Kieruje mną siła Kosmosu!

Kieruje mną siła Kosmosu!

Albo znajdziesz sposób obejścia przeszkody, albo musisz ją zlikwidować. One nie znikają, co chwilę pojawia się jakaś nowa. Jeśli nie będziesz pracować systematycznie, to spadną na Ciebie z impetem. Tak jak na mnie, kilka lat temu. Pogruchotały mi kości i sprawiły, że nie mogłam się podnieść przez kilka miesięcy. Od tego czasu jestem przeciwniczką uciekania i staram się od razu załatwiać bieżące sprawy. Bo nikt za mnie nie ogarnie mojego życia. Aż tu kurde, nagle…

Samo się robi dobrze.

Podejrzane, prawda?

Nie że nie mam żadnych kłopotów. Czasem mnie mama zdenerwuje, zdrowie nie dopisze, brudne naczynia będą się wysypywać ze zlewozmywaka, Play wystawi nagle wyższą fakturę, bo nie zrezygnowałam w odpowiednim momencie z Showmaxa… Taka codzienność. Lekki dyskomfort, nawet nie ma co roztrząsać, bo dzieje się o wiele więcej dobrych rzeczy.

W maju całkiem sporo.

Spędziłam miły weekend w towarzystwie twórczych osób podczas warsztatów z Maszyną do pisania. Pogadałam sobie całkiem solidnie z Przemkiem Semczukiem, u którego byłam w grupie, i z Sylwią Chutnik (chwilę o boksie). Poznałam ludzi, których historie życiowe są tak fascynujące jak ich teksty. Utwierdziłam się w przekonaniu, że zajebiście piszę, ale że i tak muszę się nieustannie uczyć.

Zawsze jest jakaś wiedza czy umiejętność do zdobycia.

Jadłam u Weroniki w nowym mieszkaniu lody i zupę z termomiksu, pojeździłam trochę z Jagodą na rowerze, nie za dużo, bo kondycja znowu spadła, Sikora zaś wyczarowała mi fenomenalną fryzurę.

Zrobiłam sama, własnymi rękoma i słowami, pieniądze, pomagając młodym pisarzom z ich tekstami. Założyłam firmę. Tak. Fabrykadygresji.pl jest teraz nie tylko blogiem, ale i agencją marketingową dla autorów (zapraszam do usług, jeszcze nie wszystko działa, ale stopniowo się z tym uporam). Zaczęłam ogarniać fenomenalny zespół. Fajferek będzie robić www, Rebelski sesje zdjęciowe, Adamus filmy promocyjne książek i autorów, Dolata jak zawsze graficzne majstersztyki… To nie koniec, a już taki sztos! Ach! Dostałam też piękny prezent od Andrzeja, mojego autora jeszcze z poprzedniej pracy i mnóstwo przepięknych słów od nowych twórców, z którymi działam.

Oczywiście nawinie się jakaś osoba, która chce mi zrobić pod górkę, ale chyba nie wie, że ja góry po prostu kocham! I tak, ustaliliśmy już termin lipcowego wypadu, przedtem będą Mazury, a w czerwcu jeszcze Wrocław (Pierwsze Targi Książki Niezależnej! zainteresowani, piszcie po info na fabrykadygresji@gmail.com!) i Lublin, i jejku, jak ja się nie mogę tych wojaży doczekać!

Większość rzeczy sama układa się chyba całkiem nieźle. Albo… po prostu mi się tak wydaje, co jest bardziej prawdopodobne. Ostatnimi czasy wyrobiłam sobie po prostu chyba taki stan umysłu. Kosmos po prostu, bo czasem ludziom wokół, tym wbitym twardo w glebę, trudno zrozumieć, że ja mogę być po prostu szczęśliwa. I że nie jest mi przykro, kiedy odmawiam. Mówię nie, bo nie i tyle. I że nie martwię się ani ich zdaniem, ani kasą. Bo jak jest, to fajnie, a jak jej nie ma, to trzeba zorganizować, no i tyle. Wspaniałe jest to podejście, którego się nauczyłam od jednej z najważniejszych osób w moim życiu. Jestem za to ogromnie wdzięczna.

