Twoja najskuteczniejsza forma promocji książki. Opowieść, która sprzedaje opowieść!

Twoja najskuteczniejsza forma promocji książki. Opowieść, która sprzedaje opowieść!

Wiele razy wystawialiśmy się z książkami. To na targach, to na festiwalach podróżniczych, czasem przed spotkaniami autorskimi. Ludzie zaglądali do nas, uśmiechali się niepewnie, pomacali jedną lub dwie okładki, po czym odchodzili, a w kasetce dalej było pusto. Dopóki się nie odezwaliśmy. Czy słyszała pani może o Kazimierzu Nowaku? To pytanie nie tylko zaczynało żywiołową dyskusję lub porywającą opowieść. To pytanie sprzedawało książkę.

Tak, Kazimierz Nowak i jego książki były wyjątkowymi produktami sprzedażowymi. Podróżnik, reportażysta, fotograf. Jedni mówią, że bohater, drudzy, że egoista, bo porzucił żonę i dzieci dla podążania za przygodą. O człowieku, który przeprawił się przed II wojną światową przez całą Afrykę – rowerem, wielbłądem, łodzią i pieszo – można opowiadać godzinami. A każda taka historia jest tylko ułamkiem tego, co znajduje się w jego książkach.

Postać podróżnika, a przynajmniej legenda o niej, sprzedawała trzy tomy listów z Afryki do żony i reportaże, docenione przez Ryszarda Kapuścińskiego dopiero po latach od wydania.

Ty zaś bądź spokojny. Nie musisz zapuszczać długiej brody i udawać się na tułaczkę, by zaciekawić czytelnika Twoich książek. Choć ważne, by Twój wizerunek był spójny, ale o tym następnym razem.

Czy wiesz, dlaczego kupuję daną książkę?

Robię to niezwykle rzadko. Większość interesujących mnie nowości otrzymuję od wydawców w zamian za kilka słów na ich temat. Zdarza się jednak, jak w przypadku książki Michała Szafrańskiego, że szukam interesującego mnie tytułu w różnych sklepach i nie spocznę, póki go nie nabędę. Jak to się dzieje? Skąd ta determinacja?

O Michale Szafrańskim i jego blogu, jakoszczedzacpieniadze.pl, słyszałam wielokrotnie. A tu coś we vlogach Krzysztofa Gonciarza, a tu coś w prasie się pojawiało, no i oczywiście w branży, bo Szafrański i jego Finansowy Ninja udowadnili, że w Polsce można zrobić selfpublishing i odnieść dzięki niemu potężny sukces.

Wiadomości o blogerze docierały do mnie z różnych stron, ale dopóki moja przyjaciółka, Jagoda, nie kupiła jego książki i nie włożyła mi jej w ręce, bym ją przejrzała, nie pokusiłabym się sama o zakup.

Musiałam przejrzeć lekturę praktycznie strona po stronie, by stwierdzić, że to dzieło wartościowe i warte, uwaga, każdej wydanej złotówki. Że nieważne, czy będzie kosztować 20 zł w Biedronce, 40 zł w Empiku czy 120 zł w jakiejś specjalistycznej księgarni. Chcę ją mieć. Ponieważ niesie dla mnie wartość, a przy okazji jest przepięknie wydana.

Jagoda kupiła tę książkę zaś dlatego, że obserwowała Szafrańskiego od bardzo dawna i kiedy udostępnił na swoim Facebooku informację o zrzucie Zaufania, czyli waluty przyszłości do Biedronek, popędziła do marketu niemal natychmiast. Mojej przyjaciółce wystarczył wizerunek budowany przez autora książki na swoim blogu, w podcastach oraz w mediach. Ja natomiast potrzebowałam czegoś więcej: polecenia z ust zaufanej osoby.

Czyli podobnie jak odwiedzający nasze stoisko na targach książki. Być może nie słyszeli o Kazimierzu Nowaku, być może nie ufali nam, sprzedawcom. Ale historia przez nas przedstawiona była ciekawa i na tyle wiarygodna, by pokusić się o kupno książki.

Polecenie dźwignią handlu?

W marketingu wielopoziomowym, czyli firmach rodzaju MLM, parających się dystrybucją kosmetyków, owszem. Od słowa do słowa pozyskiwani są nowi klienci podczas prezentacji marketingowych albo zwykłych spotkań towarzyskich. Poczta pantoflowa w tym przypadku działa wybitnie dobrze. Ale popularne jest też zamawianie próbek, by zainteresowany produktem mógł przetestować, czy faktycznie warto wyłożyć niemałą sumę pieniędzy na nowy zestaw detergentów do czyszczenia toalety.

