Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

W zeszłym tygodniu Wysokie Obcasy uświadomiły mi, że najwyższy czas napisać o tym, dlaczego mając dwadzieścia pięć lat, nie chcę być matką. Choć bywam roztargniona tak mocno, jakbym chorowała co najmniej na zaawansowaną sklerozę i wyjście z domu bez portfela jest na porządku dziennym, to nigdy, przenigdy nie zapomniałam o mojej drogiej przyjaciółce – różowej pigułce. Boję się, że kiedy jej nie wezmę, zrobię w swojej macicy miejsce dla gościa, który sprawi, że zapomnę o samej sobie.

Jestem jedynaczką i moja relacja z matką przypomina istny roller coaster. Byłam dzieckiem trzymanym pod kloszem, wychuchanym od stóp do głów. Matka urodziła mnie po wcześniejszej ciąży pozamacicznej, w wieku trzydziestu pięciu lat, w czasach, kiedy wielu mówiło jej, żeby pożegnała się z marzeniem o dziecku. Kiedy przyszłam na świat, poświęciła mi się bez reszty, co przez wiele lat uważałam za ogromny ciężar psychiczny. Matka nie chciała być tylko moją opiekunką, ale i przyjaciółką. Wydawało mi się to strasznie głupie i naiwne z jej strony. Co nas łączyło prócz tej samej grupy krwi?

Pragnęłam uciec od niej jak najdalej. Po maturze zerwałam się ze smyczy i narobiłam głupot na studiach, za co pokutuję do teraz. Pozwoliło mi to jednak załapać trochę dystansu. I tak naprawdę dopiero, kiedy po kilku latach wróciłam do domu rodzinnego i zaczęłam dostrzegać w mamie prawdziwą kobietę, bo jej cała uwaga przestała się skupiać na mnie, stwierdziłam, że ją lubię. Moje emocje już nie są skupione wokół bezgranicznie kocham czy nienawidzę ze wszystkich sił. Wiem, że są pewne rzeczy, które nigdy do niej nie dotrą, ale tak samo ja nie pojmuję w ogóle świata, w jakim przyszło jej się wychowywać. Jest to przyczyną nieustannego, niepotrzebnego sprawiania sobie wzajemnie bólu. Ale i chwil dumy, euforii, wielkiego szczęścia, kiedy wreszcie, po kilkuletnich próbach, coś tam uda się którejś z nas zrozumieć.

Tylko że bywało tak źle, że uciekałam z domu do koleżanek w trakcie dnia, a w nocy planowałam wielkie wyprawy, by już nigdy nie musieć oglądać twarzy mamy. Pamiętam, jak bardzo jej nienawidziłam, i jak przez to nienawidziłam siebie. To, czego może nigdy jej nie wybaczę, to to, że tak wiele dla mnie poświęciła. A przecież jednocześnie powinnam całować ją za to po stopach, bo mało dzieciaków miało w życiu taki komfort, jak ja.

Każda nasza matka, tak jak każda ich córka, jest najgorsza i najlepsza jednocześnie. Miałam taki etap, że nie chciałam mieć dziecka, bo nie chciałam być dla niego taką matką, jaką miałam ja. Teraz nie chciałabym być matką, bo nie chcę mieć takiej córki, jaką ja jestem dla mojej matki. Totalnie bym sobie nie poradziła. I jest coś jeszcze. Przez wiele lat stawałam się osobą, którą jestem teraz. Dochodzenie do tego, że wcale się nie nienawidzę, zajęło mi naprawdę sporo czasu. Teraz całkiem się lubię, ale za kilka lat może być ze mnie naprawdę fajna babka. Nie chciałabym tego przegapić, skupiając się na dziecku.

Czy jest to z mojej strony egoizm? Nie chcę mieć dziecka, bo chcę mieć święty spokój. Na to wychodzi.

No cóż, każda z nas powinna mieć prawo do tego egoizmu. I każda powinna mieć tak samo prawo do altruizmu, jakim jest macierzyństwo. Do bezgranicznego oddania się na rzecz wychowania nowego istnienia.

max

Ale obecnie, cytując Zadie Smith, ludzie traktują rodzicielstwo jak wybór lifestyle’owy. […] Moje pokolenie wrzuciło posiadanie dzieci do tego samego koszyka co wybór koszuli czy telefonu. Zajdę sobie w ciążę, bo wszystkie moje kumpelki pozachodziły, a co. Albo nie mogę sobie znaleźć faceta, więc pójdę do klubu, dam się przeruchać w kiblu, to może potem się z tego zrobi jakaś istotka do kochania. I będę prowadzić bloga parentingowego, to dostanę może łóżko z Ikei za darmo, a najlepiej to spróbuję urodzić właśnie tam, fajnie, jakby rabaty powpadały.

(Czy muszę w tym miejscu po raz kolejny zaznaczać, że generalizowanie, hiperbola i sarkazm są bardzo lubianymi przeze mnie środkami wyrazu)?

Na powyższe jeszcze mogłabym machnąć ręką. Współczuję dzieciom rodzącym się z takich właśnie pobudek, ale na dobrą sprawę wszyscy jesteśmy owocem dążenia gatunku homo sapiens do przetrwania. Dlatego nie mnie oceniać motywacje reprodukcyjne ludzi. Jest jednak coś gorszego, co mogłoby mi się stać, gdybym stwierdziła w pewnym momencie mojej egzystencji, że chcę mieć np. synka o imieniu, powiedzmy, Gargamel. Biorąc pod uwagę moje uwielbienie do Instagramu oraz to, że w mojej rodzinie kobiety mają tendencje do poświęcania się, zmieniłabym nazwę konta z emiliateofila na mamusia_gargusia.

