Fabryka życia #8 – Ostatnia zimowa walka – dzień dobry, wiosno!

Fabryka życia #8 – Ostatnia zimowa walka – dzień dobry, wiosno!

Miniony tydzień był dla mnie ciężką batalią. Uzbrojona w prawo autorskie i dopingowana przez Sikorę, prowadziłam negocjacje z wydawnictwem z Gdyni. Niedzielna siłownia wyszła mi jednak bokiem. O wiele łatwiej walczyć o swoje prawa do tekstu niż wojować z fatalnym przeziębieniem. A zdrowa musiałam być, w końcu weekend to Kolosy. Już moje trzecie. Nie wyobrażałam sobie, jakby to było, gdyby mnie zabrakło podczas tej delegacji. Przegapiłabym tyle niesamowitości…

Muszę przyznać, że wydawnictwo z Gdyni zareagowało natychmiast na sytuację opisaną w ostatnim poście. Po raczej pozbawionym kurtuazji wpisie na Fabryce dygresji, wydawnictwo odezwało się do mnie jako pierwsze, by przeprosić. Nie zdążyłam do nich zadzwonić z aferą. Moja osobowość histrioniczna była niepocieszona, ale musiałam docenić błyskawiczny ruch ze strony wydawnictwa. Każdemu może się zdarzyć zrobienie popeliny, grunt, żeby potrafić przyznać się do błędu i wyciągnąć z niego wnioski na przyszłość. Mam nadzieję, że i Wy również wyniesiecie z tej historii jakąś naukę. Ceńcie swoje teksty. Skoro poświęcacie czas na pisanie, a Wasze posty są naprawdę wartościowe, niech widnieją u Was, a nie również w innych miejscach sieci, ponieważ wówczas obniża się Wam ruch na blogu. Bo algorytmy Google’a podobne do siebie teksty po prostu traktują jak plagiat i usuwają z górnych pozycji wyszukiwarki.

 

przeprosiny od wydawnictwa

 

Zdrowotnie wciąż nie doszłam jeszcze do siebie. Choć większość objawów przeziębienia ustąpiło podczas pierwszego dnia Kolosów (to z pewnością to magiczne morskie powietrze) i o dziwo bieganie w koszulce na ramiączkach po dworze w środku nocy (albo nad ranem, straciłam rachubę) nie sprawiło, że teraz wypluwam płuca. Czuję się nieźle, ale zdrowie to skarb, a ja nie chcę spędzić kolejnego dnia w domowej kwarantannie. To przez nią dostałam na Dzień Kobiet zamiast kwiatów parówki berlinki od współlokatora, którego musiałam prosić o zrobienie zakupów…

A Kolosy? Mnóstwo historii, dużo śmiechu, przytulania, picia, inspiracji i znamiennych spotkań. Mam dla Was zresztą lifehacka: jeśli nie pamiętacie, jak nazywa się osoba, z którą właśnie rozmawiacie, bo akurat ubiegłego wieczoru, kiedy się poznawaliście, nie byliście zbyt przytomni, podajcie jej swój telefon i poproście, żeby wyszukali Wam się na Facebooku i zaprosili do znajomych. To takie proste.

Projekt bez tytułu

Gdynia Arena, wejście na Kolosy; Sikora studiuje program imprezy

Gdybym zaś miała w jednym słowie najtrafniej oddać mój aktualny stan ducha, powiedziałabym, że czuję się prawdziwie. Objawy kaca po bankiecie podróżników na dobre już ustąpiły. Prawdziwa ulga. Wracamy z Sikorą i Wojtkiem do Poznania. Do prawdziwego domu. Próbując dokonać własnej analizy wewnętrznej w Intercity relacji Gdynia – Poznań, czuję się jak prawdziwa pisarka. I w ogóle, czuję dużo i wiem, że te wszystkie emocje są prawdziwe, szczere, bo muszę przyznać, że ostatnie miesiące to był niezły galimatias.

Pamiętacie, jak pisałam, że kiedy podłapałam doła, bo moje życie nagle zwolniło, zrobiłam plan na kilka najbliższych lat i natychmiast poczułam się lepiej? Okazuje się, że rozpęd, którego nabrałam, sprawia, że już zaczęłam prześcigać elementy tej rozpiski. To oznacza, że zyskam czas na popełnienie jeszcze większej ilości cudownych głupot.

Z tego powodu jestem prawdziwie szczęśliwa. Choć z drugiej strony boję się, że choć dużo osiągnę, na deser pozostanie mi tylko wymiana spojrzeń jak u Mii i Sebastiana w ostatniej scenie La La Landu. Ale to wciąż lepsze niż nic.

Kolejne płynne przejście między tygodniami, bez leniwego weekendu. Im więcej działam, tym mniej potrzebuję odpoczywać. Dziwne, ale piękne.

W ten sposób przebolałam zimę.

I wiem, że wiosna w tym roku będzie jedną z najcudowniejszych.

Już jest.