Zajmując się sprzedażą książek, zaczyna się od tego, że najpierw autor sam poleca swoją książkę, otaczając jej stworzenie dobrą historią. Taką, która weźmie ludzi za serce i nawet, jeśli nie kupią książki (bo np. po prostu nie lubią czytać albo nie interesuje ich tematyka), będą przekazywać historię dalej, aż trafi do odpowiednich uszu, czyli uszu idealnego odbiorcy.

Autor napisał książkę. Informuje w mediach społecznościowych, że będzie ją wydawał. Historię jej powstawania udostępnia poprzez nagrane wideo np. na YouTube albo spotkaniu autorskim, gdy książka jest już wydrukowana. Ci ze spotkania autorskiego ją kupują, bo faktycznie są zaciekawieni, a wizerunek pisarza przypadł im do gustu. Ale co dalej?

Co zrobić, żeby informacja poszła dalej w świat?

Jest bowiem pewien szkopuł.

Historia, nawet najlepsza, musi być przekazywana z ust do ust, by nie umarła.

Na dobrych spotkaniach autorskich pisarz potrafi zrobić prawdziwe show. Im większa osobowość i kontakt z gościem, tym wyższa sprzedaż. Gdy widz wyjdzie z takiego spotkania, niezależnie, z książką czy bez niej, o ile wieczorek autorski przypadnie mu do gustu, będzie o nim opowiadał. Wszystkim, kogo zobaczy w ciągu najbliższych kilku dni. Ale książka powinna się sprzedawać nie kilka dni, a miesięcy, lat, a nawet dekad!

Dlatego książka potrzebuje reklam. By przypominać cały czas o swoim istnieniu, nieść dalej namiastkę historii, którą uzupełni człowiek i przekazywać będzie ją dalej, na okrągło, z ust do ust.

O ile zatem opowieść zaczyna sprzedaż, a zakup z polecenia ją kończy, o tyle to, co pomiędzy, jest również bardzo istotne. Jeśli oczywiście mówimy o sprzedaży książki na dużą skalę.

Jaka jest nieoczywista funkcja historii?

Bo to, że musi być autentyczna i osobista, chyba wiemy. Dla mniejszego już grona osób jest również oczywiste, że historia musi pokazywać cel wydania książki wyższy niż realizacja własnego marzenia. Dobrze będzie, gdy zawrze również pewną nutkę tajemnicy. Coś, czego czytelnik dowie się dopiero z lektury.

I teraz coś, co może być nieoczywiste.

Czytelnik musi poczuć, że ta książka została napisana właśnie dla niego.

Dobra historia sprzedający książkę będzie zawierała w sobie uzasadnienie jej opublikowania. I nie może to być tak trywialna pobudka jak: chciałem, to wydałem. Albo: pisanie to moja największa pasja, więc wydanie książki to spełnienie moich marzeń. A co to czytelnika w ogóle obchodzi, o ile nie jest twoim partnerem, kochankiem lub matką?

Pamiętaj, że każdy, kto chce coś kupić, ma różnorakie obiekcje. W przypadku zakupu książki odpada obiekcja cenowa. Egzemplarz Twojej powieści może kosztować nawet 70 zł, o ile w swojej historii powiesz czytelnikowi, co lektura zmieni w jego życiu na plus.

Podam Ci pierwszy lepszy przykład, czyli samą siebie.

Pisałam Piromanów przez trzy miesiące, dzień w dzień, bez wytchnienia.

Odkładałam na bok wszystkie inne sprawy, które były ważne, ale nie aż tak, jak książka. Dlaczego? Bo nie dość, że pisanie działało na mnie uzdrawiająco (w ten sposób porządkowałam własne życie), to wiedziałam, że ten tekst, bogaty w moje przemyślenia, pomoże innym ludziom w podobnej sytuacji. Cierpiącym na nastroje depresyjne lub depresje, nie widzącym wyjścia, nie potrafiącym odnaleźć się w codzienności. Którzy są skołowani, bo cały czas ktoś od nich czegoś wymaga, a sami nie pamiętają już, dlaczego robią to, co robią. Główna bohaterka chce od życia bardzo dużo. Chce skończyć studia, pragnie być dobrą córką, zapewnić sobie godną przyszłość i nie zawieść swoich przyjaciół. Ponad wszystko jednak pragnie zostać pisarką. Ale kiedy na jej barki spada za dużo obowiązków, dziewczyna traci kontrolę nie tylko nad rzeczywistością, ale i nad sobą samą.

Tak. Wchodzenie w dorosłość to bolesny proces.

Historia dwudziestoletniej Lidki to z jednej strony antyprzykład, bo pokazuje, jak stracić grunt pod nogami, ale z drugiej strony dziewczyna jest też wzorem do naśladowania, ponieważ po kawałeczku próbuje odbudować swoją rzeczywistość, decydując się na pomoc psychologiczną.

