5 powodów, przez które nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia

5 powodów, przez które nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia

Daleko mi chyba do Grincha. Albo do bycia satanistką, bo pewnie niektórzy pomyślą, że skoro nie cierpię Bożego Narodzenia, to albo wyznaję kult szatana, albo mam coś nie tak z głową. Nie uważam się za totalną antagonistkę Gwiazdki, ale są w tych świętach rzeczy, które totalnie mnie odstręczają.

1. Miejskie dekoracje świąteczne

Kiedy myślę sobie o tym, że na ulicy emerytki zaczepiają obcych ludzi i proszą o kilka złotych, bo im zabrakło w aptece na realizację recepty, a całe miasta są ozdobione mnóstwem światełek (za nasze pieniądze!), to nóż mi się w kieszeni otwiera. Z mojej wypłaty miesięcznie idzie tysiąc złotych na ubezpieczenie zdrowotne (za które i tak na przykład nie pójdę do dentysty, bo popsuła mi się siódemka, a żeby nie korzystać z ciemniejącej plomby, muszę iść prywatnie), składki emerytalne (ciekawe, czy doczekam) i jakieś inne pierdoły. Wolałabym zadecydować, czy ta kasa idzie na leki dla starszych ludzi czy świąteczne dekoracje. Bo zdecydowanie wolałabym to pierwsze. Nawet, jeśli przystrojona choinka na rynku wygląda efektownie, to nie może się równać z pięknem uśmiechu starszej osoby.

oklahoma-jeremy-charles-travelandleisure.com

Autor: Jeremy Charles, źródło: travelandleisure.com

2. Kult konsumpcjonizmu

Reklamy świąteczne bazują na wyższych wartościach. Rodzinie, pomocy potrzebującym, miłości… Tylko po to, by coś sprzedać. Marketing jak o każdej innej porze roku, tylko w większym natężeniu, dobra jest, machnę ręką, bo tak to działa. Ale to, ile pieniędzy się wydaje, i to na jakie totalne pierdoły, po prostu mnie przeraża.

Nie kwestionuję tutaj tradycji obdarowywania najbliższych prezentami.

Upominek przemyślany, odpowiedni dla osoby, na której nam zależy, potrafi być najlepszym dowodem autentyczności naszych uczuć. Ale kupowanie wszystkiego, co podetkną nam pod nos w drogeriach (bo ładnie zapakowane już stoi na półce, to wezmę, mimo że droższe niż poza sezonem świątecznym), sklepach z elektroniką (cena niby rabatowa, a okazuje się, że wcześniej często dany sprzęt kosztował sporo mniej) czy innych, byle tylko nie przyjść na wigilię z pustymi rękami, bo co inni członkowie rodziny o nas pomyślą, uważam za totalnie chore.

Candles and stack of wrapped christmas gifts on wooden floor

Źródło: Getty Images

3. Obżarstwo

Nie oszukujmy się, w większości polskich domów Boże Narodzenie spędza się na pochłanianiu kilogramów jedzenia i leżeniu na kanapie, oglądając telewizję. Czyli w zasadzie na robieniu tego samego, co w dni powszednie, tyle że w większym natężeniu. Poza wysłaniem pocztówki do znajomych niewiele robimy, by polepszyć więzi z dalszą rodziną czy przyjaciółmi z dawnych lat. Zamiast pomyśleć o tych, którzy kiedyś byli w naszym życiu, ale z jakichś powodów nasze drogi się rozeszły, skupiamy się na kupieniu świeżej ryby, pieczeniu placków i lepieniu pierogów. Bo niby najedzona rodzina to szczęśliwa rodzina i najważniejsze, żeby na stole wigilijnym pokazać dobrobyt. Bardzo mi się to nie podoba, tak samo jak późniejsze narzekanie na przybranie wagi.

— O, trzy kilo przytyłam, jestem taka nieszczęśliwa, jak ja wejdę w tę sukienkę na sylwestra? — Ile razy ja to słyszałam?

No to po co, chciałoby się zapytać, tyle żarłaś, dziewczyno?!

