. 
Tak, dobrze przeczytaliście. Nazwa mówi sama za siebie. To blog zdecydowanie dla dorosłych. I mimo że mam dowód już od kilku lat, nie zamierzam zostać stałą bywalczynią tej strony. Jestem natomiast zachwycona, a wręcz wzruszona, że komuś się chce pisać takie opowiadania. I do tego publikować, i dzielić się z ludźmi swoją pasją. Może jest troszeńkę dziwna, delikatnie wypaczona, ale to wciąż pisarstwo! (A może i grafomania, nie wiem, nie jestem w stanie jakoś zmusić się do czytania, chodzi o koncept). A tak serio: wtf, co za mindfuck. 
Tak więc mimo wielu, wielu lat, od kiedy założyłam swój pierwszy blog, mimo tysiąca zmian, jakie przetoczyły się przez blogosferę, póki będą w niej ludzie, póty będzie dziwnie, śmiesznie i kolorowo. I inspirująco również, jak najbardziej. Jeżeli masz nieprzeciętną pasję i tkwi w Tobie nutka ekstrawertyzmu, powinieneś założyć bloga. Nie te blogi są najciekawsze, które promują jakieś produkty czy określony styl życia. Liczy się pasja. Prawdziwa pasja.

Po drugie, moją pasją, jak wiadomo, jest pisanie i czytanie. Ale to nie znaczy, że ignoruję zainteresowania innych. Dzięki temu odkryłam trzy perły, blogi, o jakich wcześniej nie słyszałam. Na pewno zagłosuję na któryś z nich. Są tego warte, zdecydowanie. Zostaję stałą czytelniczką.
Kawa i popkultura. Czego chcieć więcej? 
O kulturze i wierzeniach Słowian, które mnie bardzo intrygują. 
Dla wszystkich, którzy chcą sobie przypomnieć, czym jest brukiew oraz pooglądać przepiękne, minimalistyczne fotografie. Ponieważ powracam do zdrowego trybu życia, w najbliższych dniach zamierzam nie rozstawać się z Roślinnymi poradami. 
Po trzecie, teraz trochę o koneksjach. W Gali Twórców 2015, jeśli jesteście przede wszystkim zainteresowani kulturą filmową i literacką, powinniście zagłosować na blogi, jakie wymieniam poniżej. W tym roku do konkursu zgłosiło się całkiem sporo blogów recenzenckich, ale powiem Wam szczerze: nie wszystkie są prowadzone na wysokim poziomie. Moje ulubione to zaś:
Tu zawsze nacieszę swoje oko przepięknym kadrem z filmu i dowiem się, co oglądać, by potem czuć inspirację przez długie godziny pisania powieści.
O bardzo dobrych książkach na bardzo wysokim poziomie.
Nie podoba mi się zdecydowanie nazwa bloga, ale treści na nim są super pod względem merytorycznym, wszystko jest bardzo przejrzyste, łatwo się odnaleźć na stronie i wybór lektur pokrywa się z moim gustem.

A gdyby w Gali Twórców wystartowała Lady Pasztet i Ciocia Ebi, nie miałabym wątpliwości, by i na nie oddać głos. Dla pozostałych, którzy nie biorą udziału w tej edycji Gali Twórców, mam informację: weźmy się za siebie, za nasze blogi, za treści na nich publikowane, ich grafikę i w ogóle wszystko. Starajmy się robić to, co lubimy, naprawdę dobrze. Nie tylko dlatego, by prowadzenie bloga sprawiało nam radość, ale by dać coś naszym czytelnikom. W końcu bez nich blogowanie nie istnieje. 
Zwracam się więc do Ciebie, mój wspaniały Czytelniku. Czy jest coś, czego chciałbyś się dowiedzieć? Daj znać, a ja przeprowadzę badania i o tym napiszę. A jeśli jest jakiś blog, który chciałbyś mi polecić, również daj znać!