Piromani, cz. 2

Jakiś czas temu mogliście obserwować rozwój mojego projektu na platformie crowdfundingowej Polakpotrafi.pl, prawda? Pisałam o tym chociażby w TEJ notce. Ostatecznie nie udało mi się uzbierać pełnej kwoty, potrzebnej do wydania mojej debiutanckiej książki pt. Piromani. W trakcie kampanii jednak poznałam tylu wspaniałych ludzi i sporo się nauczyłam, dlatego nie żałuję. Tym bardziej, że Piromani i tak niebawem zostaną opublikowani. (Dalej pojawią się wulgaryzmy, bo mam flow, uprzedzam).
Wydawało mi się, że łatwo będzie uzbierać czternaście tysięcy złotych na portalu crowdfundingowym, bo przecież tak wiele osób zdeklarowało się do pomocy jeszcze przed wystartowaniem projektu. Niestety – jesteś mądry, licz na siebie. Nie mam jednak zamiaru wylewać z siebie żali, gdyż wcale ich do nikogo nie żywię. Byłam świadoma od samego początku, że jeśli zbiórka nie wypali, mam jeszcze kilka innych opcji, z których warto będzie skorzystać. Podczas kampanii te możliwości uległy rozmnożeniu. Wreszcie wybrałam jedną z nich. I teraz schody dopiero się zaczynają. O tym jednak może innym razem. Na razie trzeba podsumować crowdfunding, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość. Przy okazji może i Wy nauczycie się czegoś dzięki moim doświadczeniom.

Błędem było, że myślałam, iż sama ogarnę całą kampanię promocyjną. Oczywiście, miały mi pomagać pewne osoby, ale nie liczyłam na to, że naprawdę będą się mogły do czegoś przydać (milutko, wiem). Koniec końców, kiedy zrozumiałam, że bez nich nie dam sobie rady, nie było do kogo się zwrócić. (Może nawet mi się odechciało…). Brakło też wsparcia psychicznego, żywego zainteresowania jednej osoby, która trzymałaby rękę na pulsie w tej samej mierze, co i jak. Oczywiście tutaj bardzo dziękuję Jagódce za wszystkie nasze rozmowy i za to, że tak bardzo znosiła moje narzekania. Mimo wszystko albo zabrakło mi dobrej drużyny z kimś doświadczonym w tego typu akcjach, albo po prostu zaradnego faceta. (Jakiegokolwiek faceta? Nie, zdecydowanie to pierwsze).
Zabrakło także systematyki. W międzyczasie pracowałam w dwóch miejscach naraz. Zamiast sprawdzać skrzynkę mejlową codziennie, robiłam to co weekend i wtedy też udzielałam się w ramach zbiórki. Niestety, to było za rzadko. Jeżeli chce się coś wskórać, trzeba pracować nad tym codziennie. Lub prawie codziennie.
Nie potrafiłam też obchodzić się z mediami. Nie miałam praktycznie żadnego wejścia. Okazuje się, że wysłanie jednego mejla nie załatwi sprawy. Czasem musisz zmienić się w spamera, żeby coś wskórać. Na szczęście mój projekt był chyba całkiem niezły, bo nie musiałam ponawiać moich wiadomości. Media odezwały się na koniec akcji, z czego bardzo się cieszę.
Dzięki znajomościom naprawdę można wiele wskórać. Polacy bardzo często negatywnie wypowiadają się na temat rozmaitych koneksji. „On tam pracuje, bo jego stary tam pracuje” – takie stwierdzenia często trącą rozgoryczeniem. Ale jeżeli możemy coś ugrać dla naszych znajomych, a już na pewno bliskich, to dlaczego niby nie mamy tego zrobić? W Wielkiej Brytanii na przykład dawno już wiadomo, że podróż po rynku pracy albo realizację jakiegokolwiek przedsięwzięcia trzeba zaczynać od zbudowania siatki kontaktów. Nie ma innej opcji. My, zamiast negować czyjeś układy (zobaczcie, układy to normalne słowo, nienacechowane pejoratywnie, ale czy nie ma ono obecnie negatywnego wydźwięku…?), powinniśmy otworzyć się na innych ludzi i być gotowi nieść im pomoc, bo kiedyś i my tej pomocy będziemy potrzebować. Zaraz ktoś zawoła: to nie działa, ludzie są niewdzięczne świnie, i tak dalej, i tym podobne… Nie patrzę na świat przez różowe okulary. Dobrze wiem, że ludzie potrafią być tępymi szmatami tudzież pozbawionymi serca sukinsynami. Jestem jednak przekonana, że to mniejszość, bo jeśli my jesteśmy dobrzy dla innych, zła karma nam nie grozi.
I w ten sposób, podczas gotowania obiadu w akademickiej kuchni, przypadkowo spotkana znajoma poleciła mnie swojej starej przyjaciółce, a ja kilka tygodni później wstałam o piątej rano i gnałam na dworzec, by wsiąść do Polskiego Busa i ruszyć do Warszawy po raz pierwszy w życiu. Ania Łyszczek z radia Bemowo FM powitała mnie w studio i efekt naszej rozmowy możecie przesłuchać poniżej.

