SHARE WEEK 2018

SHARE WEEK 2018

Andrzej Tucholski jest dla mnie synonimem słowa blogowanie.  Gdyby nie jego działalność jeszcze za czasów jestkultura.pl, nie odnalazłabym swojego miejsca w sieci. W tym roku pierwszy raz biorę udział w jego akcji Share Week. To już siódma edycja, a ja dopiero teraz ośmieliłam się w niej wystartować. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: jeszcze dwa lata temu nie czytałam blogów. Blogosfera była tak zaśmieconym miejscem, taką chaotyczną społecznością, że nie miałam swojego zakątka sieci, nie licząc kilku blogów, których autorki recenzowały książki. Kilka lat temu działałyśmy razem z dziewczynami w blogowym świecie fan fiction. Pisałyśmy tasiemce osadzone w świecie Harry’ego Pottera, Bleacha czy Eragona.  Oceniałyśmy literackie wyczyny innych osób. Potem rozeszłyśmy się w różne strony.

I dopiero niedawno, zupełnie nieświadomie, zrozumiałam, że moje serce zostało skradzione przez kilka blogów, na które mimowolnie powracam. Nie zawsze pamiętam, od kiedy zaczęłam przygodę z czytaniem wpisów konkretnego autora, ale cały czas w głowie kołacze mi się kilka adresów. Głównie są to blogi tworzone przez kobiety z charakterem, o wielkich sercach i umysłach. Ale niespełna dwa miesiące temu trafiłam na genialny blog, o którym napiszę na samym końcu. To zdecydowanie odkrycie tego roku.

Zacznijmy wszak od początku.

Kogo polecam podczas SHARE WEEK 2018?

Riennahera

riennahera

Nie wiem, czy ją lubię. Czasem jej wpisy wbijają mnie głęboko w ziemię, przypominając, że jestem tylko człowiekiem. Choć otacza się przepięknymi rzeczami, bywa, że irytuje mnie jej materializm. Nie wiem, może zazdroszczę jej wyczucia stylu, którego mi zdecydowanie brakuje.

Abstrahując od powyższych, czytam bloga Marty już od wielu lat i nie mogę przestać. Nawet, jeśli nie do końca potrafię ją polubić czy zrozumieć, odczuwam w ogromnej mierze to samo. Lektura niektórych wpisów sprawia, że jest mi mniej samotnie. Szanuję przeogromnie za subtelne poczucie humoru, wyważony język i lekkie pióro. I piękno Instagramu. Jeśli miałabym się od kogokolwiek uczyć, jak prowadzić konto, wykupiłabym warsztaty od Riennahery.

Pani Miniaturowa

miniaturowa

To z kolei kobieta o wiele bardziej energetyczna. Wyrzuca z siebie teksty z szybkością karabinu maszynowego. Pisze prosto i szczerze, humor ma dosadny, pióro zamaszyste. Lektura jej bloga zawsze poprawia mi humor i dodaje animuszu. Siła, która bije z tych tekstów, potrafi naprawdę dać niezłego kopa. Pani Miniaturowa to wspaniała kobieta, która jest dla mnie zwyciężczynią w każdej życiowej kategorii. Jeśli coś Was przerasta, polecam przeczytać obojętnie który wpis i od razu poczujecie się mocniejsi, gwarantuję.

Lady Pasztet

ladypasztet

Styl i klasa. To właśnie Lady pokazała mi piękno feminizmu. Poleca rewelacyjne książki, świetne seriale i pisze o świecie, w którym jest pełno niesprawiedliwości dla naszej płci, ale też piękno tego, że nie poddajemy się i wciąż idziemy do przodu. Każdy wpis jest bardzo mądry, wartościowy, przemyślany oraz dopracowany. Traktujący o zwykłej codzienności, ale pełen wzniosłości, której często tak nam w życiu brakuje.

Żadna kolejna miłostka

plusa

Marta to wojowniczka i pisarka. Silna, młoda kobieta, która nie boi się krzyczeć, że feminizm to super sprawa, a orgazm jest lepszy od gotowania. Głosi bez jakichkolwiek oporów, że dobrze jest pracować nad swoim silnym duchem i silnym ciałem. Swoim przykładem pokazuje, że jak czegoś chcesz, to możesz to osiągnąć, nawet jeśli inni próbują Cię zatrzymać. To kobieta-drapieżnik, której teksty potrafią być jednocześnie ostre jak żyleta i słodkie jak różowy lukier.

