Jakub Żulczyk – Ślepnąc od świateł

Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka to książka, która najpierw rozłożyła mnie na łopatki, a później zaczęła ciskać mną po ścianach. Lektura zassała mnie doszczętnie, przez ponad trzy dni byłam opętana myślą o tym, że książka leży gdzie indziej, niż w moich rękach, a to przecież w moich rękach miała prawo tylko spoczywać, przynajmniej póki nie pochłoniemy się doszczętnie. A teraz to już się stało i nawet nie wiem, jak o tym mrocznym i zaskakująco wspaniałym doświadczeniu napisać w kilku prostych słowach. 
Projekt oklejki na oprawę twardą o wiele lepszy niż na obwolutę, chociaż dziewczyna wcale nie taka zła.

Ślepnąc od świateł to książka, którą kupiłam na poczekaniu. Wolałam nabyć Radio Armageddon, ale nie mogłam znaleźć. A czas gonił, to były Warszawskie Targi Książki, kilka szalonych dni. Chodziło o to, żeby podejść do Kuby Żulczyka, w sumie nie wiem nawet, w jakim celu. Sięgnęłam więc po Ślepnąc od świateł, ustawiłam się w kolejce, patrzyłam, jak Żulczyk gada z jakąś kobietą, pewnie też pisarką. Nie było zbyt wielu ludzi, nie tyle, co u Krzysztofa Vargi. Myślałam więc tylko o tym, że zaraz przyjdzie moja kolej, i że Żulczyk chyba faktycznie jest dosyć wysoki, bo wciśnięty w niewielki fotel wyglądał troszkę komicznie. A potem nie pamiętam, co się stało, po prostu dałam pociągnąć się niefortunnemu łańcuchowi przyczynowemu, skutkuącego zapewne głupotą i amnezją, serio. Jedyne, co pamiętam, choć też nie do końca, to podpis Żulczyka na czwartej stronie podetkniętej mu przeze mnie książki. Pamiętam to, bo mam na to dowody rzeczowe. W ogóle, zastanawiam się, na cholerę to zrobiłam, zarówno w jego przypadku i przypadku mistrza Vargi, i doszłam do wniosku, że może po prostu chciałam być miła. Wydawało mi się przez moment, że istnieje taka możliwość, że wielcy pisarze lubią podpisywać swoje książki, ale potem uświadomiłam sobie, że skoro ja nie lubię, to oni pewnie tym bardziej. Może zamist tego bardziej lubią rozmawiać o tym, co napisali? Ale ja przecież nie lubię. Po co jednak się porównuję, tym bardziej, że żadne zasady nie istnieją? Środowisko zróżnicowane jak każde inne. I wśród pisarzy znajdą się ludzie, którzy lubią mówić mniej lub więcej. 
Do czego jednak dążę? Że Ślepnąc od świateł kupiłam przypadkowo, tak jak w ogóle przypadkowo natknęłam się na wiadomość o istnieniu Kuby Żulczyka, która wyszło podczas jednego z tłustych obiadów pochłanianych w uczelnianym bistro. Nazwisko pisarza padło ze sprawiających wrażenie udoskonalonych chirurgicznie ust Madziki. Z tamtej rozmowy też już niewiele pamiętam, ale wyobrażam sobie, że wyglądało to mniej więcej w ten sposób:
– Kuba Żulczyk? – pyta Madzika, odrzucając najpierw swe idealnie proste, długie włosy, a później wyginając do tyłu plecy i wypinając pokaźną pierś. – Uwielbiam. 
Po prostu chciałabym Wam powiedzieć, że książki i ich twórcy, którzy pojawiają się w naszym życiu nagle, potrafią być największymi niespodziankami. Nie czytajcie więc zawsze tego, co podsuwają Wam inne blogi, reklamy w czasopismach, takie tam. Czasem zdajcie się na przypadek. 
Chociaż wierzę, że spotkanie się z twórczością Kuby Żulczyka nie jest przypadkiem. Chciałabym też wierzyć, że nie wyjątkowo przekonującym marketingiem, tylko zrządzeniem losu, który swoim niewidzialnym palcem wskazał mojej podświadomości okładkę Ślepnąc od świateł i powiedział: to jest zajebiste, Emilka. 