Miłość. Przyjaźń. Spokój. Natura. Kosmos!

Nawet sobie zainstalowałam aplikację Prana Breath. Wykonuję ćwiczenia oddechowe, będące wstępem do medytacji. I z pełną piersią świeżego powietrza jest mi naprawdę o wiele lżej. Mniej stresu w każdym razie. Chociaż to pewnie zasługa odejścia z etatu.

I niczym Alexis z Wymazanego, na wszystko odpowiadam: nie ma problemu! Oto chyba recepta na sukces.

Wszystkiego dobrego na czerwiec, kochani!

I dzięki, że jesteście!

Buziaki!

Wasza

10 najważniejszych momentów 2017. Każde spotkanie z przyjaciółmi

10 najważniejszych momentów 2017. Każde spotkanie z przyjaciółmi

— Gdzie ty jesteś?

— U L., leżymy sobie.

— Jak to?! Przecież za godzinę jest twoja impreza! Za pół godziny jestem u ciebie, ma być posprzątane do tego czasu!

Czasem sobie myślę, że mój szef jest czarodziejem. Ma zdolność zatrudniania w firmie ludzi, którzy wykonują swoje obowiązki nie dla pieniędzy, lecz z prawdziwej pasji. A do tego stają się, jak Sikora, moimi najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki Agacie moja praca nie jest już tylko przyjemnością czy wyzwaniem. Nawet wtedy, kiedy sprawia mnóstwo trudu, wciąż potrafi być dobrą zabawą dzięki czasowi wspólnie spędzonemu z osobą, którą darzy się miłością i zaufaniem. Bywają momenty, kiedy z Agatą praktycznie nawzajem ocieramy sobie pot z czół. Tylko że to nie wszystko. Może i 80% naszych rozmów po pracy dalej jest o pracy, ale i w tych dwudziestu procentach potrafimy się doskonale dopełniać (przynajmniej tak czuję, jeśli się mylę, to mnie popraw ;)). Kiedyś z Sikory zrobię główną bohaterkę jednej z książek, bo tak w kilku słowach po prostu się nie da wyrazić całego uznania dla jej skromnej, przefantastycznej osoby, której telefony zawsze motywują mnie do życia. I tak też było tym razem.

Chwilę później wyszliśmy z moim chłopakiem z kamienicy i udaliśmy się na zakupy. Po drodze dołączył do nas mój współlokator. A po zaopatrzeniu się na parapetówkę, spotkaliśmy na chodniku Bohara. Ubranego w strój listonosza, gdyż właśnie zaczął się parać tym zajęciem.

— Ja nie wiem, co ty tu jeszcze robisz, za pół godziny impreza, a ty sobie w najlepsze pracujesz, co to ma znaczyć?! —  zawołałam. Sikora byłaby dumna.

Wiecie, że Bohar był kiedyś moim współlokatorem? To wspaniałe, że pomimo roku wspólnej koegzystencji oraz tego wpisu nasza przyjaźń przetrwała. Piotrek jest osobowością bardzo specyficzną, inteligentną i rześką. Myślę, że niedługo zrozumie, że musi zostać podróżnikiem, tak jak mu to zwykłam powtarzać.

Goście zaczęli się pojawiać oczywiście wtedy, kiedy byłam jeszcze pod prysznicem. I dotarło ich mnóstwo. Byłam zszokowana, jak wielu osobom chciało się przyjść w tym zimnie. Mimo że nie byłam w tym roku najlepszą przyjaciółką, bo trzymałam się daleko na uboczu, moi przyjaciele potrafią to zrozumieć, dalej się o mnie troszczą i chcą być obecni w moim życiu. Nawet ci, których poznałam, mając siedem lat. Czy to nie cudowne? Czy to nie powód, by żyć, a wręcz skakać z radości?

Dziękuję Wam za obecność. Za alkohol, roślinki i rogale świętomarcińskie. Ale wciąż przede wszystkim za obecność.