 

Fabryka życia #7 – Człowiek stopie wilkiem,

Fabryka życia #7 – Człowiek stopie wilkiem,

 czyli o podpierdalaniu cudzej własności

W ciągu minionych siedmiu dni nauczyłam się, że ludzka bezradność jest niczym więcej, jak iluzją naszego ograniczonego umysłu. Siła zawsze jest w nas, musimy tylko nauczyć się ją wydobywać.

Pamiętacie poprzedni wpis z cyklu Fabryka życia? O tym, jak zdałam sobie sprawę z tego, że marazm rodzi marazm i tylko od nas zależy, czy w naszym życiu zadzieje się magia? Potwierdzam, jest to prawda, spróbowałam i działa. Mimo że lekko nie było.

Początek tygodnia był dla mnie dosyć trudny. Jestem jedynaczką. Moi rodzice dosyć długo czekali na moje pojawienie się na świecie. Dlatego teraz mam lekki problem, mieszkając w innym mieście niż oni. Kiedy dzieje się coś złego, a dzieje się coraz częściej, w końcu zdrowie nie jest niezniszczalne, wracam do domu, nie bacząc na wszystko. Chcę być dla rodziny oparciem. Uważam, że zostałam dobrze wychowana, w dzieciństwie poświęcono mi naprawdę ogrom uwagi. Czas się za to odwdzięczyć.

Ale jednak kiedy w środku nocy pędziłam samochodem między miastami, odpowiadając na czasem trudne pytania kierowcy (Nie jest pani ciężko, nie mając mężczyzny u swojego boku?), czułam się bardzo malutka. Po raz kolejny wydarzyło się coś, na co nie miałam wpływu. Wszechświat świrował. Pragnęłam rozpłakać się, przytulić do mamy i poczekać, aż wyjdzie słońce. Ale była ciemna noc i to ja musiałam być oparciem. Nie wiem, kiedy to się stało. Jak mogłam tak szybko dorosnąć? Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Zapominam, że to ja decyduję o wszystkim, co dzieje się w moim życiu. I nawet, jeśli nie mam wpływu na sfiksowany los, od mojego zachowania zależy, czy inni ludzie będą załamani, czy poczują się pocieszeni.

Jeśli kochasz ludzi wokół siebie i nie chcesz, by wydarzała im się krzywda, musisz być silna, by mogli brać z Ciebie przykład. Musisz zachowywać spokój i wierzyć ze wszystkich sił, że wszystko się poukłada. A jeśli samo się nie poukłada, musisz być w gotowości, by zrobić to samej. W ten sposób modyfikuje się rzeczywistość. Miłością do bliskich.

Za każdym razem, kiedy czuję się malutka, bezradna i skołowana, patrzę w lustro. Przypominam sobie, kim chcę być – silną kobietą, która nie przegrywa z problemami, tylko wychodzi im naprzeciw i zwycięża. I staję się nią.

Tydzień był bardzo pracowity, muszę przyznać. W pracy kończę kilka projektów, nieoczekiwanie wpadło mi kilka nowych. Do tego grupa Kobiety piszą (zapraszam!), którą utworzyłam pod koniec lutego, wspaniale się rozwija. Wielką radość sprawia mi poznawanie innych kreatywnych osób. Otrzymałam masę miłych wiadomości, za które pięknie dziękuję. Fabryka dygresji również dobrze rokuje. Mam mnóstwo nowych pomysłów, szykują się kolejne współprace, przetestowałam reklamy na Facebooku, jest świetnie.

Praca jest najlepszym lekarstwem. A już w ogóle cudownie, kiedy tak idealnie łączy się z największą pasją. Mam farta. Kiedy zatem jest mi źle, myślę o tym, co do tej pory osiągnęłam, w jak komfortowej sytuacji jestem, mogąc realizować się jednocześnie na tak wielu polach i jak wiele zamierzam zrobić w najbliższym czasie, bo mogę, jest mi naprawdę błogo. Czasem problem sprawia mi moja pomysłowość, bo brakuje czasu, ale i na to znajdzie się rozwiązanie.

W dodatku przyszła wiosna. Jest ciepło. Jak tu nie cieszyć się każdym dniem? Kiedy mogę codziennie komunikować się z ludźmi, których kocham? Czy to nie wystarczy do zachowania spokoju duszy?

Po pracowitym tygodniu nadszedł czas na odpoczynek. Skopałam tyłki Mateuszowi i Łukaszowi w grze Magnaci (polecam!), w sobotę odwiedziłam targi ogrodnicze, a potem wyprawiłam się w szaloną podróż czerwoną rakietą z Zuzkiem przez miasto z odsłoniętym szyberdachem. Wpadł Konrad, nieoceniony pomagier i być może przyszły publicysta, a w niedzielę udało mi się nawet pójść do siłowni.

Wszystko zatem byłoby rewelacyjnie. Byłoby.

Ale świat jest pełen niedouczonych, bezczelnych ludzi.

I tutaj przechodzimy wreszcie do głównego tematu mojego dzisiejszego wpisu.