Nie chcę zaśmiecać social media fotografiami własnej buzi, a co dopiero mojego hipotetycznego dziecka. Nie chcę wkurwiać takim spamem koleżanek, nie chcę wysyłać takiego internetowego zaproszenia pedofilom. I nie chcę tracić siebie na rzecz przewijania pampersów, leczenia zapalenia piersi od zatkanych kanalików mlekowych czy tłumaczeniu, że złośliwymi komentarzami w szkole przejmować się nie warto, bo ja sama wciąż pamiętam, jak bardzo to boli, gdy jest się innym niż reszta uczniów. Jestem nieodpowiedzialnym młokosem, który ma problemy z łażeniem do dentysty, bo przeraża go sama myśl o krzywym spojrzeniu lekarza, gdy zobaczy dziurę w zębie. Marzycielką, nie potrafiącą wziąć odpowiedzialności za siebie i rozliczyć się z przeszłością raz a dobrze.

Zatem czy to oznacza, że jestem opóźniona w rozwoju w stosunku do moich rówieśników, którzy wzięli już ślub i mają kilkuletnie dzieciaki?

Czy chcę zasugerować, że wręcz przeciwnie, jestem od nich mądrzejsza i dojrzalsza, bo nie chcę wychodzić za mąż i reprodukować się?

Może tak naprawdę po prostu nie wiem, ile trudów może wynagrodzić uśmiech własnego dziecięcia i że więcej z tego wszystkiego radości niż smutku?

maxxie

Bo może znowu filozofuję, a wokół tyle dzieciaków, no to czy faktycznie jest aż tak ciężar na barkach, to całe wychowanie? No nie, akurat tutaj mogę sobie odpowiedzieć, że okej, łatwo się puknąć, ale z konsekwencjami poradzić sobie dużo trudniej. Niemal każdy z moich przyjaciół ma jakąś traumę wyniesioną z dzieciństwa z powodu czegoś, co zrobił albo czego nie robił ich rodzic. I to stało się tak po prostu. Trzeba myśleć przy dziecku o tylu rzeczach – żeby nakarmić, żeby zapłacić za wycieczkę, żeby nie zostawić w aucie, gdy upał, żeby kupić prezent na imieniny, no po prostu miliard spraw. Więc kiedy już się pada na twarz, nerwy czasem puszczają i ryknie się na tego wkurzającego smarkacza. Kto by podejrzewał, że wiele lat później to odbije się na jego psychice i uniemożliwi pójście dalej ze swoim życiem albo upośledzi jakąś funkcję społeczną?

Kiedyś moja mama powiedziała mi, że jej marzeniem było posiadanie dziecka. I to marzenie się spełniło. Mówiła mi o tym z miłością w oczach, a ja oczywiście musiałam wtedy stać się potworem i powiedzieć jej, że wcale nie, bo jakim prawem może mówić, że mnie posiada? Jestem niezależną istotą, która ma własny rozum i wolę. Nie jestem niczyją własnością. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę.

Dzieci potrafią być tak okrutne, że się kurwa wszystkiego może odechcieć.

Moja mama, jeśli odechciewało się już bycia matką, nigdy nie dała mi tego po sobie poznać. Aż mi łzy teraz lecą z oczu, bo sobie uświadomiłam, że kiedy ostawiałam największe numery, totalne huragany histerii, ona, zamiast się wycofać, przychodziła do mnie, do tej jaskini lwa, by powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Że nieważne, co jej powiem, ona i tak przy mnie będzie.

Musiałam skończyć dwadzieścia pięć lat, by zrozumieć, jak trudne to zadanie.

Matki potrafią być nieświadomie najsurowszymi katami i jednocześnie najpotężniejszymi agregatorami miłości. Ja chciałabym tylko, by przyszłe mamy zdawały sobie z tego sprawę. Jeśli dane będzie mi to w końcu pojąć (bo wiedza a uświadomienie to dwie zupełnie różne sprawy), to niewykluczone, że rozstanę się z różowymi pigułkami. (To będzie cios, bo od kiedy biorę antykoncepcję, nie czuję się podczas okresu jak podczas tortur zadawanych mi przez stado rozszalałych wikingów). I wtedy będę się wyżywać na władzy, że nie mogę zapisać dzieciaka do najbliższego od domu żłobka, bo nie ma miejsc, bo trzeba dużo hajsu bulić, a przecież i tak odciągają mi z wypłaty na ubezpieczenia i inne niezbędne do funkcjonowania pierdoły. Ale póki jeszcze nie rozbudził mi się mój instynkt macierzyński, za co chwała niebiosom, dalej będę przewracać oczami, kiedy jakaś moja koleżanka zmieni swój nick na Instagramie i klikać przestań obserwować u znajomych, którzy za bardzo epatują buziami swojego dzieciaka na Facebooku.

Tyle o macierzyństwie z mojej strony, mamy rok 2017, ciekawe, kiedy mi się odmieni, odpukać.

Tradycyjnie zapraszam Was do polubienia Fabryki dygresji na Facebooku. Każda łapka w górę przybliża nas do 1000 lajków, a wtedy będę kompromitować się dla Was na YouTube. 