Dopracowani

dopracowani

Oto blog kobiety pracowitej, uzdolnionej artystycznie i mającej najsłodszego buldoga w polskiej blogosferze. Bombur jest po prostu boski. Magda Ostrowska pokazuje, że biznes może i jest trudny, wymaga mnóstwo zaangażowania oraz bywa problematyczny, ale przy tym niesamowicie rozwija, daje mnóstwo satysfakcji, wyzwala w nas nowe pokłady energii oraz uczy mądrości i człowieczeństwa. Najważniejsze, to nigdy nie zapominać o sobie i robić wszystko z miłością. Tak, gdy w pracy ciężko albo potrzebuję inspiracji czy motywacji, wówczas zaglądam właśnie tu i szczerze polecam!

Bezdzietnik

bezdzietnik

To jedno z najnowszych i najmilszych blogowych odkryć. Wiecie, jestem jedynaczką i jakoś szczególnie nie narzekam z tego powodu, ale gdybym miała mieć siostrę, chciałabym, by była tak miła, szczera, zabawna, mądra i śliczna jak Edyta. Życiowy minimalizm, podróżowanie, siła ducha i uśmiech – tego wszystkiego doświadczycie, czytając Bezdzietnik. To blog pisany w bardzo świadomy sposób, choć jednocześnie lekko i ironicznie. Z pazurkiem, powiedziałabym, który nie rani, ale drapie po łepetynie, zmuszając czytelnika do myślenia.

No i na tle tych wszystkich piszących kobiet, tych artystek, rzemieślniczek, przedsiębiorczyń i wojowniczek…

On.

Storyofalife.pl

story

Młody, czarujący, o wyrazistym spojrzeniu, którego miałam okazję poznać osobiście. O ogromnym talencie publicystyczno-literackim, o zaraźliwej pasji do ludzi, zdolny niesamowicie, głodny życia, pozytywny wariat. Świetny fotograf przy okazji. Dziennikarz. Podróżnik. Fajny ziomek. Jego teksty są jak wiatr pachnący wolnością, bo ich lektura przenosi nas do najdalszych zakątków świata oraz naszych własnych serc, by lepiej je poznać. To, co normalne, potrafi przedstawić w niezwykły sposób. To, co zaskakujące, opisuje prosto, by każdy czytelnik zapragnął zrozumieć i przestać się dziwić. Jeździ rowerem po Polsce i puka do drzwi obcych ludzi, by pokazać prawdziwość i szczerość.

Krzysztof Story.

Kurczę, Krzyś, wiesz, o czym mi przypomniałeś? O patosie w zwykłych rzeczach, o tym, że każda przeżyta chwila zasługuje na wzniosłość, bo życie jest cudem. Bardzo Ci za to dziękuję.

Jeśli jesteś tym, co czytasz (a wiemy, że tak jest), stałam się już stuprocentową feministką z nutką podróżniczki. Ale nie ma co się szufladkować. Co rok, to obyczaj, zobaczymy, czy przyniesie kolejny rok, co mam zamiar uczestniczyć w akcji również w kolejnych latach (skoro opuściłam już sześć wcześniejszych edycji, muszę się zrehabilitować). A Wy dajcie mi znać, co czytacie, skoro teraz już wiecie, jakie są moje blogowe typy i możecie polecić coś podobnego.

Serdeczności!

Wasza

Emilia

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Dzień, w którym próbowali zamknąć mi usta

Nie powinnaś była tego pisać. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy słyszałam to zdanie. Albo: wstyd, że opowiadasz takie rzeczy publicznie. Albo jeszcze pełne wyrzutu: jak mogłaś tak mnie podsumować na blogu! Pamiętam też: ale musisz mieć wielkie ego, skoro piszesz o sobie bloga. Za każdym razem, kiedy spotykałam się z takimi zdaniami pod swoim adresem, brałam je głęboko do siebie. Bolało.