Czasem zdarza się, że pośród szarej codzienności ma się z niektórymi bardzo ograniczony kontakt. A innych niekiedy się gubi. Ale ci specyficznie przyjaciele wcale nie są nieobecni. Mimo braku codziennych czy comiesięcznych nawet rozmów, obserwują nasze poczynania. Dlatego choć zobaczenie wszystkich tych uśmiechniętych buzi na parapetówce było kosmicznie przyjemnym przeżyciem, trzy rzeczy, które wydarzyły się później, także wniosły w moje życie mnóstwo radości.

Telefon od Kazia. To taki niezwykle szarmancki mężczyzna (nie nazwę go starszym, bo dostałabym ochrzan, zresztą data w dowodzie nie jest zbyt miarodajna), który razem z braćmi zbudował katamaran a potem dziewięć lat pływał po morzach i oceanach razem z dwójką dzieci. (Więcej informacji o Kaziu na jego www). Pogadaliśmy sobie o codzienności i biznesach, powspominaliśmy Kraków, umówiliśmy się na marcowe Kolosy. I nagle świat stał się piękniejszy. Jestem zaszczycona, że mogę poznawać takich ludzi. Ale mam w życiu farta.

A potem odczytanie folderu inne na Facebooku. Wiecie, prowadzę instagram, zdarza mi się opublikować zdjęcie stóp, piszą do mnie różne osoby, nie wszyscy kulturalnie i nie wszyscy po to, by wyrazić uznanie na temat mojej działalności blogowej. Dlatego kiedy jakaś nieznana osoba z niewpisanym imieniem i nazwiskiem zaczyna do mnie pisać w stylu: co tam, nie zwracam na nią szczególnej uwagi. Pisząc z każdym, może i miałabym dwóch nowych znajomych co tydzień, ale czy kiedykolwiek mi na tym zależało?

Na prawdziwych przyjaciołach mi zależy.

Po sześciu miesiącach skapnęłam się, że tajemnicza osoba, która do mnie sporadycznie wypisuje, nie jest zboczuchem, czającym się na moje stopy. Tylko przyjacielem, z którym utraciłam kontakt po przeprowadzce (zmieniłam numer telefonu, tamta osoba nie miała wcześniej żadnego profilu na społecznościówkach, nie odpisywała na maile, takie tam). Wiecie, w jaką euforię wpadłam? Nie widziałam się z tym wyjątkowym człowiekiem ponad dwa lata. A siedem dni później siedzieliśmy już w mojej kuchni, pijąc wino i obgadując stare czasy.

Właśnie to jest dowód na to, że magia istnieje.

Kolejnym dowodem jest też to, iż moja ukochana Jagódka wyciągnęła mnie na sam koniec roku nad morze. To stąd płyną do Was moje słowa. Międzyzdroje są super, a czas spędzany z przyjaciółką, nawet, jeśli jest to milcząca wspinaczka po schodach na Kawczą Górę, wprost bezcenny. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej końcówki tego roku.

Przy okazji życzę Wam, byście potrafili utrzymać swoje przyjaźnie. By nie rozłączyło Was milczenie, odległość czy nieistotne konflikty. Byście potrafili zobaczyć, kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto tylko za takiego się podaje, gdyż bywa to trudną sztuką. I żebyście, co najważniejsze, sami byli najlepszymi przyjaciółmi, jakimi potraficie. Im więcej od siebie dajecie, tym więcej możecie otrzymać, ale samo dawanie i tak jest super!

Przesyłam Wam znad polskiego morza gorące uściski!

Wasza

Emilia

Upadek Nadziei autorstwa Kacpra Rybińskiego – rozstrzygnięcie konkursu patronackiego

Upadek Nadziei autorstwa Kacpra Rybińskiego – rozstrzygnięcie konkursu patronackiego

Jak pewnie pamiętacie, 3 kwietnia był datą premiery książki autorstwa Kacpra Rybińskiego pt. Upadek Nadziei. Z tej okazji zorganizowałam konkurs, w którym nagrody stanowiły 4 egzemplarze powieści fantastycznej debiutującego autora. A oto zwycięzcy!

aha

 

Silwana. Ujęła mnie twoja historia wyjazdu do stolicy i powrotu na stare śmieci, czyli do Torunia. Przesyłam Ci Upadek Nadziei trochę przewrotnie, ponieważ mam nadzieję, że stanie się coś, dzięki czemu znów pokochasz miasto, w jakim teraz przebywasz, i w którym dorastałaś. Oby ta książka nie rozczarowała cię tak, jak te, które zdarza Ci się kupować. Może uda Ci się wyjechać do Japonii lub Korei i przestaniesz tęsknić za Warszawą, zaczniesz zaś za dalekimi krajami? A może odkryjesz dzięki podróżom piękno rodzinnego gniazdka? Zobaczymy. W każdym razie książka wędruje do Ciebie.

