annie-spratt-32010

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

W zeszłym tygodniu Wysokie Obcasy uświadomiły mi, że najwyższy czas napisać o tym, dlaczego mając dwadzieścia pięć lat, nie chcę być matką. Choć bywam roztargniona tak mocno, jakbym chorowała co najmniej na zaawansowaną sklerozę i wyjście z domu bez portfela jest na porządku dziennym, to nigdy, przenigdy nie zapomniałam o mojej drogiej przyjaciółce – różowej pigułce. Boję się, że kiedy jej nie wezmę, zrobię w swojej macicy miejsce dla gościa, który sprawi, że zapomnę o samej sobie.

Jestem jedynaczką i moja relacja z matką przypomina istny roller coaster. Byłam dzieckiem trzymanym pod kloszem, wychuchanym od stóp do głów. Matka urodziła mnie po wcześniejszej ciąży pozamacicznej, w wieku trzydziestu pięciu lat, w czasach, kiedy wielu mówiło jej, żeby pożegnała się z marzeniem o dziecku. Kiedy przyszłam na świat, poświęciła mi się bez reszty, co przez wiele lat uważałam za ogromny ciężar psychiczny. Matka nie chciała być tylko moją opiekunką, ale i przyjaciółką. Wydawało mi się to strasznie głupie i naiwne z jej strony. Co nas łączyło prócz tej samej grupy krwi?

Pragnęłam uciec od niej jak najdalej. Po maturze zerwałam się ze smyczy i narobiłam głupot na studiach, za co pokutuję do teraz. Pozwoliło mi to jednak załapać trochę dystansu. I tak naprawdę dopiero, kiedy po kilku latach wróciłam do domu rodzinnego i zaczęłam dostrzegać w mamie prawdziwą kobietę, bo jej cała uwaga przestała się skupiać na mnie, stwierdziłam, że ją lubię. Moje emocje już nie są skupione wokół bezgranicznie kocham czy nienawidzę ze wszystkich sił. Wiem, że są pewne rzeczy, które nigdy do niej nie dotrą, ale tak samo ja nie pojmuję w ogóle świata, w jakim przyszło jej się wychowywać. Jest to przyczyną nieustannego, niepotrzebnego sprawiania sobie wzajemnie bólu. Ale i chwil dumy, euforii, wielkiego szczęścia, kiedy wreszcie, po kilkuletnich próbach, coś tam uda się którejś z nas zrozumieć.

Tylko że bywało tak źle, że uciekałam z domu do koleżanek w trakcie dnia, a w nocy planowałam wielkie wyprawy, by już nigdy nie musieć oglądać twarzy mamy. Pamiętam, jak bardzo jej nienawidziłam, i jak przez to nienawidziłam siebie. To, czego może nigdy jej nie wybaczę, to to, że tak wiele dla mnie poświęciła. A przecież jednocześnie powinnam całować ją za to po stopach, bo mało dzieciaków miało w życiu taki komfort, jak ja.

Każda nasza matka, tak jak każda ich córka, jest najgorsza i najlepsza jednocześnie. Miałam taki etap, że nie chciałam mieć dziecka, bo nie chciałam być dla niego taką matką, jaką miałam ja. Teraz nie chciałabym być matką, bo nie chcę mieć takiej córki, jaką ja jestem dla mojej matki. Totalnie bym sobie nie poradziła. I jest coś jeszcze. Przez wiele lat stawałam się osobą, którą jestem teraz. Dochodzenie do tego, że wcale się nie nienawidzę, zajęło mi naprawdę sporo czasu. Teraz całkiem się lubię, ale za kilka lat może być ze mnie naprawdę fajna babka. Nie chciałabym tego przegapić, skupiając się na dziecku.

Czy jest to z mojej strony egoizm? Nie chcę mieć dziecka, bo chcę mieć święty spokój. Na to wychodzi.