Czy ta historia urzeknie każdego? Nie. Ale trafi do odpowiedniego grona. Do mojego docelowego odbiorcy.

Dobra historia nie nadrobi braków książki

Niestety pozostają dwie obiekcje, których nie rozwieje najlepsza nawet historia. O ile cena przestaje być istotna, gdy ktoś już się przekona, że naprawdę chce kupić książkę, o tyle znów może zacząć grać rolę gdy czytelnik zobaczy, że książka jest… źle wydana.

Większości czytelników to nie przeszkadza, ale spora ich grupa zna się na rzeczy i nie wolno jej lekceważyć. Zbyt mała czcionka? Zwisy w łamaniu na co piątej stronie? Literówka na okładce? Albo szkaradna okładka? To rzeczy, które potrafią przepłoszyć zainteresowanego.

Część czytelników ma również awersję do pewnych wydawców. Nie można ich za to obwiniać, książka książce nie równa i to samo tyczy się firm wydawniczych. Znam blogerów, którzy nie recenzują tytułów, jakie wychodzą z logotypami wydawnictw usługowych. Znam dziennikarzy, którzy nawet nie chcą słyszeć o takich książkach. Część czytelników nie chce poznać twórczości selfpublisherskiej. Czy to dobrze, tak zamykać się w swoich szufladach? Oczywiście, że nie! Ale podziały istnieją, również na rynku wydawniczym.

Co zrobić, by nie zamknąć sobie drogi do części czytelników?

Sprawdź opinie o firmie, z którą chcesz współpracować. Bądź pewien, że ma dobry wizerunek w mediach. A jeśli jesteś selfpublisherem, konsultuj się z profesjonalistami, by Twoja książka nie miała żadnego uchybienia.

Na koniec zapytam: jaka jest Twoja historia i co chcesz powiedzieć światu, publikując swoją książkę?

Mam nadzieję, że dzisiejsza garstka rad z zakresu marketingu książki będzie dla Ciebie wartościowa.

Jeśli masz jakieś pytania lub chcesz skorzystać z usług, pisz śmiało na fabrykadygresji@gmail.com

Twoja

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

Dlaczego pisarz powinien mieć swoją stronę internetową?

Twoje pierwsze narzędzie do promocji książki. Pressbook – z niego będziesz korzystać najczęściej!

Wydaję książkę. Czy i do czego potrzebuję patrona medialnego?

 

Twoje pierwsze narzędzie do promocji książki. Pressbook – z niego będziesz korzystać najczęściej!

Twoje pierwsze narzędzie do promocji książki. Pressbook – z niego będziesz korzystać najczęściej!

Pressbook dla niektórych może brzmieć tajemniczo. Zawiera słowo book, więc chyba oczywiste, że jest związany z książką. Ale jak wygląda? Do czego służy i jak go mądrze wykorzystać?

Na początek trzy słówka o semantyce. Choć nie studiowałam filologii angielskiej, pressbook oznacza po prostu swego rodzaju książkę dla prasy. To materiał marketingowy na temat nowej wystawy obrazów, festiwalu filmowego, animacji czy książki. Ogółem: jakiegoś nowego dzieła, które należy wypromować. Zbiór takich informacji w mniej lub bardziej ciekawej formie graficznej to właśnie pressbook. Wysyła się dziennikarzom, blogerom oraz innym osobom, mogącym polecić dany utwór czy wydarzenie.

Ale press to w języku angielskim również… naciśnij. Podejrzewam, że angielska nazwa prasy również wiąże się z wywieraniem nacisku, w końcu od tego są media. Kreują opinię odbiorców poprzez umiejętnie podawane fakty. Pressbook powinien być według mnie taką formą przedstawiania informacji o książce, by jego odbiorca nie tylko zapragnął przeczytać tekst.

Chodzi o to, by już po zapoznaniu się z pressbookiem dziennikarz czy bloger wiedział, że książka jest rewelacyjna i warto o niej opowiedzieć szerszemu audytorium!

Jakie są praktyki dużych wydawnictw tradycyjnych?

Wydawnictwo Znak robi pressbooki o objętości jednej strony A4. Umieszcza okładkę książki, zdjęcie autorki, informację o premierze, blurb i wybrany cytat ze wstępu. Taki pressbook mieści się w załączniku e-maila, który zawiera o wiele więcej treści oraz jako dodatek do wysłanego egzemplarza recenzenckiego. Bardzo podobnie działa mnóstwo innych wydawnictw, m. in. Sine Qua Non. Co prawda przykładają się dużo mniej od Znaku, jeśli chodzi o formę graficzną, ale podają inne cenne informacje, np. osoby kontaktowe dla mediów, ich maile i telefony czy bardziej szczegółowy biogram autora.

