Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia

To dziś. 31 sierpnia jest Dniem Bloga. Najbardziej dla mnie wyjątkowym. Wreszcie udało mi się założyć firmę opartą na blogu. 10 lat temu nie przypuszczałabym, że moje blogowanie potoczy się w tym komercyjnym kierunku…

Bo ja po prostu chciałam pisać. Nie o świecie wymyślonym. Ten zbudowany w mojej wyobraźni zachowuję na kolejne powieści. Ale o życiu, o tym, co mnie spotyka. Wyżalić się, poczuć mniej samotną. Znaleźć osoby podobne do mnie, a może pomóc innym?

Właśnie to jest dla mnie kwintesencja blogowania. Przekazywanie swojego doświadczenia i wiedzy, by pomóc tym, którzy tej pomocy szukają. Jaki jest sens gromadzenia doświadczeń, jeśli nie można ich przekazywać dalej? Opowiadać o nich, dzielić się nimi?

Kocham poznawać nowych ludzi. Blogowanie daje mi możliwość poznawania tych, którzy mieszkają daleko. We Wrocławiu. W Warszawie. Albo we Włoszech czy Finlandii. Bez ludzi pisanie bloga nie ma sensu.

A aspekt komercyjny?

Pamiętam, jak mój dawny przyjaciel (teraz się do mnie nie odzywa, ciekawe, czy kiedyś się to zmieni – chyba nie podoba mu się kierunek, w którym podążyłam z blogiem) krytykował jedną z książek Tomka Tomczyka. Za to, że jej tematem było zarabianie na blogu i współpraca z firmami. Mój rozmówca wychodził z założenia, że blogowanie to musi być hobby, a na hobby się nie zarabia. Żeby mieć pieniądze, trzeba chodzić do etatowej pracy. Pasję odkłada się na później, na czas wolny.

Na początku roku borykałam się z decyzją, z czego zrezygnować, bo mam za dużo na głowie, a za mało czasu. Zdrowie psychiczne zaczynało naprawdę ostro szwankować. Nie spałam po nocach. Projekty nie posuwały się naprzód, bo kiedy próbuje się wszystko ogarnąć, w istocie nie ogarnia się nic. Moje życie dzieliło się na trzy główne kategorie: praca na etacie w wydawnictwie, pisanie książki i blogowanie właśnie.

Naturalnym byłoby zrezygnować z tego, co nie przynosi w zasadzie żadnego dochodu, nie? Bo przecież trzeba opłacić mieszkanie i jeść posiłki nieco bardziej wartościowe niż gruz. Poprosiłam więc kolegę, żeby zaopiekował się blogiem, ale przez jakiś czas się do mnie nie odzywał. W międzyczasie, po trzech latach pracy w wydawnictwie, spartoliłam po raz pierwszy w karierze prowadzony projekt. Najgorsze, że nie z mojej winy. Byłam totalnie bezradna.

Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym ja była własnym szefem, nigdy nie dopuściłabym do takiej sytuacji. I że żadne pieniądze (choć na etacie i tak zarabiałam malutko; w tamtym okresie debet był moim najlepszym kumplem) nie są warte mojej męczarni. Złożyłam wypowiedzenie.

Absolutnie nie żałuję tej decyzji. Nie miałam żadnych oszczędności, więc wróciłam do domu rodzinnego. Choć blog już zaczął przynosić dochody, podejrzewałam, że to łut szczęścia i muszę zrezygnować z mieszkania, bo nie dam rady za nie płacić. Dodatkowo pojawiły się problemy zdrowotne. Zastanawiam się, jakbym pogodziła moje wizyty u rozmaitych lekarzy, gdybym pracowała dalej na etacie. Czy by mi uwierzono, że jestem poważnie chora mimo że wyglądałam normalnie?

Miałam tylko siebie. Swój czas, własne pomysły i zapał do ich realizowania. Potencjał, który uwolnić mogła tylko jedna osoba na świecie: ja sama!

Skupiłam się na pisaniu bloga. Bez żadnego planu, bo plan na 2018 to skończyć książkę i odzyskać równowagę zdrowotną oraz psychiczną. A klienci zaczęli przychodzić. Tutaj ktoś potrzebował recenzji książki, kto inny chciał pracować indywidualnie nad swoim nowym tekstem, jeszcze ktoś prosił o pomoc przy wydaniu… Zaczęło się kręcić.

Ale kasa jest obok. A na pierwszym planie stoi RADOŚĆ. Gdyby blogowanie nie przynosiłoby mi radości, na pewno bym tego nie robiła! I dlatego zwracam się do tych z Was, którzy wahają się, czy zakładać bloga, czy nie. Tu nie ma nad czym się zastanawiać. Jeśli chcecie tworzyć treści – róbcie to! To nie jest wcale skomplikowane! A przynosi tyle zabawy, wartości i fantastycznych doświadczeń, że tylko ten, który bloguje potrafi zrozumieć ogrom tych wspaniałości! Nikt inny!

A na poparcie moich słów przytaczam słowa trzech wspaniałych, charyzmatycznych kobiet. Blogerek.

Zacznę od tajemniczej wypowiedzi Blogierki. Czym jest dla niej blogowanie?

Dla mnie blog to przede wszystkim wentyl emocji i bardzo kreatywne hobby, które zupełnie przez przypadek pozwoliło mi się przebranżowić. 🙂

Z kolei Edyta z bloga Bezdzietnik.pl, zapytana o to, co sprawia jej radość w blogowaniu, udziela nieco dłuższej wypowiedzi.