Nana, mieszkająca w magicznej krainie pośrodku Bieszczad. Bardzo spodobała mi się Twoja wypowiedź, wiesz? Zwłaszcza ostatni akapit, bo wydaje mi się, że kiedy naprawdę jesteśmy zżyci z miejscowością, w jakiej obecnie egzystujemy, ich cechy są dla nas jednocześnie pozytywne, jak i negatywne. A to świadczy o miłości do konkretnego miejsca. Tak przynajmniej to sobie w głowie ułożyłam.

Magdalena. Utwieredziłaś mnie w przekonaniu, że muszę koniecznie wybrać się do Łodzi. Wierzę, że to naprawdę przepiękne miasto. Z wielką chęcią odwiedzę Pasaż Róży.

upadek

Ewa G-S, bo napisałaś o mieście, które darzę najprawdziwszym, gorącym uczuciem. Kraków wprost wielbię. Jest to dla mnie prawdziwa stolica Polski, w której przeżyłam najmagiczniejsze chwile mojego życia. Co prawda narzekasz trochę na pobyt w tym mieście, przeżyłaś spore rozczarowanie, jednak odnalazłaś ludzi, z którymi możesz świetnie spędzić czas i to jest właśnie najważniejsze. Mam nadzieję, że mimo trudnych początków, z czasem sytuacja się zmieni na jeszcze korzystniejszą. Trzymam kciuki i oby tak dalej.

Marta z Milanówka. Pochodzę z miasta o podobnych rozmiarach i warunkach. Nie wiem, czy potrafiłabym jednak napisać o nim tak wspaniale, jak Ty. Cieszę się, że centralnym punktem dla Ciebie jest biblioteka. To naprawdę budujące.

Ups, mieliśmy chyba 4 nagrody do rozlosowania… Trudno. Każda dziewczyna, która skomentowała wpis o konkursie, zasługuje na nagrodę, Upadek Nadziei autorstwa Kacpra Rybińskiego. Napisałyście prosto z serca, a ja nic bardziej sobie nie cenię, niż szczerość w tekstach. Dlatego do każdej z Was piszę maila i proszę o podanie adresu. Do książek dołączam także drobiazgi – pocztówki, które możecie zatrzymać albo przekazać jakiejś bliskiej osobie, z hasełkiem, takim też od serca.

Wysyłam jutro, dojdą pewnie do Was jeszcze na wielkanocnego zajączka, a jeśli nie, koniecznie dajcie znać, sprawdzimy, gdzie przesyłka.

Gratuluję!

A w przyszłym tygodniu kolejny konkurs – i kolejne wartościowe książki do wygrania… Złe mięso Kuby Szczapińskiego, możecie już obczaić. Żeby być na bieżąco, otrzymywać kolejne nagrody i być ukulturalnionym człekiem, lajkujcie Fabrykę dygresji na Facebooku. Howgh!

Czy warto mieszkać w akademiku?

Czy warto mieszkać w akademiku?

Podejmuję ten temat, ponieważ za miesiąc zbliżają się matury i z pewnością niektórzy z Was zastanawiają się teraz, co robić w życiu oraz na jakie studia składać papiery. Robaczki, jeśli jeszcze tego nie wiecie, nie stresujcie się z tego powodu. Możecie sobie ubzdurać, że najbardziej na świecie chcecie zostać wybitnymi artystami, a w wieku czterdziestu lat zakochać się w zgłębianiu wiedzy o tkankach chrzęstnych włóknistych i zapisać się na zaoczne z biologii. Jeden pies, co robicie, ważne, żebyście się dobrze czuli i… mieli gdzie mieszkać.