Jak działają wydawnictwa usługowe?

Niestety, wydawnictwa usługowe nie wykonują pressbooków. Jeżeli już wydarza się święto lasu, to wysyłają kilka pospiesznie skleconych maili z okładką i opisem książki. Raczej jednak potrzebują zainteresowania prasy wokół swoich książek. Dlaczego? W niektórych przypadkach wyszłoby, że w tekście roi się od błędów i dziennikarz na pewno nie omieszkałby tego wytknąć w swoim tekście. To przykre, ale naprawdę dużo wydawców vanity nie dba o poprawność językową swoich książek. Ponadto wydawnictwo działające na zasadach subsydiowania zarabiają w momencie wpłaty autora za usługi, czyli korektę, skład, itd… W misji tak działającej firmy nie jest wpisana sprzedaż książki, bo wydawca zgarnął już swoje do kieszeni, a że marketing to kosztowna i pracochłonna sprawa… Niech się autor w to bawi.

Dlaczego pressbook jest aż tak ważny?

Ponieważ wysyła się go jeszcze przed premierą książki do mediów (telewizja, radio, prasa), blogerów oraz osób opiniotwórczych, które mogą polecić czytelnikom książkę. Mogą, ale nie muszą. Grunt to przekonanie ich o tym, że warto, jeszcze przed tym, jak przeczytają książkę! Muszą bowiem wyrazić chęć otrzymania egzemplarza recenzenckiego.

Na samym początku mojej pracy w wydawnictwie (już prawie cztery lata temu) zrobiliśmy beznadziejną wtopę. Ówczesny przełożony kazał mi przejść się do Empiku, zapoznać się z rubrykami kulturalnymi w czasopismach i znaleźć osoby odpowiedzialne za polecanie książek. Potem wysyłaliśmy bardzo drogą w produkcji książkę (twarda, szyta oprawa i druk w niewielkim nakładzie) na adres redakcji, dopisując jedynie imię i nazwisko nieznanej nam osoby. Dziennikarz mógł otrzymać tę książkę, która dołączyła do stosu nigdy nie otwartych przez niego przesyłek. Nawet, jeśli rozpakował podarunek, to co z tego? Może ten konkretny tytuł w ogóle nie był w jego guście?

Wtedy po prostu nie wiedzieliśmy tego, co jest całkiem oczywiste.

Chodzi o bezpośredni kontakt z dziennikarzem lub influencerem. Jeśli masz choćby maila do takiej osoby, jesteś w stanie dobrze się zaprezentować. Przesyłasz starannie przygotowanego pressbooka i pytasz wprost, czy osoba podjęłaby się opowiedzenia o książce w swoich mediach? Czy w ogóle jest zainteresowana współpracą w zamian za egzemplarz recenzencki? A może chce czegoś więcej, jak np. w przypadku patronatu?

Wydaję książkę. Czy i do czego potrzebuję patrona medialnego?

Jeśli znasz jakiegoś dziennikarza bardzo dobrze, wystarczy, że szepniesz mu słówko przy kawie. Ale jeśli próbujesz dostać się do kogoś, z kim nie miałeś wcześniej do czynienia, pressbook to niezastąpione narzędzie do jak najlepszego przedstawienia swojego utworu. I samego siebie! Jeśli będzie dobrze przygotowany, zdecydowanie zwiększa szanse na to, że dziennikarze napiszą o Twojej książce w czasopismach, a blogerzy na swoich www.

Pressbooka wysyła się również do hurtowni, bibliotek, księgarń i domów kultury! To narzędzie, które pomaga w promocji i sprzedaży na każdym etapie życia książki. 

Księgarnia, którą zaintrygował mail z pressbookiem, zamówi egzemplarze z hurtowni. Hurtownia zamówi od wydawcy więcej egzemplarzy, bo będzie wiedziała, że księgarnie również się zainteresują, więc lepiej się zaopatrzyć, póki czas. Biblioteki muszą dowiedzieć się o nowości książkowej, więc po otrzymaniu efektownego pressbooka mogą zaprosić autora na spotkanie autorskie i zaoferować mu wynagrodzenie, to samo domy kultury.

Jak przygotować pressbook, który powali na kolana?

Przyda się trochę umiejętności graficznych. Znajomość Adobe InDesigna, Photoshopa czy chociażby Corela mile widziana! Jeśli nie masz takich umiejętności, to dobry moment do nauki, poproszenia znajomego albo specjalisty.

Twój pressbook powinien zawierać najważniejsze informacje o książce i jej autorze. Być przejrzysty oraz atrakcyjny graficznie, by wyróżniał się spośród tuzinów innych materiałów prasowych.