Czasem dalej boli, zwłaszcza, jeśli coś takiego mówi własna mama. Na szczęście, było to dawno, dotyczyło Piromanów, nie bloga, no i racja była po obu stronach. Książkę oczywiście trudniej unicestwić niż bloga, bo tak, zastanawiałam się nad jego usunięciem, też sporo czasu temu, po zrozumieniu, że moi znajomi mnie czytają. I część z nich widziała siebie w zupełnie innych opisywanych przeze mnie ludziach. (Bossy widział siebie pewnie w każdym akapicie*). W końcu jednak zamiast podawania mglistych przykładów, stwierdziłam, że będę szczera. Jeśli będę wspominać o innych ludziach, to z imienia i nazwiska, ewentualnie ksywy lub przez pryzmat tego, kim dla mnie ta osoba jest. Powtórzę: chciałam być szczera i prawdomówna.

I wtedy się okazało, że prawda nie istnieje.

Inspiracją do napisania tego wpisu jest post Miniaturowej, która wychodzi z założenia, że tak długo, jak jesteś uczciwy i nie zdradzasz sekretów, zwłaszcza tych rodzinnych, możesz sobie spokojnie pisać bloga i wszystkich, co na Ciebie psioczą, mieć po prostu w poważaniu. To piękne założenie. Utopijne. I dla mnie nie do zrealizowania.

Z dwóch powodów.

Pierwszy problem tkwi w mojej osobowości. Boję się mówić ludziom prosto w twarz, co mi się w nich nie podoba. Na blogu zaś jestem większym kozakiem. I nie chodzi o to, że krytykuję moich znajomych na forum publicznych, o nie! Tylko bardziej zdecydowana jestem, wystukując słowa na klawiaturze niż konfrontując się w cztery oczy z innym człowiekiem. Potem niektórzy myślą, że jestem odważna i wygadana. Błąd. Mam problemy z podejmowaniem decyzji i zdarza mi się nawet, że momentami zmieniam się w jąkałę. Dodatkowo temperament mam taki, a nie inny, więc zachodzą podejrzenia o mojej dwubiegunowości. Najpierw, w rzeczywistości, łażę wkurzona i rzucam mięsem na prawo i lewo, a kiedy wieczorem opisuję jakąś sytuację na blogu, potrafię już być całkowicie zen. Zatem część ludzi myśli sobie: ale fałszywe z niej krówsko. Nie chcę być fałszywa. Czasami (zwłaszcza w ostatnich miesiącach) po prostu częściej się boję, więc tracę pewność siebie i takie są efekty.

Drugi problem jest taki, że życie potrafi być cholernie skomplikowane. Niektóre historie, które przydarzają się mnie lub moim znajomym, zasługują bez wątpienia na opisanie. Po to, by kogoś ustrzec przed podobnymi wydarzeniami. Albo pokazać, że mimo wielu przeszkód można dalej żyć z wysoko podniesioną głową. Ale nie da się. Czasem czarne charaktery, na które trafiamy w swoim życiu, są zbyt znanymi, wpływowymi osobami i mogą nam zrobić jeszcze większą krzywdę. Innym razem, nawet z najlepszymi intencjami, możemy być źle zrozumiani, bo ci, którzy nas czytają, oceniają nas własną miarą, a nie zawsze ich sumienie jest czyste jak łza. Kiedy indziej trzeba po prostu dojrzeć, by podjąć się jakiegoś tematu, więc choć coś bardzo mnie gryzie, o czymś bardzo chciałabym napisać, czuję, że to jeszcze nie czas. A ten może nigdy nie nadejść. I to dodatkowo boli.

Ostatecznie dzień, w którym ludzie próbują zamknąć mi usta, przydarza mi się bardzo często. Ale tym akurat się nie przejmuję, bo wiem, że z moją pisaniną zawinę się dopiero po śmierci. Nie piszę po to, by pisać, tylko po to, by zmieniać świat na lepsze. Świadoma jestem tego, jak bardzo słowa mogą krzywdzić, ale wierzę również w ich uzdrawiającą moc. To dla Was, moich Czytelników, chcę być coraz odważniejsza i mądrzejsza. Jak najlepiej potrafić dobierać słowa, by moje intencje były jasne w przekazie.

Dlatego tak długo, jak będziecie czuli, że pomagacie swoimi tekstami choć jednej osobie, warto, byście prowadzili swoje blogi. Nawet, jeśli zalewa Was fala hejterstwa albo złośliwości ze strony innych osób. Oni nie wiedzą, jak wiele odwagi trzeba, by tworzyć, zwłaszcza w takiej formie, jaką jest blog. Jak wiele delikatności, mądrości i pracy trzeba włożyć w to, by nasze słowa stanowiły prawdziwą wartość. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Z życzeniami spokojnej pracy twórczej,

Wasza

Emilia
_______________________________________
* Bossy, wiesz, że się droczę. Tłumaczę się, bo wiem, że czytasz i dostanie mi się po uszach, ale czymże byłby świat bez Twoich drobnych złośliwości? Cieplutko pozdrawiam!
Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Październik — powrót do Poznania, super ciuchy, na które mnie (jeszcze!) nie stać, #metoo i będzie dobrze!