Bo może gdyby skradziono mi stówkę z portfela, nie robiłabym dramatu. Pieniądze to pieniądze, wiadomo, raz są, a kiedy indziej trzeba odwiedzić bank i poprosić o aktywowanie możliwości debetowych.

Gdyby skradziono mi rower, pewnie napisałabym na jakiejś grupie na Facebooku, że życzę złodziejowi, żeby pochłonęło go piekło i na tym by się pewnie skończyło.

Ale skradziono mi coś, co stanowi treść mojego życia.

Czyli właśnie treść.

Jestem pisarką. Na swoim koncie na razie mam jedną opublikowaną książkę. Wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale pracuję jak wół nad swoimi tekstami, czy to do drugiej i trzeciej książki, czy to na blog. I wyobraźcie sobie, że to właśnie z Fabryki dygresji pewne wydawnictwo zawinęło mi tekst. Skopiowało, wkleiło na swoją stronę internetową, włącznie ze zdjęciem! Po którego kliknięciu, zamiast do mojego konta na Instagramie, jak w oryginale, przenosi się do ich sklepu internetowego. I owszem, źródło zostało podane, ale autor tekstu – nie. No bo po co?

Hm, może po to, żeby nie łamać prawa? 

Czytam książkę. Robię notatki. Ostatecznie ślęczę przy komputerze i staram się, by mój tekst był interesujący dla czytelnika. Wreszcie – publikuję. Udostępniam. Ile łącznie godzin mi to zajęło? Pewnie około dwudziestu łącznie. Tak szacuję. A ile osobie w wydawnictwie zajęło czasu przekopiowanie mojego tekstu i wklejenie (rzecz jasna, bez mojej zgody) go na www? Pięć minut?

Czy osoba ta nie pomyślała, że może warto byłoby zapytać autora tekstu o zgodę na jego publikację? Czy jest to jakieś, przepraszam, nienaturalne? Tak już się nie robi w dzisiejszych czasach? Po prostu się bierze cudzą własność i traktuje jak swoją?

Czy ta osoba nie pomyślała, że skoro w notce nie pojawia się nazwa tego wydawnictwa, to ja z tą firmą nie chcę mieć nic wspólnego? Że skoro wypisuję tytuł książki i jej autora, a nie wydawnictwo, to nie jest to przypadek?

No nie, nie pomyślała, bo skoro robi takie rzeczy, jak rozporządzanie się nieswoim tekstem, nie wymagajmy od niej podejmowania tak trudnych czynności.

Ale, kurwa, skopiowanie zdjęcia mojej stopy i umieszczenie go na stronie wydawnictwa to już jakiś absurd. Ręce opadają, przecież to jest totalnie niepoważne. Okej, może to moja wina. Może to właśnie przez tę stopę. Może w wydawnictwie pracuje fetyszysta stóp i nie mógł się powstrzymać. Rozumiem, czasami z popędami nie jesteśmy w stanie wygrać. Bywamy po prostu chorymi ludźmi, no i tyle.

A zatem odpuszczę, jeśli osoba publikująca mój tekst – powtórzę: bez mojej zgody – była niepoczytalna i zostanie skierowana na przymusowy odwyk od stóp.

Ale jeśli nie, jest to dla mnie zwykłe złodziejstwo. I zobaczcie, takie rzeczy dzieją się w wydawnictwie. Nie mogę w to uwierzyć. Sama przecież w wydawnictwie pracuję.

Czasami dzwonią do mnie ludzie i pytają, czy ich propozycja wydawnicza będzie u nas bezpieczna. Czy nie opublikujemy jej bez wiedzy autora. Uspokajam zawsze takich niedoświadczonych pisarzy i tłumaczę, że nie, że przecież chroni ich prawo autorskie i taki czyn byłby nie dość, że niezgodny z prawem (a dokładniej: grożący grzywną lub karą więzienia do lat trzech!), to po prostu również aktem zwykłego chamstwa. A my pracujemy w wydawnictwie i należymy do tej kulturalniejszej części ludzkości.

Ale to wydawnictwo, w którym pracuję.

A nie wydawnictwo, które publikuje w całości podpierdzielone blogerom teksty. I skoro ja nie przesłałam do wydawnictwa treści mojej recenzji, a została ona bez mojej wiedzy opublikowana, to na miejscu przyszłych autorów, którzy zgłaszają tam swoje maszynopisy, byłabym już obesrana ze strachu. Może wydadzą tam książkę podpisaną ulicą, przy której mieszka autor, nie zaś jego imieniem i nazwiskiem? Bo owszem, moja recenzja została podpisana. Źródło: Fabryka dygresji. Ale ja nie jestem Fabryką dygresji. Mam imię i nazwisko oraz szacunek do swojej twórczości, która jest kwintesencją mojego życia.

Zatem zamiast płakać nad tym, że spadnie mi pozycjonowanie, że ktoś bezprawnie wykorzystał moją wielogodzinną pracę i użył jako treści na swoją stronę internetową, po prostu zrobię z tym porządek.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

__________________

Obrazek wyróżniający: http://ryjbuk.pl/przypal-326829; dodane przez BoginiRyjbuka