Chciałabym wiedzieć, co Wy sądzicie na temat macierzyństwa. Jak relacje z Waszymi mamami? Czy bycie mamą Was przeraża? Czy oczekuje się z Waszej strony reprodukcji i z tego powodu czujecie ciśnienie? Koniecznie dajcie znać.

xoxo

Wasza

Emilia

Zostałam wyznawczynią roślin doniczkowych, czyli o co chodzi z urban jungle?

Zostałam wyznawczynią roślin doniczkowych, czyli o co chodzi z urban jungle?

Patrząc przez wiele lat na moją mamę i jej obsesję na punkcie ogródka, bieganie po domu i podwórku z konewką, kompulsywne kupowanie nawozów i ustawiczne monologowanie o tym, jakiego kwiata kupi sobie w sobotę na targu, pukałam się w czoło. Wariatka, myślałam sobie. Córka podrosła, uciekła spod klosza, to teraz będzie chuchać i dmuchać na rośliny. Nie rozumiałam. Tymczasem lata minęły i mój pogląd zmienił się o 180 stopni.

W zeszłym roku, kiedy bliska mi osoba zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że choruje na depresję, przed wizytą u specjalisty postanowiła spróbować naturalnych metod poprawienia swojego stanu. W ten sposób wylądowałam w dziale z roślinami doniczkowymi Ikei. Ponieważ jestem zwolenniczką minimalizmu i nienawidzę marnowania czasu w sklepach, kiedy i tak wiem, że nic mi nie jest potrzebne, byłam zszokowana, kiedy wyszłam stamtąd z zielonym maluszkiem w ramionach. Do pierwszej doniczkowej roślinki szybko dołączyły kolejne.

Processed with VSCO with c1 preset

Co zmieniły w moim życiu rośliny doniczkowe?

Nie martwcie się, to nie będzie akapit w stylu: od kiedy trzymam na parapecie zielistkę, oddycham pełną piersią, niczego się nie boję i schudłam 20 kilo. Przynajmniej nie do końca.

Zacznę od banału, może znajdzie się osoba, która jeszcze nie wie, że rośliny w wyniku fotosyntezy dostarczają tlenu w powietrzu (o dziwo podobno niektóre nawet w nocy, jak choćby storczyk czy wężownica), ale tak właśnie jest. Dodatkowo niektóre z nich absorbują szkodliwe substancje (np. skrzydłokwiat oczyszcza powietrze z pochodnych benzenu i formaldehydu, emitowanych przez drukarki czy monitory lub obecnych w farbach, klejach, tapetach, itd.*), a inne regulują poziom wilgotności. Oddychanie jest jedną z podstawowych funkcji życiowych. I czynnością, o której najczęściej w ogóle nie myślimy, bo dzieje się automatycznie. A powinniśmy, choćby po to, by się odstresować. Lepiej zdecydowanie oddycha się w towarzystwie roślin doniczkowych. Spróbujcie.

Na pewno też w podstawówce uczono Was o higienie… oczu. Tak, mam właśnie wspomnienie, że pani w szkole, zamiast mówić o brutalności życia, zwłaszcza, kiedy ma się depresję i wzywają z niewiadomych powodów do urzędu… Nic to, higiena oczu różnie ważna, zwłaszcza w naszych czasach. I na to pomagają zielone listeczki. Koją zmęczone mięśnie oczu i dają odrobinę nadziei. Tak się przecież powinien kojarzyć kolor zielony. Dlatego najlepiej ustawić roślinnego stworka nieopodal monitora. I w chwilach zmęczenia przypomnieć sobie, że poza miejscem pracy istnieje dzika, nieokrzesana natura, której namiastka stoi tuż obok.

Ale wszystko poniższe jest tak naprawdę niczym w porównaniu z rozwijaniem poczucia odpowiedzialności oraz walce z samotnością.

Processed with VSCO with c1 preset

Trudno mi czasem zadbać o siebie, dlatego nigdy nie pomyślałabym o mieszkaniu z psiakiem czy rybkami. Podejrzewam, że łatwo skrzywdziłabym mimowolnie zwierzę, którym powinnam się zajmować. Ale dzięki temu, że dbam o to, co dzieje się w moich doniczkach, mam wrażenie, że rozwija się moje poczucie odpowiedzialności. Troszczę się o roślinki, jakby były elementem rodziny albo mojego ciała. Tak samo, jak mówię rano rodzicom dzień dobry, tak samo upewniam się, czy ziemia w doniczkach nie jest przynajmniej zbyt sucha. Kiedy nie ma mnie długo w domu, na widok zielonych maleństw po prostu nie posiadam się z radości, jakbym spotkała się z dawno niewidzianym przyjacielem. Wiem, że moje rośliny są ode mnie całkowicie uzależnione i muszę o nie dbać, by nie stała się im krzywda. W zamian za to, kiedy budzi mnie w nocy koszmar, rośliny są dalej przy mnie. Cztery ściany wokół nie są nieprzyjaznym pomieszczeniem, tylko pełną żywych istot ciepłą sypialną. Nie czuję się sama jak palec. Mam zielone wsparcie. I mam nadzieję, że nie brzmi to za bardzo psychicznie. Chociaż, nawet jeśli… Co z tego?

Większy komfort pracy, zdrowsze oczy, lepsze powietrze i mniejsze poczucie samotności. Dużo zasług, prawda?

Ale to nie wszystko. W cenie jest też estetyka.