Jeżeli jesteście z dużego miasta i popełniacie ten błąd, by w nim studiować – trudno. Ale jedźcie później na jakąś wymianę studencką – jeśli nie od razu Erasmus, to może chociaż MOST, żebyście poznali trochę świata. Wiem, że naprawdę rozwinięty emocjonalnie człowiek jest w stanie więcej przeżyć, przemieszczając się z sypialni do kuchni niż przeciętna osoba podróżująca z Trójmiasta do Belmopan, ale najpierw trzeba tych emocji trochę w życiu zaznać.

W związku z powyższym, polecam również mieszkanie w akademiku.

Mimo tego że właśnie tam stwierdzenie, iż student to żart w złym guście, nabiera pełnej mocy, nigdzie indziej nie przeżyje się tylu magicznych chwil, zarówno tych dobrych, jak i złych. Po wyprowadzce z akademika stajesz się innym człowiekiem, a anegdot do opowiadania będziesz miał na całe życie. Dlaczego zatem warto mieszkać w akademiku?

  1. Poznajesz mnóstwo nowych ludzi.

    Nawet nie wychodząc ze swojego pokoju, jeśli trafisz na fajnych współlokatorów. Część z nich może zostać Twoimi najlepszymi przyjaciółmi na całe życie.
    Już pierwszego dnia, kiedy nawet nie zdążyłam się rozpakować, oprócz moich wspaniałych, pięknych współlokatorek, Pałki i Iriny, poznałam Bossego (po prostu otworzył drzwi, położył się na wolnym łóżku i zaczął narzekać na cały świat), Piotra (podłączenie internetu bywa w akademiku dosyć skomplikowane za pierwszym razem, więc zawsze przyda się pomocna dłoń czarodzieja-informatyka), Grubego oraz Cypka (wystarczyło wyjść zajarać na korytarz), a wkrótce również Zuzię, z którą aktualnie miewam mnóstwo fantastycznych przygód, wynajmując mieszkanie na Piątkowie.
    Nie jestem w stanie zliczyć cudownych chwil, jakie tam przeżyłam, pasjonujących historii, których wysłuchałam oraz zdarzeń, w jakich brałam udział. Część z nich stanowiła ogromną inspirację do napisania Piromanów (jest akurat super cena na stronie Wydawnictwa Dygresje), więc jeśli chcecie przeczytać, jak mniej więcej wygląda życie w jednym z poznańskich akademików, polecam. Oczywiście, zdarzały się też chwile okropne, o jakich również musiałam napisać. Depresje, imprezy po bandzie, dosyć niemiłe w skutkach, balowanie kosztem obecności na zajęciach, niekiedy paskudne warunki… Ale dzięki nim jestem przekonana, że

  2. Nabierasz hartu ducha.

    Nasłuchasz się tylu ekstremalnych historii, że kiedy później będziesz rozmawiać z koleżanką na uczelni, która nie wyspała się, ponieważ musiała przejrzeć ze dwadzieścia stron internetowych w poszukiwaniu wymarzonego modelu buta, będziesz mogła wspólnie odczuwać ból niewyspania. Tyle że ty ubiegłej nocy sprzątałaś krew i szkło po tulipanach, bo pod twoim pokojem doszło do wojny polsko-kazachskiej, potem chowałaś narkotyki swojego kumpla, ponieważ w pobliżu kręciła się policja, a ostatecznie trzeba było się uspokoić piwem na schodach i graniem w karty do szóstej rano. W międzyczasie też czegoś szukałaś, tylko był to akurat czysty sedes, no ale po zwiedzeniu trzech pięter też się nie udało, więc możesz przybić piątkę z koleżanką i wreszcie iść do przyzwoitej toalety na wydziale.