Ostatnie popołudnie października spędzam na powolnym pisaniu i głębokim oddychaniu. Trochę mam łzy w oczach, że przetrwałam kolejny ciężki miesiąc i ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolona. Tak więc są to łzy ulgi. Teraz jest mi dobrze i błogo.

Co się działo? Zacznijmy od życia osobistego.

Znaleźliśmy mieszkanie!

Dobrze, nie my znaleźliśmy, a zostało nam znalezione (:*). Praktycznie nie zaczęliśmy jeszcze na dobre szukać, a tydzień później wprowadzaliśmy się już do klimatycznego, przestronnego i schludnego mieszkanka w starej części Miasta Doznań. Nigdy jeszcze nie mieszkałam w tak sympatycznym miejscu. Stara kamienica, w powietrzu wiruje historia, jest dużo przestrzeni na uprawę kwiatów, więc niebawem zamierzam urządzić prawdziwe urban jungle.

Przez przeprowadzkę nie miałam w sumie sporo czasu na czytanie, skończyłam trzy książki. Jolantę, Czerwone dziewczyny i Szaloną geometrię miłości. Tej ostatniej nikomu nie polecam, chyba że najgorszemu wrogowi. Stek emocjonalnych bzdur, który w ogóle mnie nie zainteresował i muszę przyznać, że niektóre opisy po prostu pomijałam. Inaczej bym zasnęła. Totalna tandeta. Z każdej książki zawsze staram się wyciągnąć coś pozytywnego, ale losy bogatej lesbijki i jej nieustanne wzdychania w stosunku do nowej wybranki przez, uwaga, 448 stron, przyprawiły mnie o nic innego jak rozwolnienie mózgu oraz poczucie straty czasu. Fuj.

Myślałam sobie też, że uda mi się ominąć wątek #metoo, bo czy #jateż? Zaczęłam się zastanawiać. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, by mężczyzna dotknął mnie wbrew mojej woli? Nie pamiętam. Czy kiedykolwiek i ktokolwiek molestował mnie psychicznie, czyniąc niestosowne uwagi? Możliwe. Ale też tego nie pamiętam. Natomiast dowiedziałam się dzięki tej kampanii, i uwierzcie mi, spadło to ma nie jak prawdziwy grom z jasnego nieba, że ktoś mi bardzo bliski owszem. Przez długi czas. I muszę przyznać, że ta wiadomość bardzo, ale to bardzo na mnie wpłynęła. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić cierpienia tej osoby. I nie wiem, jakim człowiekiem mnie to czyni, ale wreszcie wiem, po której stronie we Wzgórzu Psów Jakuba Żulczyka bym stanęła.

Konkluzja dalej jest ta sama. Trzeba żyć dalej. Naprzekór wszystkiemu.

Na przykład pracy.

Zatem co tam, panie, w wydawnictwie?

Mindfuck, mętlik, #turkus. Może nie za przyjemnie, ale na pewno i ciekawie, i kolorowo.
Wiecie, miałam taki moment, że strasznie się w tym miesiącu mazałam. No, czułam się jak kupa. Chciałam, żeby ktoś wreszcie zobaczył moje starania i powiedział: tak, Emilka, dobrze zrobiłaś. Doceniam, naprawdę, widzę to. I poklepał po główce. Ale, do cholery, to jest jednak praca na etat. Prawdziwa walka o przetrwanie. A ja już jestem za duża, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy.
Na całe szczęście praca dalej przynosi mi mnóstwo satysfakcji. I tak, w tym miesiącu, premierę mają dwie wspaniałe książki. Dumna jestem, że mogę tytułować się ich redaktorem prowadzącym, bo współpraca z tymi autorkami była po prostu przecudowna, a oba tytuły są niesamowicie wartościowe. Teatr snów autorstwa Iwony Anny Dylewicz to tajemnicza, mroczna historia Rudej, która zostaje porwana przez szkielety (fantastyka, super szybko się czyta, choć to 342 strony, polecam zwłaszcza spragnionym wartkiem akcji kobietom). Natomiast mający dzisiaj premierę Podróżnik bez powodu. W 40 dni dookoła świata to zapis kolejnej podróży wspaniałej, niezrównanej, nieprzewidywalnej Katarzyny Maniszewskiej, którą Sikora określiła mianem Wonder Woman wśród podróżniczek. Zatem jeśli jesteście złaknieni przygód i poznawania świata, no to polecam. Kasia dodatkowo jest osobą obdarzoną świetnym poczuciem humoru, więc W 40 dni dookoła świata aż kipi od anegdotek.