Processed with VSCO with c1 preset

O co chodzi z urban jungle, czyli miejską dżunglą?

O wszystko, co napisałam powyżej oraz ciekawy design. Rośliny potrafią stanowić bardzo oryginalny design wnętrz. W świecie, w którym każdy może zaprezentować tysiącom użytkowników wnętrze swojego mieszkania, liczy się to, by wyglądało nietuzinkowo. Kiedyś gospodynie domowe rywalizowały między sobą, zapraszając do dopiero co odnowionego salonu koleżanki na herbatkę i serniczek. Teraz pstrykamy fotki na Instagramie i liczymy lajki. Ale tak bardzo, jak można trochę się podśmiechiwać z dżentelmenów po czterdziestce, którzy kupują super drogą furę, by zaimponować koleżkom i młodym duperkom, dbanie o rośliny doniczkowe w domowym zaciszu jest o wiele rozsądniejsze. To nie tylko styl, w jakim urządzamy sobie mieszkanie w tęsknocie za naturą, ale ogólnie styl życia. Za roślinami idą inne, daleko posunięte zmiany.

Kiedy wchodzisz z naturą w bliższą koalicję, a może nawet przyjaźń, stajesz się bardziej wrażliwy. Obserwujesz, jak ważna w życiu jest delikatność. Niektóre rośliny są gruboskórne. Sukulenty, które nie potrzebują dużo wody, ani w ogóle dużo troski. Rosną sobie spokojnie bez względu na to, czy je podlewasz, czy olewasz. Inne wymagają dużo troski i co chwila domagają się atencji, inaczej zaczynają im żółknąć liście. Czasem nieopatrzny ruch może skrzywdzić jakąś łodyżkę. Jak z ludźmi.

Ale obcowanie z roślinami nie uczy tylko dbania o relacje z ludźmi. Pozwalają się wsłuchać we własne wnętrze. Skoro dbasz o swoje rośliny, prędzej czy później bardziej zadbasz o siebie. Im więcej roślin wokół mnie, tym zdrowiej żyję. O wiele rzadziej palę fajki, patrzę na to, co jem i ruszam się. Sama chciałabym być jak najładniejszy kwiatuszek. Może to tanie i próżne, ale kto pięknie żyje, ten żyje długo. A ja mam kilka rzeczy do skończenia, więc nie mam zamiaru póki co schodzić z tego świata.

Processed with VSCO with c1 preset

Na koniec chciałabym Was zachęcić do uprawy roślin doniczkowych w Waszych zakątkach. Jestem przekonana, że każdemu dobrze zrobi towarzystwo zieleniny. Co więcej, jeśli już macie jakieś zielone maluszki, miło mi będzie z Wami o tym podyskutować, więc dawajcie w komentarzach, jakie gatunki uprawiacie i w jaki sposób się o nie troszczycie.

Standardowo też na zakończenie proszę Was o łapki w górę, jeśli na przykład trafiliście na ten wpis w jakiś inny sposób, niż przez fejsa. Odwiedźcie fan page i dajcie znać, że byliście, gwarantuję kolejne treści, które przypadną Wam do gustu (a przynajmniej będę się bardzo starać).

Z pozdrowieniami,

Wasza

Emilia

___________________________________________

* http://radiesteta.waw.pl/inne-zagrozenia/formaldehyd/ – Dobry, niesamowicie ciekawy artykuł, obczajcie, jaki syf mamy w domu i jak rozprawiają się z nim zieloni wojownicy w doniczkach!

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Od kiedy przestałam brać do recenzji każde byle gówno, pierwszy lepszy wyrzyg quasi-literacki, który na nieszczęście otrzymał numer ISBN, musiałam zacząć się tłumaczyć. Krótkie nie jestem zainteresowana nie wszystkim wystarczyło. Pisanie, że nie mam czasu, też nie satysfakcjonowało niektórych osób, którym wyjątkowo zależało, bym zaopiniowała ich utwór. Nie rozumiem dlaczego. Moje zasięgi nawet nie smucą, tylko śmieszą, ewentualnie budzą politowanie. Może chodzi o to, że niektórzy po prostu nie lubią, kiedy im się odmawia? Postanowiłam zatem tego nie robić, tylko podać stawkę. I wtedy dowiedziałam się, że zajmuję się prostytucją.

Wiecie, dlaczego prowadzę Fabrykę dygresji?

Ponieważ jestem przekonana, że mam więcej do napisania, niż powiedzenia. Jestem świadoma, że moje teksty nie zainteresują całej rzeszy odbiorców, tylko wybraną grupę, ludzi podobnych do mnie. Czyli ludzi przeważnie urodzonych w latach dziewięćdziesiątych, rozmiłowanych w literaturze i często rozmyślających o swoich relacjach z otoczeniem. To, co piszę, ma więc prezentować takie treści, które sama chętnie bym przeczytała, bo nie chcę sprawić zawodu osobom, które odwiedzają mój blog.

Dlatego się przykładam.

Nie piszę o tym, co chciałabym sobie kupić, bo pierdolę konsumpcjonizm już od 2013. Uważam, że komercjalizm to piekielna machina, służąca do tego, by człowiek zapomniał o tym, że ma umysł i duszę. Ale nie potępiam osób, które lubią otaczać się ładnymi rzeczami, bo każdy ma potrzeby estetyczne i powinien zaspokajać je tak, jak najlepiej potrafi. Czasem dlatego muszę przeczytać tekst, który stworzyłam z pięć razy, by zastanowić się, czy moimi poglądami nikogo nie skrzywdzę. Bo słowa bolą bardziej.

