Boję się życia. Tak pisze Krzysztof Varga w Nagrobku z lastryko i tak sobie myślę od czasu do czasu, patrząc na przejeżdżające tramwaje. Tak twierdzą bohaterowie Piromanów i tak czują setki z nas. Dlaczego obecnie bardziej boimy się życia niż śmierci? Co jest nie tak z naszą generacją?
Nie wiem, czy oglądałam dużo telewizji, ani czy moi rodzice się kłócili. Może była to wina wściekle czerwonego dywanu w pokoju, w jakim spaliśmy przed przeprowadzką do domu na peryferiach miasta, a może  moja nieokiełznana wyobraźnia od samego początku po prostu pochodziła z rodzaju tych mrocznych. Trudno stwierdzić, miałam wówczas przecież mniej niż trzy lata. Tak, akurat to pamiętam. To i budzenie się w nocy.

Mieszkaliśmy przy samej ulicy. Kiedy tylko zapadał zmrok, po chodniku przed oknami naszego mieszkania na parterze przechadzali się pijacy. Krzyczeli, śmiali się, zataczali i przewracali. Opatulona ciepłą kołdrą, daleko od parapetu, widziałam złote paski światła, które przenikały przez żaluzję i tworzyły na ścianie nieskomplikowany wzór. Zasypiałam. A potem budziłam z krzykiem, bo śniło mi się, że przechadzający się po ulicy mężczyźni to zło w czystej postaci. Że ich brudne, śmierdzące, wielkie łapy przenikają przez szybę, łapią mnie za loki i wyciągają z łóżka. Czułam ból i tęsknotę za objęciami mamy oraz ramionami ojca, na których uwielbiałam siedzieć. Byłam przekonana, że za moment z nimi już mnie nie będzie, ale teraz mogę podjąć ostateczną walkę o to, by nie dopuścić do wiecznej rozłąki. Więc budziłam się z krzykiem.
Teraz mam dwadzieścia trzy lata i chciałabym powiedzieć, że nie krzyczę, ale to nie byłaby prawda.
To, co zmieniło się na przestrzeni lat, to to, że nauczyłam się oddychać. Na razie jeszcze nie mogłabym startować w olimpiadzie, gdyby była to jedna z dyscyplin. Raczkuję w moim oddychaniu. Pomiędzy jednym krzykiem a drugim, staram przytulić się do ściany i z nią stopić, by przypomnieć sobie, że nie muszę krzyczeć, że wystarczy, bym brała powietrze do ust, przepuszczała przez organizm i wypuszczała. Że choć bliscy tak wiele ode mnie oczekują, w istocie wymagają tylko tego, bym była.
„Gdzie mógłbym kupić tabletki na strach?” – pyta konspiracyjnie klient, „A czy boi się pan śmierci?” – pada zwrotne pytanie. „Nie, ja boję się życia” – odpowiadam i wpuszczają mnie dalej, tam gdzie w ciemnościach rozświetlonych czarnymi żarówkami siedzą ludzie, przyciągnięci tu przez strach za włosy, za nogi, za serce; palą papierosy, zapijając bimbrem, a potem piją bimber, zagryzając tytoniowym dymem.
~Krzysztof Varga