A jakie newsy z blogowego światka?

Jestem z siebie wyjątkowo dumna. Licząc ten wpis, napisałam w październiku aż 8 notek! I, uwaga, do każdej się przyłożyłam. Wam zaś najbardziej spodobał się tekst pt. Nie jestem matką i nie chcę być, dopóki istnieje Instagram, a zaraz za nim Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym, jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz. W ogólnej rocznej klasyfikacji zaś cały czas wygrywa kontrowersyjny wpis Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs. Ech, ta kasa, tyle emocji budzi, a niepotrzebnie.

Z drugiej strony miło byłoby mieć kiedyś taki komfort psychiczny, żeby na koniec miesiąca nie walczyć o przetrwanie i zastanawiać się, czy iść do dentysty teraz, czy w przyszłym miesiącu. Tymczasem masło kosztuje dalej 8 zł, a w necie pojawiają się takie piękne rzeczy…!

PolecamWam zatem dzisiaj dwa sklepy z ciuchami,

które absolutnie mnie ujęły.

Pierwszy to Floral Escape, absolutnie niesamowite kurtki, szorty i plecaki we florystyczne wzory, na które nie mogę się napatrzeć. Zresztą, sami zobaczcie:

Rewelacja, prawda?

A drugi sklep, który pokazała mi Sikora, to Dzień dobry. Sukienka Zielnik to moje małe marzenie, chyba będzie trzeba odżałować. 😉 Podziwiajcie na Insta, to firma jest Polska, a warto wspierać rodzime biznesy, to forma patriotyzmu, chyba wszyscy się z tym zgadzamy, a nie jakieś ali ekspresy, co nie?

Kończę. Napracowałam się w tym miesiącu. Biorąc pod uwagę trudy, z jakimi się zmagałam, nie ma tragedii. Żyję. Doceniam to. Najważniejsze to nie zapominać, co w życiu ważne i dbać o to, a potem o dziwo większość rzeczy sama się układa.

Moi mili, życzę nam wszystkiego najlepszego na listopad. Dużo energii, zieleni i ciepłych skarpet. Przesyłam Wam uściski i pozdrowienia!

Wasza

Emilia

 

 

 

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Blogowa prostytucja, czyli pisanie recenzji za hajs

Od kiedy przestałam brać do recenzji każde byle gówno, pierwszy lepszy wyrzyg quasi-literacki, który na nieszczęście otrzymał numer ISBN, musiałam zacząć się tłumaczyć. Krótkie nie jestem zainteresowana nie wszystkim wystarczyło. Pisanie, że nie mam czasu, też nie satysfakcjonowało niektórych osób, którym wyjątkowo zależało, bym zaopiniowała ich utwór. Nie rozumiem dlaczego. Moje zasięgi nawet nie smucą, tylko śmieszą, ewentualnie budzą politowanie. Może chodzi o to, że niektórzy po prostu nie lubią, kiedy im się odmawia? Postanowiłam zatem tego nie robić, tylko podać stawkę. I wtedy dowiedziałam się, że zajmuję się prostytucją.

Wiecie, dlaczego prowadzę Fabrykę dygresji?

Ponieważ jestem przekonana, że mam więcej do napisania, niż powiedzenia. Jestem świadoma, że moje teksty nie zainteresują całej rzeszy odbiorców, tylko wybraną grupę, ludzi podobnych do mnie. Czyli ludzi przeważnie urodzonych w latach dziewięćdziesiątych, rozmiłowanych w literaturze i często rozmyślających o swoich relacjach z otoczeniem. To, co piszę, ma więc prezentować takie treści, które sama chętnie bym przeczytała, bo nie chcę sprawić zawodu osobom, które odwiedzają mój blog.