Pressbook powinien prezentować wszystko, co najważniejsze:

  • okładkę książki,
  • tytuł, imię i nazwisko (bądź pseudonim) autora,
  • datę premiery,
  • biogram autora,
  • podstawowe informacje o książce – o czym traktuje, do kogo jest skierowana,
  • osobę kontaktową, jej adres e-mail i nr telefonu (w sprawie wywiadów lub spotkań autorskich).

Naprawdę świetnie, gdy dodatkowo pressbook zawierać będzie:

  • szczegóły publikacji (rodzaj oprawy, cenę detaliczną, nr ISBN czy liczbę stron – w końcu lepiej wiedzieć, ile czasu trzeba przeznaczyć na lekturę, prawda?),
  • logotypy patronów medialnych (zwiększają wiarygodność autora – skoro ktoś objął patronat, to musi być dobra książka),
  • fragment książki lub chociaż kilka cytatów,
  • blurby znanych osób, które już zdążyły wypowiedzieć się o książce,
  • informacje o poprzednich publikacjach autora lub zdjęcia z poprzednich spotkań autorskich.

To nieprawda, że pressbook musi być skondensowany na jednej stronie. Może mieć ich więcej i tworzyć faktycznie reklamową książeczkę o nowym tytule. Ba, można go nawet wydrukować i rozdawać na targach książki lub innych imprezach, co też czyni Wydawnictwo Poznańskie. Ale wiadomo, by najważniejsze informacje zostały umieszczone na samym początku. Mamy naprawdę kilka sekund, by zaciekawić odbiorcę, zanim postanowi przeczytać innego e-maila!

Pressbook, który wykonywałam dla Dobiesława Koniecznego, autora Krótkiego wstępu do Apokalipsy, liczył aż 8 stron, z czego każda traktowała o czymś innym, dzięki czemu udało nam się zachować przejrzystość przy dosyć sporej liczbie informacji oraz zdjęć autora.

Pozwolę sobie przytoczyć opinię autora oraz jego żony, Agnieszki Koniecznej, na temat realizacji pressbooka:

Polecamy fabrykadygresji.pl i twórczą, profesjonalną pracę Pani Emilii.
Stworzony przez Panią Emilię pressbook jest wizytówką książki, świetną reklamą, która już na siebie pracuje.
Kontakt z Panią Emilią niezwykle ciepły, inspirujący. Daleko wykraczający poza standardowy schemat kupujący-sprzedający.
Profesjonalne podejście do pracy oraz elastyczność w kwestii twórczych zmian, pozwala kontynuować naszą współpracę w przyszłości.
Ale to dopiero początek cyklu o marketingu książki. Pressbook jest bowiem podstawowym narzędziem, z którego korzysta się najczęściej, ale nie jedynym. Jeśli jesteście zainteresowani tym tematem albo szczególnie jakimś zagadnieniem, np. organizacją spotkań autorskich w bibliotekach, kontaktem z prasą czy np. jak prowadzić stronę książki czy autora na Facebooku, dajcie znać. Np. na Facebooku, zachęcam do polubienia!

Pamiętajcie: jeśli potrzebujecie kogoś do ogarnięcia marketingu Waszej książki, jesteście w idealnym miejscu. Sprawdźcie pakiety w promocyjnych cenach i zapiszcie się na newsletter, by otrzymywać zniżki!

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )
Jestem też do Waszej dyspozycji mailowej pod fabrykadygresji@gmail.com.
I to chyba wszystko na dziś!
Trzymajcie się!
Wasza
PS
Może pomocne okażą się również poniższe artykuły? Sprawdź!
Fabryka życia #8 – Ostatnia zimowa walka – dzień dobry, wiosno!

Fabryka życia #8 – Ostatnia zimowa walka – dzień dobry, wiosno!

Miniony tydzień był dla mnie ciężką batalią. Uzbrojona w prawo autorskie i dopingowana przez Sikorę, prowadziłam negocjacje z wydawnictwem z Gdyni. Niedzielna siłownia wyszła mi jednak bokiem. O wiele łatwiej walczyć o swoje prawa do tekstu niż wojować z fatalnym przeziębieniem. A zdrowa musiałam być, w końcu weekend to Kolosy. Już moje trzecie. Nie wyobrażałam sobie, jakby to było, gdyby mnie zabrakło podczas tej delegacji. Przegapiłabym tyle niesamowitości…

