Bardzo czekałam na książkę Leny Dunham. Przyznam, że spodziewałam się tekstu zupełnie innego, niż tego, który trafił w moje ręce. Niestety, choć uwielbiam Lenę za bycie Postacią (tak, przez duże „P”!), jej literacki debiut nie do końca mnie satysfakcjonuje. Moje uczucia względem Nie takiej dziewczyny są dosyć skomplikowane. 

Może dlatego, że za chwilę i ja zadebiutuję ze swoją książką na rynku (tym bezlitosnym, wysysającym z pisarzy radość, piekielnym kanionie), a kilkumilionowa zaliczka w moim przypadku brzmi wcale nie bajkowo, lecz absurdalnie? (I słusznie, w końcu jestem pyłem marnym, a nie światowej sławy reżyserką). Jak bym się poczuła, gdyby ktoś wystosował na mój temat recenzję taką, jaką ja zamierzam zgotować Lenie Dunham?

Nie taka dziewczyna opowiada o doświadczeniach związanych z wchodzeniem w dorosłość: o zakochiwaniu się, nieudanych randkach, samotności, kilku dodatkowych kilogramach, udowadnianiu swojej wartości, szukaniu własnej drogi i prawdziwego uczucia, a przede wszystkim o tym, że trzeba mieć odwagę i wierzyć, iż właśnie twoja historia jest warta opowiedzenia.

Tako rzecze nieznany okładkowy publicysta z Czarnego, które podjęło się polskiego wydania Nie takiej dziewczyny. I dobrze rzecze, tylko ja, zamawiając książkę, chyba nie zrozumiałam jej tytułu. Bo to jest po prostu zbiór felietonów (notabene przypominających krótkie, zgrabne opowiadania utalentowanej licealistki), Co mam w torebce?, lecz głównie obrazki porozrzucane po książce autorstwa Joany Avillez, której prace podobno publikowano w „The New York Times”. Można? Można.
skierowany, zwyczajnie, do dziewczyn. A nie młodych kobiet, jak naiwnie mi się wydawało. Kilka lat temu podobne książeczki dołączało się do miesięcznika „Trzynastka”. Takie skojarzenie budują we mnie nie tylko rozdziały zatytułowane jak choćby

Przyznam więc szczerze: momentami nudziłam się w trakcie lektury i pragnęłam mieć już ją za sobą. Jakoś tak mi się smutno zrobiło, że felietony Leny nie porwały mnie od samego początku. Szczerze powiedziawszy, w ogóle mnie nie porwały, choć momentami były intrygujące. To nie język i nie temat poszczególnych tekstów sprawił, iż cieszę się, że przeczytałam Nie taką dziewczynę. Tylko uczucia, jakich doznawałam w trakcie lektury. Tak, jakby ktoś wreszcie mnie rozumiał. Nawet, jeśli nie całkowicie, a częściowo. Nawet, jeśli ta osoba żyje za oceanem i może nie być do końca pewna, czy Polska to ten maleńki kraj, który znajduje się między Niemcami a Francją, czy też może gdzieś pomiędzy Uralem a Kazachstanem. Nawet, jeśli jej rodzicami są wybitni nowojorscy artyści. Lena Dunham w trakcie lektury wydawała mi się osobą, która siedzi sobie obok mnie, ma takie same przetłuszczone włosy, krzywo wyskubane brwi oraz apetyt na czipsy z nutellą, i też często kłóci się z matką. I myśli w ten sam sposób, jak ja, i miewa takie problemy, jak ja kiedyś.

Opowiadałam sobie tę historię w różnych wersjach, bo w mojej pamięci tłucze się kilka je wariacji, choć przecież ogólnie wiadomo, że życie może się rozegrać raz i tylko w jeden sposób. Dzień później wszystkie szczegóły były wyraźne (na tyle, na ile mogły być po ciepłym piwie, prochach uspokajających i źle odmierzonej kokainie).

