Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem pisarką… 10 najbardziej irytujących tekstów!

Jak powszechnie wiadomo, życie pisarza to same blaski, żadnych cieni. Wszyscy cię lubią, cenią za to, co napisałaś, zapraszają na każdą imprezę, widzą w tobie guru, szampan leje się strumieniami, a hajsu nigdy nie brak.

A tak naprawdę to nie.

Często masz przerąbane z różnych powodów. Bo napisałaś coś w książce w narracji pierwszoosobowej i teraz ludzie uważają, że to ty tak myślisz. Albo gorzej! Główna postać postanawia zamordować irytującą znajomą i potem część koleżanek patrzy na ciebie spode łba, zastanawiając się, czy nie jesteś chorym pojebem oraz bojąc się wyjść z tobą na drinka do miasta.

Na początku takie sytuacje bardzo mnie irytowały. Krzywdziły. Bolało mnie serce, bo nie wiedziałam, dlaczego niektórzy nagle przestają się do mnie odzywać, a inni wyłaniają się z mroku przeszłości i nagle chcą się znów przyjaźnić. Szczególnie dobijały mnie stwierdzenia, które słyszałam na każdym kroku, bo często przelewały szalę goryczy, a ja nie wiedziałam, jak się zachować. Być miłym i się uśmiechać? Mówić, że wszystko jest spoko, podczas gdy w środku szaleje demon wściekłości? Asertywności jeszcze do niedawna było we mnie za grosz. Teraz usilnie nad tym pracuję. Top 10 irytujących tekstów przedstawiam poniżej z komentarzami, których kilka lat temu niektórym osobom nie powiedziałam, a powinnam.

  1. — Czy mogę ci przesłać swój tekst? Bardzo potrzebuję, żeby ktoś rzucił na niego fachowym okiem.

    — Naturalnie, moja stawka za jeden arkusz wydawniczy wynosi trzysta złotych.
    To zdecydowanie najczęściej zadawane mi pytanie. Najgorsze, kiedy pojawiasz się na imprezie, nie zdążysz jeszcze ściągnąć z siebie futra, a już masz w rękach czyjś maszynopis.
    Wiecie, teksty debiutantów często są po prostu złe jak odbyt szatana. I kiedy próbujesz przekazać im to na twarz, nie są w stanie uwierzyć, więc po co robić sobie kłopot?
    Rzecz jasna, to nie jest tak, że nie chcę pomagać, bo jestem zadufaną w sobie szmatą. (Nie aż tak). Lubię pomagać, ale jestem dosyć zajętą osobą. A nawet, jeśli akurat mam wolne, to wolę sobie poczytać teksty Chutnik, Żulczyka, Twardocha, Orbitowskiego, teksty sprawdzone, renomowane, dla przyjemności własnej, nie czyjejś.
    Inaczej się walczy o atencję, jeśli się nie chce za coś płacić. Stara się sobą zainteresować, przekonać do konceptu, polubić się i dopiero potem poprosić o przysługę. Nie mam nic przeciwko interesującym tekstom. A kiedy powiem Wam, że jeśli naprawdę kochasz pisanie, powinieneś robić to dalej, to wiedzcie, że daliście mi do czytania totalną szmirę.

  2. — Słuchaj, co mi się przydarzyło, to będzie na pewno dobry scenariusz do twojej kolejnej książki!

    — No na bank. Pozwól, że ja o tym zdecyduję, dobra?
    Bo pomysłów to mam swoich od zatrzęsienia i więcej nie potrzebuję. Ale jeśli chcesz mi dać trochę czasu, to przyjmę go, a w zamian oddam cokolwiek, co zechcesz. (Oprócz roślin i bliskich, istotami żywymi nie handluję).

  3. — Ile zarobiłaś?