Christmas-catering

Źródło: www.theurbanlist.com/melbourne/a-list/melbournes-christmas-caterers

4. Ciężka praca

Zarówno ja, i część Was, kochanych Czytelników, przyjeżdża do domu na gotowe. Pracujemy w innym mieście, obowiązki pochłaniają nas na tyle, że przyjeżdżamy do domu na ostatni moment, ewentualnie po to, by jeszcze coś poodkurzać, umyć klozet czy dokupić pomarańczy. Ale przyszykowanie świąt jest dla pozostałej części, głównie kobiet, wielką harówą, która przysparza mnóstwa stresu. Na pewno nie wygląda to tak radośnie i schludnie jak na poniższym zdjęciu, przedstawiającym Annę Olson. Kolejki w sklepach, to, że pojawi się jakaś stara ciotka, która będzie bawić się w test białej rękawniczki, a jej mąż będzie marudził: to za słone, to za gorące, a ta galareta jakaś zbyt galaretowata. Aż się odechciewa jeść tego, co się tyle godzin szykowało. Potem ogrom zmywania po wieczerzy i za kilka dni już nikt nie pamięta o tym wielkim poświęceniu, jakim było zorganizowanie świąt dla całej rodziny.

Bake_-_Web_Tip_047_-_Holiday_Icebox_Cookies

Źródło: Bake With Anna Olson, foodnetwork.ca

5. Kłopotliwe pytania

padające już w trakcie pierwszego dania. Najczęściej adresowane przez seniorki rodu do młodszych reprezentantek, obranych za cel ataku z powodu pewnej asertywności, oryginalności lub ambicji.

Zaczyna się od: to co, masz jakiegoś chłopaka? Potem, gdy okazuje się, że nie: a może ty jesteś tą taką lesbijką? Gdy ofiara nagabywania starszej ciotki-klotki lub innej babki po raz kolejny odpowiada przecząco, seniorka dopytuje: to co jest z tobą nie tak? Kiedy jednak mówisz, że masz chłopaka, pada pytanie: to czemu nie chcesz go nam przedstawić? Wstydzisz się nas?

Inny rodzaj pytań dotyczy studiów albo pracy. Jedne z najbardziej konsternujących:

— To kiedy wreszcie ta obrona?

Albo:

— To kiedy zmienisz wreszcie pracę, skoro cały czas tak mało zarabiasz? To Halinka z Lidla już ma więcej na rękę.

elitemom.net

Wszystkie te powyższe czynniki uniemożliwiają mi cieszenie się świętami. Bo owszem, lubię zjeść pierogi, posłuchać kolend, obejrzeć To właśnie miłość (czy istnieje zabawniejszy film? jeśli tak, piszcie w komentarzach, z chęcią obejrzę, bo dawno nie widziałam dobrej komedii), a przede wszystkim nacieszyć się towarzystwem bliskich mi osób.

I to mi wystarcza, nie potrzebuję wypasionej choinki z lampkami o dwunastu funkcjach migania. Atrakcyjniejszym wydaje mi się wielki przytulas i kilka chwil trzymania za ręce.

Święta obchodźmy nie tylko na zewnątrz, lecz przede wszystkim w naszych sercach.

Z życzeniami zdrowych, spokojnych i pełnych miłości świąt Bożego Narodzenia,

Wasza

Emilia

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

W zeszłym tygodniu Wysokie Obcasy uświadomiły mi, że najwyższy czas napisać o tym, dlaczego mając dwadzieścia pięć lat, nie chcę być matką. Choć bywam roztargniona tak mocno, jakbym chorowała co najmniej na zaawansowaną sklerozę i wyjście z domu bez portfela jest na porządku dziennym, to nigdy, przenigdy nie zapomniałam o mojej drogiej przyjaciółce – różowej pigułce. Boję się, że kiedy jej nie wezmę, zrobię w swojej macicy miejsce dla gościa, który sprawi, że zapomnę o samej sobie.

Jestem jedynaczką i moja relacja z matką przypomina istny roller coaster. Byłam dzieckiem trzymanym pod kloszem, wychuchanym od stóp do głów. Matka urodziła mnie po wcześniejszej ciąży pozamacicznej, w wieku trzydziestu pięciu lat, w czasach, kiedy wielu mówiło jej, żeby pożegnała się z marzeniem o dziecku. Kiedy przyszłam na świat, poświęciła mi się bez reszty, co przez wiele lat uważałam za ogromny ciężar psychiczny. Matka nie chciała być tylko moją opiekunką, ale i przyjaciółką. Wydawało mi się to strasznie głupie i naiwne z jej strony. Co nas łączyło prócz tej samej grupy krwi?

Pragnęłam uciec od niej jak najdalej. Po maturze zerwałam się ze smyczy i narobiłam głupot na studiach, za co pokutuję do teraz. Pozwoliło mi to jednak załapać trochę dystansu. I tak naprawdę dopiero, kiedy po kilku latach wróciłam do domu rodzinnego i zaczęłam dostrzegać w mamie prawdziwą kobietę, bo jej cała uwaga przestała się skupiać na mnie, stwierdziłam, że ją lubię. Moje emocje już nie są skupione wokół bezgranicznie kocham czy nienawidzę ze wszystkich sił. Wiem, że są pewne rzeczy, które nigdy do niej nie dotrą, ale tak samo ja nie pojmuję w ogóle świata, w jakim przyszło jej się wychowywać. Jest to przyczyną nieustannego, niepotrzebnego sprawiania sobie wzajemnie bólu. Ale i chwil dumy, euforii, wielkiego szczęścia, kiedy wreszcie, po kilkuletnich próbach, coś tam uda się którejś z nas zrozumieć.