No cóż, każda z nas powinna mieć prawo do tego egoizmu. I każda powinna mieć tak samo prawo do altruizmu, jakim jest macierzyństwo. Do bezgranicznego oddania się na rzecz wychowania nowego istnienia.

max

Ale obecnie, cytując Zadie Smith, ludzie traktują rodzicielstwo jak wybór lifestyle’owy. […] Moje pokolenie wrzuciło posiadanie dzieci do tego samego koszyka co wybór koszuli czy telefonu. Zajdę sobie w ciążę, bo wszystkie moje kumpelki pozachodziły, a co. Albo nie mogę sobie znaleźć faceta, więc pójdę do klubu, dam się przeruchać w kiblu, to może potem się z tego zrobi jakaś istotka do kochania. I będę prowadzić bloga parentingowego, to dostanę może łóżko z Ikei za darmo, a najlepiej to spróbuję urodzić właśnie tam, fajnie, jakby rabaty powpadały.

(Czy muszę w tym miejscu po raz kolejny zaznaczać, że generalizowanie, hiperbola i sarkazm są bardzo lubianymi przeze mnie środkami wyrazu)?

Na powyższe jeszcze mogłabym machnąć ręką. Współczuję dzieciom rodzącym się z takich właśnie pobudek, ale na dobrą sprawę wszyscy jesteśmy owocem dążenia gatunku homo sapiens do przetrwania. Dlatego nie mnie oceniać motywacje reprodukcyjne ludzi. Jest jednak coś gorszego, co mogłoby mi się stać, gdybym stwierdziła w pewnym momencie mojej egzystencji, że chcę mieć np. synka o imieniu, powiedzmy, Gargamel. Biorąc pod uwagę moje uwielbienie do Instagramu oraz to, że w mojej rodzinie kobiety mają tendencje do poświęcania się, zmieniłabym nazwę konta z emiliateofila na mamusia_gargusia.

Nie chcę zaśmiecać social media fotografiami własnej buzi, a co dopiero mojego hipotetycznego dziecka. Nie chcę wkurwiać takim spamem koleżanek, nie chcę wysyłać takiego internetowego zaproszenia pedofilom. I nie chcę tracić siebie na rzecz przewijania pampersów, leczenia zapalenia piersi od zatkanych kanalików mlekowych czy tłumaczeniu, że złośliwymi komentarzami w szkole przejmować się nie warto, bo ja sama wciąż pamiętam, jak bardzo to boli, gdy jest się innym niż reszta uczniów. Jestem nieodpowiedzialnym młokosem, który ma problemy z łażeniem do dentysty, bo przeraża go sama myśl o krzywym spojrzeniu lekarza, gdy zobaczy dziurę w zębie. Marzycielką, nie potrafiącą wziąć odpowiedzialności za siebie i rozliczyć się z przeszłością raz a dobrze.

Zatem czy to oznacza, że jestem opóźniona w rozwoju w stosunku do moich rówieśników, którzy wzięli już ślub i mają kilkuletnie dzieciaki?

Czy chcę zasugerować, że wręcz przeciwnie, jestem od nich mądrzejsza i dojrzalsza, bo nie chcę wychodzić za mąż i reprodukować się?

Może tak naprawdę po prostu nie wiem, ile trudów może wynagrodzić uśmiech własnego dziecięcia i że więcej z tego wszystkiego radości niż smutku?

maxxie

Bo może znowu filozofuję, a wokół tyle dzieciaków, no to czy faktycznie jest aż tak ciężar na barkach, to całe wychowanie? No nie, akurat tutaj mogę sobie odpowiedzieć, że okej, łatwo się puknąć, ale z konsekwencjami poradzić sobie dużo trudniej. Niemal każdy z moich przyjaciół ma jakąś traumę wyniesioną z dzieciństwa z powodu czegoś, co zrobił albo czego nie robił ich rodzic. I to stało się tak po prostu. Trzeba myśleć przy dziecku o tylu rzeczach – żeby nakarmić, żeby zapłacić za wycieczkę, żeby nie zostawić w aucie, gdy upał, żeby kupić prezent na imieniny, no po prostu miliard spraw. Więc kiedy już się pada na twarz, nerwy czasem puszczają i ryknie się na tego wkurzającego smarkacza. Kto by podejrzewał, że wiele lat później to odbije się na jego psychice i uniemożliwi pójście dalej ze swoim życiem albo upośledzi jakąś funkcję społeczną?