    Wkurza mnie to, bo nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sugeruje wszak, że nadawca tego komunikatu ma jedną z dwóch motywacji. Albo chce zajrzeć do wnętrza mojego portfela, co nie jest wskazane, bo wewnątrz jest tylko mroczna odchłań i nie warto się tym interesować, bo można zostać pożartym przez nicość, albo sam chce napisać książkę i wydać ją dla kasy. Nie widzę w tym nic złego, acz pytanie mnie bawi, bo na debiucie raczej można stracić zęby niż zyskać hajsy. Kto zarobił na swoim debiucie, niech podniesie rękę w komentarzu i powie, jak to zrobił, nie mając wcześniej zbudowanej społeczności odbiorców.

  4. — Gdzie można kupić twoją książkę? Dostanę z rabatem?

    — W sklepie.
    Aż się prosi o taką odpowiedź, co nie? Aczkolwiek na forum odpowiadam, że można ją kupić też u mnie, wystarczy napisać na fabrykadygresji@gmail.com i zamówić, a dostanie się ją z fajnymi bajerami. Różnistymi.

  5. — Można z podpisem?

    — No a co mam zrobić?
    Po prostu nie mogę przestać się dziwić, dlaczego ludzie chcą mojego podpisu. Może po to, by zeskanować albo jakoś podrobić i wziąć potem na mnie jakiś kredyt? Jestem zwyczajną babką, po co mam gryzmolić po Twojej książce? Znaczy ja wiem, myślisz, że jestem albo będę fajna za kilka lat i to będzie wyjątkowy egzemplarz tej książki, więc opylisz go na Allegro po arcyhipsterskiej cenie. Może masz nawet rację, ale cały czas trudno mi się do tego przyzwyczaić. Uwiera mnie jakoś to podpisywanie. Pewnie za rzadko to robię.

  6. — Czy opisujesz prawdziwe wydarzenia?

    — A czy ma książce napisałam, że to reportaż? Nie? To dobrze, bo to powieść. Fikcyjna.
    Dajcie spokój, przecież wiadomo, że każdy pisarz w jakiś sposób, mniejszy lub większy, przetwarza otaczającą go rzeczywistość.

  7. — Kiedy kolejna książka?

    — Im rzadziej będę musiała marnować czas na głupie pytania, tym szybciej się ukaże.
    To pytanie już mnie nie irytuje, tylko wkurwia, więc darujcie sobie, dobra? Pracuję nad tym. Nie tak intensywnie, jakbym chciała. A może jednak właśnie tak, może to ślimacze tempo to moje nowe tempo. Ale przestańcie zadawać to pytanie. Błagam. Bo zejdę z wyrzutów sumienia i nigdy nic się mojego już nie ukaże.

  8. — Może wzięłabyś się do normalnej pracy?

    — Jakbym potrafiła, tobym się wzięła.
    Wszystko co robię i tak się wiąże z literaturą. Prawie trzy i pół roku pracy w wydawnictwie, teraz freelance w charakterze agenta literackiego, recenzje książek, robienie korekt, wieczorki prozatorskie, warsztaty, blog… Nie oszukujmy się. Potrafię tylko się babrać w literaturze.

  9. — Opowiedziałabym ci coś, ale nie mogę, bo to opiszesz.

    — Ta, jasne.
    No dobra, jest jedna osoba, która faktycznie, jeśli zaczyna mówić w ten sposób, ma coś bardzo, bardzo, bardzo ciekawego do powiedzenia i bez wątpienia wartego opisania. To moja mama. I ma wszelkie powody by sądzić, że będę chciała opisać to, co powie, bo szalone historie, które wydarzyły się kilkadziesiąt lat temu, inspirują mnie jak nic innego. Muszę znaleźć sposób na mamę, może ktoś mi pomoże? Czekam na pomysły!

  10. — Ja wtedy tak się nie zachowałem!

    — Ja wtedy w ogóle o tobie nie pisałam.
    Już chyba wspominałam, że zdarza się, iż z mojego dalszego otoczenia wyskakują znajomi z jakimiś dziwnymi jazdami. Faktycznie, inspirują mnie osoby z mojego otoczenia, ale tworzę fikcję. (Pewnie będę musiała to powtarzać do usranej śmierci). Łączę wątki, postaci, zachowania, miksuję wszystko z własną wyobraźnią, telewizyjnymi wiadomościami, snami, lękami, i tak dalej. Jeśli ktoś bierze to na serio, jest gorszy niż babcie Kunegundy, które myślały, że kiedy Hania z M jak miłość wjechała w kartony, Małgosia Kożuchowska też nie żyje.