Tylko że bywało tak źle, że uciekałam z domu do koleżanek w trakcie dnia, a w nocy planowałam wielkie wyprawy, by już nigdy nie musieć oglądać twarzy mamy. Pamiętam, jak bardzo jej nienawidziłam, i jak przez to nienawidziłam siebie. To, czego może nigdy jej nie wybaczę, to to, że tak wiele dla mnie poświęciła. A przecież jednocześnie powinnam całować ją za to po stopach, bo mało dzieciaków miało w życiu taki komfort, jak ja.

Każda nasza matka, tak jak każda ich córka, jest najgorsza i najlepsza jednocześnie. Miałam taki etap, że nie chciałam mieć dziecka, bo nie chciałam być dla niego taką matką, jaką miałam ja. Teraz nie chciałabym być matką, bo nie chcę mieć takiej córki, jaką ja jestem dla mojej matki. Totalnie bym sobie nie poradziła. I jest coś jeszcze. Przez wiele lat stawałam się osobą, którą jestem teraz. Dochodzenie do tego, że wcale się nie nienawidzę, zajęło mi naprawdę sporo czasu. Teraz całkiem się lubię, ale za kilka lat może być ze mnie naprawdę fajna babka. Nie chciałabym tego przegapić, skupiając się na dziecku.

Czy jest to z mojej strony egoizm? Nie chcę mieć dziecka, bo chcę mieć święty spokój. Na to wychodzi.

No cóż, każda z nas powinna mieć prawo do tego egoizmu. I każda powinna mieć tak samo prawo do altruizmu, jakim jest macierzyństwo. Do bezgranicznego oddania się na rzecz wychowania nowego istnienia.

max

Ale obecnie, cytując Zadie Smith, ludzie traktują rodzicielstwo jak wybór lifestyle’owy. […] Moje pokolenie wrzuciło posiadanie dzieci do tego samego koszyka co wybór koszuli czy telefonu. Zajdę sobie w ciążę, bo wszystkie moje kumpelki pozachodziły, a co. Albo nie mogę sobie znaleźć faceta, więc pójdę do klubu, dam się przeruchać w kiblu, to może potem się z tego zrobi jakaś istotka do kochania. I będę prowadzić bloga parentingowego, to dostanę może łóżko z Ikei za darmo, a najlepiej to spróbuję urodzić właśnie tam, fajnie, jakby rabaty powpadały.

(Czy muszę w tym miejscu po raz kolejny zaznaczać, że generalizowanie, hiperbola i sarkazm są bardzo lubianymi przeze mnie środkami wyrazu)?

Na powyższe jeszcze mogłabym machnąć ręką. Współczuję dzieciom rodzącym się z takich właśnie pobudek, ale na dobrą sprawę wszyscy jesteśmy owocem dążenia gatunku homo sapiens do przetrwania. Dlatego nie mnie oceniać motywacje reprodukcyjne ludzi. Jest jednak coś gorszego, co mogłoby mi się stać, gdybym stwierdziła w pewnym momencie mojej egzystencji, że chcę mieć np. synka o imieniu, powiedzmy, Gargamel. Biorąc pod uwagę moje uwielbienie do Instagramu oraz to, że w mojej rodzinie kobiety mają tendencje do poświęcania się, zmieniłabym nazwę konta z emiliateofila na mamusia_gargusia.

Nie chcę zaśmiecać social media fotografiami własnej buzi, a co dopiero mojego hipotetycznego dziecka. Nie chcę wkurwiać takim spamem koleżanek, nie chcę wysyłać takiego internetowego zaproszenia pedofilom. I nie chcę tracić siebie na rzecz przewijania pampersów, leczenia zapalenia piersi od zatkanych kanalików mlekowych czy tłumaczeniu, że złośliwymi komentarzami w szkole przejmować się nie warto, bo ja sama wciąż pamiętam, jak bardzo to boli, gdy jest się innym niż reszta uczniów. Jestem nieodpowiedzialnym młokosem, który ma problemy z łażeniem do dentysty, bo przeraża go sama myśl o krzywym spojrzeniu lekarza, gdy zobaczy dziurę w zębie. Marzycielką, nie potrafiącą wziąć odpowiedzialności za siebie i rozliczyć się z przeszłością raz a dobrze.

