Najczęściej boli nas to, co mówią nasi bliscy. W końcu tak bardzo zależy nam na ich opinii! Kiedy mówią nam coś przykrego, zamykamy się w sobie i czujemy się zranieni. Najgorsze, co może nas spotkać, to uwierzenie ich słowom. Skutek może być katastrofalny. Ale zarówno wtedy, kiedy złym słowem obdarza nas obca osoba, jak i bliska, możemy się od tego odciąć.

Znam wiele osób, które cierpią w swoim dorosłym życiu, bo przez swoich rodziców utwierdzane były w przekonaniu, że nie dadzą rady. Że są za głupie, zbyt fajtłapowate albo niesamodzielne, by spełnić swoje marzenie. Strach, który zakotwiczyli w nich zakompleksieni rodzice, paraliżuje je przed podjęciem życiowych decyzji. O tym opowiem jednak kiedy indziej. Zacznę od mniejszego kalibru. Od ludzi, z którymi mamy nieco rzadszy kontakt.

W maju tego roku udałam się do urzędu pracy, by zarejestrować się jako bezrobotna. Urzędniczka, po zrobieniu ze mną wywiadu, spojrzała na mnie, jakbym była przybyszem z kosmosu i rzekła:

Przecież nikt pani więcej niż minimalnej krajowej to nie da!

Nic nie stało na przeszkodzie, by jej nie wierzyć. W moim miasteczku nie ma zbyt ciekawych ofert, ale zawsze można trafić na sympatyczną kasę w supermarkecie. Ewentualnie jako specjalistka od administracji w jednej z rodzinnych firm, prowadzonej na obrzeżach Nowego Tomyśla. Taka oferta czekała na mnie, kiedy po raz kolejny odwiedziłam urząd. Minimalna krajowa, pełen etat, szanowane stanowisko. Wystawianie faktur, pilnowanie poczty, robienie kawy szefowi i wygoda. Kosztem moich czterdziestu godzin tygodniowo. Drobny mankament.

Być może część ludzi wzięło by tę posadę z pocałowaniem ręki, będąc na moim miejscu. Bo kredyt, bo wizyty u lekarza, bo wiek rozrodczy, takie tam. Ale jednak założyłam, że uda mi się zarabiać więcej niż minimalną krajową. W myślach pokazałam urzędniczce gest Kozakiewicza i poinformowałam ją, że otwieram własną działalność gospodarczą.

Wiem, na ile mnie stać, jaka tkwi we mnie mądrość i czego chcę od świata. Nawet, jeśli nie ma na to miejsca w moim krótkim życiorysie ukończonych szkół czy miejsc, w jakich pracowałam dłużej niż dwa lata. Problem w tym, że wiele osób wcale nie wie, jakie są zdolne, bo od zawsze wkładano im do głowy przekonanie, że etat jest bezpieczny.

Bo kto inny przejmie za ciebie odpowiedzialność, zapłaci ubezpieczenie i da urlop, a ty masz tylko poświęcić mu się przez osiem godzin dziennie.

Bo stabilność Twoim rodzicom wydawała się najlepszym, co czeka na człowieka w życiu, więc tym przekonaniem otoczyli Cię z każdej strony. Że jak się ma trzy albo cztery tysiące w miesiącu na czysto to istne bajlando.

A to nieprawda. Możesz zarabiać tyle, ile chcesz, tylko musisz znaleźć na to sposób.

Lepiej ciesz się z tego, co masz i nie zadzieraj z taką dużą firmą.

Powyższe słowa z kolei usłyszałam od kolegów z pracy, kiedy opowiadałam o tym, jak jedno wydawnictwo bez pytania zamieściło mój tekst na swojej www, co według mnie było po prostu kradzieżą. Według dwadzieścia lat starszego kolegów, nie było o co kruszyć kopii, przecież moja recenzja to tylko słowa. A to, co się stało, to nie kradzież, tylko kopiuj-wklej, no ktoś nie pomyślał, trudno. Jeszcze się cieszyć powinnam, bo komuś się spodobało to, co napisałam. A przyszłości swojej nie znam, prawda? Może kiedyś będę chciała współpracować z tamtymi, a oni mnie zapamiętają jako awanturnicę i ogólnie niesympatyczną osobę?

