Na arcydzieło, jakim jest według mnie Grand Budapest Hotel w reżyserii Wesa Andersona, trafiłam całkiem przypadkiem. Nie pamiętam jak. Grunt, że dałam się kompletnie oczarować bajkowej scenerii, niesamowitej historii, czarnemu humorowi oraz fikuśnym losom przerysowanych bohaterów. Jeśli obejrzycie, nie pożałujecie, a może nawet będziecie tak zachwyceni, jak ja, choć zaznaczam: nie jest to kino dla każdego. Tu nie poleje się krew i nie będzie ostrego seksu. To zupełnie inna bajka.
Pierwszy raz stykam się z Wesem Andersonem. Tak, jestem najwyraźniej zacofana, bo przecież słyszałam o podobno cudownych Kochankach z Księżyca, ale miałam ich głęboko gdzieś. Pewnie dlatego, że Edward Norton biega po planie przebrany za harcerza. Czy gdyby YouTube podpowiedział Wam coś tak cudownego, potrafilibyście odmówić takiej propozycji?

To, co widzicie, to tylko kilka wycinków z tego majstersztyku, przybliżenie fabuły. Jest sobie hotel, a w nim goście, którymi zajmuje się konsjerż (zawsze jest miło poznawać nowe słowa) wspierany przez boya hotelowego. Konsjerż nazywa się Pan Gustave, a jego zdecydowanie tyleż samo wspaniałą co przebarwioną postać, gra Ralph Fiennes. Pomaga mu zaś cichy, skromny, lecz niebywale pracowity Zero Moustafa, w którego rolę wcielił się niejaki Tony Revolori. W filmie pojawia się ogrom gwiazd, które bardzo cenię, między innymi F. Murray Abraham, uwielbiany przeze mnie od czasów Amadeusza, fenomenalny Adrien Brody, napawający mnie często lękiem i wstrętem, ale świetny Willem Dafoe, słodki Jude Law, również lekko mnie przerażająca Tilda Swinton, a także, co typowe dla produkcji Wesa Andersona, Bill Murray, Edward Norton (ach, och!) i przyjaciel reżysera, Owen Wilson. Ponadto, jak wyczytałam na Filmwebie, to właśnie Wilson zaraził Andersona miłością do filmu. Ciekawe, prawda? A najciekawsze jest to, że to dzieło, które obroniłoby się nawet, gdyby w obsadzie nie znalazło się ani jedno z wyżej wymienionych nazwisk. Co więcej, śmiem twierdzić, że nie potrzebowałoby żadnego wybitnego aktora, by dalej być tak zabawnym i pięknym, jednak kunszt artystów, którzy wzięli udział w produkcji, jest wisienką na torcie. Innymi słowy: role nie są skomplikowane do zagrania i każdy mógłby się wcielić w takiego Pana Gustave. Moim zdaniem, im postać bardziej przerysowana, tym łatwiejsza do zagrania (wyjąwszy Jacka Sparrowa). Tyle że fenomenalna praca aktorów zatrudnionych w tym dziele jest akurat wisienką na torcie wielowarstwowym, monstrualnym, nabitym kremem i przyozdobionym mnóstwem marcepanowych ozdób. Oraz oblanym lukrem i czekoladą. A może nawet tęczową polewą. Jeżeli nie lubicie słodkości, nie przejmujcie się. Tort nie jest przesłodzony. Jest po prostu bardzo sycący. I zamiast rozwlekłych, kiepskich momentów romantycznych uniesień, mamy mnóstwo czarnego humoru oraz pokręconych sytuacji.
Pan Gustave ma nietypowe gusta. Kręcą go kobiety bogate, a przy okazji dobijające dziewięćdziesiątki. Wszystkie one są jego przyjaciółkami, z którymi utrzymuje kontakty seksualne. Ponieważ pasjonują go kosmetyki, włącznie z lakierami do paznokci, pada podejrzenie, jasno wypowiedziane w filmie, że najsłynniejszy konsjerż w tej części Europy jest biseksualny. A przy okazji niezastąpiony. Załatwi wszystko, zawsze, z każdym. A pod swoje skrzydła bierze Zero, młodego uchodźca. I lada chwila zaczyna się wielka przygoda, bo jedna z przyjaciółek Pana Gustave nagle umiera i zapisuje mu bezcenne dzieło sztuki. Rodzina zmarłej oskarża konsjerża o zamordowanie kobiety. Co robi Pan Gustave? Wykrada to, co mu się należy zgodnie z ostatnią wolą kobiety, a później dalej jest cudownie bezczelny i nieobliczalny, mimo że po drodze ląduje w więzieniu.
Dlaczego ten film jest majstersztykiem, mimo że fabuła nie jest jakaś odkrywcza?
Bo wszystkie sztampowe motywy zostały wykorzystane w filmie właśnie na sposób sztampowy. Anderson nie silił się na kombinatorstwo. Okazuje się, że to, co spodobało się dziewięćdziesiąt dziewięć razy, podoba też się po raz setny.
Ponadto film ogląda się tak, jakby nie oglądało się filmu, tylko czytało książkę. Mamy wyjątkowego narratora historii. Widz poznaje zakończenie historii na wstępie, a później cofa się razem z opowieścią i otrzymuje pełny obraz sytuacji oraz stopniowo rozwiązanie każdej zagadki.

Poza tym mocną stroną Grand Budapest Hotel jest też jego realizacja. Co łączy wszystkie te kadry, hm?
Bingo. Chodzi o symetrię. Oczywiście sama na to nie wpadłam, po prostu kadry wydały mi się bardzo ładne, a dopiero później, gdy poczytałam trochę o kinie Wesa Andersona, zostałam uświadomiona o dbałości reżysera.

A język? Och, język! Wypowiedzi bohaterów są tak kwieciste, że zawstydzą niejednego współczesnego erudytę. Ubolewam, że w naszych czasach szacunek do mowy został zepchnięty na daleki margines.
Dobrze. Wisienką na torcie była gra aktorska. W takim razie płonącą flarą pośrodku ciasta niech stanie się kompozycja szkatułkowa. Nie pamiętam, bym w najbliższej przeszłości miała do czynienia z filmem tak pięknie spiętym przez klamry kompozycyjne.

I mogłabym jeszcze dłużej zachwycać się tym arcydziełem, gdyby nie to, że chcę zostawić kilka kąsków dla Was. Odkryjcie Grand Budapest Hotel po swojemu. Bez przewodnika. I napiszcie, co myślicie na jego temat.
9/10