Muszę przyznać, że wydawnictwo z Gdyni zareagowało natychmiast na sytuację opisaną w ostatnim poście. Po raczej pozbawionym kurtuazji wpisie na Fabryce dygresji, wydawnictwo odezwało się do mnie jako pierwsze, by przeprosić. Nie zdążyłam do nich zadzwonić z aferą. Moja osobowość histrioniczna była niepocieszona, ale musiałam docenić błyskawiczny ruch ze strony wydawnictwa. Każdemu może się zdarzyć zrobienie popeliny, grunt, żeby potrafić przyznać się do błędu i wyciągnąć z niego wnioski na przyszłość. Mam nadzieję, że i Wy również wyniesiecie z tej historii jakąś naukę. Ceńcie swoje teksty. Skoro poświęcacie czas na pisanie, a Wasze posty są naprawdę wartościowe, niech widnieją u Was, a nie również w innych miejscach sieci, ponieważ wówczas obniża się Wam ruch na blogu. Bo algorytmy Google’a podobne do siebie teksty po prostu traktują jak plagiat i usuwają z górnych pozycji wyszukiwarki.

 

przeprosiny od wydawnictwa

 

Zdrowotnie wciąż nie doszłam jeszcze do siebie. Choć większość objawów przeziębienia ustąpiło podczas pierwszego dnia Kolosów (to z pewnością to magiczne morskie powietrze) i o dziwo bieganie w koszulce na ramiączkach po dworze w środku nocy (albo nad ranem, straciłam rachubę) nie sprawiło, że teraz wypluwam płuca. Czuję się nieźle, ale zdrowie to skarb, a ja nie chcę spędzić kolejnego dnia w domowej kwarantannie. To przez nią dostałam na Dzień Kobiet zamiast kwiatów parówki berlinki od współlokatora, którego musiałam prosić o zrobienie zakupów…

A Kolosy? Mnóstwo historii, dużo śmiechu, przytulania, picia, inspiracji i znamiennych spotkań. Mam dla Was zresztą lifehacka: jeśli nie pamiętacie, jak nazywa się osoba, z którą właśnie rozmawiacie, bo akurat ubiegłego wieczoru, kiedy się poznawaliście, nie byliście zbyt przytomni, podajcie jej swój telefon i poproście, żeby wyszukali Wam się na Facebooku i zaprosili do znajomych. To takie proste.

Projekt bez tytułu

Gdynia Arena, wejście na Kolosy; Sikora studiuje program imprezy

Gdybym zaś miała w jednym słowie najtrafniej oddać mój aktualny stan ducha, powiedziałabym, że czuję się prawdziwie. Objawy kaca po bankiecie podróżników na dobre już ustąpiły. Prawdziwa ulga. Wracamy z Sikorą i Wojtkiem do Poznania. Do prawdziwego domu. Próbując dokonać własnej analizy wewnętrznej w Intercity relacji Gdynia – Poznań, czuję się jak prawdziwa pisarka. I w ogóle, czuję dużo i wiem, że te wszystkie emocje są prawdziwe, szczere, bo muszę przyznać, że ostatnie miesiące to był niezły galimatias.

Pamiętacie, jak pisałam, że kiedy podłapałam doła, bo moje życie nagle zwolniło, zrobiłam plan na kilka najbliższych lat i natychmiast poczułam się lepiej? Okazuje się, że rozpęd, którego nabrałam, sprawia, że już zaczęłam prześcigać elementy tej rozpiski. To oznacza, że zyskam czas na popełnienie jeszcze większej ilości cudownych głupot.

Z tego powodu jestem prawdziwie szczęśliwa. Choć z drugiej strony boję się, że choć dużo osiągnę, na deser pozostanie mi tylko wymiana spojrzeń jak u Mii i Sebastiana w ostatniej scenie La La Landu. Ale to wciąż lepsze niż nic.

Kolejne płynne przejście między tygodniami, bez leniwego weekendu. Im więcej działam, tym mniej potrzebuję odpoczywać. Dziwne, ale piękne.

W ten sposób przebolałam zimę.

I wiem, że wiosna w tym roku będzie jedną z najcudowniejszych.

Już jest.

 

Fabryka życia #7 – Człowiek stopie wilkiem,

Fabryka życia #7 – Człowiek stopie wilkiem,

 czyli o podpierdalaniu cudzej własności

W ciągu minionych siedmiu dni nauczyłam się, że ludzka bezradność jest niczym więcej, jak iluzją naszego ograniczonego umysłu. Siła zawsze jest w nas, musimy tylko nauczyć się ją wydobywać.

Pamiętacie poprzedni wpis z cyklu Fabryka życia? O tym, jak zdałam sobie sprawę z tego, że marazm rodzi marazm i tylko od nas zależy, czy w naszym życiu zadzieje się magia? Potwierdzam, jest to prawda, spróbowałam i działa. Mimo że lekko nie było.

