Czyżby między tą dwójką popularnych polskich pisarzy zrodził się namiętny romans? Czy blisko pięćdziesięcioletnia pisarka lekkich obyczajówek dla kobiet mogła rozkochać w sobie młodszego o 38 lat doktora nauk prawnych, piszącego bestsellerowe kryminały? Czy mogliby wiązać sobie nadgarstki i robić brzydkie rzeczy przy wydobywającym się ze Spoify’a eterycznym głosie Beyonce, śpiewającej Crazy in love?

Oczywiście, że tak! Czy nie jest to wyśmienity pomysł na kolejną romantyczną książkę lub zaczątek serialu?
Oddaję Wam ten koncept za darmo, zrobicie na nim mnóstwo złotówek, proszę tylko o dedykację albo chociaż podziękowania na końcu, dobra?

W rzeczywistości Remigiusza Mroza, Katarzynę Michalak i 50 twarzy Greya łączy niestety łączy co innego.

Zła sława.

Zacznijmy od końca.

W dalszym ciągu nie przeczytałam 50 twarzy Greya i nie mam zamiaru. Po przekartkowaniu stwierdzam, że nie jest to książka, której lektura sprawiłaby mi radość. Język zbyt prostolinijny a wyrafinowanej erotyki tak naprawdę brak. Rozumiem wszak osoby, którym lektura się podobała. I są oni w zdecydowanej większości! Inaczej E. L. James nie stałaby się autorką bestsellerowej serii. Serii, podkreślam, nie jednej książki. Dodatkowo historia wydania 50 twarzy Greya jest bardzo ciekawa sama w sobie. Kobieta zajarała się sagą o wampirach, napisała wciągające fanfiction, no kurde, bierzmy z niej przykład! Gratuluję pasji i pracowitości. Odniosła sukces, zarobiła dolary, brawo. Literackiego Nobla raczej nie zdobędzie, ale i tak większość z nas nie ma na to szans.

Jeśli nie znacie twórczości Katarzyny Michalak, zajrzyjcie do biblioteczki mamy lub babci. Wysokie prawdopodobieństwo, że znajdziecie tam któryś z tomów serii leśnej albo z kokardką.

Przyznam, że kiedy byłam młodsza, chciałam zrobić cykl recenzencki książek pani Michalak, najlepiej na YouTube, i mieszać każdą z błotem od góry do dołu, bo, jak wiadomo, od hejtu rosną statystyki. Na szczęście poszłam po olej do głowy. Po pierwsze, nie jestem w stanie się zmusić do lektury takich obyczajówek (chyba że za grube pieniądze albo, no nie wiem, jeśli miałabym ocalić tym czynem stado jednorożców). Po drugie zaś nie jestem grupą docelową tychże tekstów.

Między mną a Katarzyną Michalak jest potężna przepaść pokoleniowa (jeszcze większa niż między nią a Remigiuszem Mrozem), więc odbieramy świat zupełnie inaczej. Rzeczywistość przedstawiona w jej książkach nie jest taka, w jakiej chciałabym żyć (bo wiecie, ja to raczej z bajki o Hanku Moodym), ale dla tysiąca kobiet w Polsce światy wykreowane przez Katarzynę Michalak to spełnienie marzeń! Ciepła rodzina, powolne życie na łonie natury w otoczeniu zwierząt, piękne romanse, wspaniała kuchnia, kochający przyjaciele… Któż nie chciałby się zanurzyć w świecie, w którym problemy ustępują miłości, sprawiedliwości i dobru? Katarzyna Michalak daje wytchnienie i rozrywkę całemu mnóstwu kobiet, które tego potrzebują. I chwała jej za to.

Dobra, popieram Ignacego Karpowicza, który w pewnym numerze Chimery wydawanej przez Rafała Bryndala, zjechał panią Michalak za karmienie bezdomnych lukrowanymi pączusiami (to pafraza, równie dobrze mogło chodzić o donuty z pudrem) zamiast bułką i kiełbasą. Bo wiecie, lepszy konkret, jak już trzeba kogoś karmić, ale nieważne, każdemu zdarzy się taki przypał, jesteśmy tylko ludźmi.