Im dalej brnęłam w kolejne rozdziały, tym bardziej mi się podobało. Niektóre fragmenty sprawiały, że chichotałam jak wiewiórka na haju, inne sprawiały, iż podczas jazdy pociągiem, musiałam odwrócić wzrok od tekstu i z zamyśleniem zerkałam w przewijające się za oknem krajobrazy. Na przykład pozornie infantylny kawałek o chomiku ze zrośniętymi tylnymi łapkami. I drugie dno, jakiego doszukałam się w tej historii. Polecam całą książkę Leny choćby i dla tego jednego fragmentu. Albo dla następnego.
Nie kocham już żadnego z moich byłych chłopaków. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek ich kochałam ani czy w tamtym czasie miałam tę pewność. Mama mówi, że to normalne, bo faceci są dumni z każdego ze swych podbojów, a kobiety wolałyby je wszystkie zapomnieć. Twierdzi, że to zasadnicza różnica między płciami, i nie mogę się z nią nie zgodzić. Przed całkowitą odrazą, przed pragnieniem seksualnego ekwiwalentu unieważnienia małżeństwa powstrzymuje mnie tylko myśl o tym, co dostałam od każdego z nich, czego wciąż się trzymam.
Nie da się Lenie odmówić mądrości życiowej stosownej do jej wieku, nawet, jeśli zaczerpnięta w dużej mierze została od matki. (W końcu korzystanie z doświadczeń swojej rodzicielki to naprawdę bardzo wyjątkowe, rezolutne postępowanie, choć zdecydowanie niedoceniane). Czytając takie fragmenty, nawet, jeśli wydawały się w pewnej mierze infantylne, nie mogłam się z Leną nie zgodzić i nie poczuć więzi. Nie tylko między autorką a czytelniczką, nie tylko między dwójką pisarek z dwóch różnych światów. Ale po prostu więzi dziewczyn, które troszeńkę już w życiu przeszły. Takie teksty skłoniły mnie do refleksji. Niezbyt głębokich, ale jednak istotnych. Wyjęłam szwy z rany, która pozostała mi po ostatnim chłopaku. Myślałam, że wszystko się już zagoiło, ale jednak nie. Zaczęłam grzebać w śmierdzącej kupie nieukierunkowanego żalu oraz obrzydzenia do samej siebie. I w całym tym szambie jednak znalazłam kilka lśniących fragmentów złota. Wreszcie nauczyłam się szacunku do siebie, to jedna z błyskotek. A jest ich o wiele więcej. Także w Nie takiej dziewczynie tkwi sporo pereł, ale trzeba je samemu sobie wydłubać. Hołd dla feminizmu to ta z pereł, którą najłatwiej wychwycić.
Uważam jednak bycie kobietą za wyjątkowy dar, uświęconą wręcz radość, pod wieloma względami sięgającą tak głęboko, że nie potrafię jej wyartykułować. To specjalny przywilej urodzić się w ciele, którego pragniesz, stanowić istotę swojej płci, nawet wiedząc, przeciwko czemu musisz stanąć. Nawet jeśli próbujesz ową płeć zdefiniować na nowo.
Większość z nas, widząc transseksualistę w czasie intensywnej kuracji hormonalnej (nie wiem, jak często Wam się to zdarza, mnie prawie codziennie), pomyśli sobie: ten to ma przejebane. Ale któż z nas pomyśli sobie: jasna cholera, jak to dobrze, że urodziłem się jako facet i nie muszę przyszywać sobie penisa? Która z nas zawoła w myślach: Boże, dziękuję Ci za to, że jestem kobietą, nawet z moimi huśtawkami nastrojów oraz wysoką częstotliwością zmieniania zdania w zależności od mocy bólów menstruacyjnych, bo w ten sposób jestem prawdziwą sobą? Książka Leny nauczyła mnie częściej dziękować za to, co otrzymałam przy urodzeniu lub nawet przed, a także za to, co sama osiągnęłam. To, że mam za co dziękować samej sobie, jest jedną z największych przyjemności, jakich kiedykolwiek uświadczyłam. Polecam.
Dobrze czyta się coś, co jest od początku do końca spójne. Wydaje mi się, że w tej książce młoda reżyserka pozostaje sobą i to jest naprawdę piękne. Wtedy, kiedy publikuje nigdy niewysłane e-maile, które są świetnym oczyszczeniem (chyba spróbuję pisać e-maile do ludzi, których nigdy nie wyślę, żeby nie było im przykro, lecz by mnie poprawił się humor), i wtedy, kiedy w tak wspaniały sposób zdaje relacje z obserwowania zachowań swoich bliskich. (A obserwatorką jest świetną, tak jak i chyba pisarką, bo opisy postaci wyszły jej tak zgrabnie i lekko, że chyba muszę się od niej sporo nauczyć). 
Trochę tylko zirytowało mnie to jej czysto amerykańskie podejście do strachu. Obie ze strachem walczymy, ale ja chyba w taki pierwotny, słowiańsko-twardzielski sposób. O swoich największych problemach nie mówię nikomu. Staram się zawsze samotnie odnaleźć rozwiązanie w kryzysie. I zawsze mi się udaje, nawet, gdy pozornie jestem spanikowana i nie wiem zupełnie, co robić. Lena zaś chyba nie umie żyć bez terapeuty. Czy Amerykanie naprawdę nie potrafią do końca samodzielnie myśleć? A może moje stanowisko jest surowe, bo Polacy nie są przygotowani na tak częste obcowanie z pomocą psychologiczną? Możliwe, że mówienie zaufanej osobie jest zdrowsze, niż tłamszenie w sobie wszelkich emocji. A terapeuta, któremu zapłacisz, na pewno jest o wiele bardziej zaufany niż osoba, z którą przyjaźnisz się od dwudziestu lat. Trudno w to uwierzyć, ale coś mi się wydaje, że mam rację, a przynajmniej sporą jej część. 
Teraz chciałabym nawiązać do opinii znawczyń z youtube’owego kanału Trochę Kurtury. Dlatego wskazane obejrzenie zamieszczonego poniżej materiału. A odbicie piłeczki za moment. 