Początek tygodnia był dla mnie dosyć trudny. Jestem jedynaczką. Moi rodzice dosyć długo czekali na moje pojawienie się na świecie. Dlatego teraz mam lekki problem, mieszkając w innym mieście niż oni. Kiedy dzieje się coś złego, a dzieje się coraz częściej, w końcu zdrowie nie jest niezniszczalne, wracam do domu, nie bacząc na wszystko. Chcę być dla rodziny oparciem. Uważam, że zostałam dobrze wychowana, w dzieciństwie poświęcono mi naprawdę ogrom uwagi. Czas się za to odwdzięczyć.

Ale jednak kiedy w środku nocy pędziłam samochodem między miastami, odpowiadając na czasem trudne pytania kierowcy (Nie jest pani ciężko, nie mając mężczyzny u swojego boku?), czułam się bardzo malutka. Po raz kolejny wydarzyło się coś, na co nie miałam wpływu. Wszechświat świrował. Pragnęłam rozpłakać się, przytulić do mamy i poczekać, aż wyjdzie słońce. Ale była ciemna noc i to ja musiałam być oparciem. Nie wiem, kiedy to się stało. Jak mogłam tak szybko dorosnąć? Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Zapominam, że to ja decyduję o wszystkim, co dzieje się w moim życiu. I nawet, jeśli nie mam wpływu na sfiksowany los, od mojego zachowania zależy, czy inni ludzie będą załamani, czy poczują się pocieszeni.

Jeśli kochasz ludzi wokół siebie i nie chcesz, by wydarzała im się krzywda, musisz być silna, by mogli brać z Ciebie przykład. Musisz zachowywać spokój i wierzyć ze wszystkich sił, że wszystko się poukłada. A jeśli samo się nie poukłada, musisz być w gotowości, by zrobić to samej. W ten sposób modyfikuje się rzeczywistość. Miłością do bliskich.

Za każdym razem, kiedy czuję się malutka, bezradna i skołowana, patrzę w lustro. Przypominam sobie, kim chcę być – silną kobietą, która nie przegrywa z problemami, tylko wychodzi im naprzeciw i zwycięża. I staję się nią.

Tydzień był bardzo pracowity, muszę przyznać. W pracy kończę kilka projektów, nieoczekiwanie wpadło mi kilka nowych. Do tego grupa Kobiety piszą (zapraszam!), którą utworzyłam pod koniec lutego, wspaniale się rozwija. Wielką radość sprawia mi poznawanie innych kreatywnych osób. Otrzymałam masę miłych wiadomości, za które pięknie dziękuję. Fabryka dygresji również dobrze rokuje. Mam mnóstwo nowych pomysłów, szykują się kolejne współprace, przetestowałam reklamy na Facebooku, jest świetnie.

Praca jest najlepszym lekarstwem. A już w ogóle cudownie, kiedy tak idealnie łączy się z największą pasją. Mam farta. Kiedy zatem jest mi źle, myślę o tym, co do tej pory osiągnęłam, w jak komfortowej sytuacji jestem, mogąc realizować się jednocześnie na tak wielu polach i jak wiele zamierzam zrobić w najbliższym czasie, bo mogę, jest mi naprawdę błogo. Czasem problem sprawia mi moja pomysłowość, bo brakuje czasu, ale i na to znajdzie się rozwiązanie.

W dodatku przyszła wiosna. Jest ciepło. Jak tu nie cieszyć się każdym dniem? Kiedy mogę codziennie komunikować się z ludźmi, których kocham? Czy to nie wystarczy do zachowania spokoju duszy?

Po pracowitym tygodniu nadszedł czas na odpoczynek. Skopałam tyłki Mateuszowi i Łukaszowi w grze Magnaci (polecam!), w sobotę odwiedziłam targi ogrodnicze, a potem wyprawiłam się w szaloną podróż czerwoną rakietą z Zuzkiem przez miasto z odsłoniętym szyberdachem. Wpadł Konrad, nieoceniony pomagier i być może przyszły publicysta, a w niedzielę udało mi się nawet pójść do siłowni.

Wszystko zatem byłoby rewelacyjnie. Byłoby.

Ale świat jest pełen niedouczonych, bezczelnych ludzi.

I tutaj przechodzimy wreszcie do głównego tematu mojego dzisiejszego wpisu.

Bo może gdyby skradziono mi stówkę z portfela, nie robiłabym dramatu. Pieniądze to pieniądze, wiadomo, raz są, a kiedy indziej trzeba odwiedzić bank i poprosić o aktywowanie możliwości debetowych.

Gdyby skradziono mi rower, pewnie napisałabym na jakiejś grupie na Facebooku, że życzę złodziejowi, żeby pochłonęło go piekło i na tym by się pewnie skończyło.