Dlatego się przykładam.

Nie piszę o tym, co chciałabym sobie kupić, bo pierdolę konsumpcjonizm już od 2013. Uważam, że komercjalizm to piekielna machina, służąca do tego, by człowiek zapomniał o tym, że ma umysł i duszę. Ale nie potępiam osób, które lubią otaczać się ładnymi rzeczami, bo każdy ma potrzeby estetyczne i powinien zaspokajać je tak, jak najlepiej potrafi. Czasem dlatego muszę przeczytać tekst, który stworzyłam z pięć razy, by zastanowić się, czy moimi poglądami nikogo nie skrzywdzę. Bo słowa bolą bardziej.

Czytam dużo książek i chcę polecać te najlepsze, czyli napisane świetnym piórem i przekazujące istotne wartości. Zatem w trakcie lektury zaznaczam cytaty, robię notatki, a później próbuję zebrać moje wrażenia w zwięzły post, bo szanuję również czas gościa na mojej www.

Robię to, bo kocham pisać i czuję misję czynienia świata mądrzejszym.

Nie dlatego, że chcę wyłudzać hajs.

Ale kiedy ktoś ma interes w tym, bym przeczytała jego książkę, na co sama nigdy bym nie wpadła, bo mam inne zamiłowania literackie, bym poświęciła swój czas na wnikliwą analizę utworu, a później napisała tekst na ten temat, nie prosi o przysługę, tylko o usługę. A ja, jako osoba pracująca na etat, pochłonięta pisaniem własnej książki, tworzeniem treści na blog oraz media społecznościowe, a przy okazji chcąca raz na jakiś czas spotkać się z inną istotą człowieczą, mogę zdecydować, czy

a) zrecenzuję (bo dawno chciałam przeczytać proponowaną książkę, więc przyjmę egzemplarz z pocałowaniem ręki, choć jego wartość – te niby 40 zł w barterze za godziny spędzone na lekturze to śmiech na sali) w zamian za satysfakcję w trakcie czytania,

b) nie zrecenzuję,

c) zrecenzuję (nie wiadomo, czy pozytywnie) za odpowiednie wynagrodzenie.

Nie prowadzę bloga w celach zarobkowych.

To, że przyjmuję pieniądze za recenzję nie znaczy, że recenzja jest pozytywna. Nie sprzedaję ani siebie, ani swojej opinii, tylko szanuję mój czas oraz sztukę słowa pisanego.

Chciałabym, by więcej blogerów wychodziło z tego założenia. By nie zaniżało wartości blogosfery, zamieszczając podsyłane przez wydawnictwa informacje prasowe albo opiniując książkę w kilku pustych zdaniach, bo jarają się egzemplarzem książki, którą postawią raz na półce i później o niej zapomną. By wydawcy i autorzy przestali się łudzić, że blogerzy to banda nerdów, która ślini się, kiedy machnie im się byle jaką książką przed oczami.

Pisanie to trudne rzemiosło, zwłaszcza w czasach, kiedy vlogerzy wygryzają blogerów, bo ich przekaz jest łatwiejszy. Niełatwo napisać tak, by skłonić kogoś do lektury. Trzeba mieć pewne umiejętności, solidny wręcz warsztat, by skutecznie przekazać swoje myśli i nakłonić kogoś do sięgnięcia po lekturę, o której akurat piszemy. To nie jest jakieś pitu-pitu, tere-fere. To harówa. Przyjemna, ale harówa.

Zatem kiedy ktoś mi pisze, że z zasady jest przeciwny umieszczania płatnych recenzji gdziekolwiek, bo to sprzeczne z jego moralnością, mam ochotę strzelić mu w ryj, ale tylko przez ułamek sekundy, bo potem przychodzi politowanie. Osoba ta nie wie, w jakich czasach żyje, zatem jest odrealniona. Współczuć jej należy, po prostu.

A jakie jest Wasze zdanie? Recenzujecie za friko albo jedynie za egzemplarz od wydawnictwa tudzież autora? Jaki jest Wasz stosunek do pisania za wynagrodzenie? Koniecznie dajcie znać w komentarzu.

Jeśli zaś to, co napisałam, jakoś tam do Was przemawia, dajcie łapkę na Facebooku. Polubcie Fabrykę dygresji, bo to w 99,9 na 100 przypadków moja jedyna zapłata za kontent, który staram się dla Was jak najlepiej przygotować.