Czytam dużo książek i chcę polecać te najlepsze, czyli napisane świetnym piórem i przekazujące istotne wartości. Zatem w trakcie lektury zaznaczam cytaty, robię notatki, a później próbuję zebrać moje wrażenia w zwięzły post, bo szanuję również czas gościa na mojej www.

Robię to, bo kocham pisać i czuję misję czynienia świata mądrzejszym.

Nie dlatego, że chcę wyłudzać hajs.

Ale kiedy ktoś ma interes w tym, bym przeczytała jego książkę, na co sama nigdy bym nie wpadła, bo mam inne zamiłowania literackie, bym poświęciła swój czas na wnikliwą analizę utworu, a później napisała tekst na ten temat, nie prosi o przysługę, tylko o usługę. A ja, jako osoba pracująca na etat, pochłonięta pisaniem własnej książki, tworzeniem treści na blog oraz media społecznościowe, a przy okazji chcąca raz na jakiś czas spotkać się z inną istotą człowieczą, mogę zdecydować, czy

a) zrecenzuję (bo dawno chciałam przeczytać proponowaną książkę, więc przyjmę egzemplarz z pocałowaniem ręki, choć jego wartość – te niby 40 zł w barterze za godziny spędzone na lekturze to śmiech na sali) w zamian za satysfakcję w trakcie czytania,

b) nie zrecenzuję,

c) zrecenzuję (nie wiadomo, czy pozytywnie) za odpowiednie wynagrodzenie.

Nie prowadzę bloga w celach zarobkowych.

To, że przyjmuję pieniądze za recenzję nie znaczy, że recenzja jest pozytywna. Nie sprzedaję ani siebie, ani swojej opinii, tylko szanuję mój czas oraz sztukę słowa pisanego.

Chciałabym, by więcej blogerów wychodziło z tego założenia. By nie zaniżało wartości blogosfery, zamieszczając podsyłane przez wydawnictwa informacje prasowe albo opiniując książkę w kilku pustych zdaniach, bo jarają się egzemplarzem książki, którą postawią raz na półce i później o niej zapomną. By wydawcy i autorzy przestali się łudzić, że blogerzy to banda nerdów, która ślini się, kiedy machnie im się byle jaką książką przed oczami.

Pisanie to trudne rzemiosło, zwłaszcza w czasach, kiedy vlogerzy wygryzają blogerów, bo ich przekaz jest łatwiejszy. Niełatwo napisać tak, by skłonić kogoś do lektury. Trzeba mieć pewne umiejętności, solidny wręcz warsztat, by skutecznie przekazać swoje myśli i nakłonić kogoś do sięgnięcia po lekturę, o której akurat piszemy. To nie jest jakieś pitu-pitu, tere-fere. To harówa. Przyjemna, ale harówa.

Zatem kiedy ktoś mi pisze, że z zasady jest przeciwny umieszczania płatnych recenzji gdziekolwiek, bo to sprzeczne z jego moralnością, mam ochotę strzelić mu w ryj, ale tylko przez ułamek sekundy, bo potem przychodzi politowanie. Osoba ta nie wie, w jakich czasach żyje, zatem jest odrealniona. Współczuć jej należy, po prostu.

A jakie jest Wasze zdanie? Recenzujecie za friko albo jedynie za egzemplarz od wydawnictwa tudzież autora? Jaki jest Wasz stosunek do pisania za wynagrodzenie? Koniecznie dajcie znać w komentarzu.

Jeśli zaś to, co napisałam, jakoś tam do Was przemawia, dajcie łapkę na Facebooku. Polubcie Fabrykę dygresji, bo to w 99,9 na 100 przypadków moja jedyna zapłata za kontent, który staram się dla Was jak najlepiej przygotować.