Nasz lęk bierze się z pierwotnego dążenia do przetrwania. Gdyby nie strach, homo erectus nie ewoluowaliby w homo sapiens, bo zamiast uciekać przed nosorożcami włochatymi, wpatrywaliby się w nie ze śliną cieknącą po mordzie i dawaliby się im nabić na rogi. Dobrze jest się bać. Sęk w tym, by nie bać się przez cały czas. W dodatku jakichś pierdół. 
Co innego strach przed niedźwiedziem jaskiniowym, przed nadchodzącą lawiną czy utratą dziecka, a co innego lęk przed dorosłością. Kiedyś dusiła mnie perspektywa pójścia do pracy, funkcjonowania po osiem godzin w jednym pomieszczeniu, jakby miała to być klatka z samozaciskającymi się prętami. Nie tak dawno temu bałam się nawet zacząć fitness, bo uważałam, że i tak się nie uda, więc po co mi to? Żebym znowu wpatrywała się w lustro i wyrzucała sobie, iż po raz kolejny dałam za wygraną? 
Po co mam studiować, skoro i tak nie znajdę pracy w zawodzie? Po co mam zachowywać seksualną wstrzemięźliwość, skoro prędzej czy później i tak ktoś może pomyśleć o mnie dziwka? Po co mam urządzać mieszkanie, skoro w przyszłym roku i tak będę musiała się z niego wyprowadzić? 
Można tak myśleć. I można się bać. Tym bardziej, że teraźniejszość młodych ludzi w naszym państwie raczej nie rysuje się w superlatywach ([…] w kraju, w którym wszystko jest jak przyszyta metka, w którym każdy wygląda, jakby pięć minut temu dowiedział się o raku płuc Jakub Żulczyk, Radio Armageddon). Nie mam zagwarantowanego dachu nad głową, jeśli moi rodzice nie mieszkają w mieście, gdzie uczę się lub pracuję. Szukanie pracy może zająć wiele miesięcy. W tym czasie mogę nie mieć ubezpieczenia zdrowotnego. A jeśli wpadnę w międzyczasie pod samochód i stracę nogi? A jeśli się okaże, że źle wypełniłam PIT? 
A co, jeśli mój chłopak mi powie, że mnie kocha, pójdziemy razem do łóżka, stracę dziewictwo, a później się okaże, że kłamał i mnie zostawi, bo chciał po prostu zaliczyć kolejną dziewczynę? Albo, co gorsza, jeśli on naprawdę będzie mnie kochał, jeśli będzie chciał wziąć ślub i mieć dzieci, i doczekać ze mną późnej starości, a ja uświadomię sobie, że kocham kogoś innego, z kim nigdy nie będę w stanie być, bo miłość to po prostu za mało? A co, jeśli Boga nie ma, a jedynym sensem naszego życia to wybór pomiędzy markami ketchupu? Kotlin czy Włocławek? Przecież ja nawet nie lubię ketchupu.
Ludzie i okoliczności wciąż każą mi wybierać. Nawet, jeśli podejmę dobrą decyzję, skąd mam wiedzieć, że to w ogóle ma jakieś znaczenie? A jeśli ma, to jakie? Co znaczy to gówno, w które weszłam, ślady na niebie po odrzutowcach oraz jego spojrzenie? Czy to, że wciąż rozumiemy się bez słów, czy to, że właśnie przestaliśmy?

Myślę, że lęk to taki atrybut młodości. Z jednej strony widmo dorosłości, konieczność działania, z drugiej pustka, niepewność. W naszym świecie ten kontrast rzuca się w oczy jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Bardzo szara rzeczywistość nieustannie zderza się z radosną i ekstatyczną wizją życia, którą karmią nas media. Wszyscy boimy się, że nie sprostamy wymaganiom.

Kiedy trafiłam na facebookowy profil Lęki pierwotne, pomyślałam, że może to jest właśnie to, co czuję. Potem, że nie, że to jest właśnie to, co czułam kiedyś, że na szczęście mam to za sobą. A kilka dni później znowu utożsamiłam się z tekstami dwóch zaprzyjaźnionych z sobą studentek. Powyższa wypowiedź to jedna z odpowiedzi na pytania, które skierowałam pod adresem artystek z fan page’a, którego wszystkim Wam polecam.
Z jednej strony uwielbiamy horrory, powieści grozy, opowieści o duchach. Lubimy się bać i strach teraz traktujemy jako rozrywkę, akuratną do pudła z prażoną kukurydzą i wygodnego dresu. Lubimy się bać, bo nasz świat składa się najczęściej z poukładanych blisko siebie cegiełek, które stanowią mur, odgradzający nas od surowej życiowej prawdy. Marzymy o tym, aby stało się coś, co je zburzy, żeby coś wreszcie się zmieniło. Ale co my wtedy zrobimy? Kim wówczas będziemy?

Ludzie zaczynają mówić o tym, że boją się zrobić sobie testy na obecność chorób wenerycznych, że nie mogą odmówić, gdy ktoś prosi ich o pożyczenie kasy, zaczynają mówić, że są niezadowoleni ze swoich bioder, tyłków, braku zarostu, tapicerki, chłopaka lub dziewczyny, psa lub kota, ojca lub matki lub wujka; mówią o próbach samobójczych swoich koleżanek, o tym, że ludzie nie lubią ich za to, za co powinni być lubiani, że wokół otacza ich kłamstwo i obłuda i że nikt nie umie mówić ci pewnych rzeczy prosto w oczy, i że politycy powinni coś z tym zrobić. 

~ Jakub Żulczyk, Radio Armageddon

Zawsze, kiedy ubieram buty na obcasie i po pewnym czasie zaczynają mnie uwierać, myślę sobie o Chinkach, które w ubiegłym wieku musiały żyć ze skrępowanymi stopami. Z gnijącą skórą i pękającymi kośćmi. Z nieustannym bólem. I jest mi lżej.
Teraz, kiedy się boję, zamykam oczy. 
Myślę o kobiecie, która ostatkiem sił, w ułamku sekundy, uratowała swoje dziecko w centrum handlowym, gdy popsuły się schody ruchome. Dała radę ocalić to, co najbardziej kochała. 
Myślę o tym, czego dokonałam i o tym, czego jeszcze mogę dokonać, że i ja mogę ocalić to, na czym najbardziej mi zależy. A może dopiero to stworzyć i pokochać. 
Myślę o tym, że dźwigam ciężar dokładnie taki, jaki dźwiga każdy inny człowiek. Każdy jeden. I mimo wzrastającej liczby samobójstw, zwłaszcza pośród młodych ludzi, nie wszyscy kończą ze skakanką zaciskającą się na szyi. 
Jestem dokładnie taka, jak każda inna osoba. Ani gorsza, ani lepsza. Nie definiuje mnie metka przy bluzce. Nie daję się zaszufladkować z powodu tuszu do rzęs, którego używam ani samochodu, jakim być może będę jeździć w przyszłości. Określa mnie to, jak o sobie myślę.
A myślę, że jestem twarda. 
I Ty też.
Więc kiedy się boję, zamykam oczy. I uśmiecham się.
Wiem, że żyję. 

Na pięć minut przed egzaminem jesteś w stanie nauczyć się dużo więcej niż w ciągu długich tygodni ślęczenia nad podręcznikami. 
Kiedy goni Cię wściekły pies, biegniesz o wiele szybciej, niż kiedykolwiek byś pomyślał.
Możesz samodzielnie podnieść niewiarygodnie ciężką skałę, jeśli boisz się o życie swojego przyjaciela, przygniecionego w trakcie trzęsienia ziemi. 

Więc mówisz, że boisz się dorosłości?
Rozejrzyj się. Już jesteś dorosły.
To stało się w momencie, kiedy po raz pierwszy poczułeś, że dalej chcesz być dzieckiem. 
Jeżeli nie wiesz, co się dalej będzie z Tobą działo, nie jest to powód do położenia się na podłodze i otulenia kołdrą depresyjnych myśli. To fascynujące. 
Z kolei jeżeli wiesz, że za dwa lata skończysz studia, otrzymasz tytuł magistra, założysz własną działalność gospodarczą i/lub rodzinę, a później będziesz co weekend chodzić do klubu, by poderwać najgorętszą laskę, co dwa miesiące robić zakupy w Ikei, co roku zaś wyjeżdżać na wczasy do Ustki i leżeć do góry brzuchem na dmuchanym materacu, i tak do emerytury… 
Cóż. Tylor Durden tego nie pochwala.

Nie pamiętam więc, czy oglądałam dużo telewizji przed ukończeniem trzeciego roku życia. Mam tylko nadzieję, że nie, i że gdyby mój koszmar znów się przyśnił, nie krzyczałabym.
W końcu nie o to chodzi, by nie dać się wyciągnąć z bezpiecznego miejsca, nawet przez ręce złego świata. Wręcz przeciwnie.
Chodzi o to, by dać wyrwać się z miejsca, czasu oraz przyzwyczajeń, w jakich żyjemy i skonfrontować z lękami. 
Możesz stanąć naprzeciwko pijaka i powiedzieć, że masz go gdzieś, bo nie jesteś już bezbronną dziewczynką, tylko kobietą, która trochę już w życiu przeszła, a przede wszystkim jest trzeźwa i coraz bardziej wysportowana, więc nakopanie mu w jaja będzie zadziwiająco łatwe. 
Możesz powiedzieć swojemu facetowi, że chcesz poczekać z pójściem do łóżka. Możesz też mu powiedzieć, że nie chcesz czekać ani chwili dłużej i po prostu zdjąć przed nim majtki. 
Możesz powiedzieć swojej szefowej, że wcale nie lubisz tej pracy i odchodzisz. Możesz nie czekać na to, aż cię wyleje. 
Możesz też zacząć od przejścia obojętnie obok półki z ketchupem w supermarkecie. 
Możesz.