Na widok ślicznego chłopca o wielkich, brązowych oczach nie powinno się czuć odrazy, prawda? A jednak. Wszystko się zmienia, gdy dziecko w ręce dzierży pojemnik po jogurcie i krąży po tramwaju, prosząc o jałmużnę pod czujnym okiem matki, królowej żebrania. Ach, ci cholerni Cyganie, pomyślał pewnie niejeden z nas, kiedy przyszło uczestniczyć w takiej scenie. Ale co z nami, Polakami?

Nigdy nie byłam fanką łzawych historii o tym, że ktoś miał super życie, potem stało mu się coś złego, a teraz nie ma pieniędzy, by dźwignąć się z tragedii. Więc daj. Ty masz, ja nie mam, no to się podziel, bo to niesprawiedliwe, że ty masz i jesteś zdrowy, a ja nie mam, i do tego jeszcze jestem chory. Siedzę na dupie i nic nie robię, ale mi się należy! Ugh.

Kiedy zaczęłam pracować w wydawnictwie, byłam przerażona liczbą wiadomości: Pomocy, mam chore dziecko, dajcie pieniądze, bo ja nie mam. Desperacja bijąca z maili działała na mnie odstraszająco. Początkowo odpisywałam, że przepraszam, ale nie mamy co dać. Bo jakbyśmy mieli, to byśmy dali, ale że w Polsce niewiele osób czyta, to sami niedługo pewnie pójdziemy z torbami…

Z każdym miesiącem tych wiadomości było coraz więcej, więc dałam sobie spokój z odpowiadaniem.

Krzyk biednych, przerażonych, osaczonych ludzi trafiał w nicość. Pozornie, bo często poźniej myślałam o tych wiadomościach. Sama potrzebowałam pomocy finansowej i psychicznej, ale byłam zbyt słaba, by o nią poprosić. Depresja cały czas była blisko. Nie wiedziałam, do kogo się zwrócić, wszyscy wokół byli w podobnej sytuacji…

Mając dwadzieścia pięć lat uświadomiłam sobie, że bieda rodzi biedę. Że jeśli jesteśmy biedni w duchu i umyśle, nie możemy się spodziewać, że pewnego dnia nasz portfel będzie wypchany dolarami.

I że jeśli jesteśmy nastawieni tylko na to, by brać, nigdy nic nie otrzymamy.

Pytanie zatem brzmi nie: czego potrzebuję?, lecz: co mogę zaoferować?

Nie pomagam w dalszym ciągu desperackim prośbom typu: daj, bo ludzi chorych są całe społeczeństwa. O wiele bardziej interesują mnie projekty, kiedy ktoś chce dać, a ja mogę mu się za to odwdzięczyć poprzez pieniądze. Dlatego lubię Polakpotrafi.pl i Patronite. Widzę, że ktoś wykonał dobrą robotę. Sprawił mi radość, nauczył mnie czegoś. Z łatwością sypnę kasą osobie, o ile wiem, że człowiek ten tego nie zmarnuje.

No dobrze, ale co może dać osoba chora?

Otóż może choćby podzielić się swoją historią. O tym, że się nie poddaje. Zarazić innych swoją pasją i chęcią przeżycia. Odwagą i wiarą, że wszystko się ułoży. Jak np. Ania z Hungry4Life. Pokazała, że mimo piekielnie trudnej sytuacji (nikt z lekarzy nawet nie wiedział, co jest przyczyną jej katuszy), można trzymać fason, mieć poczucie humoru i iść raźnie przez życie. Walczyć. I dzięki temu internauci odwdzięczyli się Ani, wspierając ją słowem i złotówką.

Taki stan umysłu szanuję i podziwiam.

Ale to wszystko przy okazji, tak naprawdę chciałam napisać o czymś zupełnie innym. (No ale wiecie, gdyby nie dygresje, nie byłabym sobą, znaczy Fabryką, żarcik-kosmonaucik).

To jest normalne, że Starbucks prócz robienia kawy zajmuje się też prowadzeniem fundacji. Daje siano na dostęp do wody pitnej w regionach biedy albo sponsoruje stypendia dzieciakom z niezamożnych rodzin.

Jak mają, to dają, proste, prawda?

Tak samo naturalne wydaje się być, że Adidas sponsoruje tenisistom sprzęt oraz daje hajs za to, że sportowcy promują ich firmę. Marka ma reklamę, doświadczony zawodnik pieniądze, by dalej rozwijać się i trenować. Spoko, co nie?

Na Kickstarterze firma Pebble Technology pokazała swój pomysł ze smartwatchem i otrzymała od użytkowników platformy w 2015 roku ponad dwadzieścia milionów dolarów. Zebrała nie 100% kasy potrzebnej na zrealizowanie projektu, tylko 4 067% z zakładanego celu.

Ludzie jak mają, to dają, a jak nie mają? To chociaż dobre słowo lub dobra myśl by się przydała. I w ten sposób nikt by na niczym nie stracił, można byłoby tylko zyskać.