Odkrywanie siebie. Proces pisania jest dla mnie nieustająco zagadkowy i fascynujący. Siadając do pisania, zwykle mam pustkę w głowie. Blade przeczucie tego, co chcę wyrazić. I nagle – przy sprzyjających okolicznościach – dzieją się cuda. Pojawia się jakieś skojarzenie. Pierwsza refleksja. Pierwsze zdanie. I tekst zaczyna mnie prowadzić. Gdy jest już gotowy, często zastanawiam się, skąd mi się to wzięło – to słowo, myśl, metafora. Bez tego cudownego stanu skupienia nigdy bym ich w sobie nie odkryła. Oczywiście pisanie to również ciężka praca, niekiedy wręcz mordęga, ale te niezwykłe momenty olśnienia wynagradzają mi wszystkie ciemne i puste godziny spędzone nad milczącą klawiaturą.

Najdłużej wypowiedziała się Dagmara, twórczyni bloga socjopatka.pl i myślę, że jej słowa dopełnią całokształtu piękna blogowania.

Mogłabym napisać, że sam akt pisania, bo kocham to robić. Jednak pisanie to tylko część tego, co spotkało mnie odkąd bloguję i co zarazem daje mi radość. Przede wszystkim nigdy nie sądziłam, że blogowanie pozwoli mi tak bardzo poszerzyć swoje horyzonty i otworzy przede mną tak wiele nowych drzwi. I myślę, że to, czego zupełnie się nie spodziewałam, daje mi dziś największą radość.
Dzięki blogowaniu zrozumiałam, że bez żadnych środków finansowych ja również mogę pomagać, zarazem się w tym realizując. To dzięki blogowaniu zaangażowałam się w wiele kampanii społecznych, stworzyłam własne akcje nagłaśniające społeczne problemy, czy promujące czytelnictwo, a także poznałam dzięki tym działaniom wiele wspaniałych osób.
Inni Twórcy Internetowi są dla mnie ogromną inspiracją, a dzięki temu, że oni inspirują mnie, ja później mogę dzielić się tą energią z innymi. To takie wzajemności, które przyczyniają się do podawania dobrych rzeczy dalej.

Jednak to, co najbardziej kocham w blogowaniu to zaskoczenie jakie daje. Dzięki swojemu miejscu w sieci, nieraz dostaję tak wyjątkowe propozycje, że trudno w nie uwierzyć. Zaproszenie do redakcji magazynu „Chcemy być rodzicami”, zaproszenie do wypowiedzi eksperckich w popularnych mediach, bycie redaktorem w pierwszym czasopiśmie dla blogerów i wiele innych.
Bywa, że niektóre propozycje wyprzedzają moje wszelkie marzenia i ambicje i nieraz wymagają opuszczenia mojej strefy komfortu – ale nigdy żadne inne zajęcie nie pozwoliło mi rozwinąć skrzydeł, jak właśnie blogowanie. 🙂
I ta niepewność, co jutro dobrego się wydarzy, czym zaskoczy mnie życie i blogosfera – daje mi ogromną radość.

Napisałam do dziewczyn, bo chciałam, by swoimi świadectwami zainspirowały Was do otworzenia się na blogosferę. Wierzę, że każda z nas i każdy z nas przeżył sporo i ma w sobie wiedzę, by dzielić się tymi doświadczeniami z ludźmi dookoła. Czasem łatwiej się otworzyć w Internecie niż przed bliskimi znajomymi… Czasem łatwiej napisać, niż powiedzieć głośno…

Nie macie pojęcia, jak mi się miło zrobiło, kiedy w każdej z trzech powyższych wypowiedzi znalazłam samą siebie. Blogowanie to wspaniałe hobby, mogące stać się równie wspaniałą formułą zarabiania pieniędzy. Która daje wolność. Przyjaźnie. I przy tym niesamowicie rozwija.

Życzę Wam wszystkim, byście w tym, co robicie w życiu, odnajdywali tyle spełnienia, ile my w blogowaniu.

A jeśli chcecie dołączyć do grona blogerów – nie czekajcie.

Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję, że jesteście.

Wasza

 

10 porad dla początkujących blogerów

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 10 sposobów na to, by codziennie wpadać na genialny pomysł!

Marzec, czyli chwila, kiedy trzeba się puścić – oburącz.

Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Lipiec, czyli śpiewający karzeł, klaustrofobia i balety u sułtana w Londynie

Płonę! Pot ścieka ze mnie kroplami wielkimi jak ziarna grochu. Temperatura w Poznaniu daleka jest od poezji. 33 stopnie w cieniu to dramat (tudzież patologia), ale i tak czuję się rewelacyjnie! Bo działo się i dziać się będzie. Już Wam opowiadam!

Pisanie

Wreszcie (po latach pierdolenia, że to robię) wzięłam się naprawdę do pisania. Pomogły mi w tym warsztaty literackie oraz zupełnie nowy projekt. Moja kolejna książka będzie lekką, zabawną, zmysłową i… dziwną powieścią dla kobiet. Opowiadać będzie o dwóch absolwentkach poznańskiej uczelni, Grażynie i Antoninie, które wyruszają w Sudety, by ratować rodzinny biznes jednej z nich. Będzie płomienny romans z pisarzem, góry i śpiewający karzeł. A to tylko część atrakcji. Napisałam 6 rozdziałów i cisnę dalej. Trzymajcie kciuki!