5 lat Fabryki dygresji – konkurs

5 lat Fabryki dygresji – konkurs

Po co mi to? O czym mam pisać? Jaki jest sens prowadzenia bloga? Możesz mi nie wierzyć, ale przez pięć lat istnienia Fabryki dygresji oraz około dziesięć lat pisania różnych blogów nie zwątpiłam ani razu. Bywały słabsze momenty, kiedy posty po prostu się nie pojawiały, ale wkrótce wracałam do formy, bo w życiu liczą się dla mnie tak naprawdę tylko dwie rzeczy. Pisanie i ludzie, a blog idealnie łączy te właśnie pasje.

Pisać po prostu lubię, ale ponieważ wierzę w utylitarystyczny charakter twórczości literackiej, pisanie dla siebie byłoby bez sensu. Ludzie są dla mnie zaś największą inspiracją. Uwielbiam ich obserwować i nawiązywać nowe, ciekawe znajomości. Czy jest coś przyjemniejszego niż wymiana refleksji na temat pisania, wspólne próby osiągania celów, wzajemna pomoc?

Bez Was, czyli osób, które odwiedzają Fabrykę dygresji, brakowałoby mi bodźców nie tylko do pisania, ale nawet do wstawania codziennie rano. To prawda, że czasem mam dosyć, kiedy skrzynka mailowa okazuje się być zawalona nie tylko SPAM-em, ale też wiadomościami od nieznajomych, którzy proszą o opinię swojego tekstu, pomoc w promowaniu książki, pomysł na zakończenie wątku. Trzeba odpisać i bywa, że zadanie to mnie przerasta. Nie jestem tak naprawdę żadnym specjalistą. Pracuję w wydawnictwie, studiowałam filologię polską, napisałam i opublikowałam swoją książkę, ale przede wszystkim jestem pasjonatem, który stara się być najlepszy w tym, co robi. I niewiele więcej.

Dzięki Wam sporo się nauczyłam. Przede wszystkim tego, że sukces innej osoby bywa często tak samo satysfakcjonujący, jak własny, jeżeli dołożyło się do niego jakąś cegiełkę. Wasze uwagi odnośnie mojej pisaniny zawsze brałam sobie bardzo do serca. Starałam się nie popełniać drugi raz tego samego błędu. Zauważyłam, jak wielką wagę ma słowo pisane i że czasami lepiej faktycznie pomyśleć, zanim się coś napisze. Albo, co gorsza, opublikuje.

Nie chcę Was zanudzać moimi osiągnięciami. Na szczęście nie ma ich dużo, uff. Mam skromny profil na Facebooku

oraz Instagramie, ledwo 20 osób w newsletterze – ale newsletter mam i bardzo się z tego cieszę. Za bardzo nie umiem się nim posługiwać, ale przynajmniej mogę Wam przesłać informacje o kolejnych odcinkach kursu Bohater prawdziwy. W zeszłym roku przeniosłam Fabrykę na prywatną domenę i z tego powodu również odczuwam pewną satysfakcję. A niebawem obejmuję pierwszy patronat medialny nad książką Magdaleny Pioruńskiej pt. Twierdza Kimerydu. Kiedyś może dorobię się profesjonalnego logo, acz na razie uczę się co najwyżej obsługi ustawiania reklam na fejsie i zajmuje mi to sporo czasu. Póki co zapraszam Was też do mojej grupy dla kobiet aktywnych literacko i publicystycznie – Kobiety Piszą. Fajnie jest, można się pochwalić swoją twórczością i dowiedzieć kilku ciekawostek, więc wbijajcie.

A ponieważ odczuwam głód nieustannego rozwijania się, proszę Was o dalszą pomoc. Wypełnijcie tę ankietę. Odpowiedzcie na pytania. Dajcie poznać się bliżej i powiedzcie mi, co robić, byśmy wspólnie stawali się lepszymi w tym, co nas łączy – w pogłębianiu pasji do literatury oraz czynieniu życia ciekawszym.

Dlaczego warto to zrobić?

Ponieważ spośród wszystkich ankietowanych generator wylosuje jedną osobę, która otrzyma pakiet 3 książek. Tytuły ujawnię wkrótce. Ankieta rusza teraz, a na Wasze odpowiedzi czekam przez 2 najbliższe tygodnie. Do dzieła!