  3.  Uczestniczysz w podstawach życia rodzinnego.

    Pieniądze na studiach w dziwny sposób wpadają do czarnej dziury. Nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy. Na szczęście masz swoją bandę i żyjecie wspólnie w komunie, więc radzicie sobie, jak możecie. Pamiętam, że w pewnym momencie mieliśmy nawet Bazę, pokój, w którym jedliśmy wspólnie przygotowane obiady i na zmianę nocowaliśmy. Wspólnie robiliśmy pranie i zakupy, kręciliśmy papierosy oraz zaopatrywaliśmy się w alkohol w hadesowej melinie. Kiedy jedno z nas chorowało, dbała o niego cała paczka. Jeździliśmy do lekarzy, chodziliśmy do kina, uczyliśmy się (nawet tak się zdarzało!) i wspieraliśmy w każdy możliwy sposób.

  4. Otwierasz się na inność.

    W budynku, w którym żyje kilkaset, nie troszcząc się o to, by zamknąć drzwi od swojego mini-mieszkanka, tak naprawdę trudno jest być zamkniętym. Zawsze podziwiałam dziewczyny, które potrafiły nie wystawiać nosa ze swojego kąta, podczas gdy wokół tyle się działo. Bardzo mile wspominam na przykład mieszkających w akademiku obcokrajowców. Hiszpanów, Włochów, Ukraińców, Białorusinów, Japończyków… Kiedy trzeba było sobie pomóc, nie liczyła się narodowość, religia, preferencje polityczne, kolor skóry, orientacja seksualna, płeć czy rodzaj diety. Poprawił się zatem nie tylko mój język angielski, ale i próg tolerancji. Tudzież ten próg zupełnie zaniknął.

  5. Zakochujesz się.

    Nie jestem w stanie teraz zliczyć, ile razy się zakochiwałam w trakcie mojego trzyletniego chyba mieszkania w akademiku. Romansowanie było jedną z częstszych aktywności, jakie lubiliśmy podejmować. Dla większości były to pierwsze kontakty seksualne i nawiązywanie poważnych relacji. Uczyliśmy się bycia w związku albo po prostu dobrze bawiliśmy. Niekiedy łatwo było pomieszać te dwie sprawy, więc te przygody kończyły się koszmarnie (albo, co gorsza, nie potrafiły się skończyć i ciągną się do tej pory jak smród po gaciach), ale te lekcje również były bardzo potrzebne. Do końca życia nie zapomnę nocy, kiedy księżyc był w pełni, a w akademiku zabrakło prądu…

Kiedy zaczęłam pracować, wciąż mieszkałam w akademiku, ponieważ zarabiałam bardzo mało i, jak to mówi młodzież, takie lokum stanowiło niezłą opylkę. Niestety, okazało się, że praca na cały etat jest bardziej męcząca niż studiowanie. Człowiek raz kiedyś musi porządnie się wyspać. I to w nocy, nie za dnia. W pewnym momencie zaczęła mnie też męczyć ta niezatrzymywalna karuzela imprez. Nie miałam na to siły, wolałam porobić coś kreatywnego. I pobyć sama. W skrócie: akademik zaczął mnie wkurwiać.

Zrozumienie tego było poważnym zwiastunem dorosłości.

Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata i całkiem pokaźny bagaż doświadczeń dzięki mieszkaniu właśnie w tamtym miejscu. Opuszczając akademik, czułam czułam ogromną ulgę. To była chyba trochę ucieczka. Od życia. Czy warto więc mieszkać w akademiku? Puenta tej notki przyszła przed chwilą, w rozmowie z Zuzią o naszych wspólnych latach tam spędzonych. Życie w akademiku jest jak inkubator. Przedłużenie lat młodzieńczych. Z jednej strony dużo się uczysz o funkcjonowaniu w społeczeństwie, z drugiej – jesteś od problemów prawdziwego świata trochę odsunięty. Zbyt długi pobyt w akademiku może nawet upośledzić. Jest jednak coś poza łażeniem na zajęcia i imprezami. Coś o wiele istotniejszego, co właśnie odkrywam.

Piękno samodzielności.

 

 

Jak rozpoznać prawdziwego przyjaciela?

Jak rozpoznać prawdziwego przyjaciela?