Into the wild – Wszystko za życie

Into the wild – Wszystko za życie

Czasem dopuszczam do siebie ciemność. Sama przychodzi, a ja nie mówię jej nie, bo i tak prędzej czy później wdarłaby się do mojego umysłu poprzez głupkowate reklamy w telewizji, absurdalne wymagania państwa względem jednostki, społeczne konwenanse… I ta ciemność mówi mi: rzuć to wszystko, jedź na Alaskę, bądź dla siebie i innych dobrym człowiekiem, a resztę chrzań… Wczoraj miałam taki moment, lecz zamiast spakować plecak, na co wiecznie brakuje mi odwagi, włączyłam film pt. Wszystko za życie (Into the Wild). I od razu zrobiło mi się lepiej. No, może nie do końca…
Film czekał bardzo długo, żebym w końcu go obejrzała (pewnie z pięć lat). Został wyreżyserowany przez Seana Penna, który napisał też scenariusz do filmu na podstawie książki Jona Krakauera pod tym samym tytułem. Into the wild to historia autentyczna, opisująca niezwykłą wyprawę Christophera McCandlessa (w roli głównej Emile Hirsch).
Zainspirowany książkami m.in. Jacka Londona i Lwa Tołstoja, po zakończeniu studiów, Christopher postanawia spakować plecak i ruszyć na włóczęgę. Pozostawiwszy rodzinę i przekazawszy oszczędności na cele dobroczynne, wyrusza w podróż przez USA, na czas włóczęgi przybierając imię Alexander Supertramp. Jego celem i największą przygodą, do jakiej dąży, jest spędzenie kilku miesięcy na łonie dzikiej natury, w całkowitym osamotnieniu, w sercu Alaski.
W drodze Alex spotyka mnóstwo ciekawych ludzi – parę przesympatycznych hippisów, zakochanych w sobie postrzelonych Holendrów, nastoletnią piosenkarkę country, artystę garbarniczego w podeszłym wieku… Alex pojawia się w ich życiu w kluczowym momencie. Dzięki nim chłopak staje się mądrzejszy, choć i wcześniej życiowej mądrości mu nie brakowało.
Into The Wild- great movie watch this movie free here: http://realfreestreaming.comInto the Wild http://www.amazon.com/ref=svisw1
Ciesząc się otaczającą go przyrodą, docierając do najdzikszych zakątków Ameryki, Alex po prostu cieszy się własnym istnieniem. Myślę, że to najcudowniejsza z umiejętności, jakie może nabyć człowiek w trakcie swojego życia, lecz nie każdemu jest to dane. Bohater (a zarazem postać autentyczna) pokazuje, jak bardzo jesteśmy złaknieni bliskości z naturą, prostoty i spokoju. Zachowanie Aleksa wzbudza jednak kontrowersje. W końcu od samego początku podróży ani razu nie dał znać swoim bliskim, że żyje. A idee, którymi się kierował, czasem nie do końca pokrywały się z realnym życiem… Interpretacja jednak, jak zawsze, zależy od naszych osobistych doświadczeń, a co za tym idzie, indywidualnego spojrzenia na sprawę.
W końcu Aleksowi udaje się dotrzeć do celu. Dociera do Alaski i rozpoczyna życie w opuszczonym autobusie, który teraz nabrał już kultowego, symbolicznego znaczenia…
Film z początku dał mi ogromne wytchnienie. Fabuła płynęła spokojnie, acz ciekawie, ze względu na zmiany perspektywy, retrospekcje, przepiękne widoki i wprowadzanie nowych postaci w idealnych momentach. Niesamowicie przypadły mi do gustu liczne odwołania do literatury i etos wolności. Żaden z dialogów, jakie zostały wypowiedziane w filmie, nie był zbędny. Wszystkie można było spokojnie wynotować w charakterze jakże życiowych sentencji. Nad wydarzeniami jednak unosił się smutek, a sama końcówka była dla mnie traumatyczna. Tym bardziej, że dopiero wtedy dowiedziałam się, iż Chris McCandless naprawdę istniał, a film jest naprawdę wiernym odwzorowaniem jego włóczęgi…
Wszystko za życie pokazuje najważniejsze wartości w życiu każdego człowieka. Można się z niego naprawdę sporo nauczyć. Ja wiem, że niektóre osoby może znurzyć brak akcji w postaci morderstw i seksu, więc będą mieć zupełnie inną opinię na temat tego arcydzieła, ale proszę, jeśli tak będzie, to zachowajcie ją dla siebie. Nie psujcie mojego zauroczenia tym filmem. A jeśli macie go na liście utworów „do obejrzenia”, jak najszybciej to zmieńcie. Gwarantuję tak czy siak mocne wrażenia. Skończyłam oglądać chyba po pierwszej w nocy, a do czwartej nie mogłam zasnąć, rozmyślając o życiu Chrisa McCandlessa… I szukam wciąż puenty. I nie mogę jej znaleźć, choć czuję ją pod skórą. I na szczęście znów czuję inspirację.
9/10
Co robić w Poznaniu?

Co robić w Poznaniu?

Jadę rozklekotanym pociągiem z Nowego Tomyśla do Poznania. Rozważam w myślach zmianę podejścia do mojego rodzinnego miasta. Może nie ma zbyt wielu pubów, o ile w ogóle, ale jest nieźle prosperujący ośrodek kultury i duża biblioteka. Co chwilę jakiś koncert w szkole muzycznej, ścieżki rowerowe, no i zawsze można wybrać się do parku. Nie jest tak źle, ale do Poznania pod względem wydarzeń kulturalnych to daleko, o wiele więcej niż rzeczywiste 57 km, jakie dzieli te dwa miasta. Aż tu nagle słyszę od siedzącej obok kobiety: „Poznań jest nudny”. Myślę sobie z ogromną dezaprobatą: o żesz w mordę.* 
Erik Witsoe przedstawia niebo nad pięknymi dachami Starego Rynku
Kobieta była grubo przed trzydziestką, może jeszcze studiowała (w końcu rasowych debili można znaleźć również, a może zwłaszcza, na uniwersytetach). Tłuste włosy z odrostami splecione w anorektyczny warkoczyk, prostokątne okulary na nosie przypominającym świński ryj, gruba (może nawet bardziej niż ja). Znacie ten styl. Do tego zdające się zaraz pęknąć w szwach dżinsy zdobione kolorowymi cyrkoniami, turkusowe kolczyki w kształcie róż, turkusowa kurtka z imitacji skóry, turkusowe buty. Zgadnijcie, jak ma na imię. Oczywiście, Kasia, pięć punktów dla Zuzy.**

Przed nią – facet. Z kontekstu wnioskuję, że dawny znajomy ze szkoły. Chyba chcą umówić się na spotkanie po latach, najlepiej w czasie trwania Pyrkonu. To znaczy: ona się chce z nim umówić, on coś kręci.
On: Bo wiesz, moi znajomi przyjeżdżają, więc może tak razem, w grupie? Chciałbym im w weekend trochę Poznań pokazać…

 

Ona: Po Poznaniu? . Co ty tam chcesz pokazywać w ogóle?
On: No jak to? Na Stary Rynek byśmy poszli.
Ona: Stary Rynek? . Na mnie nie licz, ja tam nigdy nie bywam.
On: Dlaczego?
Ona: Bo Poznań jest nudny, a Stary Rynek to już w ogóle totalne dno. Tam się nigdy nic nie dzieje.

