Im więcej mam lat, tym częściej zdarza mi się spoglądać wstecz i analizować różne niedostatki swojej osobowości. Dzisiaj myślę o tym, że przez to, iż nie dorastałam wraz z babciami czy dziadkami, z przesadną paniką reaguję na kolejne zmarszczki, brak mi cierpliwości i cierpię na chroniczny lęk przed śmiercią.

Dziadków nigdy nie poznałam i bardzo mało wiem na ich temat. Po jednym z nich odziedziczyłam drugie imię. Teofil, Teofila – mili Bogu. Chyba nie o to chodzi, że mój dziadek był wyjątkowo pobożny. I ja nie jestem. Ale mamy w życiu tego farta, który jemu pozwolił zostać sołtysem wsi, żyć w ogromnej hawirze u boku pięknej, kochającej żony i spłodzić piątkę dzieci, a mnie tak wiele rzeczy się upiekło, że mogę to zawdzięczać wyjątkowo pomyślnej konstelacji gwiazd w dniu moich narodzin. Albo właśnie, drugiemu imieniu.

Babcie odeszły, kiedy miałam cztery lata. Pamiętam lekko drapiący pulower babci Wandy, wielkiego Mikołaja z białej czekolady, którego podarowała mi kiedyś na Gwiazdkę, moją fascynację świecami w jej mieszkaniu, kiedy razem z kuzynką Samantą lepiłyśmy z gorącego wosku bałwanki. Pamiętam strome schody w jej kamienicy. Obdrapaną klatkę. I tapczan, na którym przyszło jej umierać. Odziedziczyłam po niej podobno niechlubne cechy mojego charakteru i grubą nogę w kostce. Skoro tak, to uważam, że musiała być fenomenalną kobietą. Być może trudną, niepokorną, ale żałuję, że nie mogę z nią porozmawiać tu i teraz, kiedy zaczęłam wreszcie rozumieć, że starzy i pomarszczeni ludzie to też ludzie.

Wiem, że babcia Bronia przed śmiercią zajmowała się bardzo dwiema rzeczami. Kochała bardzo i cierpiała bardzo. Jestem przekonana, iż właśnie to jest to, co mi od siebie ofiarowała. Nieskończone pokłady miłości i bólu. To chyba w jej pokoju, między jasną meblościanką a piecem kaflowym, odczułam pierwszy raz, czym jest strata. Zrozumiałam, że to zdjęcie, które zaraz zrobi mi z babcią matka, jest tym ostatnim. Babcia ostatkiem sił kładzie mnie sobie na kolanach. Czuję jej zapach. Uśmiecham się z całej siły w moim czerwonym sweterku. Chwilę potem rzucam różę do zasypywanej przez grabarza dziury.

Mając te cztery lata, przyszło mi do głowy, by zapytać babcię Bronię o to, czy mogę się pobawić jej biżuterią i apaszkami, ale nigdy o to, czy było jej zimno w tym pociągu, którym tłukła się z Kresów aż tu, do Paproci, jak poznała swojego męża, czy to wspaniale mieć tyle sióstr, i co jest w życiu najważniejsze…

Nigdy nie traktowałam moich dziadków jako dziadków. Tylko jak wspomnienie.

I większą styczność miałam ze starszymi ludźmi pewnego ranka, w tramwaju, kiedy musiałam usiąść, bo impreza, która zakończyła się godzinę temu, kompletnie mnie sponiewierała, i jakiś mężczyzna, pewnie po siedemdziesiątce, uderzył mnie laską w łydkę, bym ustąpiła mu miejsca, a ja wypięłam brzuch, by skłamać, że jestem w ciąży.

Albo kiedy szłam późnym wieczorem na Łazarz z przypadkowo poznaną staruszką, bo ja nie wiedziałam, którędy pójść, a ona znała okolicę, tylko w zeszłym tygodniu napadł na nią jakiś dres i wyrwał jej torebkę ze świeżo pobraną emeryturą, więc też potrzebowała przysługi. Musiałyśmy iść razem. Bardzo wolno. Moja przypadkowa, chwilowa babcia chodziła o kuli i sporo mówiła. Nie lubię, irytuję się, gdy ludzie dużo mówią, używając różnych słów, ale mówiąc cały czas o tym samym, albo nawet powtarzają kilka razy dokładnie tę samą frazę. To dla mnie strata czasu.