Ale skradziono mi coś, co stanowi treść mojego życia.

Czyli właśnie treść.

Jestem pisarką. Na swoim koncie na razie mam jedną opublikowaną książkę. Wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale pracuję jak wół nad swoimi tekstami, czy to do drugiej i trzeciej książki, czy to na blog. I wyobraźcie sobie, że to właśnie z Fabryki dygresji pewne wydawnictwo zawinęło mi tekst. Skopiowało, wkleiło na swoją stronę internetową, włącznie ze zdjęciem! Po którego kliknięciu, zamiast do mojego konta na Instagramie, jak w oryginale, przenosi się do ich sklepu internetowego. I owszem, źródło zostało podane, ale autor tekstu – nie. No bo po co?

Hm, może po to, żeby nie łamać prawa? 

Czytam książkę. Robię notatki. Ostatecznie ślęczę przy komputerze i staram się, by mój tekst był interesujący dla czytelnika. Wreszcie – publikuję. Udostępniam. Ile łącznie godzin mi to zajęło? Pewnie około dwudziestu łącznie. Tak szacuję. A ile osobie w wydawnictwie zajęło czasu przekopiowanie mojego tekstu i wklejenie (rzecz jasna, bez mojej zgody) go na www? Pięć minut?

Czy osoba ta nie pomyślała, że może warto byłoby zapytać autora tekstu o zgodę na jego publikację? Czy jest to jakieś, przepraszam, nienaturalne? Tak już się nie robi w dzisiejszych czasach? Po prostu się bierze cudzą własność i traktuje jak swoją?

Czy ta osoba nie pomyślała, że skoro w notce nie pojawia się nazwa tego wydawnictwa, to ja z tą firmą nie chcę mieć nic wspólnego? Że skoro wypisuję tytuł książki i jej autora, a nie wydawnictwo, to nie jest to przypadek?

No nie, nie pomyślała, bo skoro robi takie rzeczy, jak rozporządzanie się nieswoim tekstem, nie wymagajmy od niej podejmowania tak trudnych czynności.

Ale, kurwa, skopiowanie zdjęcia mojej stopy i umieszczenie go na stronie wydawnictwa to już jakiś absurd. Ręce opadają, przecież to jest totalnie niepoważne. Okej, może to moja wina. Może to właśnie przez tę stopę. Może w wydawnictwie pracuje fetyszysta stóp i nie mógł się powstrzymać. Rozumiem, czasami z popędami nie jesteśmy w stanie wygrać. Bywamy po prostu chorymi ludźmi, no i tyle.

A zatem odpuszczę, jeśli osoba publikująca mój tekst – powtórzę: bez mojej zgody – była niepoczytalna i zostanie skierowana na przymusowy odwyk od stóp.

Ale jeśli nie, jest to dla mnie zwykłe złodziejstwo. I zobaczcie, takie rzeczy dzieją się w wydawnictwie. Nie mogę w to uwierzyć. Sama przecież w wydawnictwie pracuję.

Czasami dzwonią do mnie ludzie i pytają, czy ich propozycja wydawnicza będzie u nas bezpieczna. Czy nie opublikujemy jej bez wiedzy autora. Uspokajam zawsze takich niedoświadczonych pisarzy i tłumaczę, że nie, że przecież chroni ich prawo autorskie i taki czyn byłby nie dość, że niezgodny z prawem (a dokładniej: grożący grzywną lub karą więzienia do lat trzech!), to po prostu również aktem zwykłego chamstwa. A my pracujemy w wydawnictwie i należymy do tej kulturalniejszej części ludzkości.

Ale to wydawnictwo, w którym pracuję.

A nie wydawnictwo, które publikuje w całości podpierdzielone blogerom teksty. I skoro ja nie przesłałam do wydawnictwa treści mojej recenzji, a została ona bez mojej wiedzy opublikowana, to na miejscu przyszłych autorów, którzy zgłaszają tam swoje maszynopisy, byłabym już obesrana ze strachu. Może wydadzą tam książkę podpisaną ulicą, przy której mieszka autor, nie zaś jego imieniem i nazwiskiem? Bo owszem, moja recenzja została podpisana. Źródło: Fabryka dygresji. Ale ja nie jestem Fabryką dygresji. Mam imię i nazwisko oraz szacunek do swojej twórczości, która jest kwintesencją mojego życia.

Zatem zamiast płakać nad tym, że spadnie mi pozycjonowanie, że ktoś bezprawnie wykorzystał moją wielogodzinną pracę i użył jako treści na swoją stronę internetową, po prostu zrobię z tym porządek.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

__________________

Obrazek wyróżniający: http://ryjbuk.pl/przypal-326829; dodane przez BoginiRyjbuka