Nie bierzcie tego tekstu za bardzo na serio.

Trochę mi głupio, że to piszę, bo robię z Was łochów, którzy nie łapią satyry, ale czuję, że niektórzy po prostu nie mają do siebie odpowiedniego dystansu i mogą sobie wziąć ten tekst zbytnio do serca. I niej jest to niczyja wina, może ja mam po prostu za dużo dystansu.

Co nie przeszkadza mi się niepotrzebnie wkurzać.

Bo wiecie, te wszystkie teksty tak naprawdę w ogóle nie sprawiają mi problemu. W głębi serduszka nawet cieszą, bo to oznacza, że ktoś się interesuje, ktoś czyta, ktoś chce się więcej dowiedzieć.

Słowa to tylko słowa.

He, he.

Przy tej okazji wspomnę, że napisałam ostatnio ebooka! Postanowiłam spróbować swoich sił w selfpublishingu. To taki drobny specjalistyczny poradnik pt. 7 grzechów głównych debiutanta. Jeśli chcecie otrzymać pierwsze rozdziały za darmo i dowiedzieć się, co od razu dyskwalifikuje tekst w oczach redaktora z wydawnictwa, koniecznie zapiszcie się na mój newsletter, oki-doki? Formularz poniżej.

 

Mail

 

A niedługo widzimy się na YouTube! Subskrybujcie, jeśli nie chcecie przegapić mojej tyrady na temat książki Otoczeni przez idiotów.

To tyle. Buziaki!

Wasza

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Dwa lata po publikacji Piromanów. Czy warto wydawać książkę w wydawnictwie usługowym (vanity)?

Wiosną 2015 roku ukazała się moja debiutancka książka pt. Piromani, traktująca o życiu studentów w jednym z poznańskich akademików. Wydałam ją w Wydawnictwie Sorus. Dlaczego wybrałam wydawnictwo usługowe (czyli pracujące w niechlubnym systemie vanity-press) i czy jestem z tego powodu zadowolona?

Wiem, że wielu z Was boryka się z decyzją, gdzie wydać swoją pierwszą książkę. Piszcie do mnie, bym Wam doradziła i pytacie, czy gdybym mogła zdecydować ponownie, też wydałabym w Sorusie. To są bardzo trudne pytania. Postanowiłam wreszcie się z nimi rozprawić na forum.

Z góry zaznaczę, że będę pisała w zgodzie ze swoimi uczuciami; to, co dyktuje mi serce, gdyż nie mogę być do końca obiektywna. Tak się składa, że pracuję w tym wydawnictwie i wiem, jak wygląda proces wydawniczy oraz promocyjny od wewnątrz. Jak wyglądał kiedyś i jak ewoluował. Dlatego nie bierzcie moich słów za pewnik. Chcę się po prostu podzielić z Wami moją historią. Zapewniam Was jednak, że będę szczera do bólu.

Trudne początki, czyli jak machina robi artystę w konia

Kiedy skończyłam pisać Piromanów i zaświtała myśl o wydaniu, stałam przed dokładnie takim samym wyborem jak tysiące polskich artystów, chcących zadebiutować, a niemających na ten temat żadnej wiedzy. Dzieci we mgle.

Już prawie dałam się oszukać.

Kiedy rozesłałam do wydawnictw tekst, podejrzewałam, że odpowiedzi nadejdą dopiero po pół roku. Co najmniej. Dlatego byłam bardzo zaskoczona, gdy kilka wydawnictw skontaktowało się ze mną już w kilka dni od zadania zapytania. Tylko że każda z tych firm, jak się okazywało, chciała wziąć ode mnie pieniądze za publikację.

Czy tak wygląda rynek wydawniczy w Polsce? Naprawdę za wydanie swojej książki trzeba płacić?