Do tego przeczytałam dwie godne uwagi książki, które trafiają do mojej feministycznej biblioteczki. To A ja żem jej powiedziała Katarzyny Nosowskiej i równie lekkie w lekturze Wzloty i upadki młodej Jane Young napisane przez Gabrielle Zevin. Pochłonęłam też Dżozefa Jakuba Małeckiego, ale o tym ze szczegółami nieco później…

Podróżowanie

W lipcu wybraliśmy się najpierw na Mazury i do Malborka, a potem na drugą już odsłonę obozu wędrownego (o pierwszej, sudeckiej, możecie przeczytać tu). Tym razem wytrwaliśmy w Beskidzie Niskim tylko trzy dni. Słabiaki-Poznaniaki. Ulewne deszcze i agresywne burze, a także nieoczekiwane odparzenia stóp (nie wiem, jak to się stało, łaziłam w tych butach cały rok!) i ból kolana (Darek, idź w końcu do lekarza, Pirenejów w ten sposób nie zrobisz) nieco zabrały nam przyjemność z wyprawy. W ciągu tych kilku dni przeszliśmy jednak ok. 60 kilometrów, więc średnią mamy całkiem niezłą. Tym bardziej, że w zeszłym roku szłam na lekko i nocowaliśmy w schroniskach, a teraz miałam spory plecak. Noce natomiast spędzaliśmy tam, gdzie padliśmy. Namiot kupiony w Decathlonie spisał się rewelacyjnie. Nie przeciekał, było w nim cieplutko… Ale jego czarne ścianki, które zupełnie nie przepuszczały światła, uwolniły moją wcześniej głęboko skrywaną klaustrofobię.

Atak obudził mnie pierwszej nocy.

Zupełnie zapomniałam, jak się oddycha!

Od tej pory spałam z głową przy otwartym wyjściu. Całe szczęście, że w nocy nie padało, bo miałabym zalane zatoki. A może i znając mój talent do robienia sobie krzywdy, utonęłabym w pojedynczej kropli deszczu? Kto wie? Jeśli chcecie przeczytać więcej o naszych przygodach w górach albo dowiedzieć się co nieco o fajnych miejscówkach na szlaku, dajcie znać w komentarzach, dobra?

Poza tym odwiedziliśmy też Londyn. To był mój pierwszy lot samolotem i pierwsza zagraniczna podróż. Byłam nie tylko oczarowana pięknem królewskiego miasta, ale i świetnie wypoczęłam w wybornym towarzystwie przyjaciół. Więcej już niedługo w osobnym wpisie.

Postaram się Wam wyjaśnić, jak to się stało, że wylądowaliśmy w pałacu sułtana i gdzie zjeść najlepsze pierogi ruskie w UK. A w ogóle zapraszam Was na mój podróżniczo-pierogowy profil na fejsie JEM PIEROGI. To trochę żart. A trochę nie.

Firma

Sezon letni to zdecydowanie nie są żniwa dla mojej branży. Lipiec pod względem klientów nie był dla mnie łaskawy, bo do recenzji zgłosiła się tylko jedna autorka. Ale nie ma tego złego, bo dzięki temu wraz z Justyną (o wszystkich, którzy w Fabryce pomagają produkować najlepsze dygresje przeczytasz TU) możemy bardziej poświęcić się innym zadaniom. Ja na przykład przygotowuję warsztaty na wrzesień/październik, które odbywać się będą stacjonarnie w Poznaniu. Zainteresowani? Więcej o warsztatach literackich w tym miejscu. Albo na mailu. Piszcie śmiało na fabrykadygresji@gmail.com!

Dorastanie

Weekend w Londynie uświadomił mi, że o czymś zapomniałam.
No bo książka się pisze, miłość kwitnie, zdrowie powoli wraca, spokój psychiczny już jest, dach nad głową na wsi wisi, klientów mam akurat tylu, coby sobie normalnie pracować i nie być niczyim niewolnikiem…
Ale hej.
Co z przyszłością?
Oszczędności? Kurde, nie mam.
Plan na to, gdzie chcę mieszkać? Nic z tych rzeczy. Kiedyś byłam zdecydowana na Poznań, teraz już nie wiem, czy w ogóle chcę osiąść gdzieś na stałe.
A część z moich znajomych ma już własne chaty i dzieciaki. Mi póki co własny dom ani tym bardziej dzieci niepotrzebne, i to wcale a wcale, ale jeśli coś ma się kiedyś zadziać w tym temacie, lepiej być na to przygotowanym, prawda? A może właśnie nie? Oto temat do przemyślenia.

Na koniec dodam, że zdjęcie w nagłówku sprezentował mi Mateusz Zimny, który będzie jeszcze miał okazję współpracować z Fabryką Dygresji. To on uwieczni chwile podczas spotkania autorskiego z Ewą Giurkowicz, które odbędzie się już 23 sierpnia w Poznaniu, przy ulicy Głogowskiej! Serdecznie zapraszam na to wydarzenie!

Uffff, jak gorąco.

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Jak powszechnie wiadomo, życie pisarza to same blaski, żadnych cieni. Wszyscy cię lubią, cenią za to, co napisałaś, zapraszają na każdą imprezę, widzą w tobie guru, szampan leje się strumieniami, a hajsu nigdy nie brak.

A tak naprawdę to nie.

Często masz przerąbane z różnych powodów. Bo napisałaś coś w książce w narracji pierwszoosobowej i teraz ludzie uważają, że to ty tak myślisz. Albo gorzej! Główna postać postanawia zamordować irytującą znajomą i potem część koleżanek patrzy na ciebie spode łba, zastanawiając się, czy nie jesteś chorym pojebem oraz bojąc się wyjść z tobą na drinka do miasta.

Na początku takie sytuacje bardzo mnie irytowały. Krzywdziły. Bolało mnie serce, bo nie wiedziałam, dlaczego niektórzy nagle przestają się do mnie odzywać, a inni wyłaniają się z mroku przeszłości i nagle chcą się znów przyjaźnić. Szczególnie dobijały mnie stwierdzenia, które słyszałam na każdym kroku, bo często przelewały szalę goryczy, a ja nie wiedziałam, jak się zachować. Być miłym i się uśmiechać? Mówić, że wszystko jest spoko, podczas gdy w środku szaleje demon wściekłości? Asertywności jeszcze do niedawna było we mnie za grosz. Teraz usilnie nad tym pracuję. Top 10 irytujących tekstów przedstawiam poniżej z komentarzami, których kilka lat temu niektórym osobom nie powiedziałam, a powinnam.

