Jutro zakończę kolejny rok mojego życia, ale zrobię to w plenerze, bez komputera. Odzywam się więc do Was dzisiaj, by podzielić się tym, co wydaje mi się, że potrafię najlepiej. Pisać. Chcę Wam opowiedzieć prześmieszną historię, której akcja toczyła się przez blisko 27 lat.

Jako jedynaczka, najmłodsze dziecko w rodzinie, byłam trzymana pod kloszem i popychana do tego, by być najlepszą. Starałam się dzielnie ćwiczyć grę na pianinie, ładnie odpowiadać na pytania pani w szkole i elegancko recytować wierszyki. Na poziomie podstawówki bardzo mi to odpowiadało, zresztą, do teraz uwielbiam rywalizować i brać udział w konkursach. Tylko że już jako nastolatka, na etapie gimnazjum, kiedy wokół pojawiło się więcej dzieciaków, przeżyłam lekki szok. Nie byłam najlepsza we wszystkim. Nie lubiłam matmy. Fizyka była dla mnie totalnym, nieprzydatnym do niczego nonsensem. Pojęłam, że nie da się we wszystkim wygrywać, ale pamiętam, że dostałam gigantyczną burę od mamy za to, że po raz pierwszy nie przyniosłam do domu świadectwa z czerwonym paskiem.

Potem chyba cały czas starałam się jej coś udowodnić. Że mimo tego jestem warta jej miłości. Chwaliłam się totalnymi pierdołami, podczas gdy porażki skrzętnie zamiatałam pod dywan.

A dywan rósł, i rósł, aż w pewnym momencie, na studiach, po prostu mnie przykrył. Był tak ogromny, że nie dałam rady się spod niego wyczołgać. A wszystkie porażki zgromadzone przez lata wirowały wokół mnie, wlatując do ust i próbując udusić. Uniwersytet i akademik to były dziwaczne miejsca, wypełnione ludźmi, którzy tkwili w życiowym rozkroku. Rodzice wymagali od nich papierku, państwo szybkiego wzięcia się do pracy, a do tego trzeba było jeszcze sobie jakoś poukładać, kim chce się być, bo inaczej całe studia na nic. Ale wszyscy bez wyjątku pragnęli mieć kasę, mieć dziewczynę/chłopaka, mieć ładne CV. O tym, co z tego wszystkiego wynika, piszę w Piromanach.

Kiedy podjęłam pracę w wydawnictwie podróżniczym, zrozumiałam, jak wielką iluzją jest mieć.

Ale jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy po prostu być.

Rok temu, kiedy po latach zrezygnowałam z etatu, znalazłam się w tym samym punkcie, co po ukończeniu liceum, ale tylko pozornie. To był punkt zwrotny w mojej historii.

Prócz siebie tak naprawdę nie miałam nic. No bo można by było tak pomyśleć. Dach nad głową należał do rodziców, konto bankowe pod kreską, więc w sumie mniej niż nic, niekorzystne wyniki badań, no i co teraz?

Teraz.

Pamiętam, jak bardzo się bałam. A z drugiej strony wiedziałam, że będzie dobrze, o czym pisałam w ostatnim urodzinowym poście pt. Stan umysłu na 26. urodziny: nie chcę niczego.

Właśnie wtedy, znaczy się teraz, zaczęłam być. Być z ludźmi, którzy mnie otaczali, a nie ich mieć.

Czasem widzę, jak niektórzy używają zwrotu: posiadanie przyjaciela jest takie cudowne. Serio? Serio posiadasz drugiego człowieka na własność? Zobaczymy, co będzie, gdy przyjaciel zrobi coś, co nie będzie po Twojej myśli… Właśnie to mnie bolało, że ludzie nie są tacy, jacy chciałabym, by byli. Że mój tata nie jest np. profesorem na uczelni, choć za dzieciaka uważałam, że to najmądrzejsza osoba na świecie. Że moja mama jest zafiksowana na punkcie grządek i woli sadzenie marchewki od czytania książek. A z drugiej strony być może mój tato chciałby, bym została astrofizykiem, a mama chciałaby, żebym zamieszkała na wsi, wzięła ślub i urodziła jej wnuka…? Przecież przez takie fiksacje naszych mózgów robi się niezłe bagno. A to wszystko tylko złudzenia.

W rzeczywistości moi rodzice, tak samo jak i ja, nie jesteśmy jacyś super mądrzy.

Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Ale jesteśmy dla siebie nawzajem.

I ja też, bez względu na to, co miałam lub czego nie posiadałam, jestem dla siebie. Bez zbędnych rzeczy, bez balastu, mogę wybrać taką ścieżkę, jaką tylko chcę.

Kiedy się jest z innymi ludźmi, może się wszystko.

