Bezpośrednio pociąg z Poznania do Lublina odjeżdża o 1.03. Trochę zaspani przemierzamy nocne centrum w kierunku dworca. Biletów nie mamy, trzeba czekać w kolejce. Do odjazdu coraz mniej czasu. Wreszcie jednak lądujemy z kupionymi w automacie biletami w przedziale. Plecaki lądują na metalowych półkach. Czekamy, aż pociąg ruszy. I jest! Charakterystyczne szarpnięcie. Wycieczka!, chcę zawołać z entuzjazmem, ale przecież jeszcze nie ruszyliśmy. Czyżby opóźnienie? Nie, okazuje się, że pociąg ruszył, ale… bez nas.

Pomyliliśmy wagony.

Tacy, kurde, wielcy podróżnicy z nas, hehe. Daj lajka niezdarnym turystom, żeby mieli motywację do kolejnych przypałów w podróży!

Pierwsze wrażenia

24 godziny później robimy drugie podejście. Tym razem z biletami kupionymi dużo wcześniej, by na papierze znalazły się numery miejscówek. Rano, tuż po ósmej, w połowie wyspani, wysypujemy się z TLK na dworzec w Lublinie. Żeby dostać się do centrum, musimy zrobić długi, bo trwający kilkanaście minut spacer. Jakoś już tak się chyba przyjęło, że wolimy chodzić po nowym mieście (a w Lublinie przecież jeszcze nie byliśmy!) niż poruszać się jakimkolwiek środkiem transportu. Chyba, że rowerem, rower może być. Bo w autobusie, trolejbusie czy tramwaju po prostu nie jest się w stanie tak dokładnie pochłonąć nowej rzeczywistości. Trzeba trochę pooddychać przestrzenią pomiędzy budynkami, przypatrzeć się ich detalom, na spokojnie, bez pośpiechu.

Z początku Lublin nie zachwycał. Blokowiska, gorąc bijący wściekle od asfaltu, wszędobylska przeciętność z wyjątkiem iksów w szyldach. Bo w Lublinie jest xero, a nie ksero, nie wiedzieć czemu. Im jednak bliżej było Starego Miasta, tym cudniej. Na pusty żołądek zwiedzać jednak nie wypada, więc trzeba było gdzieś się posilić.

Co zjeść w Lublinie?

Podstawowa zasada brzmi, by iść tam, gdzie są ludzie. Ten trop zawiódł nas więc do

Mandragory,

bardzo klimatycznej restauracji, serwującej kuchnię żydowską. Zamówiliśmy cebularza z kawiorem żydowskim i bajgle z twarożkiem, ogórkiem i łososiem. Bajgle wyjątkowe, naprawdę, nigdy nie jadłam tak delikatnego, wilgotnego ciasta. Największym doznaniem było jednak… piwo. Perła w Lublinie smakowała o wiele lepiej niż w Poznaniu. Zazwyczaj nie pijemy przed południem, więc może to nasze kubki smakowe były wyjątkowo wrażliwe na doznania…? Otóż nie. Podczas dalszej części piwnej turystyki utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Perła najlepsza jest w Lublinie. Nic dziwnego, w końcu to stąd Perła pochodzi. Ale o tym później, w następnej części cyklu o weekendzie z Lublinem.

Wracając do Mandragory. Cenowo może nie najtaniej, ale pysznie i w dodatku była tego wuchta! Byłam też totalnie zachwycona obsługą. Kelner, gdyby mógł, nieba by nam uchylił. Ponieważ nie miał jeszcze takiej mocy, starał się, by nasz pobyt był jak najmilszy i najsmaczniejszy. Udało się! Chętnie do Mandragory wrócę, bo spróbowaliśmy tylko wyimka z menu śniadaniowego. A przecież to miejsce ma jeszcze mnóstwo do zaoferowania, nie tylko w kwestii jedzenia, ale i wydarzeń kulturalnych.

cebularz Mandragora Fabryka Dygresji co zjeść w Lublinie

Nieco dalej, poza obrębem Starego Miasta, przy Solnej 4, mieści się

Zatar mezze & hummus & grill,

maleńka restauracja pełna smaków, głównie z Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. Znajdą się tam specjały zarówno dla wszystkożernych, jak i wegan. A wśród nich takie rarytasy jak pieczony kalafior czy przepyszne kanapki w picie. I to wszystko, jak i kawa, posypane płatkami róż. Smacznie i estetycznie, a porcje takie akurat. Jeśli będziecie w okolicach, możecie śmiało wpadać.