Jeśli chodziło o moją sytuację materialną w tamtym czasie, była zapewne gorsza niż większości z Was. Niczym Hannah Horvath w pierwszym odcinku Girls, zostaję przez mamę totalnie odcięta od finansów (za co teraz, z perspektywy czasu, jestem jej niezmiernie wdzięczna). Studiuję dziennie (a przynajmniej udaję, że to robię), mieszkam w akademiku (ale nie bardzo mam za co uregulować czynsz), więc siłą rzeczy jestem przerażona, kiedy wydawnictwo z Gdyni rzuca mi stawkę sześć koła i mówi, że to opcja wydania książki fifty-fifty (dokładnie tak, jak pisze Tomasz Węcki w świetnym artykule Ile zarabia pisarz?). Czyli wydanie trzystu egzemplarzy książki naprawdę kosztuje dwanaście tysięcy złotych?!

Chwila, chwila, myślę sobie. Ja nie jestem jakimś tam przeciętnym autorem. Ja. Jestem. Pisarką. Nie mogą mnie tak traktować. To się nie godzi z moim majestatem.

A mimo to, jak to bywa w przypadku debiutantów, szacunek do siebie przegrywa z niecierpliwością. Wreszcie skończyliśmy pierwszy tekst, chcemy kuć żelazo, póki gorące, stać się rozpoznawalnymi twórcami, udzielać wywiadów i mieć spotkania autorskie…

W międzyczasie znalazłam pracę jako asystentka prezesa pewnej firmy. Okazało się, że brat prezesa prowadzi wydawnictwo usługowe. Dzięki informacjom z pierwszej ręki dowiedziałam się, że wydanie mojej książki w całości sfinansowane przeze mnie wynosiłoby… sześć tysięcy złotych.

klaku

Od lewej ja, Rafał i Kala. Zabawa była przednia, choć nie cierpię kamery.

Postanowiłam więc zebrać kasę na Polakpotrafi.pl. Nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić, więc nagałam z kumpolami z akademika jeden film (tutaj nieoceniona okazała się pomoc Kali i jej znajomych), a potem… uwaliłam projekt. Zbieranie kasy nie jest tak łatwym zajęciem, jak mogłoby się wydawać, ale z drugiej strony, śmiem twierdzić po tych dwóch, prawie trzech latach, nie jest też wcale trudne. Oczywiście, jeśli masz na ten temat wiedzę.

Dzięki zbieraniu pieniędzy o moim książkowym projekcie dowiedzieli się jednak moi dalsi (tudzież starsi) przyjaciele. Część wiedziała, że zawsze nosiłam się z zamiarem zostania pisarką, część słyszała już nawet o książce, ale teraz sprawa zrobiła się poważna. Weronika, moja dobra dusza, postanowiła zatem znaleźć mi… agentkę literacką!

I w ten sposób spotkałam się z prawdziwą postacią z branży, pracującą choćby z takim nazwiskiem, jak Mróz. Dowiedziałam się od niej, że nawet debiutant może wydać książkę u dużego wydawcy. A do tego nawet otrzymać zaliczkę! Problemem jest tylko zmuszenie redaktora czytającego nadsyłane teksty do poświęcenia uwagi temu naszemu. Przekonanie go, że to dobra książka, a pisarz, który ją napisał, jest gotów ją promować i sam stać się marką. A dodatkowo, że na jednej książce się nie skończy…

wero nika

Ilustracje przedstawiające bohaterów Piromanów, przygotowane przez Weronikę.

Trudny wybór

Okazało się, że na polskim rynku wydawniczym istnieją trzy sposoby wydania książki.

Publikacja w wydawnictwie tradycyjnym (np. Wydawnictwie W.A.B., Świecie Książki, Wydawnictwie Literackim, itd.), gdzie na odpowiedź czeka się bardzo długo i można się nie doczekać. Ale nie jest to niemożliwe, po prostu wymaga cierpliwości i determinacji, by przekonać pracujących tam redaktorów do poznania naszego debiutu. Miejmy na uwadze to, że nasz tekst musi być wówczas olśniewający. Wypieszczony. Aksamitny. A spójrzmy prawdzie w oczy. Czy damy sobie obciąć ręce za to, że książka, którą napisaliśmy, stanowi arcydzieło w każdym celu? Albo, co jeszcze ważniejsze, czy jest dobrym do sprzedaży produktem? Piromani nie byli. Jedno z wydawnictw tradycyjnych, które się do mnie odezwało, proponowało bardzo dużo poprawek. Jako młokos, przekonany o tym, że wycięcie tak mnóstwa tekstu zniszczy fabułę, nie zgodziłam się.

