Ewa Mielczarek – Festiwal Spadających Liści – recenzja przedpremierowa
Uważasz się za jesieniarę? To koniecznie musisz zaopatrzyć się w trzy rzeczy. Pierwsza to worek korzennych przypraw do aromatycznych napojów takich jak dyniowa latte czy gorąca herbata z cytryną. Druga: miękki koc, który otula niczym ramiona kochanka. No albo po prostu kochanek. Trzecia: najnowsza powieść Ewy Mielczarek pt. Festiwal Spadających Liści. Chcesz wiedzieć, dlaczego? Zapraszam na recenzję przedpremierową!
Kim jest Ewa Mielczarek?
Ewa Mielczarek zadebiutowała w 2019 roku. Wydanie książki obyczajowej Trzydzieści kopert pod szyldem Fabryki Dygresji było jednak tylko rozgrzewką do kolejnych tytułów. Coraz więcej marzeń, wzruszająca powieść dla młodzieży została gorąco przyjęta przez poszerzające się grono czytelników pisarki pochodzącej z Suchej Beskidzkiej. W Festiwalu Spadających Liści, trzeciej powieści pisarki, poznamy tę okolicę od podszewki, ponieważ książka została osadzona w realiach, które znane są autorce na wylot.

Ewa Mielczarek jest obecnie czołową autorką Wydawnictwa Ciepełkowego. Spełnia się również w roli bibliotekarki oraz animatorki kultury. Tworzy historie, które dla czytelnika są niczym balsam na wszystkie stresy tego świata.
O czym opowiada książka Ewy Mielczarek pt. Festiwal Spadających Liści?
Cztery przyjaciółki, Zofia, Kamila, Ola i Julia, znów spotykają się w Suchej Beskidzkiej.
Szalony pomysł burmistrza na zorganizowanie wyjątkowej inicjatywy dla całej społeczności owocuje poetycką nazwą Festiwal Spadających Liści. Ale nazwa to dopiero początek. Zofia będzie musiała sprostać nowemu wyzwaniu. Wspólnie z nowym współpracownikiem podwinie rękawy i weźmie się do roboty, ale los co chwila będzie im rzucał kłody pod nogi. W dodatku pojawią się problemy macierzyńskie. Dorastające pociechy przysporzą kłopotów nie tylko Zofii, ale i Julii, która zaczyna jednocześnie się zastanawiać, co dzieje się z jej mężem. Dlaczego Filip, choć obecny ciałem, jest tak nieobecny duchem…?
Kamila, od wielu lat mieszkająca w Londynie, wraca w rodzinne strony z szokującą nowiną, a Ola bierze na barki walkę z tysiącami lat stereotypów i zaczyna trenować lokalną męską drużynę piłki nożnej. Jak przetrwać w natłoku codziennych obowiązków, kiedy z każdej strony czyhają presja, deadline’y, rodzinne zawirowania i kłopoty z budżetem? Czy życie w małym mieście jest dla każdego?
Zalety Festiwalu Spadających Liści. Czemu warto przeczytać?
Są takie momenty w roku, że po prostu chcesz zanurkować w opowieść, która da Ci ciepło. Owszem, znajdziesz w niej komplikacje, ale nie za dużo. Bo treść ma koić, a nie dostarczać Ci więcej stresu. Rozgrzebany barłóg lub ulubione miejsce do czytania, zapach aromatycznego dyniowego czaju i cynamonowych ciasteczek, no i właśnie taka książka, która zabierze Cię myślami do świata pełnego serdeczności, miłości i zrozumienia. Czyż nie brzmi to jak recepta na idealny jesienny wieczór?
Właśnie taką powieścią jest Festiwal Spadających Liści. To nie jest długa lektura. Na jeden, może dwa, maksymalnie trzy wieczory. Czyta się ją bardzo przystępnie. Autorka buduje wiele sprawnych dialogów. Bohaterowie nie posługują się wydumanym językiem, tylko dokładnie takim, jaki można usłyszeć na chodniku. Budowany od samego początku wątek romantyczny rozwija się szybko i nie ma czasu na nudę.
Portrety bohaterek zostały nakreślone bardzo wyraźnie, choć nie bezpośrednio. Choć wszystkie postaci oraz ich perypetie są wymyślone, z ich losami można się bardzo szybko utożsamić. Z przyjemnością zauważam, że więcej świadczą o ich charakterach czyny niż rozwlekłe, banalne opisy w narracji. Zofia to optymistka, która do ostatniej chwili wierzy, że uzyska finansowanie przedsięwzięcia (a co się w praktyce okazuje, to już nieco inna bajka, przeczytajcie, a się dowiecie). Jest otwarta na drugiego człowieka, energiczna i odważna, ale nie pozbawiona hamulców, które wynikają z ról matki oraz życia w niewielkiej miejscowości. Ola najpierw działa, potem się zastanawia, a konsekwencje jej czynów mogą pójść w różne strony… Kamila jest najbardziej skryta, a Julia, z zewnątrz wzorowa matka i żona, ma w sobie mnóstwo do krycia…
Moim ulubionym bohaterem okazał się zaś niespodziewanie burmistrz: nonszalancki i elegancki, gotów na naprawdę wiele dla osób, które kocha. Zdecydowanie wnioskuję o rozbudowę tej postaci!
Książkę warto przeczytać przede wszystkim dlatego, że to bardzo przyjemne. Mamy tu sporo humoru i obfitość ludzkiej życzliwości. No i tę dodatkową wartość: portret kobiety w XXI wieku. Zobrazowanie, z iloma kwestiami wciąż się zmagamy. Choć już dawno nie powinno tak być. A kolejne wyzwania się piętrzą!
Największa wada Festiwalu Spadających Liści
Ogarnęła mnie rozpacz po zamknięciu tej książki, bo dopiero co się zżyłam z niektórymi postaciami, a już musiałam ją zamknąć. A Ewa Mielczarek dopiero pisze drugą część! Serce w kawałkach.
Musiałam sięgnąć po Kristin Hannah, żeby ukoić ból.
Dla kogo jest Festiwal Spadających Liści?
Polecam książkę kobietom 30+, które chcą miło spędzić wieczór. Oderwać się od Netflixa, ale pozostać trochę w konwencji Gilmore Girls albo Słodkich Magnolii. Festiwal Spadających Liści Ewy Mielczarek jest jak krótki sezon ulubionego serialu. Można sobie zrobić książkowy bing-watching, bez negatywnych skutków w postaci mroczków przed oczami.
To, że lektura łagodzi obyczaje i uzdrawia, wiemy nie od dziś.
Jeśli jesień, to tylko z Festiwalem Spadających Liści!
Książkę można zamówić w przedsprzedaży na stronie Wydawnictwa Ciepełkowego, a Autorkę Ewę Mielczarek spotkać na najbliższych targach książki w Krakowie.
Gorąco polecam!




Jeden komentarz
Marta
Świetna recenzja. Poczułam już ten jesienny klimat, choć lada monent święta. Opis fabuły i bohaterki brzmią tak żywo, że aż chciałabym sięgnąć po książkę przy pierwszej możliwej okazji. Wydaje się to być idealna lektura na chłodne wieczory z herbatą 🙂