Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym,

Mając depresję, jesteś wrzodem na tyłku dla całego świata, czyli o tym,

jak wstałam z łóżka i Ty też to zrobisz

 

Kiedy otwierasz rano oczy, masz dwie opcje. Wstać albo nie.

To jest ten najcięższy moment każdej doby, kiedy powraca do Ciebie świadomość, a razem z nią natrętne myślenie. Że na dworze jeszcze jest ciemno, prawie tak samo, jak w Twoim sercu. Że trzeba się szybko ubrać, bo zimno, a przecież nie ma się siły robić niczego szybko, więc to jest problem. I w pracy też problemy, rzeczy do pozałatwiania. Jak to wszystko udźwignąć, wykonać te telefony, nakłonić kogoś do zrobienia czegoś, skoro samemu nie można zmusić się do czegokolwiek?

Będzie niedobrze. Zapytają Cię, czemu się nie uśmiechasz i czy coś Ci dolega. Nie wyplujesz im prosto w twarz, że czujesz się jak gówno, no i jakim cudem jeszcze tego nie zauważyli, bo to niegrzeczne. A nawet, jeśli to Cię nie obchodzi, to i tak bez sensu, wdawanie się w dyskusje na temat pomocy, kiedy wiadomo, że i tak ci nikt nie pomoże. Łatwiej będzie przylepić ten cholerny uśmiech, pokiwać głową parę razy, dostać skurczu karku i bólu brzucha od tego wszystkiego, zwymiotować własną hipokryzją, a potem iść do domu.

Obijać się od ściany do ściany, pluć sobie w brodę, że znowu się nie chce, że znowu się nie może chcieć, już się zwyczajnie chcieć nie potrafi. Albo dalej udawać. Zobowiązywać się do wykonywania czynności i ich nie podejmować. Rozwlekać wszystko w czasie, być przyczyną nerwów przełożonych albo kolegów z zespołu, nie odbierać telefonu od rodziców, przyprawiać własną matkę o palpitacje serca, kiedy nie może się z Tobą skontaktować. A potem jeszcze przez to mieć wyrzuty sumienia. I udawać, że nie słyszy się domofonu, kiedy przyjaciele są już na tyle zdesperowani, że bez zapowiedzi postanawiają Ci wbić do mieszkania. Albo podejść do drzwi, wystękać, że grypa żołądkowa, znowu zapętlić się w kolejnych kłamstwach, sprawić, że już nie jest im Cię żal, tylko są po prostu wkurwieni, bo ile razy można wyciągać pomocną dłoń i w zamian dostawać liścia?

No więc będziesz leżeć, nie będziesz wychodzić z łóżka, bo to, co poza pościelą, czyli rzeczywistość, uwiera, gryzie, kopie…

I nie będę Cię oszukiwać, w życiu pięknych chwil jest nieporównywalnie mniej niż tych obrzydliwych, śmierdzących, bezbarwnych. Nikt Cię nie będzie klepał po główce, gdy stłuczesz sobie kolano, nikt nie będzie klaskał, kiedy załatwisz jakąś sprawę. W dodatku, choćbyś nie wiadomo, jak bardzo byś się starał, prędzej czy później pojawi się człowiek, który sprawi, że najchętniej strzeliłbyś sobie w łeb. A potem Ty, dlatego, że dałeś się złamać, będziesz sprawiać, że Twoi bliscy będą chcieli sobie strzelić w łeb przez Ciebie. Z bezradności wobec Twojego stanu. A potem niestety część z nich wzruszy ramionami i pójdzie dalej, pomyśliwszy sobie, że to Twoja sprawa, jak chcesz gnić w łóżku, chlastać się po nadgarstkach, gadać godzinami o tym, jakie wszystko jest bez sensu albo po prostu się zabić, no to OK. Nie wszyscy muszą umierać na raka albo zawał serca, ktoś musi popełnić samobójstwo, jakieś urozmaicenie na cmentarzu musi być.

Ale ostatnio spodobała mi się idea życia na przekór. Może Tobie też przypadnie do gustu.

Skoro tak łatwo być zgnojonym przez ludzi, ja nie będę.

Skoro inni tak łatwo się poddają, ja nie muszę.

Skoro prawie każdy, kogo zapytam, mówi, że ma depresję, ja nie będę. Już abstrahując od tego, co tam mam na skierowaniu do specjalisty wypisane. Albo w jak wielkim stopniu moje słowa zakrawają na typowe wyparcie. Czy tam zaprzeczenie.

Póki jeszcze czuję, mogę wstać. Dla mnie niewstawanie, choć kuszące, nie jest w tym momencie opcją. Choć jest ciężko, ludzie, których mam wokół siebie, są zbyt wspaniali na to, żebym ich po raz kolejny zawiodła.

I jeśli został w Tobie choć cień umiłowania do życia, iskra miłości do osób, które masz blisko siebie… Wstaniesz z łóżka.

Pójdziesz dalej.

Powolutku.