Untitled design (9)

Fabryka życia #5 – Kra kra kraj, czyli czy naprawdę trzeba wybierać…

… między swoimi miłościami? Nie martwcie się, nie będzie spoilerów.

Po raz kolejny doceniam uroki prowadzenia na blogu takiego quasi pamiętnika. W prywatnym zeszycie, w którym notuję wybiórczo ważniejsze zdarzenia, głównie skupiam się na wyrzucaniu z siebie emocji, jakie tłumię w sobie za dnia. Teraz, gdy palce długie chwile wiszą nad klawiaturą, a później spokojnie wystukują kolejne litery, zaczynam myśleć, analizować, naprawdę się uspokajać, a nie tylko wprowadzać się w stan pozornego wyciszenia. Oddycham powoli. Zza okien dobiegają odgłosy ospałej niedzielnej ulicy. Ostatni tydzień był wariactwem. Kolejny będzie ukojeniem. Tak właśnie postanowiłam.

Pozornie nic się nie zmieniło, ale wysoko nad ziemią gęstnieją chyba obłoki zmian. Nie wiem, kiedy nadejdzie pora deszczowa, która zmyje ze mnie pył ostatnich ekscytujących, ale trudnych lat. Sama perspektywa brzmi jednak bardzo kusząco, a ja wiercę się już w miejscu. Trudno mi wytrzymać. Potrzebuję nowości. Przypomniałam sobie, że pracuję już w jednym miejscu dwa lata. Magiczne i feralne dwa lata.

Jako dziecko zmieniałam właśnie co dwa lata nauczycielki fortepianu. A później co dwa lata kursy językowe. I inne zainteresowania. Przez dwa lata zajmowałam się śpiewaniem, kolejne dwa lata pisałam teksty do gazetki szkolnej. Przez dwa lata tak naprawdę solidnie angażowałam się w naukę na studiach… I tylko pisanie kontynuuję nieustannie, od kiedy skończyłam 6 lat.

Jak to jest, że niektórzy wytrzymują dziesięć, dwadzieścia i więcej (sic!) lat w tym samym miejscu pracy? W tym samym mieście? Wśród tych samych ludzi? Ja już po prostu nie potrafię usiedzieć na dupie.

To nie tak, że nie lubię swojej pracy. Uwielbiam ją, pasjonuje mnie, sprawia mnóstwo satysfakcji. Ostatnio wszak wkradła się rutyna, której wcześniej nie było, co wpływa na mój nie najlepszy nastrój.

A może to tylko zima.

Na szczęście mam swoje historie. Rok 2017 będzie dla mnie przełomowym pod względem przepracowanych nad tekstami godzin. Chyba zacznę je liczyć. Właśnie skończyłam czytać książkę Katarzyny Bondy, Maszynę do pisania. Przyznam, że wizerunek pisarki nigdy nie kojarzył mi się przyjaźnie. Blondwłosa wystrojona lala, która pisze kryminały. O, jakże się myliłam! Wystarczyło obejrzeć tylko jeden filmik na YT, żeby zupełnie zmienić zdanie. Takiej konkretnej kobiety już dawno nie widziałam. Wracając jednak do meritum, śmiem twierdzić, że nie jestem szalona, uważając, że odniosę sukces literacki. Wariactwo wychodzi wcześniej, przy wiązaniu swojego życia z karierą pisarską, bo to praca dla masochistów, ale jeśli się już postanowiło, jeśli się nieustannie pracuje, i robi się to dobrze, nie ma co się nie udać.

Zawsze tak miałam, może to syndrom jedynaczki, że porywam się na to, co mi wszyscy odradzają. Wybór liceum, potem studiów, prowadzących zajęcia… Teraz wszyscy oswoili się chyba o myśleniu o mnie jak o literatce (no, może z wyjątkiem moich rodziców), i sama już przestałam pytać się: po co?, jednak ciężar pozostał. Wiem, po co go niosę i dlaczego, ale czasami i tak się załamuję.

Pewnie dlatego, że zupełnie nie potrafię walczyć z pokusami.

Idę sobie całkiem prostą drogą i nagle zza krzaków wyskakuje mi taka pokusa. I ja nawet nie pomyślę, nie zastanowię się, tylko włażę za nią w te krzaczory i siedzę, i marnotrawię czas. Bo czas, którego nie spędzam na pisaniu, jest dla mnie siłą rzeczy czasem straconym. Brzmi to strasznie egocentrycznie, ale tak właśnie czuję.

I boję się jeszcze stanięcia na rozdrożu w tej mojej literackiej karierze. A po wczorajszym seansie kinowym La La Landu nie wiem, czy przypadkiem już tam nie jestem. Dlaczego idąc w lewo nie można równocześnie iść w prawo? Dlaczego naukowcy nie skupią się przede wszystkim na zgłębianiu bilokacji, zamiast marnotrawić czas na budowanie jakichś humanoidów?

Świadomość tego, że posiadamy jedno życie, nawet jeśli to przekonanie jest mylne, jest doprawdy dobijająca.

Czyżby ten wpis był niepokojąco smutny? Czyżbym odczuwała ze wzmożoną intensywnością weltschmerz albo nastrój depresyjny?

Tak, tak właśnie jest, gdy za mało tworzę. Gdy odnoszę za mało sukcesów związanych z moimi tekstami. Dlatego na koniec tych nudnych, banalnych, w pewien sposób nawet żałosnych wywodów, mam dla Was (i siebie przede wszystkim) całkiem optymistyczne zakończenie.

Nawet ból, który odczuwamy z błahych powodów, jest nam potrzebny. Dla większości ludzi ból jest ostrzeżeniem, że trzeba pilnie o siebie zadbać. Po to boli, żeby wyciągać wnioski. Ale twórcy mogą czerpać z niego inspirację. Kiedy pisze się lepiej? Kiedy ma się złamane serce, czy kiedy jest się szczęśliwie zakochanym i marzy tylko o spędzaniu czasu w objęciach lubego? Odpowiedź chyba jest oczywista. Poza tym trzeba doświadczyć sporo cierpienia, by wiarygodnie przedstawić je w książce. Dlatego żadna emocja w życiu artysty się nie zmarnuje, jest potrzebna, również, a może zwłaszcza, ta negatywna.

No, od razu mi lepiej.

To była Emilka Coelho na nadchodzący tydzień.

Dodaj komentarz