 

Erik Witsoe, zachód słońca na ulicy Fredry

 

Ostatnio obserwuję, że coraz częściej przejawiam odwagę cywilną. W tamtym momencie jednak, pomiędzy Poznaniem Junikowo a Poznaniem Górczyn, ugryzłam się w język, bo i tak nie miałam nic do powiedzenia (tylko bym troszkę poszczekała). Przecież w Poznaniu się dzieje. Przecież wszędzie się dzieje, jeśli ma się na tyle otwarty umysł i chęci, by gdzieś pójść lub coś zaaranżować. A stolica Wielkopolski jest tak piękna, że wystarczy po prostu spacer, by dostarczyć sobie mnóstwa rozrywki.*** Nieważne, czy to wiosna, czy jakakolwiek inna pora roku. Jej urok zapiera dech w piersiach zarówno na żywo, jak i w obiektywie Erika Witsoe. Zresztą, macie okazję zobaczyć sami, gdyż Erik pozwolił mi na potrzeby tego wpisu udostępnić kilka ze swoich wspaniałych fotografii. Co więcej, miałam okazję podpytać artystę o to, dlaczego Poznań jest takim wspaniałym miejscem. Bo przecież nie tylko ja tak myślę.
Plajta, czyli Plac Wolności, fot., cóż za niespodzianka, Erik Witsoe! 🙂

Erik jest Amerykaninem. Mieszka w mieście od blisko czterech lat razem z narzeczoną, która realizuje program studiów doktoranckich na jednej z poznańskich uczelni. Erik zaś prowadzi klimatyczny sklepik z kawą, który mieści się w Pasażu Apollo. Oprócz tego jest fotografem, więc zna to oczywiste, że zna się na pięknie i jest jedną z najbardziej kompetentnych osób, jakie mogłabym przemaglować na temat uroku Poznania.

Emilka: Jakie według ciebie są najbardziej warte odwiedzenia miejsca w Poznaniu?

Erik: Poznań nie jest wcale takim dużym miastem, więc można ze spokojem przejść się od jednego punktu do drugiego i natrafić na mnóstwo ciekawych miejsc. Polecam Stary Rynek i okolice, Wartę i Ostrów Tumski, Park Sołacki. Kiedy weźmie się mapę i zaznaczy na niej te wszystkie punkty, okaże się, że w bardzo łatwy sposób można do nich dotrzeć na własnych nogach. Tak naprawdę jednak wszystkie dzielnice mają dużo zaoferowania, i to w różnych klimatach. To naprawdę świetne miejsce dla pieszych. Weź rower, złap tramwaj albo po prostu idź. Będziesz mógł zobaczyć naprawdę wiele!

Emilka: Gdzie się wybierasz, gdy masz nieco wolnego czasu? I gdzie mogą się wybrać przyjezdni, żeby miło spędzić czas?
Erik: Wydaje mi się, że mam nieco inne pojęcie wolnego czasu. Wszystko zależy od tego, gdzie zaprowadzi mnie pogoda oraz pora roku. Lubię sporo chodzić i nawet trochę wędrować. Park Sołacki jest dla mnie najlepszym miejscem do pozbierania myśli… zresztą tak samo, jak i do robienia zdjęć. Przyjezdnych za to kieruję do takich miejsc, którymi będą zainteresowani. Jeśli chcą zrobić zakupy, wysyłam ich do Starego Browaru. Szukają Parku? Cytadela, Sołacki i Wilsona. Historię odnajdą zaś w Zamku, na Starym Rynku, właściwie wszędzie… Zazwyczaj zabieram gości na Ostrów Tumski, gdzie mogą poczuć, jak miasto wyglądało kiedyś, i jak to było na początku.