Kiedyś moja mama powiedziała mi, że jej marzeniem było posiadanie dziecka. I to marzenie się spełniło. Mówiła mi o tym z miłością w oczach, a ja oczywiście musiałam wtedy stać się potworem i powiedzieć jej, że wcale nie, bo jakim prawem może mówić, że mnie posiada? Jestem niezależną istotą, która ma własny rozum i wolę. Nie jestem niczyją własnością. Nigdy nie byłam i nigdy nie będę.

Dzieci potrafią być tak okrutne, że się kurwa wszystkiego może odechcieć.

Moja mama, jeśli odechciewało się już bycia matką, nigdy nie dała mi tego po sobie poznać. Aż mi łzy teraz lecą z oczu, bo sobie uświadomiłam, że kiedy ostawiałam największe numery, totalne huragany histerii, ona, zamiast się wycofać, przychodziła do mnie, do tej jaskini lwa, by powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Że nieważne, co jej powiem, ona i tak przy mnie będzie.

Musiałam skończyć dwadzieścia pięć lat, by zrozumieć, jak trudne to zadanie.

Matki potrafią być nieświadomie najsurowszymi katami i jednocześnie najpotężniejszymi agregatorami miłości. Ja chciałabym tylko, by przyszłe mamy zdawały sobie z tego sprawę. Jeśli dane będzie mi to w końcu pojąć (bo wiedza a uświadomienie to dwie zupełnie różne sprawy), to niewykluczone, że rozstanę się z różowymi pigułkami. (To będzie cios, bo od kiedy biorę antykoncepcję, nie czuję się podczas okresu jak podczas tortur zadawanych mi przez stado rozszalałych wikingów). I wtedy będę się wyżywać na władzy, że nie mogę zapisać dzieciaka do najbliższego od domu żłobka, bo nie ma miejsc, bo trzeba dużo hajsu bulić, a przecież i tak odciągają mi z wypłaty na ubezpieczenia i inne niezbędne do funkcjonowania pierdoły. Ale póki jeszcze nie rozbudził mi się mój instynkt macierzyński, za co chwała niebiosom, dalej będę przewracać oczami, kiedy jakaś moja koleżanka zmieni swój nick na Instagramie i klikać przestań obserwować u znajomych, którzy za bardzo epatują buziami swojego dzieciaka na Facebooku.

Tyle o macierzyństwie z mojej strony, mamy rok 2017, ciekawe, kiedy mi się odmieni, odpukać.

Tradycyjnie zapraszam Was do polubienia Fabryki dygresji na Facebooku. Każda łapka w górę przybliża nas do 1000 lajków, a wtedy będę kompromitować się dla Was na YouTube. 

Chciałabym wiedzieć, co Wy sądzicie na temat macierzyństwa. Jak relacje z Waszymi mamami? Czy bycie mamą Was przeraża? Czy oczekuje się z Waszej strony reprodukcji i z tego powodu czujecie ciśnienie? Koniecznie dajcie znać.