  1. — Czy mogę ci przesłać swój tekst? Bardzo potrzebuję, żeby ktoś rzucił na niego fachowym okiem.

    — Naturalnie, moja stawka za jeden arkusz wydawniczy wynosi trzysta złotych.
    To zdecydowanie najczęściej zadawane mi pytanie. Najgorsze, kiedy pojawiasz się na imprezie, nie zdążysz jeszcze ściągnąć z siebie futra, a już masz w rękach czyjś maszynopis.
    Wiecie, teksty debiutantów często są po prostu złe jak odbyt szatana. I kiedy próbujesz przekazać im to na twarz, nie są w stanie uwierzyć, więc po co robić sobie kłopot?
    Rzecz jasna, to nie jest tak, że nie chcę pomagać, bo jestem zadufaną w sobie szmatą. (Nie aż tak). Lubię pomagać, ale jestem dosyć zajętą osobą. A nawet, jeśli akurat mam wolne, to wolę sobie poczytać teksty Chutnik, Żulczyka, Twardocha, Orbitowskiego, teksty sprawdzone, renomowane, dla przyjemności własnej, nie czyjejś.
    Inaczej się walczy o atencję, jeśli się nie chce za coś płacić. Stara się sobą zainteresować, przekonać do konceptu, polubić się i dopiero potem poprosić o przysługę. Nie mam nic przeciwko interesującym tekstom. A kiedy powiem Wam, że jeśli naprawdę kochasz pisanie, powinieneś robić to dalej, to wiedzcie, że daliście mi do czytania totalną szmirę.

  2. — Słuchaj, co mi się przydarzyło, to będzie na pewno dobry scenariusz do twojej kolejnej książki!

    — No na bank. Pozwól, że ja o tym zdecyduję, dobra?
    Bo pomysłów to mam swoich od zatrzęsienia i więcej nie potrzebuję. Ale jeśli chcesz mi dać trochę czasu, to przyjmę go, a w zamian oddam cokolwiek, co zechcesz. (Oprócz roślin i bliskich, istotami żywymi nie handluję).

  3. — Ile zarobiłaś?

    Wkurza mnie to, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sugeruje wszak, że nadawca tego komunikatu ma jedną z dwóch motywacji. Albo chce zajrzeć do wnętrza mojego portfela, co nie jest wskazane, bo wewnątrz jest tylko mroczna odchłań i nie warto się tym interesować, bo można zostać pożartym przez nicość, albo sam chce napisać książkę i wydać ją dla kasy. Nie widzę w tym nic złego, acz pytanie mnie bawi, bo na debiucie raczej można stracić zęby niż zyskać hajsy. Kto zarobił na swoim debiucie, niech podniesie rękę w komentarzu i powie, jak to zrobił, nie mając wcześniej zbudowanej społeczności odbiorców.

  4. — Gdzie można kupić twoją książkę? Dostanę z rabatem?

    — W sklepie.
    Aż się prosi o taką odpowiedź, co nie? Aczkolwiek na forum odpowiadam, że można ją kupić też u mnie, wystarczy napisać na fabrykadygresji@gmail.com i zamówić, a dostanie się ją z fajnymi bajerami. Różnistymi.

  5. — Można z podpisem?

    — No a co mam zrobić?
    Po prostu nie mogę przestać się dziwić, dlaczego ludzie chcą mojego podpisu. Może po to, by zeskanować albo jakoś podrobić i wziąć potem na mnie jakiś kredyt? Jestem zwyczajną babką, po co mam gryzmolić po Twojej książce? Znaczy ja wiem, myślisz, że jestem albo będę fajna za kilka lat i to będzie wyjątkowy egzemplarz tej książki, więc opylisz go na Allegro po arcyhipsterskiej cenie. Może masz nawet rację, ale cały czas trudno mi się do tego przyzwyczaić. Uwiera mnie jakoś to podpisywanie. Pewnie za rzadko to robię.

  6. — Czy opisujesz prawdziwe wydarzenia?

    — A czy ma książce napisałam, że to reportaż? Nie? To dobrze, bo to powieść. Fikcyjna.
    Dajcie spokój, przecież wiadomo, że każdy pisarz w jakiś sposób, mniejszy lub większy, przetwarza otaczającą go rzeczywistość.

  7. — Kiedy kolejna książka?

    — Im rzadziej będę musiała marnować czas na głupie pytania, tym szybciej się ukaże.
    To pytanie już mnie nie irytuje, tylko wkurwia, więc darujcie sobie, dobra? Pracuję nad tym. Nie tak intensywnie, jakbym chciała. A może jednak właśnie tak, może to ślimacze tempo to moje nowe tempo. Ale przestańcie zadawać to pytanie. Błagam. Bo zejdę z wyrzutów sumienia i nigdy nic się mojego już nie ukaże.

  8. — Może wzięłabyś się do normalnej pracy?

    — Jakbym potrafiła, tobym się wzięła.
    Wszystko co robię i tak się wiąże z literaturą. Prawie trzy i pół roku pracy w wydawnictwie, teraz freelance w charakterze agenta literackiego, recenzje książek, robienie korekt, wieczorki prozatorskie, warsztaty, blog… Nie oszukujmy się. Potrafię tylko się babrać w literaturze.

  9. — Opowiedziałabym ci coś, ale nie mogę, bo to opiszesz.