Byłam też gościem poznańskiej telewizji WTK, dzięki zaproszeniu Weroniki Szymańskiej do prowadzonego przez nią programu. To również było świetne doświadczenie, bo nigdy wcześniej nie znajdowałam się pod ostrzałem kamer. Muszę przyznać, że choć bardzo nie chciało mi się docierać prawie na sam skraj Poznania, ze studia wyszłam całkowicie kontent, a doświadczenie bardzo przypadło mi do gustu i nie będę miała nic przeciwko, żeby kiedyś je powtórzyć. KLIK!

Poza tym w rozpromowaniu akcji pomogło mi kilku blogerów książkowych:

(i mogłam zagościć na tablicy facebookowej Andrzeja Tucholskiego). Jeśli kogoś pominęłam, bardzo przepraszam, dajcie znać, bardzo trudno mi się przekopać przez wszystkie wiadomości w skrzynce mejlowej dotyczące promocji Piromanów). 

Fajnie bawiłam się również z Mefedronem. Co prawda żeby ziścić wspólne plany było troszkę czas mało czasu, ale koncert w Good Time Radio Cafe & Lunch wspominam bardzo miło i dziękuję zarówno Wam, jak i reszcie gości za zainteresowanie powieścią. 
W działania promocyjne były zaangażowane również inne osoby i firmy, na przykład AK Print, portal Sztukater.pl, Radio Merkury… Dziękuję Wam wszystkim za dobrą wolę oraz wsparcie. 
Jeszcze wtrakcie trwania projektu crowdfundingowego, stary przyjaciel poradził mi, żebym skasowała projekt, bo po prostu wstyd, że tak mało pieniędzy zostało zebranych. Hell no. miałam się wstydzić tego, że podjęłam staranie o wydanie mojej książki i wykonałam do tego pierwszy krok? No fuckin’ way, bro. Nie wstydzę się nawet tego, że nie zebrałam choćby połowy z puli pieniężnej, jaką wyznaczyłam, bo jeśli robisz coś tylko dla pieniędzy, to jest to czas stracony. Przygoda z Polakpotrafi.pl nauczyła mnie, że w kwestii organizacji oraz zarządzania zespołem jeszcze wiele przede mną, a poza tym potwierdziła, iż nie jestem niestety samowystarczalna. Nie wstydzę się tego w ogóle, tylko dziękuję za taką możliwość twórcom platformy i wszystkim pracownikom, a zwłaszcza Michałowi Połetkowi za cierpliwość. 😉 
Jeśli na naszej drodze rozwoju pojawia się doświadczenie, którego koniec nie spełnił naszych oczekiwań, a my w efekcie czujemy tylko i wyłącznie wstyd, to znaczy, że nie wyciągnęliśmy z tego wniosków i w przyszłości również czeka nas porażka. 
Tak więc nie zamierzam przeprosić się z depresyjnym kocykiem lub też wystrzelić się w kosmos i zniknąć gdzieś za Plutonem. Sześćdziesiąt dni akcji dało mi dużo ogłady i dzięki nim nabrałam rozpędu oraz większej chęci do podejmowania kolejnych działań promocyjnych. A będą one potrzebne, ponieważ Piromani ukażą się niebawem nakładem Wydawnictwa Sorus.
Niebawem, czyli w przeciągu roku, tak?
Cóż, bardziej miesiąca. Książka została już przepięknie złożona przez Marcina Dolatę. Teraz kolejne etapy prepress. Więcej informacji już niebawem. Tymczasem lajkujcie profil facebookowy Piromanów, by być na bieżąco! 

8 myśli na temat “Piromani, cz. 2

  1. Absolutnie nie można rezygnować! 🙂 co z tego, że nie zebrałaś całej kwoty? Rety, zebrałaś przynajmniej część,a to już wielki sukces! Skoro potrzeba Ci aż tyle pieniędzy, to znaczy, że wydajesz na własną rękę? Nie wiem, czy się dobrze orientuję, ale współfinansowanie wymaga o wiele mniejszych kosztów 🙂 mam nadzieję, że Ci się powiedzie! Miesiąc to bardzo szybko 🙂

  2. Szkoda 🙁 ale widzę, że jesteś w pełni zdeterminowana na walkę o wydanie, to dobrze 🙂

    Prawda jest taka, że do croudfundingu trzeba mieć zaplecze w postaci mega rozgłosu oraz równie wiele czasu i doświadczenia związanego z marketingiem. Żeby dostać pieniądze trzeba również zainwestować. Wielu polskich pisarzy nie lubi tej formy finansowania, bo w niej jest się za wszystko samemu odpowiedzialnym.

  3. Książka jak każdy produkt potrzebuje reklamy, aby ktokolwiek wiedział o jej istnieniu. Do księgarni nie zachodzi się tak często jak do supermarketu, więc jednak trzeba się nagimnastykować przy swoim, chociaż nie wiedziałam, że aż tak.

Dodaj komentarz