xoxo

Wasza

Emilia

14 myśli na temat “Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

  1. Każdy ma swój czas na „posiadanie” dzieci, niektórzy nie mają go w ogóle. Trudno to oceniać, choć zdecydowana większość jednak te dzieci ma, tak nas w końcu urządziła natura, żebyśmy nie wyginęli. Jestem w Twoim wieku i też póki co nie wyobrażam sobie ciąży i wychowywania dziecka. Raczej w ciągu kilku najbliższych lat się to nie zmieni. Z drugiej strony mam poczucie, że jeśli nie będę miała dzieci, to ominie mnie w życiu coś ważnego, więc pewnie kiedyś się zdecyduję. Ale jeszcze bardziej niż dzieci nie chcę antykoncepcji hormonalnej. Niby jest wygodna i bardzo skuteczna, ale pomimo temu, co się mówi w popularnych mediach, pigułki są bardzo niezdrowe, gorsze niż hamburgery i słodycze, serio 😛 Grzebanie w hormonach jest sprzeczne z naturą i kiedyś, za ileś lat, wywoła negatywne skutki. Natura jednak chce, żebyśmy się rozmnażali i niestety nie można jej bezkarnie oszukiwać. Tyle moich smutnych refleksji (bo też bym chciała, żeby to tylko pomagało, a nie szkodziło)…

    1. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że hormony są jak niszczący żywioł, np. woda. U niektórych są wytwarzane w sposób unormowany, płyną sobie swobodnie po organizmie i dzięki temu funkcjonujemy dobrze. Ale czasami wytwarza się ich za dużo albo za mało, bo np. nasza przysadka mózgowa jest nieodpowiednio wykształcona. I w takim przypadku albo usychamy, albo mamy do czynienia ze szkodliwą powodzią. Więc czy jeśli piwnice są zalewane lodowatą wodą, która podmywa fundamenty, nie mamy prawa ratować naszego domu? Oczywiście, że tak. Dlatego powinniśmy iść się przebadać i brać odpowiednio dobrane leki.

      1. No tak, tabletki anty bywają przepisywane jako leki, ale jest to dość kontrowersyjny sposób. Jeśli podstawowe funkcje organizmu nie działają tak, jak powinny, to należy znaleźć przyczynę. A podawanie hormonów jest leczeniem objawowym, które ma sens tylko o tyle, że człowiek lepiej się czuje. Ale tak naprawdę wciąż jest chory. Być może jest to pójście na łatwiznę – ze strony lekarza, bo nie chce mu się zgłębiać problemu, albo też ze strony pacjenta, który nie chce podjąć leczenie mogącego nieść za sobą wiele wyrzeczeń i zmianę stylu życia. Wiadomo, że są różne sytuacje i różni ludzie, ale niestety jesteśmy tak wychowani i nakierowani, żeby sobie szkodzić (jedzeniem, używkami, stylem życia itp), że niełatwo jest to później zmienić, stąd zdecydowana większość dolegliwości i chorób.

  2. Po pierwsze – brawo za odwagę i za szczerość.
    Jako matka nie ze wszystkimi Twoimi argumentami się zgodzę, ale muszę przyznać, że w tym, co napisałaś jest wiele racji.
    Nie będę się tu wdawać w szczegóły, bo za długo by pisać, ale chciałabym odnieść się do pewnego punktu. Napisałaś, że w pewnym momencie zdalas sobie sprawę, że nie chciałabyś być taką matką jaką była Twoja.
    Nie pamiętam jak to było kiedy byłam całkiem mała, ale od pewnego momentu między mną, a moją mamą był pewien… dystans. Niby byłyśmy ciągle razem, ale nie było tej bliskości, może nawet czułości. Mama pracowała na noce, przez co w dzień była zmęczona, a przy mnie i trójce moich braci była masa roboty. Nie zawsze więc był czas na wspólną zabawę itd. W związku z czym obiecałam sobie jedno – nigdy nie doprowadze do takiej sytuacji, kiedy będę miała dziecko. Zawsze będę go przytulać, całować itp.
    Niestety dziecko też można… zagłaskać. I to wcale nie jest dobre.

    I już na koniec przyznaję bez bicia – nie spodziewałam się, że rodzicielstwo jest tak (przepraszam za wyrażenie) cholernie trudne.