Wydanie książki w systemie usługowym, które budzi wiele sprzecznych emocji. Ludzie piszą, że czują się oszukani przez firmy, bo te zarabiają krocie na wydaniu ich tekstu (narzucają marżę na korektę, druk, skład), więc nie zależy im już na sprzedaży wydrukowanego tytułu. Leży sobie w magazynie i się kurzy, a nie o to chodzi. Tylko że ci ludzie nie rozumieją, że od promocji książki są agencje marketingowe, a nie randomowe wydawnictwa typu vanity. Nawet wydawnictwa tradycyjne (jak choćby Muza czy Edipresse) współpracują z agencjami marketingowymi. Faktem jest, że niektóre książki wydawane są niechlujnie, z mnóstwem błędów, a kontakt z takimi firmami bywa oporny… Trzeba trafić na dobre wydawnictwo i odpowiednio wyartykułować to, czego się oczekuje, bo większość autorów totalnie nie ma o tym pojęcia. Ma tylko wygórowane, nie do końca adekwatne i bliżej niesprecyzowane ambicje.

Wszystko też możesz zrobić sam. Self-publishing w USA jest bardzo popularny. W Polsce… też, ale raczej wśród blogerów. To oni rozrywają skostniały u nas rynek wydawniczy. I chwała im za to! Sami koordynują prace wydawnicze przy swoich książkach. Dbają o piękne fotografie, biorą udział w projektowaniu layoutu, magazynują i dystrybuują książkę za pomocą swoich rozbudowanych list mailingowych, liczących niekiedy kilkaset tysięcy adresów. Doskonałym przykładem jest Radosław Kotarski i założone przez niego wydawnictwo Altenberg. To, co zrobił prowadzący Polimaty w kwestii marketingu książki, jest dla mnie wzorcowym przykładem błyskotliwej i skutecznej promocji. Pod względem efektowności, wg mnie bije na głowę nawet Michała Szafrańskiego i jego Finansowego Ninję.  Ale prawda jest taka, że obaj potwornie się napracowali. A ich harówa przyniosła oczekiwane efekty.

Jaka decyzja jest najlepsza?

Tego Wam niestety nie powiem. Każdy sposób na zadebiutowanie wiąże się tak naprawdę ze zjedzeniem beczki soli. Trzeba stoczyć ogromną bitwę, by nasza książka ukazała się drukiem. Nawet, jeśli ma się kasę, czasem często trudno wybrać wydawnictwo, z którego usług będziemy zadowoleni. Pamiętajcie tylko, że jeśli poważnie myślicie o zostaniu pisarzem, jakoś zadebiutować trzeba. Każda decyzja, jaką podejmiecie, będzie słuszna. Ponieważ Was wyzwoli i nada tempa biegowi wydarzeń. Tylko brak podjęcia decyzji, wahanie się, jest błędem.

A co zrobiłam ja?

Miałam farta, jak zawsze. Połączyłam wszystkie trzy sposoby na wydanie książki. Mówiąc w wielkim skrócie, wydałam Piromanów za pomocą self-publishingu w wydawnictwie usługowym na tradycyjnych zasadach.

Zaczęłam pracować w wydawnictwie, w którym wydałam książkę. Stało się to na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom, a było ich zatrzęsienie. Piromani byli moim pierwszym projektem wydawniczym do skoordynowania. Dzięki dobrej woli i chęci pomocy moich koleżanek ze studiów, korektorek, wyczyściliśmy błędy z tekstu. Mój zdolny kolega ze specjalności wydawniczej, Marcin Dolata, przygotował okładkę i bardzo estetyczny, nowoczesny layout publikacji. Złożona książka musiała zostać jeszcze wydrukowana, a tym zajęła się firma. Wydawnictwo sfinansowało druk książki. Powiedzmy, że w ramach premii za nadgodziny.

pirko

Mój debiut na Instagramie 🙂 #piromani

A co z promocją i dystrybucją?