Ja się zawsze spieszę, niecierpliwię. Ale nie oni, starsi ludzie.

Dużo przeżyli, więc dużo mówią. Bo oni mają czas.

Ja się chyba spieszę, żeby być nimi, a oni już sobą są. Wreszcie.

Paradoksalnie to ja budzę się w środku nocy, zlana potem i przerażona, że nie jestem tam, gdzie chcę być, z tym, z kim chcę być, i że coś nie wyjdzie, coś się nie uda, zabraknie czasu, będzie źle. I wyobrażam sobie, że mam te osiemdziesiąt lat, budzę się o czwartej nad ranem, bo po prostu nie chce mi się już dłużej spać. Wszystkie moje sny zrealizowałam, a te, które nie… Co z tego? Zrobiłam dużo innych rzeczy, teraz już nic nie zmienię, bo wszystko, co mi pozostało, to miłość do świata. A to chyba najważniejsze. Żeby kochać świat. Wtedy jest większa szansa, że świat miłość odwzajemni, niż jakby miałoby się go nienawidzić.

U Wojtaszczyka przeczytałam ostatnio o Marii Komornickiej. Umknęła mi jakoś pomiędzy zajęciami na filpolu, nie pamiętałam o niej. Nazwisko brzmiało znajomo, ale to, że w pewnym momencie wybitna polska poetka obwołała się mężczyzną, zmieniła imię na Piotr, zaczęła nosić męskie ubrania, pozbyła się uzębienia najpewniej po to, by zmienić rysy twarzy i umarła w zapomnieniu, kompletnie mnie wcześniej ominęło.

Nieważne więc, jak bardzo będziesz sławny w swojej dziedzinie za młodu, bo na końcu możesz wylądować w zbiorowej mogile, jak Mozart na przykład, chociaż on akurat pożegnał się ze światem, mając zaledwie 35 lat. I może na początku nie była to zbiorowa mogiła, tylko w miarę przytulny, jednoosobowy grób, ale kilkadziesiąt lat później taką się stała z powodu oszczędności miejsca.

I może gdybym miała sposobność porozmawiać z moją babcią lub dziadkiem, nie bałabym się starości aż tak bardzo. Mogłabym może zaobserwować i pozytywne strony zmarszczek. Wcześniej zobaczyła, że nie szpecą, a dodają osobliwego uroku, mądrości, dostojeństwa. Ale czymże jest starość tak naprawdę? Nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia, i stąd pewnie ten lęk, jak wszystkie inne.

A jednak starość jest błogosławieństwem.

Być z pełną świadomością nazwanym dziadkiem, babcią przez swoich krewnych? Czy to nie spora nobilitacja? Odszkodowanie od losu za te wszystkie kłody, które rzucał nam pod nogi od momentu pojawienia się na świecie? Powód, dla którego jednak warto walczyć ze wszystkich sił, czepiać się kurczowo palcami życia? Bo wcześniej przecież może nas załatwić rzecz zupełnie nieoczekiwana. Jak lawina w Alpach, niesprawne hamulce w samochodzie, tlenek węgla czy twarde podłoże pod oknem, z którego jednocześnie i chce się, i nie chce skoczyć…

Czy to właśnie nie z tego powodu tak bardzo zwraca się uwagę na szacunek dla starszych? Nie chodzi o to, że są mądrzejsi, kruchsi, zmęczeni, więc powinniśmy okazywać wobec nich pokorę i uniżenie, tylko o to, że są prawdziwymi herosami w walce z przeciwnościami, skoro dotarli aż do tego momentu.

Tak. Dla mnie to o wiele lepsze wytłumaczenie. To właśnie kupuję. I tylko dlatego ustępuję starszym miejsca w tramwaju.

A kiedy przyjdzie czas, dowiem się, co to znaczy starość i wreszcie przestanę się jej bać. Skoro to tylko kwestia paru dłuższych chwil, spróbuję być spokojniejsza.