    — Ta, jasne.
    No dobra, jest jedna osoba, która faktycznie, jeśli zaczyna mówić w ten sposób, ma coś bardzo, bardzo, bardzo ciekawego do powiedzenia i bez wątpienia wartego opisania. To moja mama. I ma wszelkie powody by sądzić, że będę chciała opisać to, co powie, bo szalone historie, które wydarzyły się kilkadziesiąt lat temu, inspirują mnie jak nic innego. Muszę znaleźć sposób na mamę, może ktoś mi pomoże? Czekam na pomysły!

  10. — Ja wtedy tak się nie zachowałem!

    — Ja wtedy w ogóle o tobie nie pisałam.
    Już chyba wspominałam, że zdarza się, iż z mojego dalszego otoczenia wyskakują znajomi z jakimiś dziwnymi jazdami. Faktycznie, inspirują mnie osoby z mojego otoczenia, ale tworzę fikcję. (Pewnie będę musiała to powtarzać do usranej śmierci). Łączę wątki, postaci, zachowania, miksuję wszystko z własną wyobraźnią, telewizyjnymi wiadomościami, snami, lękami, i tak dalej. Jeśli ktoś bierze to na serio, jest gorszy niż babcie Kunegundy, które myślały, że kiedy Hania z M jak miłość wjechała w kartony, Małgosia Kożuchowska też nie żyje.

Nie bierzcie tego tekstu za bardzo na serio.

Trochę mi głupio, że to piszę, bo robię z Was łochów, którzy nie łapią satyry, ale czuję, że niektórzy po prostu nie mają do siebie odpowiedniego dystansu i mogą sobie wziąć ten tekst zbytnio do serca. I niej jest to niczyja wina, może ja mam po prostu za dużo dystansu.

Co nie przeszkadza mi się niepotrzebnie wkurzać.

Bo wiecie, te wszystkie teksty tak naprawdę w ogóle nie sprawiają mi problemu. W głębi serduszka nawet cieszą, bo to oznacza, że ktoś się interesuje, ktoś czyta, ktoś chce się więcej dowiedzieć.

Słowa to tylko słowa.

He, he.

Przy tej okazji wspomnę, że napisałam ostatnio ebooka! Postanowiłam spróbować swoich sił w selfpublishingu. To taki drobny specjalistyczny poradnik pt. 7 grzechów głównych debiutanta. Jeśli chcecie otrzymać pierwsze rozdziały za darmo i dowiedzieć się, co od razu dyskwalifikuje tekst w oczach redaktora z wydawnictwa, koniecznie zapiszcie się na mój newsletter, oki-doki? Formularz poniżej.

 

Ile kosztuje wydanie książki? Ile można zarobić na książce?

Przygotowałam dla Ciebie specjalny kalkulator, który powie Ci, ile rzeczywiście powinieneś zapłacić za wydanie swojej książki. Kalkulator pozwoli Ci zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych!
Dodatkowo opracowałam harmonogram wydania książki, który pokaże Ci, jakie czynności trzeba wykonać i ile mogą one potrwać.
Dzięki dwóm historiom bohaterów, z case study Zbyszka i Emki, zobaczysz, na co warto uważać w trakcie współpracy z podwykonawcami i wydawnictwem.
Ponadto przygotowałam kalkulator zysków, dzięki któremu zobaczysz, ile zarobisz na sprzedaży książki współpracując z hurtownią, a ile sprzedając książkę samodzielnie!
Wszystko w prostej formule dzięki tabelkom Excela! Wystarczy, że podasz swój e-mail, a kalkulator i dodatki trafią na Twoją skrzynkę.
* pola wymagane
/ ( mm / dd )

 

A niedługo widzimy się na YouTube! Subskrybujcie, jeśli nie chcecie przegapić mojej tyrady na temat książki Otoczeni przez idiotów.

To tyle. Buziaki!

Wasza

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Wiosną 2015 roku ukazała się moja debiutancka książka pt. Piromani, traktująca o życiu studentów w jednym z poznańskich akademików. Wydałam ją w Wydawnictwie Sorus. Dlaczego wybrałam wydawnictwo usługowe (czyli pracujące w niechlubnym systemie vanity-press) i czy jestem z tego powodu zadowolona?

Wiem, że wielu z Was boryka się z decyzją, gdzie wydać swoją pierwszą książkę. Piszcie do mnie, bym Wam doradziła i pytacie, czy gdybym mogła zdecydować ponownie, też wydałabym w Sorusie. To są bardzo trudne pytania. Postanowiłam wreszcie się z nimi rozprawić na forum.

Z góry zaznaczę, że będę pisała w zgodzie ze swoimi uczuciami; to, co dyktuje mi serce, gdyż nie mogę być do końca obiektywna. Tak się składa, że pracuję w tym wydawnictwie i wiem, jak wygląda proces wydawniczy oraz promocyjny od wewnątrz. Jak wyglądał kiedyś i jak ewoluował. Dlatego nie bierzcie moich słów za pewnik. Chcę się po prostu podzielić z Wami moją historią. Zapewniam Was jednak, że będę szczera do bólu.

Trudne początki, czyli jak machina robi artystę w konia

Kiedy skończyłam pisać Piromanów i zaświtała myśl o wydaniu, stałam przed dokładnie takim samym wyborem jak tysiące polskich artystów, chcących zadebiutować, a niemających na ten temat żadnej wiedzy. Dzieci we mgle.

Już prawie dałam się oszukać.

Kiedy rozesłałam do wydawnictw tekst, podejrzewałam, że odpowiedzi nadejdą dopiero po pół roku. Co najmniej. Dlatego byłam bardzo zaskoczona, gdy kilka wydawnictw skontaktowało się ze mną już w kilka dni od zadania zapytania. Tylko że każda z tych firm, jak się okazywało, chciała wziąć ode mnie pieniądze za publikację.