Wtedy chyba w ogóle zaczęła się kształować moja moralność. Zawsze byłam wyczulona na to, gdy ktoś korzystał z moich rzeczy (syndrom jedynaczki, jak podejrzewam), ale kradzież dla mnie była po prostu kradzieżą. I należało ponieść tego konsekwencje. Nie mogłam użalać się nad sobą, lamentować po cichu. Stwierdziłam, że zrobię piekło tej firmie. Ostatecznie dogadaliśmy się. Zostałam przeproszona i wynagrodzona za użycie mojego tekstu. Tak, jak powinno to być na początku. Ale tylko dlatego, że zawalczyłam o swoje. Zyskałam, bo skonfrontowałam się z problemem. Gdybym posłuchała kolegów, skończyłabym z ujmą na honorze. Okradziona z własności intelektualnej. Tymczasem firma dostała nauczkę, bo faktycznie, błąd wynikał z ich nieznajomości prawa autorskiego, a ja wygrałam kolejną bitwę.

Powyższe zdania zostały wypowiedziane pod moim adresem, bo ich nadawcy nie do końca zdawali sobie sprawę z czasów, w których żyją. Nie chcieli mi zrobić nic złego, być może nawet wręcz przeciwnie, pragnęli wesprzeć radą. Ale w pewnym momencie zrozumiałam, że bardzo blisko mnie żyje osoba, która żywi się moimi porażkami. I specjalnie doradza tak, by spotkała mnie krzywda. To było straszne, gdy okazało się, że mieszkam z tą osobą i mówię jej o każdej sferze mojego życia. Bo ta, której zaufałam, chciała mnie wykorzystać. Dotarło to do mnie, gdy usłyszałam:

Nie wyjdzie wam, to musi się skończyć porażką, bo obie wiemy, jaki masz charakter i za chwilę się rozstaniecie!

Wtedy żadna z nas, ani moja fałszywa przyjaciółka, ani ja sama, nie wiedziałyśmy, jaka siła we mnie drzemie. Wypowiedziane przez nią słowa stały się gwoździem do trumny naszej toksycznej relacji. Chwila, o której mówiła, trwa półtora roku. Nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, ale nie zanosi się póki co na rychłą porażkę. Kiedy jednak słyszałam te wypowiadane we wściekłości słowa, coś we mnie pękło. Wiedziałam, że coś się skończyło i powoli zaczynam widzieć prawdziwy portret osoby, która przede mną stoi. Złego doradcy, żerującego na moim cierpieniu.

Wcześniej oczywiście słowa tej osoby wielokrotnie doprowadzały moją psychikę na skraj wytrzymałości. Wmawiała mi, że jestem gruba, że nikt poza nią nie potrafi mnie zrozumieć, że wszyscy inni dookoła chcą mojej krzywdy, że tylko we dwie możemy iść przez życie i być w pełni szczęśliwe. Zaczęłam rzadziej widywać się ze znajomymi, przybywające kompleksy koiłam w jeszcze większym obżarstwie, ale czułam, że coś jest nie tak. Dopiero jednak mój ukochany pozwolił mi kategorycznie wyzwolić się z trującej relacji. Nie namawiał mnie oczywiście do zrezygnowania z przyjaciółki, nic z tych rzeczy. Sama zaczęłam odczuwać, przy kim czuję się totalnie wyczerpana, bezsilna, a kto dodaje mi skrzydeł, inspiruje i daje ukojenie.

Gdybym ten jeden raz posłuchała złego doradcy, być może pisałabym do Was teraz ze szpitala psychiatrycznego.

Zamiast tego mogę Wam powiedzieć, byście uważnie słuchali nie tyle tego, co mówią Wam inni, tylko swojego wnętrza. Intuicja nigdy Was nie zwiedzie. Dobierajcie też w sposób ostrożny ludzi, którzy znajdują się wokół. Ci, którzy najbardziej łakną Waszej uwagi i starają się zagarnąć dla siebie cały Wasz czas, tak naprawdę najmniej na niego zasługują.

Macie podobne historie! Koniecznie się nimi ze mną podzielcie!

Tymczasem życzę Wam udanego weekendu!

Wasza

Oczekiwania, nadzieje i… KWAS! Co zrobić, by pomaganie ludziom nie wiązało się z bolesnym rozczarowaniem?

Błędy poznawcze, czyli jak szybko doprowadzić się do szaleństwa. Uwaga, ciężki wpis!

Międzynarodowy Dzień Blogera 2018 – moja historia