Ale sapanie do Katarzyny Michalak, że jej książki są do dupy, jest po prostu nie na miejscu. Bo nie są, skoro mają czytelników. Należą do nurtu współczesnej literatury popularnej, który nie musi każdego interesować, po prostu. A z ciekawostek dodam, że czytelników muszą mieć sporo, bo w trakcie 11 lat pisarka opublikowała 36 powieści (3,27 rocznie) i współpracowała m. in. z Wydawnictwem Literackim, Filią, Albatrosem, Naszą Księgarnią, Znakiem… To nie są jakieś wydawnictwa krzak, tylko porządne domy wydawnicze.

Bazując na danych z Wikipedii, śmiem twierdzić, że Remigiusz Mróz jest jeszcze bardziej płodny niż przytoczona wyżej Michalak, ale pewnie o tym wiecie. W ciągu 5 lat opublikował 28 powieści, więc wychodzi na to, że rocznie wydaje 5,6 książek. Ma swoich wiernych fanów. Potrafi pisać na potęgę, ludzie chcą go czytać, no to niech pisze dalej! Niech wydawnictwo załatwi mu najlepszych redaktorów i w ogóle jak największy, najzacniejszy zespół, skoro jest na Mroza takie zapotrzebowanie. Bo wyśmiewanie się, że ktoś pisze za dużo, też jest jakimś absurdem. Nie można za dużo pisać, tak samo jak nie można za dużo czytać, bo to nie powoduje żadnej szkody!

A nie, przepraszam, jednak powoduje. I tutaj docieramy do sedna.

Przez to, że Remigiusz Mróz płynie wciąż beztrosko na fali popularności, że książki Katarzyny Michalak nie chcą jakoś znikać z list bestsellerów, a teksty E. L. James dalej uparcie tłumaczone są na różne języki, trudniej jest innym autorom. Dostaną mniejsze honorarium. Ich książka nie będzie tak wybitnie promowana jak tych bardziej skomercjalizowanych autorów. Nie starczy dla nich miejsca na półce w Empiku pod szyldem promowane. Mimo że ich książki będą może nawet lepsze, bardziej wartościowe, ciekawsze. Z takiego stanu rzeczy rodzi się frustracja, kąśliwe docinki, bezsilność i niechęć do popularnych, tudzież majętniejszych. Tak było, jest i będzie.

Moi kochani debiutanci, którzy odwiedzacie tegoż bloga i tak ciężko pracujecie nad swoimi tekstami, posłuchajcie.

Rynek książki jest trudniejszy i nieporównywalnie bardziej skomplikowany niż rynek cukrów czy maseł. Ale, tak jak na każdym innym rynku, ktoś będzie bardziej na topie, a ktoś mniej. Ktoś będzie Lurpakiem za 9 zł, a ktoś regionalnym miksem tłuszczowym za niecałego piątala. Dlatego na sukces trzeba pracować nieustannie. Żeby się doskonalić i być bardziej wartościowym.

Pracowanie nad swoim literackim sukcesem nie obejmuje wszak tylko szlifowania tekstu i doprowadzania warsztatu do perfekcji. Chodzi również o budowanie swojej marki osobistej. Jeśli to zaniedbacie, marny wasz los.

A my, czytelnicy, nie dzielmy się na tych wytrawnych i tych gorszego sortu. Zostawmy takie głupoty partiom politycznym. Mało nas w Polsce. Propagujmy czytelnictwo zamiast dogryzać innym czytelnikom, że czytają jakąś taniochę. Lepsza lektura harlekina niż pranie mózgu za pośrednictwem tv, chyba się zgodzicie? Jako czytelnicy jesteśmy w mniejszości, więc nie obrzydzajmy innym preferowanych przez nich lektur!

Siła!