Przewartościowanie i pamiętanie o tym, że już nikomu nie trzeba nic udowadniać, jest trudne. Trudno zrozumieć, że przez wiele lat pracowało się na coś, po coś, podczas gdy wszystko, czego kiedykolwiek było nam trzeba, było z nami od momentu urodzin. Śmiać mi się z tego chce teraz, ale są momenty, kiedy się zapomina. Takich momentów jest zdecydowanie więcej, więc dochodzi do dziwnych, ale wspaniałych rozmów. Kiedy próbujesz wyrzucić z siebie te złe emocje, które narosły w Tobie przez lata, a spotyka Cię ta banalna prawda, że to Ty stworzyłaś te złe emocje.

Przykład? Nie dalej, niż miesiąc temu, taki oto dialog.

Ja: <Z rozpaczą> Mamo, jestem tak totalnie bezsilna, bo cokolwiek zrobię, ty i tak nigdy nie będziesz ze mnie dumna!

Mama: <Konsternacja> Kotku, ale… Przecież ja nigdy ci nie powiedziałam, że jestem z ciebie dumna.

Ja: <Podwójna konsternacja> No właśnie o tym mówię, nie? Ani nie powiedziałaś, ani nie byłaś.

Mama: <Potrójna konsternacja> Ale to chyba dobrze? Duma to przecież nic dobrego. To takie unoszenie się pychą. Zadufanie. A ja się po prostu cieszę za każdym razem, gdy udaje ci się coś zrobić. Mam wielką radochę wtedy, gdy ty masz. Jestem w tym szczęściu razem z tobą, zawsze, bo cię kocham… Zrobiłam coś nie tak?

Do tej pory jestem wzruszona, kiedy wspominam ten moment.

Na teraz jest to koniec historii. Mam nadzieję, że widzicie morał, albo nawet kilka, gdyż… No, jest ich kilka.

Epilog?

Walę w klawiaturę laptopa. Sprezentował mi go mój ukochany w zeszłym roku, bo nie miałam nawet na czym pracować. (Tutaj znaczący uśmieszek w stronę osoby, która przyczyniła się do zagłady mojego poprzedniego sprzętu, bo to było takie zabawne!). Dobrze wykorzystałam ten prezent. Napisałam drugą książkę. Odpisałam na tysiące maili od Czytelników bloga. Poprowadziłam kilka procesów wydawniczych i zrealizowałam dziesiątki innych usług w mojej własnej firmie, opartej na działalności blogowej. Ale to nie jest najważniejsze.

Mieszkamy razem, ukochany i ja, a także nasz przyjaciel. Zajmujemy jeden z jeżyckich fyrtlów. Całkiem zacny. Nie mamy jeszcze regałów na książki, więc jak ktoś ma jakieś zbyteczne i jest z Poznania, to może dać znać. Przygarniemy.

Dziś jest też 99 dzień bez palenia. To jest dopiero numer, nie? Też śmieszna historia. Zwłaszcza, jeśli w pamięci ma się mój wpis z 2013 pt. Faje, fajki, fajeczki… Boki zrywać.

Mój największy sukces? Może to, że wczoraj nie zamówiłam pizzy i nie kupiłam lodów, bo miałam w zamrażarce kopytka i mrożone maliny? O to chodzi w sukcesie, tak? By podejmować świadome wybory, które zaowocują w przyszłości? Żyć w teraźniejszości, a wtedy przyszłość będzie co najmniej tak dobra jak to, gdzie jesteśmy tu i teraz? Jak wielu ludzi w ten sposób rozumie pojęcie sukcesu i co Wy uważacie na ten temat?

No ale zakończenie jest otwarte, bo póki co, to się z tego świata nigdzie nie wybieram.

Jeśli chcecie mi złożyć jakieś życzenia, to nie musicie używać słów. Pomyślcie o mnie ciepło.

Jeśli zaś chcecie dać jakiś prezent, to zaproponujcie temat wpisu na bloga (bo może potrzebujecie się czegoś dowiedzieć o pisaniu, wydawaniu lub promowaniu książki lub skonfrontować spojrzenie na dany temat), wypełnijcie ankietę albo kupcie którąś z książek w Sklepiku Fabrycznym. Albo wszystkie trzy na raz. Albo zajmijcie się sobą, to też będzie ok.

A przy okazji informuję, że będę na następujących eventach:

Influencer Live Poznań – 11 i 12 maja. Warszawskie Targi Książki – 23, 24 (częściowo) i 25 maja. Festiwal Fantastyki Cytadela w Nowym Dworze Mazowieckim – najprawdopodobniej 24 maja (prelekcja Fantastyczny debiut. Jak zrobić, żeby sprzedać i zarobić?). See Bloggers Łódź 7 i 8 czerwca. Także wiecie, jak chcecie mnie wyciągnąć na kawę, pokazać fajne miejsca czy klimatyczne księgarenki albo cokolwiek, to jest ku temu kilka okazji. Piszcie z interesującymi propozycjami na

kontakt@fabrykadygresji.pl

Do zobaczenia, Kochani!

Wasza

Moja miłość, czyli ile zyskałam dzięki książkom i dlaczego literatura to życie?

10 rzeczy, które mają magiczną moc. Sprawiają, że każdy miniony rok jest lepszy od poprzedniego!

7 wniosków na temat jedzenia. To dzięki nim schudłam!