Emilka: Uważasz, że Poznań potrzebuje jeszcze więcej wydarzeń i miejsc związanych z kulturą?
Oczywiście zapraszamy!
Erik: Tak. Zdecydowanie brakuje galerii sztuki, to na pewno. To znaczy galerie są, ale czy na pewno dla wszystkich? Widzę te drogie, z wyższej półki, albo takie z najniższej, wszystkie rodzaje, tylko nie takie, do których każdy może mieć dostęp. Wiele moich przyjaciół pyta mnie, gdzie mogą kupić pamiątki dla bliskich z rodzinnych stron, no i… cóż. Galerie, które wydają się być w pobliżu, okazują się być trudne do zlokalizowania oraz otwarte w dziwnych godzinach. Wydarzeń kulturalnych wydaje się być sporo, ale trudno znaleźć wszystkie informacje na ich temat zgromadzone w jednym miejscu. Nawet, jeśli mówisz i czytasz po polsku, wysiłek z tym związany może być przytłaczający. My, obcokrajowcy, przekazujemy sobie tego typu informacje po prostu z ust do ust. W moim sklepiku z kawą zawsze pytam, co się dzieje w tym tygodniu, itd… Jest nowy magazyn Puls Poznania, który w przyzwoity sposób zbiera takie wiadomości. A co do miejsc związanych z kulturą… Ludzie zawsze potrzebują nowych miejsc, żeby zbierać się razem i wspólnie poznawać życie. Więc tak. Więcej, więcej, więcej!
Emilka: Teraz możesz zaprosić wszystkich do swojego Coffee Shopu.
Erik: Oczywiście. Zapraszam wszystkich do mojego małego sklepiku z kawą Bigfoot Coffee Shop. Wpadnijcie i zobaczcie, jak wygląda mała Ameryka. To ma być miejsce, w którym wiele osób z różnego rodzaju środowisk może się spotkać i razem spędzić czas. Mamy wspaniałą kawę, pyszne ciasta i smaczne kanapki! Na zdrowie!
Co robić w Poznaniu, skoro na każdym rogu roi się od knajpek serwujących przepyszne jedzenie, pubów przesiąkniętych niepowtarzalną atmosferą, koncertów, zielonych skwerów oraz fantastycznych ludzi? Najlepiej zamknąć się w czterech ścianach, odciąć się od kultury, zacząć na nowo oglądać M jak miłość i wcinać kanapki z wątrobianką. A później narzekać, że jesteśmy samotni, w naszym życiu nic się nie dzieje, a wszystkiemu winien cały świat wokół, tylko nie my.

 

Jeżyce też takie piękne, ach, ta wiosna! Autor zdjęcia to, rzecz jasna, Erik Witsoe
Kiedy tylko zaczyna się zielenić i robi się nieco cieplej, ja nie mogę, po prostu nie mogę usiedzieć w akademiku! Wybiegam na rolki na Cytadelę, obserwuję wyścigi kajaków na Malcie, idę ze znajomymi pooddychać przesyconym kulturą powietrzem, które wiruje między Kontenerami. Nie muszę wydawać pieniędzy, żeby zaznać ogromnej masy przyjemności. A kiedy chcę czegoś nowego, szukam zbliżających się wydarzeń na trzech stronach, które mogę Wam z czystym sumieniem do tego celu polecić.

 

Centrum Kultury Zamek – stąd dowiecie się, na jaki film akurat można się załapać w Kinie Pałacowym, gdzie wybrać się z młodszym rodzeństwem, potomstwem albo uprowadzonym dzieckiem, za które nikt nie chce dać okupu, więc musicie się przemęczyć, zanim opchniecie na czarnym rynku. Każdy Poznaniak na pewno zna tę stronę, a jeśli nie, to fani literatury, tańca, nauki oraz wszystkiego, co nie wiąże się z marnotrawieniem czasu, na pewno znajdą tu coś dla siebie.
Kultura u podstaw – nowy serwis kulturalno-informacyjny, traktujący o wszystkich wydarzeniach związanych z Wielkopolską. Dużo o muzyce, książkach oraz spotkaniach autorskich, teatrze i ludziach związanych z regionem.
Ale czy warto? – strona internetowa serwująca relacje z najciekawszych wydarzeń. Dzięki sprytnemu kalendarzowi, stale aktualizowanemu, możecie sobie całkiem dobrze zaplanować czas, by nie zmarnować ani sekundy i dać się porwać kulturalnemu szaleństwu.

 

Erik poleca również wcześniej wspomniany Puls Poznania, bezpłatny magazyn miejski, po który muszę jak najszybciej sięgnąć.

 

Erik Witsoe – Noc Kupały i Ostrów Tumski w tle
Jeśli mało Wam fotografii Erika, to wbijajcie na jego fan page na fejsie: TU!
Oraz na stronę internetową: TU!
Jeśli znacie kogoś, kto dalej nie wie, co robić w Poznaniu, albo sądzi, że Poznań nie jest ciekawy,  ani może nawet ładny – przyślijcie go do mnie. Naprostuję, na pewno.

 

Oczywiście nie jest tak, że nie dostrzegam w Poznaniu złych rzeczy, że gloryfikuję miejsce, do którego imigrowałam, bo prezydent płaci mi za promocję (och, jakże chciałabym, chciała!). Widzę pełen gruzu wąwóz na Kaponierze oraz to, że prawdziwych galerii sztuki naprawdę jest jak wody na pustyni, zaś galerie handlowe wyrastają jedna za drugą. Ale uczę się wciąż, i chcę nauczyć też troszkę Was, żeby przede wszystkim doceniać to, co się ma, dziękować za to (dopisałabym: dziękować za to każdego dnia, ale będzie się rymować, błeh). Po drugie, nie narzekać na to, czego nie ma, ale – po trzecie – działać, by dostać to, czego się potrzebuje lub o czym zwyczajnie się marzy.

 

Zostawiam Was z bojowym nastawieniem do szerzenia kultury, własnych ideałów oraz walki o swoje. I zachwycania się wiosną, która wreszcie do nas przyszła!
Żeby dodatkowo Was rozochocić, Natalia Przybysz:

_________________________________________________________

*Tak naprawdę myślę sobie dużo bardziej wulgarnie.
**Zuza wygrała, bo miała okazję usłyszeć o tym traumatycznym wydarzeniu już wcześniej i bezbłędnie trafiła za pierwszym razem. Po prostu mistrzostwo. A dlaczego to „oczywiście”? Poczytajcie „Piromanów”.
***Zwłaszcza w nocy na Wildzie, he, he.