Dobrze wiecie, jaką decyzję podjęłam blisko rok temu. Rzucam pracę. Ta harówka do niczego nie prowadzi, jestem jednym wielkim kłębkiem nerwów, muszę przemyśleć swoje życie, bo zaczyna się dziać coraz gorzej. Nie miałam pieniędzy, skorzystałam więc z pomocy rodziców, którzy przygarnęli mnie z powrotem do siebie, za co jestem im mega wdzięczna. Przez wakacje spędzone w domu odbiłam się od dna. Więcej: spłaciłam debet, wyzdrowiałam.

Znalazła się oczywiście jednak ta jedna osoba, która dała mi do zrozumienia, że i tak jestem niczym, bo gdyby nie pomoc rodziców dalej byłabym w dupie. Wiele osób pewnie faktycznie mogło tak pomyśleć. I tak właśnie jest! Ale czy nie jest to wspaniałe, że mogłam liczyć na moją rodzinę i w kryzysowej sytuacji mnie nie zawiodła?

Gdyby nie ludzie wokół mnie, byłabym niczym. Samemu można osiągnąć wiele, ale po co? Na jak długo starczy uczucie satysfakcji, jeśli nie będziemy mieli z kim podzielić się naszym sukcesem?

Zatem przykro mi, gdy słyszę, że fundacje to zło, bo pakują sobie siano w kieszenie i tak naprawdę nie robią nic dla innych. Że crowdfunding to żebractwo, i że nie ma nic wspólnego z godnością.

Skoro nie dajesz nikomu pieniędzy, to po co jeszcze wyrzucasz z siebie negatywną energię i skażasz nią powietrze wokół siebie?

Skoro nie chcesz nic dać od siebie, nie dawaj nic od siebie. Nie karz wszystkich wokół twoimi poglądami, które zrodziły się w twoim umyśle, bo tobie nikt nigdy nie pomógł. Bo bałeś się poprosić o pomoc albo ktoś ci powiedział, że tak nie wypada. Nie krzywdź ludzi tak, jak Ty zostałeś skrzywdzony. Uratuj ich, choć raz trzymając język za zębami.

Rozmawiałam niedawno z Emi, autorką #10do100 (pierwszej książki wydanej pod szyldem Fabryki Dygresji) o tym, że chce się zrzec swojego honorarium autorskiego. Na rzecz Staszka. Swojego siostrzeńca, który choruje na autyzm. A w dodatku cierpi też na szereg dolegliwości fizycznych. Nie chciała mi o tym wcześniej mówić, bo ludzie mają dziwne podejście do tego typu spraw. Często reagują negatywnie.

Poleciłam zaktualizować okładkę i dodruk #10do100 będzie miał napis: kupując książkę, pomagasz Stasiowi wyjść z autyzmu. Sama też zrezygnowałam ze swojego wydawniczego wynagrodzenia. Równo dycha ze sprzedaży naszej pierwszej książki zasili budżet rodziców Stasia.

Wiecie, co teraz będzie, prawda?

Oni chcą się wybić na działalności charytatywnej! To marketing, nie dobroczynność, niech się wstydzą, tfu! Kopiują Radka Kotarskiego i Michała Szafrańskiego, tylko wielcy YouTuberzy i blogerzy mocą dawać na Pajacyka! Ci mali nie mogą!

Życzę każdemu wydawnictwu, by mogło sobie pozwolić na to, by oddać część zysków ze sprzedaży książki na jakikolwiek dobroczynny cel. Moim marzeniem jest, by w podobnych akcjach uczestniczyło coraz więcej ludzi i firm, by mówiono o tym na prawo i lewo, a nie po kątach, ze strachu przez krzywdzącą opinią osób, które nic w życiu poza swoją zgorzkniałością nie mają. By dzielenie się było naturalne!

Idealistka, powiedzą teraz niektórzy. Nigdy się jej nie uda, niech sobie dziewczyna da spokój, marzycielka, odrealniona jakaś.

Oczywiście, te osoby znowu mają rację. Bo mnie samej się nie uda. Potrzebuję Was, moich Czytelników, dzięki którym teraz normalnie funkcjonuję. I nie chodzi mi o oficjalny odzew.

Dziś rozmawiałam z jedną z Was, przemiłą Moniką. Powiedziała, że polubiła mojego bloga, ale nigdy nic nie skomentowała. Jest czytelniczką, ale jakoś nie przyszło jej do głowy, by dać gdzieś serduszko czy jakąś inną, widzialną formę aprobaty.

Kochani. Dla mnie liczy się to, że jesteście. Wasz uśmiech. Wasza ciepła myśl. To, że poświęciliście swój cenny czas, by do mnie zajrzeć. To, samo w sobie, to już naprawdę niewyobrażalna potęga.

Dziękuję, że jesteście ze mną kolejny rok. Już ósmy.

Nie opuszczajcie mnie, a ja obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by żyło nam się wszystkim lepiej!

Wasza

Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram

10 rzeczy, które mają magiczną moc. Sprawiają, że każdy miniony rok jest lepszy od poprzedniego!

Przestań udawać. Przecież wcale nie chcesz być szczęśliwa! O mentalności ofiary