Robi się ciemno, a ja jestem sama w mieszkaniu. Trochę się denerwuję bieżącymi sprawami, ale to tylko emocje, przeminą, jak i wszystko. Wnikam głęboko w siebie, zastanawiając się, czego jeszcze chcę, czego potrzebuję… I kiedy tak główkuję, przychodzi do mnie odpowiedź: niczego. Po prostu niczego.

Nastaje kolejny już dzień, kiedy mogę powiedzieć sobie, wszystkim wokół i całemu światu, że jestem absolutnie szczęśliwa. I że szczęśliwsza być nie mogę, mam wszystko, czego pragnęłam. I może nie jest to wiele, bo przecież nie mam kredytu na mieszkanie, za to regularne wydatki na starodawne lokum nad rzeką. Ani bezpieczeństwa finansowego, bo przecież zerwałam z etatem. Minimalistką chyba trzeba być nie tylko materialnie, a może właśnie z minimalizmem materializm nie ma nic wspólnego. Im mniej, tym szczęśliwiej, choć nie zawsze łatwiej.

Kiedy tak latałam w kółko, jakbym miała pieprz w tyłku i opowiadałam, jaka jestem szczęśliwa, coś się stało. Nie wypadek, nie problem, nie tragedia żadna. Ogromna miła niespodzianka i jeszcze większe szczęście. Choć mówiłam najbliższym, by absolutnie nie dawali mi żadnych prezentów, bo żadna rzecz nie będzie tak cenna jak ich dobre słowo, żadna roślina nawet i żadna książka, ukochany przeszedł samego siebie.

Skończyłam dwadzieścia sześć lat i mam dosyć ciekawy stan umysłu, którym chcę się podzielić z Wami oraz sobą z przyszłości. Pragnę wracać do tego momentu, kiedy będzie mi źle, kiedy złapię doła, kiedy będzie ciężko, choć wydaje mi się obecnie, że nawet jeśli, to udźwignę i to.

Bo w tym momencie jestem wdzięczna losowi za każdą złą chwilę, która mnie w życiu spotkała. Za każdego złego człowieka, na jakiego trafiłam. Za wszystkie te pęknięcia w sercu, bo nauczyły mnie, jak przebaczać, jak mieć siłę oraz nadzieję. Jak kochać.

Dziękuję za to, że bywałam wykończona pracą, bo teraz celebruję każdą chwilę, w jakiej mogę po prostu oddychać. Dziękuję za to, że mam przeciążoną nogę (w dniu dwudziestych sześciu urodzin przeszłam wraz z najlepszym przyjacielem dwadzieścia sześć kilometrów), bo mogę znów docenić zdrowie i wykazać się, jak to pięknie powiedział Krzysiu Gonciarz, racjonalną dozą waleczności, gdyż za dwa dni startujemy z namiotami w Bieszczady.

W ogóle wspaniałe dni ostatnio przeżywam. W niedzielę odwiedziła mnie Jagoda i zwiedziłyśmy w ciągu kilku godzin poznańską palmiarnię, potem mogłam spędzić czas z innymi, których kocham, naprawdę, jest epicko. Tęsknię troszkę do pracy z Sikorą, dziwnie spędzać z nią kilka godzin tygodniowo zamiast całych dni i wieczorów, od kiedy już nie pracujemy razem…

Wdech, wydech.

Nie czuję, bym musiała o cokolwiek, kiedykolwiek walczyć. Nie traktuję już świata jak pola bitwy. Jeśli nawet takowym jest, to ja w tej bitwie nie muszę wcale uczestniczyć. Nie chcę nawet podbijać Wszechświata, konkurować z kimkolwiek, męczyć się. Zaczynam się  czuć integralną częścią wszystkiego. Wiem, że skoro już tu trafiłam, to jest tu dla mnie miejsce. Noszę je ze sobą teraz w głowie i w sercu.

Robić swoje. Kochać. Oddychać.

Znać swoją wartość, nie robić nic wbrew sobie, tylko dlatego, że ktoś ode mnie czegoś oczekuje.

Wydaje mi się, że mnie ostro popierdoliło, bo gdzie podział się mój głód życia, ta cała filozofia nażerania się ekscytującymi chwilami? Już się najadłam, po ledwo ćwierćwieczu?

Gdzie jest mój ogień, pytam się? Co z tą całą piromanią? Czy wszystkie pożary już ugaszone? Przecież, kiedy przeglądałam wpisy sprzed pięciu lat, moje teksty pełne były buntu, drapieżności, ostre i bezlitosne. Szczere. Czy straciłam tę iskrę prawdziwości, prostoty?

Chyba nie. Otóż ogień jest ogromny, rozgrzewa mi piersi nieustannie, błogim ciepłem. Wiem po prostu, że niektóre słowa mogą bardzo krzywdzić, dlatego jestem ostrożniejsza, ale z drugiej strony dalej zamierzam odważnie bronić swojego i mówić, co czuję, nieważne, ile razy dostanę za to po uszach.

Może pierdolę jak potłuczona, wciąż średnio wierzę w to, co właśnie piszę, ale jednocześnie inaczej napisać bym nie potrafiła, bo tak właśnie teraz jest.

Wiecie, muszę się jeszcze sporo nauczyć, ale czuję, że jestem na dobrej drodze.

Nie tylko emocjonalnie, również literacko. Tak się cieszę, że ciężka praca przynosi efekty. Na koniec stycznia przecież ukazało się O trzech wykastrowanych kotach w Fabulariach, teraz znalazłam się wśród laureatów konkursu literackiego i przystępuję w maju do warsztatów z Maszyną do pisania, czego owocem ma być kolejne prozatorskie dziecko, Piromani zaczynają przeżywać po trzech latach swój renesans… Jest naprawdę spora szansa, że uda mi się z drugą książką jeszcze w tym roku… A potem i z następnymi…

Kiedy patrzę w przyszłość, widzę zieloną nadzieję. Dobrze będzie, wiem to, a jak już ja coś wiem, to możecie śmiało to przyjmować za pewnik.

(Tak naprawdę to nie).

Piotrek, z którym odbywałam ten długi urodzinowy spacer, zapytał mnie, jak się czuję w tym wieku. Powiedziałam bez większego zastanowienia, że dojrzale, bo mam w sobie pewność, iż nieważne, co się stanie, i tak sobie poradzę. Niesamowity stan umysłu to jest, serio, polecam.

Z okazji moich 26. urodzin, właśnie tego Wam życzę, chyba że już to macie albo nie chcecie. 🙂

PS z aktualizacją dzień później:
moja stopa ma się dużo gorzej, w zasadzie cała noga, więc raczej nie pojedziemy w Bieszczady.
W dodatku dostałam mandat za jazdę tramwajem bez biletu.
Czuję się już gorzej, ale, jak napisałam na początku wpisu – to tylko emocje, przeminą, tak samo jak wszystko, więc nie warto się nimi przejmować, przecież w gruncie rzeczy dalej jest super!

Jeśli tekst Wam się spodobał albo czujecie, że jednak potrzebuję urodzinowego prezentu i chcecie mi go dać – łapka w górę będzie jak najbardziej mile widziana. 🙂

A tutaj możecie jeszcze sprawdzić, jaki miałam stan umysłu na 25. urodziny, kiedy napisałam tekst pt. 25 rzeczy, które możesz spokojnie pierdolić, kiedy jesteś 25-letnią kobietą.