    1. Bardzo dziękuję Ci za wpis. Cieszę się, że głos w dyskusji zabiera matka!
      Cieszę się, że nie ze wszystkim się zgadzasz, ja sama jeszcze nie mam do końca wyrobionego zdania na temat macierzyństwa, może nawet po urodzeniu dziecka nie będę mieć, kto wie.
      Jak ze wszystkim, trzeba znaleźć złoty środek. To super, że pamiętasz, że miałaś za mało czułości i teraz starasz się postępować lepiej ze swoją latoroślą, bo niektórzy totalnie nie analizują swojego dzieciństwa pod tym kątem i wychowanie dziecka traktują tak… bezmyślnie, niestety.
      W najważniejszym się zgadzamy. Potwierdziłaś, że rodzicielstwo jest na maksa trudne. Ale na koniec życzę Ci mnóstwo siły, rozwagi i mnóstwa chwil radości. Z tego co napisałaś, wnioskuję, że super z Ciebie mamuśka. Trzymaj się! 🙂
      Dzięki za wypowiedź i serdeczne pozdrowienia!

  3. Jestem mamą od prawie 4 lat. Aktualnie chcę być przyjaciółką mojego syna, chcę by mógł zawsze na mnie liczyć, by mógł mi powiedzieć o wszystkim co mu doskwiera, by nie bał się przyjść kiedy coś przeksrobie. Ale… Wiem, że za kilkanaście lat oboje złapiemy dystans, gdyż nie wyobrażam sobie żeby opowiadał mi w szczegółach o tym co robi chociażby ze swoją dziewczyną!;) Myślę, że wszystko jest kwestią zdrowego rozsądku, ale oczywiście należy wystrzegać się nadmiernej zaborczości.

  4. Bardzo fajny tekst! Mam podobne odczucia co do posiadania dzieci, choć moja sytuacja z mamą była zupełnie inna. Myślę, że każdy powinien mieć dzieci czy męża wtedy, kiedy będzie na to gotowy, a nie wtedy, kiedy otoczenie będzie tego oczekiwać!

  5. Jestem pod wrażeniem dojrzałości płynącej z tekstu! Niebywałe. Moje koleżanki (mam 27 lat), również bardzo młodo powychodziły za mąż, urodziły dzieci, lecz ja nadal jestem inna i nie zamierzam mieć dzieci w ciągu najbliższych 5 lat. Nie wynika to z samej niechęci do posiadania dzieci, jednak z priorytetów wyznaczonych w życiu. Póki co nie zamierzam się z nikim dzielić swoją wolnością, spokojem i czasem. Brzmi egoistycznie, lecz kiedy patrzę na dzieciate koleżanki, nie wiem czemu ale czuję się jakoś lżej, że nie jestem obciążona odpowiedzialnością za cudze życie, jedynie za swoje własne i mogę skupić się na swoich potrzebach, a nie poświęcać się dla dziecka.
    Również przestałam obserwować znajomych , którzy zawalają mi walla na fejsie zaślinionymi buziami swoich pociech. Uważam, że to żenujące wstawiać zdjęcie półnagiego dziecka w pieluszce. Takie intymne obrazki powinny być zarezerwowane wyłącznie dla najbliższych, a nie dla połowy kuli ziemskiej. Dzieciak dorośnie, znajdzie swoje zdjęcie w internecie i co będzie czuł? Zażenowanie to mało powiedziane…
    Popieram w 101% Twój pogląd!
    Pozdrawiam!

  6. Ja tez miałam różne problemy z mamą, a najgorsze jest to, że teraz łapie się czasem na tym, że w stosunku do dzieci powielam jej zachowania, te które najbardziej mnie wkurzały. trzeba dużo pracy i samozaparcia, żeby wydostać się z tych zachowań, w których dorastaliśmy. Jednak mam 3 dzieci i coś w tym jest, że ta miłość do dziecka jest taka inna, taka co wybacza wszystko.