Lena jest egotyczna. […] Wszędzie jedzie tylko na tym, co sama przeżyła – pada w nagraniu wypowiedź Elżbiety Zdanowskiej, czyli Zakurzonej. No i właśnie, no. O to chodzi. Lena też pisze o tym w książce. Artysta często spotyka się w swoim życiu z momentem, kiedy nie wie, czy wyzbyć się swego dotychczasowego życia i w całości poświęcić je sztuce, czy też z własnego życia sztukę uczynić. Zwolenników zarówno pierwszej, jak i drugiej opcji jest całkiem sporo. Dlaczego jednak nie można połączyć jednego z drugim? Może nie wszystkich będzie interesowało podążanie za takim nurtem, ale odbiorcy na pewno się znajdą. A zresztą przede wszystkim liczy się bycie w zgodzie z samym sobą.
Kolejną niezbyt powabną uwagą co do Nie takiej dziewczyny jest to, że ważkie tematy zostają zdawkowo przedstawione, a autorka umieszcza je pomiędzy zbyt lekkimi treściami. 

Ale czy przypadkiem nie jest tak, że te właśnie ważkie tematy nie zawsze zdają nam się poważne? Nawet, gdy dochodzi do przemocy czy zagrożenia życia? Czasem nie wiemy, jak bardzo otarliśmy się o śmierć, serio, zdarza się, że tylko o tym rozmyślamy, wspominając jakąś sytuację, ale nie przejmujemy się tym zbytnio. Traumatyczne chwile to przecież też życie, a ono bywa właśnie takie groteskowe, tragicznie absurdalne. 
W zasadzie tylko tyle uwag, bo przeważnie się zgadzam, ale nie mogłam sobie darować dołożenia trzech groszy. Podsumowując, niestety, skończywszy czytanie Nie takiej dziewczyny, nie umiem patrzeć na Lenę jak na dorosłą kobietę. Może nie o to chodzi? A może sama mam zbyt wygórowane mniemanie o sobie (na pewno) i własnej świeżo nabytej dojrzałości (czyżby?). Albo to w ogóle nieistotne.
Tak czy siak, polecam książkę Leny Dunham właśnie dziewczynom. Takim, które jeszcze nie zaczęły studiów, liceum, albo są w trakcie. Bo takim, które dopiero kończą podstawówkę, raczej odradzam. Za dużo fruwających kondomów oraz ospermionych zasłonek. 

6/10