Nie chcę być pierwszą z brzegu blogereczką książkową (jeśli jest taka możliwość, proszę, w ogóle mnie tak nie szufladkujcie), która dokona powierzchownej analizy książki, spuści się na nią (jeśli na ten przykład jest blogerem bądź transblogerem, a może nawet transblogerką) i zrobi sobie z nią foteczkę. Nie stworzę konkretnej trójdzielnej recenzji. Powiem Wam krótko, o czym jest, potem, że, o ile zaczytujecie się w Sparksie, Grocholi, Michalakowej, Ślepnąc od świateł Wam się nie spodoba, mówiąc delikatnie, a potem przyznam tłuste 9/10. Jak zgoda, to wreszcie zacznę, a jak niezgoda, to nara. 
Jacek jest dilerem kokainy. Sprzedaje ją w największym i najbrudnijszym polskim mieście – Warszawce. Dostarcza narkotyki zarówno w miarę szarym ludziom, jak i tym z pierwszych stron gazet. Kupuje od niego dziewczyna, której pies wabi się Putin, i ktoś, kto przypomina do złudzenia jednego z najczęściej występujących w TVN-ie showmanów. Ale, jak to w biznesie, a przede wszystkim w życiu, po jakimś czasie wszystko się komplikuje, o ile nie było skomlikowanym od samego początku. 
Poprzez pierwszoosobową narrację czytelnik wchodzi do głowy Jacka. Zżywa się z nim. Myśli jak on, czuje jak on, widzi i działa. Na chwilę (jakieś pięćset stron) sam staje się dilerem. I lubi siebie, czyli głównego bohatera. Przynajmniej na początku, kiedy wszystko jest piękne i oczywiste. (Znowu, jak w życiu). A potem? To pewnie zależy od rodzaju czytelnika. Ja lubiłam Jacka do samego końca. A zwłaszcza pod koniec, choć dzięki tej książce wreszcie zapałałam żywą nienawiścią do narotyków. Lepiej późno niż wcale. 
Mimo tej sympatii do głównego bohatera, i tego, że w zasadzie wszyscy, nawet najmniej istotni, są bardzo dobre nakreśleni w paru wyrazistych ruchach, najbardziej zżyłam się z Paziną, przyjaciółką Jacka. To ta, która zawsze miała pod górkę, w której białe nieustannie miesza się z czarnym i tego czarnego zapewne jest więcej. Ta lojalna i zawsze będąca na każde zawołanie, i tak samo zawsze dostająca od życia w dupę. 
A prócz bohaterów tych, co chodzą, ćpają, leżą i kwiczą, pojawia się jeszcze jeden, dominujący nad nimi wszystkimi, najstraszniejszy i najmajestyczniejszy. Sama Warszawa. Namalowana w taki sposób, że kiedy pojawię się w niej następnym razem, będę wyglądać szatana za rogiem każdej ulicy. 
Język Żulczyka od czasów Zrób mi jakąś krzywdę podskoczył kilka leveli w górę. Mniej przyrównań akcji do filmów naprawdę wpłynęło na ogromny plus tej pozycji. Jest niemal doskonale. Bardzo obrazowo. Zapachowo i czuciowo nawet. Nawet, nawet. Nawet momentami za bardzo. 
A koniec? Koniec jest dokładnie taki, jak pisze na skrzydełku obwoluty Szczepan Twardoch:
Zakończenie jest jak cios pięścią między oczy.
Pamiętajcie, to nie jest książka dla dzieci. Jeśli nie jesteście za pan brat z czytaniem o przemocy, rozmaitych wydzielinach, brudem i smrodem łamiącego się życia, nie sięgajcie po tę książkę.

9/10

16 myśli na temat “Jakub Żulczyk – Ślepnąc od świateł

  1. Kiedy zobaczyłam ten tytuł, przypomniałam sobie, że miałam w planach ją przeczytać, niestety gdzieś później mi umknęła. Szalenie się cieszę, że mi o niej przypomniałaś 🙂

  2. W mojej głowie Żulczyk zakodował się jako irytujący przydupas Sokoła i trudno mi to w sobie przewalczyć. Ale może spróbuję, bo słyszę wiele pozytywnych opinii.

  3. Przeczytałam Twój komentarz i pomyślałam sobie: cooooo? Sokoła? Tego od Marysi? To jakiś hip-hop? Eeee tam.
    Że Żulczyk może być irytujący, to jeszcze się zgodzę, ale żeby był czyimkolwiek przydupasem, to szczerze wątpię. 😀

  4. Aha, i proszę mi tu nie deprecjonować Sokoła, w niezapomniany sposób portretował alkoholików, kokainistów i ulice Warszawy na długo przed Żulczykiem 😛

Dodaj komentarz