Zatem czy to oznacza, że jestem opóźniona w rozwoju w stosunku do moich rówieśników, którzy wzięli już ślub i mają kilkuletnie dzieciaki?

Czy chcę zasugerować, że wręcz przeciwnie, jestem od nich mądrzejsza i dojrzalsza, bo nie chcę wychodzić za mąż i reprodukować się?

Może tak naprawdę po prostu nie wiem, ile trudów może wynagrodzić uśmiech własnego dziecięcia i że więcej z tego wszystkiego radości niż smutku?

maxxie

Bo może znowu filozofuję, a wokół tyle dzieciaków, no to czy faktycznie jest aż tak ciężar na barkach, to całe wychowanie? No nie, akurat tutaj mogę sobie odpowiedzieć, że okej, łatwo się puknąć, ale z konsekwencjami poradzić sobie dużo trudniej. Niemal każdy z moich przyjaciół ma jakąś traumę wyniesioną z dzieciństwa z powodu czegoś, co zrobił albo czego nie robił ich rodzic. I to stało się tak po prostu. Trzeba myśleć przy dziecku o tylu rzeczach – żeby nakarmić, żeby zapłacić za wycieczkę, żeby nie zostawić w aucie, gdy upał, żeby kupić prezent na imieniny, no po prostu miliard spraw. Więc kiedy już się pada na twarz, nerwy czasem puszczają i ryknie się na tego wkurzającego smarkacza. Kto by podejrzewał, że wiele lat później to odbije się na jego psychice i uniemożliwi pójście dalej ze swoim życiem albo upośledzi jakąś funkcję społeczną?

Kiedyś moja mama powiedziała mi, że jej marzeniem było posiadanie dziecka. I to marzenie się spełniło. Mówiła mi o tym z miłością w oczach, a ja oczywiście musiałam wtedy stać się potworem i powiedzieć jej, że wcale nie, bo jakim prawem może mówić, że mnie posiada? Jestem niezależną istotą, która ma własny rozum i wolę. Nie jestem niczyją własnością. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę.

Dzieci potrafią być tak okrutne, że się kurwa wszystkiego może odechcieć.

Moja mama, jeśli odechciewało się już bycia matką, nigdy nie dała mi tego po sobie poznać. Aż mi łzy teraz lecą z oczu, bo sobie uświadomiłam, że kiedy ostawiałam największe numery, totalne huragany histerii, ona, zamiast się wycofać, przychodziła do mnie, do tej jaskini lwa, by powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Że nieważne, co jej powiem, ona i tak przy mnie będzie.

Musiałam skończyć dwadzieścia pięć lat, by zrozumieć, jak trudne to zadanie.

Matki potrafią być nieświadomie najsurowszymi katami i jednocześnie najpotężniejszymi agregatorami miłości. Ja chciałabym tylko, by przyszłe mamy zdawały sobie z tego sprawę. Jeśli dane będzie mi to w końcu pojąć (bo wiedza a uświadomienie to dwie zupełnie różne sprawy), to niewykluczone, że rozstanę się z różowymi pigułkami. (To będzie cios, bo od kiedy biorę antykoncepcję, nie czuję się podczas okresu jak podczas tortur zadawanych mi przez stado rozszalałych wikingów). I wtedy będę się wyżywać na władzy, że nie mogę zapisać dzieciaka do najbliższego od domu żłobka, bo nie ma miejsc, bo trzeba dużo hajsu bulić, a przecież i tak odciągają mi z wypłaty na ubezpieczenia i inne niezbędne do funkcjonowania pierdoły. Ale póki jeszcze nie rozbudził mi się mój instynkt macierzyński, za co chwała niebiosom, dalej będę przewracać oczami, kiedy jakaś moja koleżanka zmieni swój nick na Instagramie i klikać przestań obserwować u znajomych, którzy za bardzo epatują buziami swojego dzieciaka na Facebooku.

Tyle o macierzyństwie z mojej strony, mamy rok 2017, ciekawe, kiedy mi się odmieni, odpukać.

Tradycyjnie zapraszam Was do polubienia Fabryki dygresji na Facebooku. Każda łapka w górę przybliża nas do 1000 lajków, a wtedy będę kompromitować się dla Was na YouTube. 

Chciałabym wiedzieć, co Wy sądzicie na temat macierzyństwa. Jak relacje z Waszymi mamami? Czy bycie mamą Was przeraża? Czy oczekuje się z Waszej strony reprodukcji i z tego powodu czujecie ciśnienie? Koniecznie dajcie znać.

xoxo

Wasza

Emilia