Liczba sprzedanych egzemplarzy nie jest powalająca. Z magazynu zeszło na pewno mniej niż tysiąc książek. W ramach promocji bowiem zrobiłam tylko trzy spotkania autorskie, a potem rzuciłam się w wir pracy. Pochłonięta służbą innym autorom, zapomniałam bardzo szybko o Piromanach. Ale na przykładzie porażki marketingowej mojego debiutu, dzięki pracy blogera oraz doświadczeniom zebranym przez trzy lata od innych autorów, udało się w naszym wydawnictwie stworzyć bardzo fajnie funkcjonujący dział promocyjny. Mamy kontakty z prasą, blogerami, patronami medialnymi, radiem… Ale nie o tym ta notka, zresztą, nie ma się czym chwalić, bo jest masa czynności wciąż do zrobienia. Tylko że z mojej pracy jestem absolutnie dumna (nawet, gdy przemęczona) i daje mi tyle radości, że czasami trudno mi się pohamować, wybaczcie.

Bardzo mnie śmieszyło, że kilka miesięcy po wydaniu książki odezwało się kolejne z dużych wydawnictw i zaproponowało mi wydanie Piromanów. Książka wszak była już na rynku.

Jakie są więc finalne wnioski z całej tej przygody?

gabi

Spotkanie autorskie na Targach Książki w Krakowie.

Czy żałuję wydania debiutu pod marką wydawnictwa usługowego?

Absolutnie nie! Może żałowałabym, gdyby to była inna firma, która by coś sknociła. Jeśli coś nie wyszło, sama byłabym sobie winna (na szczęście nic takiego się nie wydarzyło). Jakoś trzeba było zadebiutować. Moja decyzja (jak chyba wszystkie, które podejmuję) nie była logiczna, a emocjonalna. Ale nigdy nie żałowałam podążania za głosem swojego serca. Owszem, kiedy widzę na półkach w księgarniach książki Mroza, myślę sobie: mogło być inaczej, Emilka. Czy jednak lepiej? A któż to może wiedzieć? Jestem szczęśliwa z moimi Piromanami i nie chciałabym innych.

Wydanie książki na pewno dodało mi pewności siebie. Nie jestem już autorką walczącą o debiut. Mam to za sobą. Moje imię i nazwisko już coś znaczą, ktoś już o mnie usłyszał. Pierwszy krok został zrobiony. Drugi (publikacja opowiadania) w trakcie. Przypomnę Wam na pewno, gdzie wkrótce będzie można przeczytać mój nowy tekst O trzech wykastrowanych kotach. Być może nawet wybierzecie się do Empiku i kupicie egzemplarz czasopisma, okaże się. A w 2018 oczekujcie informacji o mojej kolejnej książce.

Wam natomiast, jeśli jesteście przed swoim debiutem literackim, życzę cierpliwości i rozwagi. Nie rozsyłajcie swoich tekstów do wydawnictw natychmiast po postawieniu ostatniej kropki. Niech Wasz tekst przeleży w szufladzie przynajmniej trzy miesiące. Wtedy zacznijcie go poprawiać. I przygotujcie rzetelny list do wybranych wydawnictw. Kim jesteście i o czym jest Wasza książka? Do kogo ma trafić? Jakie wartości chcecie przekazać czytelnikom? Co, prócz tekstu, możecie zaproponować? Czytajcie umowy wydawnicze, konsultujcie się ze specjalistami.

W razie pytań, jak zawsze służę pomocą pod fabrykadygresji@gmail.com i na Facebooku.

A jakie są Wasze doświadczenia? Czy jesteście przed debiutem czy już po? Jak wygląda Wasza relacja z wydawnictwem? Zadowoleni jesteście z podpisanej umowy wydawniczej i jej realizacji? Czekam na żywiołową dyskusję w komentarzach!

Trzymajcie się ciepło!

Wasza

Emilia