  7. W różnym stopniu odczuwamy potrzebę macierzyństwa, w różnych okresach czujemy wzmożone sygnały wewnętrzne, a czasem nawet wcale nie pojawiają się, to bardzo indywidualne doznania. Najważniejsze to być w zgodzie z sobą, wsłuchiwać się we własne potrzeby, ambicje i zamierzenia, ale też i dopuszczać do głosu głos rozsądku. Dałam sobie wolność, nieograniczoną, wyczekują na odpowiedni moment, a kiedy się on pojawił potrafiłam wszystko mu podporządkować. 🙂

  8. Przecież decyzja o posiadaniu dzieci to egoizm w najczystszej postaci! Skazywać kogoś na wszystkie cierpienia, jakie niesie ze sobą życie + finał w postaci śmierci… Bo komuś się zamarzyło, by mieć dzieciątko… Piesek i kotek nie wystarczyły. Dla mnie jest to nie do pojęcia.

    „Jedyne co – jak sobie pochlebiam – zrozumiałem bardzo wcześnie, jeszcze przed dwudziestym rokiem życia, to to, że nie powinno się płodzić. Mój wstręt do małżeństwa, rodziny i wszelkich konwencji społecznych stąd właśnie wynika. Zbrodnią jest przekazywać własne ułomności potomstwu i zmuszać je w ten sposób do przechodzenia tych samych co my prób, drogi krzyżowej może gorszej niż nasza. Dawać życie komuś, kto będzie dziedziczył moje nieszczęścia i dolegliwości – nie, na to nigdy nie mogłem przystać. Wszyscy rodzice to ludzie nieodpowiedzialni bądź mordercy. Płodzeniem powinny zajmować się tylko prymitywy. Litość przeszkadza być „rodzicielem”. Najokrutniejsze słowo jakie znam” – Emil Cioran

  9. Na szczęście mam o pięć lat mniej i w moim towarzystwie dzieci pojawiają się tylko jako hipotezy, ale bądź co bądź się pojawiają. Mi się dzieci i w ogóle stabilizacja po prostu źle kojarzą. Cały świat uparł się, by uświadamiać mi, że jak dzieci to też mąż (na pewno pijak siedzący cały dzień przed telewizorem), to koniecznie własne mieszkanie w bloku, kredyt na 30 lat, koniec z pracą zawodową, koniec z nauką, w ogóle ogłupieję, bo po ciąży się głupieję, i mogę zapomnieć o karierze naukowej, to brak miejsca w żłobku, to bycie grubą, smutną i zabieganą, to brak własnego życia i siedzenie w domu z bachorami. Czasami taki luksus jak wakacje nad morzem, wśród stada innych wrzeszczących i rzygających bachorów. Nie mam żadnej traumy z domu, moi rodzice są okey, ale to smutne, gdy tata po 25 latach małżeństwa mówi mi: „Też myślałem, że moi przyjaciele są tacy fajni i na zawsze, ale jak przyszły dzieci i małżeństwa to już nic poza nimi się nie liczyło”. Tata nadal ma swoją pasję – bunkry – tylko że chodzi po nich ze swoją córką. Nie tymi znajomymi, którzy stwierdzili że praca i dom to ich ukochana złota klatka. I ja chyba tego wszystkiego właśnie nie chcę w swoim życiu. Zamknięcia w złotej klatce, toposu Matki Polki, która ma absolutnie wszystko poświęcić rodzinie, okropnej stabilizacji, przez którą szaleństwem wydaje się obiad w restauracji. Na szczęście mam jeszcze sporo lat, zanim rodzina zacznie na mnie naciskać, i może przez ten czas wymyślę sobie model życia tak, jak ja lubię, ale z dzieckiem. Bo z drugiej strony to musi być zabawne – wpajać światopogląd jakiejś małej istocie, uczyć ją życia – chciałabym spróbować, to stanowczo większe i bardziej interesujące wyzwanie niż praca roczna z romantyzmu.
    Na razie mówię staruszkom, że dzieci to po doktoracie, jako że obydwa te wydarzenia są w moim życiu bardzo hipotetyczne.

Dodaj komentarz