Czy tak wygląda rynek wydawniczy w Polsce? Naprawdę za wydanie swojej książki trzeba płacić?

Jeśli chodziło o moją sytuację materialną w tamtym czasie, była zapewne gorsza niż większości z Was. Niczym Hannah Horvath w pierwszym odcinku Girls, zostaję przez mamę totalnie odcięta od finansów (za co teraz, z perspektywy czasu, jestem jej niezmiernie wdzięczna). Studiuję dziennie (a przynajmniej udaję, że to robię), mieszkam w akademiku (ale nie bardzo mam za co uregulować czynsz), więc siłą rzeczy jestem przerażona, kiedy wydawnictwo z Gdyni rzuca mi stawkę sześć koła i mówi, że to opcja wydania książki fifty-fifty (dokładnie tak, jak pisze Tomasz Węcki w świetnym artykule Ile zarabia pisarz?). Czyli wydanie trzystu egzemplarzy książki naprawdę kosztuje dwanaście tysięcy złotych?!

Chwila, chwila, myślę sobie. Ja nie jestem jakimś tam przeciętnym autorem. Ja. Jestem. Pisarką. Nie mogą mnie tak traktować. To się nie godzi z moim majestatem.

A mimo to, jak to bywa w przypadku debiutantów, szacunek do siebie przegrywa z niecierpliwością. Wreszcie skończyliśmy pierwszy tekst, chcemy kuć żelazo, póki gorące, stać się rozpoznawalnymi twórcami, udzielać wywiadów i mieć spotkania autorskie…

W międzyczasie znalazłam pracę jako asystentka prezesa pewnej firmy. Okazało się, że brat prezesa prowadzi wydawnictwo usługowe. Dzięki informacjom z pierwszej ręki dowiedziałam się, że wydanie mojej książki w całości sfinansowane przeze mnie wynosiłoby… sześć tysięcy złotych.

klaku

Od lewej ja, Rafał i Kala. Zabawa była przednia, choć nie cierpię kamery.

Postanowiłam więc zebrać kasę na Polakpotrafi.pl. Nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić, więc nagałam z kumpolami z akademika jeden film (tutaj nieoceniona okazała się pomoc Kali i jej znajomych), a potem… uwaliłam projekt. Zbieranie kasy nie jest tak łatwym zajęciem, jak mogłoby się wydawać, ale z drugiej strony, śmiem twierdzić po tych dwóch, prawie trzech latach, nie jest też wcale trudne. Oczywiście, jeśli masz na ten temat wiedzę.

Dzięki zbieraniu pieniędzy o moim książkowym projekcie dowiedzieli się jednak moi dalsi (tudzież starsi) przyjaciele. Część wiedziała, że zawsze nosiłam się z zamiarem zostania pisarką, część słyszała już nawet o książce, ale teraz sprawa zrobiła się poważna. Weronika, moja dobra dusza, postanowiła zatem znaleźć mi… agentkę literacką!

I w ten sposób spotkałam się z prawdziwą postacią z branży, pracującą choćby z takim nazwiskiem, jak Mróz. Dowiedziałam się od niej, że nawet debiutant może wydać książkę u dużego wydawcy. A do tego nawet otrzymać zaliczkę! Problemem jest tylko zmuszenie redaktora czytającego nadsyłane teksty do poświęcenia uwagi temu naszemu. Przekonanie go, że to dobra książka, a pisarz, który ją napisał, jest gotów ją promować i sam stać się marką. A dodatkowo, że na jednej książce się nie skończy…

wero nika

Ilustracje przedstawiające bohaterów Piromanów, przygotowane przez Weronikę.

Trudny wybór

Okazało się, że na polskim rynku wydawniczym istnieją trzy sposoby wydania książki.

Publikacja w wydawnictwie tradycyjnym (np. Wydawnictwie W.A.B., Świecie Książki, Wydawnictwie Literackim, itd.), gdzie na odpowiedź czeka się bardzo długo i można się nie doczekać. Ale nie jest to niemożliwe, po prostu wymaga cierpliwości i determinacji, by przekonać pracujących tam redaktorów do poznania naszego debiutu. Miejmy na uwadze to, że nasz tekst musi być wówczas olśniewający. Wypieszczony. Aksamitny. A spójrzmy prawdzie w oczy. Czy damy sobie obciąć ręce za to, że książka, którą napisaliśmy, stanowi arcydzieło w każdym celu? Albo, co jeszcze ważniejsze, czy jest dobrym do sprzedaży produktem? Piromani nie byli. Jedno z wydawnictw tradycyjnych, które się do mnie odezwało, proponowało bardzo dużo poprawek. Jako młokos, przekonany o tym, że wycięcie tak mnóstwa tekstu zniszczy fabułę, nie zgodziłam się.

Wydanie książki w systemie usługowym, które budzi wiele sprzecznych emocji. Ludzie piszą, że czują się oszukani przez firmy, bo te zarabiają krocie na wydaniu ich tekstu (narzucają marżę na korektę, druk, skład), więc nie zależy im już na sprzedaży wydrukowanego tytułu. Leży sobie w magazynie i się kurzy, a nie o to chodzi. Tylko że ci ludzie nie rozumieją, że od promocji książki są agencje marketingowe, a nie randomowe wydawnictwa typu vanity. Nawet wydawnictwa tradycyjne (jak choćby Muza czy Edipresse) współpracują z agencjami marketingowymi. Faktem jest, że niektóre książki wydawane są niechlujnie, z mnóstwem błędów, a kontakt z takimi firmami bywa oporny… Trzeba trafić na dobre wydawnictwo i odpowiednio wyartykułować to, czego się oczekuje, bo większość autorów totalnie nie ma o tym pojęcia. Ma tylko wygórowane, nie do końca adekwatne i bliżej niesprecyzowane ambicje.