Z okazji premiery Twierdzy Kimerydu zorganizowałam konkurs (jeszcze trwa! możecie wygrać książkę, klikając TU!), który zakłada, że biorący w nim udział napiszą kilka zdań na temat swoich przyjaciół. W związku z tym, że ja nie mogę startować w konkursie, który sama organizuję, a odczuwam ogromną potrzebę wypowiedzenia się w temacie, postanowiłam napisać Wam, jak rozpoznać prawdziwego przyjaciela na podstawie moich doświadczeń.

Przyjaciel z dzieciństwa na całe życie?

Kiedy chodziłam do zerówki, moją najlepszą, jak mi się wówczas wydawało, przyjaciółką, była Ania. Widziałyśmy się nie tylko w przedszkolu, ale i po, ponieważ nasze mamy chodziły razem do szkoły. Życia poza Anią nie widziałam. Co się stało, kiedy minął rok? Ona poszła do szkoły podstawowej nr 2, ja do szkoły podstawowej nr 1, no i się spierdoliło.

Nadal jednak pamiętam Anię i mam ją w znajomych na Facebooku. Jak dziesiątki innych osób, których nazwiska przestały mi mówić cokolwiek lata temu.

Potem było ciężko. Zaczęłam chodzić do szkoły muzycznej. Paradoksalnie może się wydać, że mogłam mieć dzięki temu więcej szans na poznawanie nowych ludzi i szybko uzupełnić braki po Ani, ale tak się nie stało. Miałam o wiele mniej czasu na nawiązywanie więzi niż moi rówieśnicy, którzy robili fikołki na trzepaku i wspinali się na drzewa, podczas gdy ja starałam się nie garbić przy fortepianie. Ale udało się, zrządzeniem losu. Spotkałam bratnią duszę i przez wiele, wiele lat byłyśmy nierozłączne. Aż do jej wyjazdu zagranicę, kiedy nasze drogi zupełnie się rozeszły, dosłownie i w przenośni. Ona poznawała nowy kraj, a ja wymyślałam 101 powodów na pozbawienie siebie życia. Kiedy wróciła, zrozumiałam, że nie mam zielonego pojęcia, na ile zmieniła się ona, bo wiedziałam, że to i tak bez znaczenia. Ja zmieniłam się za bardzo.

Myślałam kiedyś, że ludzie potrafią się przyjaźnić od narodzin aż po grób. Pewnie niektórym się udaje. Mnie akurat nie. Na zawsze będę jednak pamiętać o mojej przyjaciółce z czasów przed staniem się dorosłą. Powracać do wspólnie spędzonych chwil, wskrzeszać je w myślach i na papierze. Być wdzięczną za to, że była, nawet jeśli teraz nie mamy o czym ze sobą rozmawiać, choć kiedyś nie potrafiłyśmy zasnąć. Tyle było bzdur do opowiedzenia sobie nawzajem…

IMG_20170212_213511_processed

Jak rozpoznać prawdziwego przyjaciela? Cóż, jest to zawsze transakcja łączona.

Jeśli miałabym obserwować codzienność, byłyby to dziwne wskazówki.

To osoba, która nie boi się opowiedzieć Tobie o rzeczach, zrobiła, a które dla ogółu społeczeństwa są postrzegane jako niemoralne. Ty wówczas mówisz jej o swoich sekretach, które zniszczyłyby życie wielu innych ludzi, gdyby wyszły na jaw. Obie trzymacie się wówczas za ręce i choć cały świat mógłby uważać Was za te najgorsze, Wy jesteście dla siebie najlepsze. A potem rozmawiacie o Ignacym Karpowiczu i Gunterze Grassie.

To osoba, która jest bardzo bliska Twojego życia rodzinnego. Pyta się, co u Twoich rodziców, bo nie dość, że ich zna, to jego są prawie tacy sami. Pomaga zaprogramować nowy telewizor, a Ty chodzisz z nim na koncerty muzyków, których twórczość niekoniecznie Ci się podoba, ale starasz się wyciągnąć z tych wypadów zawsze coś inspirującego. I dzięki tej osobie zawsze się to udaje.