Największe doznanie kulinarne przytrafiło mi się jednak w

Sielsko Anielsko,

do którego trafiłam dzięki tekstowi Wszędobylskich (polecam, będę z tego jedzeniowego przewodnika na pewno korzystać jeszcze nie raz), szukając pierogów. Mam takie małe gastrozboczenie. Kocham pierogi ruskie ponad wszystkie inne dania i to ich muszę spróbować, gdy trafiam do nowego miejsca. Myślę, że w całym moim życiu jadłam pierogi w lekko ponad dwustu lokalach. Chyba w ogóle stworzę jakiś ogólnopolski ranking… A na pierwszym miejscu będą ruskie z Sielsko Anielsko przy Rynku 17. Duże, o idealnej konsystencji (grudki twarogu były jeszcze widoczne), w miękkim, świeżutkim cieście, z okrasą, którą określiłabym jako rześką (delikatny tłuszcz z lekko podsmażonymi, złocistymi skwarkami). Z pierogami ruskimi jest taki problem, że często są przesolone, a te były naprawdę perfekcyjnie przyprawione. Cena (18 zł) wydaje mi się zatem jak najbardziej adekwatna. A nawet niewygórowana jak za taką przyjemność dla podniebienia.

Sielsko Anielsko Pierogi ruskie Fabryka dygresji

Zupy, barszcz i żur też podobno były przepyszne, tak samo jak drugie danie główne, czyli wątróbka po Zamojsku. Nie dziwię się, że Sielsko Anielsko co chwilę zgarnia jakieś nagrody. Kolejnym plusem jest szybka, profesjonalna obsługa. Cenowo może nie wychodzi super tanio, ale i tak chyba dobrze jak na tak pyszne rzeczy serwowane na Starym Rynku. W budynku, w którym na świat przyszedł sam Henryk Wieniawski!

Uciekła mi ostrość, ale trzeba było jeść, a nie jakieś zdjęcia pstrykać!

Przaśny wystrój co prawda nie należał do moich ulubionych, ale był wyjątkowo spójny i oddawał charakter miejsca. Nie mogę zatem mieć żadnych zarzutów i polecam z czystym sumieniem.

Sielsko Anielsko Fabryka Dygresji Co zjeść w Lublinie

Nie mogło się jednak obyć bez deseru. Za poleceniem brodacza z powyższego zdjęcia, udaliśmy się do kawiarni

Anabilis

przy Lubartowskiej 7. Zobaczyliśmy tam dzieła sztuki cukierniczej. Torty wyglądające jak poezja, gustownie wyeksponowane w szklanych gablotach. Ale przyszliśmy tam ze względu na podobno najlepsze lody w mieście. Jak się okazało, wprowadzono nas w błąd. To najlepsze lody w całej Polsce. Składniki w stu procentach naturalne, sprowadzane z Włoch, specjalna śmietana, nietuzinkowe połączenia smaków… Cztery wielkie lodowe kule to 10 zł. Aż nie mogłam uwierzyć w tak niską cenę, Poznań przyzwyczaił nas do czegoś innego. Lody nie przypominały w konsystencji niczego, co do tej pory jadłam. Były aksamitne jak krem, a w smaku tak intensywne jak same produkty, z jakich zostały przygotowane.

Źródło: lublin.eu

Podczas naszych spacerów co chwilę natrafialiśmy na miejsce, do którego chciałabym wejść i skosztować czegokolwiek. Niestety, albo i na szczęście, mam tylko jeden żołądek. A Lublin, jak się okazuje, pod względem gastronomicznym ma tak wiele do zaoferowania, że będę tam z wielką chęcią wracać raz po raz i próbować kolejnych przysmaków.  Zapraszam do podzielenia się wiedzą o fajnych miejscach z jedzeniem w komentarzach. Śmiało, polecajcie!

Przy okazji dajcie proszę znać, czy chcecie, by na blogu pojawiało się więcej wpisów o podróżowaniu, dobrze? Wybieramy się za dwa tygodnie do Wrocławia na Targi Książki Niezależnej, potem na Mazury, w Beskidy oraz do Wielkiej Brytanii. Jeśli wyrazicie ochotę, będziecie na pewno mieli o czym czytać!

A jeszcze w tym tygodniu druga część wpisu o Lublinie. Tym razem o tym, gdzie wypić.

Wasza oczarowana Lublinem