Wszystko też możesz zrobić sam. Self-publishing w USA jest bardzo popularny. W Polsce… też, ale raczej wśród blogerów. To oni rozrywają skostniały u nas rynek wydawniczy. I chwała im za to! Sami koordynują prace wydawnicze przy swoich książkach. Dbają o piękne fotografie, biorą udział w projektowaniu layoutu, magazynują i dystrybuują książkę za pomocą swoich rozbudowanych list mailingowych, liczących niekiedy kilkaset tysięcy adresów. Doskonałym przykładem jest Radosław Kotarski i założone przez niego wydawnictwo Altenberg. To, co zrobił prowadzący Polimaty w kwestii marketingu książki, jest dla mnie wzorcowym przykładem błyskotliwej i skutecznej promocji. Pod względem efektowności, wg mnie bije na głowę nawet Michała Szafrańskiego i jego Finansowego Ninję.  Ale prawda jest taka, że obaj potwornie się napracowali. A ich harówa przyniosła oczekiwane efekty.

Jaka decyzja jest najlepsza?

Tego Wam niestety nie powiem. Każdy sposób na zadebiutowanie wiąże się tak naprawdę ze zjedzeniem beczki soli. Trzeba stoczyć ogromną bitwę, by nasza książka ukazała się drukiem. Nawet, jeśli ma się kasę, czasem często trudno wybrać wydawnictwo, z którego usług będziemy zadowoleni. Pamiętajcie tylko, że jeśli poważnie myślicie o zostaniu pisarzem, jakoś zadebiutować trzeba. Każda decyzja, jaką podejmiecie, będzie słuszna. Ponieważ Was wyzwoli i nada tempa biegowi wydarzeń. Tylko brak podjęcia decyzji, wahanie się, jest błędem.

A co zrobiłam ja?

Miałam farta, jak zawsze. Połączyłam wszystkie trzy sposoby na wydanie książki. Mówiąc w wielkim skrócie, wydałam Piromanów za pomocą self-publishingu w wydawnictwie usługowym na tradycyjnych zasadach.

Zaczęłam pracować w wydawnictwie, w którym wydałam książkę. Stało się to na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom, a było ich zatrzęsienie. Piromani byli moim pierwszym projektem wydawniczym do skoordynowania. Dzięki dobrej woli i chęci pomocy moich koleżanek ze studiów, korektorek, wyczyściliśmy błędy z tekstu. Mój zdolny kolega ze specjalności wydawniczej, Marcin Dolata, przygotował okładkę i bardzo estetyczny, nowoczesny layout publikacji. Złożona książka musiała zostać jeszcze wydrukowana, a tym zajęła się firma. Wydawnictwo sfinansowało druk książki. Powiedzmy, że w ramach premii za nadgodziny.

pirko

Mój debiut na Instagramie 🙂 #piromani

A co z promocją i dystrybucją?

Liczba sprzedanych egzemplarzy nie jest powalająca. Z magazynu zeszło na pewno mniej niż tysiąc książek. W ramach promocji bowiem zrobiłam tylko trzy spotkania autorskie, a potem rzuciłam się w wir pracy. Pochłonięta służbą innym autorom, zapomniałam bardzo szybko o Piromanach. Ale na przykładzie porażki marketingowej mojego debiutu, dzięki pracy blogera oraz doświadczeniom zebranym przez trzy lata od innych autorów, udało się w naszym wydawnictwie stworzyć bardzo fajnie funkcjonujący dział promocyjny. Mamy kontakty z prasą, blogerami, patronami medialnymi, radiem… Ale nie o tym ta notka, zresztą, nie ma się czym chwalić, bo jest masa czynności wciąż do zrobienia. Tylko że z mojej pracy jestem absolutnie dumna (nawet, gdy przemęczona) i daje mi tyle radości, że czasami trudno mi się pohamować, wybaczcie.

Bardzo mnie śmieszyło, że kilka miesięcy po wydaniu książki odezwało się kolejne z dużych wydawnictw i zaproponowało mi wydanie Piromanów. Książka wszak była już na rynku.

Jakie są więc finalne wnioski z całej tej przygody?

gabi

Spotkanie autorskie na Targach Książki w Krakowie.

Czy żałuję wydania debiutu pod marką wydawnictwa usługowego?

Absolutnie nie! Może żałowałabym, gdyby to była inna firma, która by coś sknociła. Jeśli coś nie wyszło, sama byłabym sobie winna (na szczęście nic takiego się nie wydarzyło). Jakoś trzeba było zadebiutować. Moja decyzja (jak chyba wszystkie, które podejmuję) nie była logiczna, a emocjonalna. Ale nigdy nie żałowałam podążania za głosem swojego serca. Owszem, kiedy widzę na półkach w księgarniach książki Mroza, myślę sobie: mogło być inaczej, Emilka. Czy jednak lepiej? A któż to może wiedzieć? Jestem szczęśliwa z moimi Piromanami i nie chciałabym innych.

Wydanie książki na pewno dodało mi pewności siebie. Nie jestem już autorką walczącą o debiut. Mam to za sobą. Moje imię i nazwisko już coś znaczą, ktoś już o mnie usłyszał. Pierwszy krok został zrobiony. Drugi (publikacja opowiadania) w trakcie. Przypomnę Wam na pewno, gdzie wkrótce będzie można przeczytać mój nowy tekst O trzech wykastrowanych kotach. Być może nawet wybierzecie się do Empiku i kupicie egzemplarz czasopisma, okaże się. A w 2018 oczekujcie informacji o mojej kolejnej książce.

Wam natomiast, jeśli jesteście przed swoim debiutem literackim, życzę cierpliwości i rozwagi. Nie rozsyłajcie swoich tekstów do wydawnictw natychmiast po postawieniu ostatniej kropki. Niech Wasz tekst przeleży w szufladzie przynajmniej trzy miesiące. Wtedy zacznijcie go poprawiać. I przygotujcie rzetelny list do wybranych wydawnictw. Kim jesteście i o czym jest Wasza książka? Do kogo ma trafić? Jakie wartości chcecie przekazać czytelnikom? Co, prócz tekstu, możecie zaproponować? Czytajcie umowy wydawnicze, konsultujcie się ze specjalistami.

W razie pytań, jak zawsze służę pomocą pod fabrykadygresji@gmail.com i na Facebooku.

A jakie są Wasze doświadczenia? Czy jesteście przed debiutem czy już po? Jak wygląda Wasza relacja z wydawnictwem? Zadowoleni jesteście z podpisanej umowy wydawniczej i jej realizacji? Czekam na żywiołową dyskusję w komentarzach!

Trzymajcie się ciepło!

Wasza

Emilia

Piromani

Dwunasty września 2012 roku. Środa. Opublikowałam wówczas notkę pt. Początek. Mój świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Ale za to zgarnęłam dwadzieścia osiem komentarzy. Połowę oczywiście napisałam ja, ale… gdzie te czasy, hm? Tak czy siak, tamta notka traktowała o początku drogi wydawniczej. Wracam do tamtych opowiadań, które porozsyłałam i wiem, że były takie sobie. Czytałam gorsze, ale czytałam też lepsze. Teraz próbuję opublikować powieść pt. Piromani. Mam tekst. Chyba całkiem dobry. A jeśli nie aż tak dobry, jak myślę, to przynajmniej opowiadający w niebagatelny sposób o ważnych sprawach, o których nie mówi się codziennie. Albo w ogóle. Mam wydawnictwo. Mam potencjalnych czytelników. Nie mam tylko pieniędzy.
Dlatego o godzinie 18.00 dnia dzisiejszego rusza mój projekt na stronie Polakpotrafi.pl. Moi mili, liczy się każda złotówka. Co prawda trzeba wpłacić ciut więcej, żeby otrzymać fajny upominek, a nie tylko mejla z podziękowaniami (też fajnymi), ale i tak gorąco proszę Was o wsparcie mojej sprawy. Złotówka to dwie bułki grahamki z glutenem, albo cztery dmuchane białe bułki z Tesco. To także niespełna dwa papierosy. Darujcie je sobie, a wesprzyjcie kulturę i miejcie wpływ na kreowanie współczesnej polskiej literatury. 
Wiecie, ciężko mi teraz, bo kampania marketingowa ruszyła z kopyta, a ja nie mam zielonego pojęcia, czy zbiórka zakończy się pozytywnym wynikiem. Dużo tu znaków zapytania. Ale wiele problemów już rozwiązałam, na przykład problemy z nieuczciwym wydawnictwem, z samym zakończeniem utworu, z recepcją ludzi, z samą sobą… Przez wszystko to przebrnęłam lub też jestem w trakcie. Uzbieranie pieniędzy to chyba nie jest największy kłopot, ale lekko się denerwuję. 
Jak już mówiłam w zajawce, którą można obejrzeć na stronie Polakpotrafi.pl, nie chodzi o zrealizowanie marzenia. Nie tylko, w każdym razie. Współczesna powieść obyczajowa, jaką są Piromani, to ważna pozycja dla młodych ludzi. Porusza problem depresji wśród dwudziestokilkulatków, samoakceptacji, trudnych zależności pomiędzy rodzicami a dorastającymi dziećmi, kryzysowej sytuacji na Ukrainie, niewłaściwych wyborów w sferze uczuciowej oraz toksycznej przyjaźni. Brzmi bardzo poważnie, ale prócz tego jest sporo humoru (również czarnego), gagi, anegdoty oraz całkiem przyjemne wątki romantyczne. 
Główną bohaterką jest Lidia Grabowska, pochodząca z niewielkiego miasta studentka filologii polskiej, która chce zostać pisarką (analogie może i są, ale autor to nie narrator, narrator to nie autor, a fikcja to fikcja). Dwudziestokilkuletnia bohaterka gubi się już na początku swojego dorosłego życia. Nie potrafi połączyć swojej pasji ze studiami oraz życiem towarzyskim, zakochuje się w niewłaściwym chłopaku, a traumy z dzieciństwa oraz tęsknota za starymi przyjaciółmi w końcu biorą górę i wpędzają ją w depresję. Początkowo Lidią zajmuje się Czesław, który jednak sam potrzebuje pomocy. Chłopak uświadamia sobie, że jest homoseksualistą, lecz nie potrafi tego zaakceptować. Konflikt między jego sposobem myślenia a orientacją sprawia, że Czesław szuka ucieczki w narkotykach.
Pozostałymi postaciami m.in. Piromanów Nieboski, narzekający na wszystko dookoła student ostatniego roku magisterki, ekscentryczna Szoszana, pragnący zostać iluzjonistą Piernik oraz poszukujący polskiej żony Kirył, który uciekł ze swego domu na Ukrainie, gdzie dramatyczna sytuacja państwa wprowadziła jego rodzinę w skrajną biedę. 
Jeśli udało mi się Was choć trochę zaciekawić, zajrzyjcie na stronę Polakpotrafi.pl, a znajdziecie próbkę tekstu oraz inne ciekawe materiały promocyjne. Możecie też udostępnić zalajkować stronę facebookową. No i wspomóc złotówką. Ja daję Wam całą siebie. Nie pozwólcie, by poszło to na marne. 

Całuję i ściskam Was wszystkich gorąco!