To osoba, która często jest niemiłosiernie irytująca i męcząca, ale znosi Twoje psychiczne sraczki-padaczki dzielnie jak nikt inny. Lubisz na nią patrzeć i czerpać z niej przykład, bo jest Twoim fit guru. Najchętniej napisałbyś książkę i uczynił ją jedną z główniejszych bohaterów. Tak właściwie nie wiesz, za co ją lubisz, bo może wcale nie lubisz, tylko kochasz. I codziennie przed zaśnięciem trzymasz kciuki, żeby jutro z rana nie musiała borykać się z kolejną migreną.

Zuzolina

To osoba, która jest Twoim najwierniejszym kompanem. Ma tak dobre i czyste serce, a przy tym jest tak uczynna, że konkurowałaby z Matką Teresą, gdyby ta jeszcze żyła. Jej poczucie humoru miewa ostre wahania, od poziomu Karola Strasburgera przez żarty w stylu chłopaków z Jet Crew i na wytrawnym humorze sytuacyjnym wcale nie kończąc. Rozumiecie się bez słów, często mówi to, co właśnie pomyślisz i jeśli miałbyś ruszyć w wielomiesięczną podróż bez żadnych środków finansowych, to tylko z nią.

To osoba, którą chętnie utłukłbyś tłuczkiem do mięsa za niesmaczne żarciki, ale nie potrafisz, bo traktujesz ją jak swojego kochanego, lekko upośledzonego starszego brata. Czujesz się przy nim jak w domu (zresztą przez długi czas mieszkaliście razem) i martwisz się jego problemami. Wiesz, że możesz na niego zawsze liczyć, nieważne, ile czasu byście się nie widzieli.

To osoba, która była w takim samym bagnie, jak Ty, odreagowywała w tak samo destrukcyjny sposób, co Ty i ostatecznie zmierza ku dobremu, jak Ty. Trzymacie się razem, jesteście sobie lojalni, dochowujecie swoich sekretów i idziecie ramię w ramię, choć możecie nie kontaktować się tak często, jakbyście tego chcieli. Wiecie, że choć Wy już wyszliście z pewnych sytuacji, to shit, w którym byliście, nigdy Was tak naprawdę nie opuści. Będziecie jednak walczyć o siebie, nieustannie motywować w rozwijaniu pasji i trzymać kciuki za happy ending.

IMG_20170326_142225_processed

Kim jest zatem prawdziwy przyjaciel?

Człowiekiem, o którym myślisz w pierwszej kolejności, gdy trzeba zakończyć książkę podziękowaniami.

Który rozumie, że potrzebujesz samotności i masz swoje własne życie, więc z radością przebywa w twoim towarzystwie, kiedy tylko może.

Do którego jedziesz w środku nocy, bo jest mu źle. A potem wysyłasz go do lekarza, bo nie łudzisz się, że jesteś w stanie pomóc mu na własną rękę.

Kimś, z kim możesz być szczery, a relacjonując mu wydarzenia z sobotniej imprezy, nie czujesz wstydu.

I dzięki komu nieustannie idziesz do przodu.

Z kim często mylony jest prawdziwy przyjaciel?

Z zabierającą czas męczydupą. W pewnym okresie życia wydaje nam się, że ludzie, z którymi widujemy się codziennie, są naszymi bratnimi duszami.
Słuchamy ich problemów, pomagamy im, a wkrótce zapominamy o tym, kim sami jesteśmy i że sami również mamy życie. Zwyzywani przez nich od egoistów, czujemy się okropnie z powodu wyrzutów sumienia.

Bo to nieprawda, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

Łatwo jest wspólnie się dołować i, pijąc piwo, bez końca debatować o swoich nieszczęściach. O wiele trudniej będzie cieszyć się z cudzego szczęścia, kiedy samemu w życiu pod górkę. Usunąć się w cień, by Twój bliski skąpał się samodzielnie w blasku, na który zasłużył.

By zadbać o fantastyczne relacje z bliskimi, trzeba chyba w istocie pamiętać tylko o dwóch rzeczach.

O tym, by nie przekładać szczęścia przyjaciół nad swoje własne. I o tym, by nasze własne szczęście nie stało na drodze do szczęścia naszym przyjaciołom.

Podobał Ci się wpis? Zostań przyjacielem Fabryki dygresji! Odwiedź fanpage: