Dawno temu wymyśliłam, że będę pisarką. A teraz nawet bloga przestałam pisać. Zaraz sprawdzimy, czy wciąż potrafię to robić. Koniecznie dajcie znać, jak mi poszło.
Dzisiaj notka o częściowym odnajdywaniu szczęścia, czyli o tym, jak być sobą. To moje refleksje z całego dnia, podczas którego miałam czytać i pisać, a skończyłam na oglądaniu YouTube’a.
Mój współlokator (uwielbiam tak zaczynać opowieści) postanowił robić pranie. Nie wiem, jaki jest Wasz stosunek do prac domowych i takich niby obligatoryjnych obowiązków jak sprzątanie, ale pranie robić warto, potwierdzone info. I tak jak nie bardzo przepadam za myciem naczyń, odkurzam raz na ruski rok, a każdą czynność związaną z systematycznym utrzymywaniem ładu w najbliższym otoczeniu odwlekam w nieskończoność, tak pranie uwielbiam robić. Odnajduję w tym zajęciu spokój, pewną celowość. Bez czystych ubrań nie będę się czuła ładnie, a muszę czuć się ładnie, żeby wierzyć, że naprawdę jestem ładna, co wpływa bardzo na moją wydajność. No wiecie, takie pitu-pitu, bo tak naprawdę chodzi o to, że nastawia się pralkę i ona sama pierze przez godzinę i jedenaście minut. I w tym czasie można zrobić wszystko. Na przykład koktajl, który zostanie skonsumowany podczas oglądania najnowszego odcinka Gry o tron. Albo napisać recenzję książki na bloga. Albo zdrzemnąć się. Cokolwiek.
To tylko dygresja, przepraszam, już wracam do meritum.
Każdy, kto samodzielnie robi pranie, bo na przykład nie mieszka już z rodzicami, wie, że kiedy pranie się skończy, należy je wyjąć i rozwiesić na suszarce. Jeśli zrobi się to w odpowiedni sposób, to znaczy starannie, nawet później nie trzeba prasować. (Prasowanie, mówiąc w skrócie, jest już chujowe, chyba że prasuje się ciuchy ukochanej osoby – wtedy troszkę mniej). Ale jeśli nie wyjmiesz prania przez kilka godzin, bo na przykład będziesz pić piwko z kumplem przez dwie i pół godziny, a później wypadniesz do pubu, żeby spotkać się ze znajomymi i porobić nie wiadomo co, nie wiadomo po co (nie wiadomo co, nie wiadomo po co – to pogardliwe określenie rozrywki), wówczas będziesz miał problem. Ponieważ Twoje pranie będzie jebać jak pleśniejące trampki, kiedy wreszcie otworzysz pralkę i rozwiesisz swoje szmaty w korytarzu, skąd paraliżujący smród docierać będzie do każdego kąta w sześciopokojowym mieszkaniu.
Mój współlokator nie przejmuje się podłym czynem, którego dokonał. Spakował manatki i z samego rana pojechał na wieczór kawalerski do Warszawki. A ja, po piątkowym wieczorze, zakończonym rozmową z kierowcą Ubera o Kazimierzu Nowaku (lajkować dziada!) gdzieś koło trzeciej nad ranem, nie od razu zrozumiałam, co tak paskudnie śmierdzi.
Kiedy wychodziłam z mojej słodkiej jamki (pokoju zabałaganionego, ale nie brudnego, to różnica, utrzymuję higienę osobistą i przestrzeni wokół mnie na poziomie średnio wysokim), by kupić truskawki na kaca, w drodze do drzwi z mieszkania zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem tak nie cuchnie moje wnętrze. Dusza w sensie. Bądź co bądź, do świętych nie należę.
Ale nie, to było zatęchłe pranie.
Dlaczego ja w ogóle opisuję Wam tę historię?
Po pierwsze, jestem rozgoryczona. Kiedy ma się kaca, bardzo źle znosi się wszelakie zapachy, a co dopiero takie.
Po drugie, kiedy mój współlokator wróci, będzie w opałach. Dlatego, że spuszczę mu łomot, ale mniejsza o to. Ważniejsze jest to, że będzie mu śmierdzieć pościel i będzie w niej musiał spać. Albo i gorzej: będzie musiał powtórnie zrobić pranie, co może kłócić się z planami praniowymi pozostałych współlokatorów. (Już się kłóci z moimi, nie ma to jak niedzielne pranko).
Reasumując,
chwila zapomnienia albo krótkotrwały brak pomyślunku skutkuje katastrofalnymi, długotrwałymi konsekwencjami. I to nie tylko w życiu głównego winowajcy, ale również osób, które znajdują się względnie blisko niego, choć na to zupełnie nie zasłużyły*.
(Ponieważ są chodzącymi po ziemi aniołami, serio, serio. Serio. Przynajmniej ci, którzy mieszkają z nami na Łazarskim Rejonie).
A gdyby tak nie iść na tę imprezkę i wywiesić pranie w odpowiednim momencie?
Pewnie nie zmotywowałabym się do pisania na blogu.
Drugie dno tej współczesnej paraboli z Ewangelii wg Bohara** mówi
o podejmowaniu słusznych decyzji w porę, by nie doznać krzywdy w przyszłości. 
Być może jesteście teraz w takim momencie, że chodzicie do liceum i nie wiecie, z czego za rok zdawać maturę. Albo właśnie zdaliście maturę, ale nie macie zielonego pojęcia, po co. Albo jeszcze chodzicie sobie na studia i zdajecie sobie sprawę z tego, że robicie to tylko dla uzyskania papieru. I nagle dostajecie palpitacji serca albo popadacie w nastrój okołodepresyjny, bo nie wiecie, co dalej i po co. Myślicie, że nie macie żadnego talentu, że nie jesteście stworzeni konkretnie do jakiejś czynności, więc co teraz, i czy coś w ogóle. Tak to już ma wyglądać do końca życia? Wrzucanie do pralki ciuchów, by mieć w co się ubrać do pracy, którą wybrało się na drodze przypadku, siedzieć w niej osiem godzin, potem piwko z kumplami albo aerobik z kumpelkami, co kto woli, i byle szybko zahaczyć jakiegoś partnera/partnerkę, bo jak się nudzić, to lepiej z kimś? Tylko dlatego, że kiedy miało się naście lat, nie zastanowiłeś się, jak chciałbyś, by wyglądało Twoje życie, bo z góry założyłeś, że i tak nie będzie wyglądało dokładnie tak, jak chcesz? Bo nie wiedziałeś, że to odpowiedni momenty, by podjąć decyzję i w ogóle nie byłeś świadomy, że taką decyzję warto już teraz podjąć?
 
Życie jest popierdolone i nie ulega to żadnej wątpliwości. Często czujemy się jak pranie w bębnie, kiedy maszyna ustawiona jest na 900 obrotów.
Pamiętam, jak to było, kiedy chodziliśmy do liceum i wybieraliśmy przedmioty do matury, co miało zadecydować o tym, jakimi osobami będziemy w przyszłości. Prawnikami. Tłumaczami. Nauczycielami. Dietetykami. Sprzedawcami.
I, heh, pisarzami.
Serio, stary?
Czy gdybym zdawała na maturze rozszerzoną matmę, zostałabym inżynierem zamiast autorką? Czy gdybym poszła na studia związane z konstrukcją maszyn, nie miałabym szansy na napisanie książki?
Nie studia i nie liceum decydują o tym, kim będziesz, gdy dorośniesz. To nie są te momenty. 
Ten moment jest dużo wcześniej. Kiedy zaczynasz rozumieć, że świat jest dużo większy niż Twoje podwórko między blokami na osiedlu.
Kiedy zaczynasz rozumieć, że zawody to nie tylko pani za kasą w pobliskim spożywczaku, która maca Ci czipsy przed sprzedażą, by sprawdzić, czy w środku jest kapsel z pokemonem ani twój tata, operator wtryskarek. Kiedy otwierasz oczy i widzisz na plakacie na przystanku panią ze śnieżnobiałym uśmiechem i dociera do ciebie, że stanie przed obiektywem to też może być praca, choć początkowo tak trudno w to uwierzyć.
Przypomnij sobie, co chciałeś robić za dzieciaka. O czym marzyłeś. Na wspomnienia na szczęście nigdy nie jest za późno.
Może chciałaś być aktorką, a może pragnąłeś śpiewać?
A może chciałeś pisać?
Jeśli wstawiło się pranie, nie można po prostu otworzyć drzwiczek i wyjąć ciuchów. Woda się wyleje. Zamek się popsuje. Pokopie nas prąd. Skutki będą opłakane. Ktoś za nas nastawił pranie w tym życiu. Zdecydował, że musimy prędzej czy później podjąć decyzję. Ale na szczęście mamy ich nieskończoną ilość. Ważne tylko, by odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jesteśmy szczęśliwi, wykonując to, czym aktualnie się zajmujemy? I jeśli nie, zajmijmy się wreszcie czym innym. Ponieważ lepiej szybciej niż za późno. Nikt nie chce żyć w smrodzie niespełnienia i braku samorealizacji. To Twój obowiązek wobec samego siebie i całego Wszechświata, czy tego chcesz, czy nie.
A jeśli krzywo rozwiesi mi się pranie? Bo może nie mam talentu do jego wieszania? Niech już lepiej poleży w tej pralce i poczeka na lepsze czasy… Na pewno przyjdzie któryś z moich współlokatorów i je za mnie rozwiesi…
Co za bullshit.
Umiesz liczyć, licz na siebie.
Strach przed nieznanym jest rzeczą naturalną. Wiara we własne możliwości – również. Ale rozejrzyj się. Wystarczy rozwiesić pranie kilka razy, by wreszcie nauczyć się to robić perfekcyjnie. To samo z wszystkimi innymi czynnościami. Na przykład z robieniem kariery.
Widać było to już w szkole. Jedni musieli się napracować, by mieć piątkę z fizyki. Rozwiązywali dziesiątki zadań i ostatecznie udawało im się przygotować do sprawdzianów. Inni (ja na przykład) – ostro kombinowali. Zapisywali się chociażby do chóru, prowadzonego przez nauczycielkę fizyki i zamiast odrabiać zadania domowe, jeździli na występy. Może to nie do końca fair, ale tak samo jak z tymi utalentowanymi, którzy po prostu łapią, że prędkość to nie szybkość, w związku z czym nie muszą poświęcić prawie nic a nic, by rozwiązać bezbłędnie wszystkie zadania na teście. Tylko że nie o to chodzi, kto do czego ma predyspozycje, tylko jak się przykłada do realizowania swoich założeń.
Nawet głuchy może nauczyć się śpiewać.
Skoro już dotarło do Ciebie, że jesteś nieszczęśliwy, zmień to.
A skoro uważasz, że robisz to, co kochasz, napisz o tym w komentarzu.
I najważniejsze: wyjmij pranie na czas, zwłaszcza, jeśli mieszkasz z szóstką innych ludzi, z których jedna cierpi od przedawkowania poważnych, emocjonalnych, twórczych dyskusji.
_______________________________________________________________
* Przeczytajcie to na głos. Jak to strasznie brzmi! Też macie takie wrażenie?
** Tak bowiem zwie się mój współlokator.